niedziela, 5 grudnia 2010

Ofensywa Grudniowa...

...rozpoczęła się z dniem 1 grudnia. Zmobilizowane i przegrupowane dywizje orzechów, wafli ryżowych, surowych warzyw i owoców, rzuciłem na uśpioną długotrwałymi sukcesami armię wroga. Armię Cukru. A wróg to jest straszny i ma opinię niepokonanego. Ponadto stosuje broń łamiącą wszelkie konwencje organicznej ludzkości. Jak wiadomo, Cukier jest w istocie biochemiczną trucizną, co gorsza - UZALEŻNIAJĄCĄ. 1 łyżeczka Cukru wyłącza system odpornościowy Człowieka (białe krwinki) na 5 godzin. W tym czasie jest taki amator Cukru dramatycznie bezbronny. Wszak wirusy czyhają wszędzie dokoła, a skoro tak bezmyślnie otwiera się im bramy... Cukier stosuje granaty przeciwpancerne. Przeciw ludziom. Zwą się ona puszkami coli - mmm, pychota, czyż nie? - a każda zawiera 8-10 łyżeczek Cukru. Rozpaczliwa obrona organizmu ma swoja cenę: by ratować krew tak brutalnie zasłodzoną, kości opróżniane są z magnezu, wapnia, fosforu, potasu... Cukrzyca, osteoporoza i alergie to garnizony okupacyjne, które przejmują ciało zdominowane przez Cukier. Stale obecny w krwi Cukier niszczy oczy, nerki, a nawet system nerwowy. Sytuacji nie poprawia fakt, ze wróg ten straszny i podobny Hunom, a raczej Wandalom, stosuje jednostki dywersyjne: nie każdy wie, ze otwiera bramy Cukrowi, racząc się kukurydza z puszki czy żółtym serem. Tak, tak, ON jest wszędzie. Straszny wróg. I potężny, bo wsparty producentami żywności, którzy bimbają na nasze zdrowie. 
I czyż nie jest paradoksem, że SAMI sprowadzamy na swoje ciało tego niszczyciela?... Straszny wróg. A jednak ja - człowiek, który 1,5 roku temu zjadał 10 snickersów do jednej kawy - wydałem MU wojnę. Ryzykowna i zuchwałą. 

Co więcej - ośmielony pierwszymi dniami bezkarnej dominacji, zaatakowałem drugiego strasznego WROGA. Kawę. W sobotę rano o 10.00 czasu celtyckiego. Kawa to nieco mniejszy morderca makroelementów, zakłóca harmonię umysłu i serca, czyni nerwowym i niezrównoważonym, przyspiesza starzenie. A przede wszystkim uzależnia jeszcze bardziej niż Cukier i czyni tak piękny nastrój w towarzystwie! Potem bez kawy nie masz energii nawet na wyjście z domu... Groźny Wróg.
Od dziś, moi drodzy - toczę bezlitosna walkę (dopuszczalne egzekucje na jeńcach) z dwoma Wrogami. Może to hitlerowski błąd. Nieracjonalny ATAK JEDNOCZESNY na dwie potęgi. Hitlera zgubił. A czy mnie? Tego jeszcze dziś nie wiem, bo wciąż czuję się zwycięzcą. Którym zamierzam być aż do Wigilii. Wtedy z nieukrywana radością wywieszę białe flagi. Dwie.

Autor

9 komentarzy:

  1. Ośmielę się zauważyć, że w opozycji do "katować-się-będę-po-czasy-wsze" stoi pojęcie "Radość Życia". I tak mamy szczęście, że molekuły poukładały się swego czasu szczęśliwie i wyrosły atomom uszy i trzustki. Nie zawijajmy tego zrządzenia losu w celofan i nie ładujmy go do zamrażarki tyko dlatego, że mózg współczesnych wymaga uabstrakcyjnienia ludzkiego bytu. Jeszcze trzy, cztery dziesięciolecia temu ludzie umierali przepysznie otyli, ochwaceni, pełni uroczych skaz i niedomagań, ale ze spokojem we łbach prostych, w jakiś tam sposób ubogi spełnieni. Pokornie dziękując losowi za dar Się-Pojawienia w chmurze materii. Marzyli o cukrze i kawie, i zażerali się nimi gdy tylko los sprawił, że były. Dziś ludzkość zagania się w kozi róg i wymyśla dietki, ograniczenia i inne z-tym-czuję-się-naprawde-dobrze, fiksacje różnorakie, niczym pudle francuskie żądne pulard na śniadanie, a na kolacje partii kanasty z Cesarzem Etiopii, składając hołd bożkowi współczesnemu – Nienasyceniu. W imię czego? W imię czasów, w których należy akcentować swą niezależność intelektualną, przynależność do rasy wyemancypowanej, wolnomularskiej wręcz, goniącej to Nienażarcie, Nienasycenie i Niespełnienie. Pytam się Autora, czemu ma służyć ów rygor? Dlaczegoż to warto zaburzać odwieczny, niegłupi - zważywszy na dominację rasy ludzkiej - rytm konsumpcji, rozmnażania się i umierania? Co powiedziałby Sudańczyk kopnięty w głowę wielbłądzim kopytem na takie fanaberie, jak walka z cukrem i kawą? Stuknąłby się kopytem w głowę ponownie na znak protestu przeciw takiemu wydziwianiu. Naprawdę nie ma już żadnych innych rzeczy do zrobienia?
    Piękne to były czasy, kiedy człowiek walczył z głodem, najeźdźcą, pragnącym rozłupać mu czerep, z brukwią zamarzającą na polach, czy choćby z krzesiwem i hubką. Generalnie z materią, z której pochodzi. Dziś materii mało, ludzie nieszczęśliwi są, jeśli nie dotykają pojęć wysublimowanych, wydelikaconych, wymykających się wagom i miarom. Więcej, dziwniej, oryginalniej! Hop w eteryczność! Hop w duchowe potrzeby! Hop w racjonalizację tych dziwactw! Nudę zabić trudno, nuda swędzi mózg. Mózg wymyśla głupoty, byleby nudę zabić. Nuda się puszy, rośnie, bardziej swędzi, ego puchnie rykoszetem, mózg zwielokrotnia działania i koło się toczy. Człowiek popada w próżność, próżnością myśli, próżność nim powoduje. I goni, i goni, i goni.
    Prostota to klucz. Pokora to klucz. Dystans do własnej genialności to pęk kluczy. Czy Autor mnie rozumie?
    O polemikę proszę, z zbluzganie mego niegrzecznego zaburzenia ładu na stronie.
    Zyga

    OdpowiedzUsuń
  2. Mężo-miąższu, przeczytałam właśnie o Twojej walce z cukrem, podjadając przy tym łakomie trzy batoniki Toblerone, dwa z białej czekolady, jeden z gorzkiej plus coś tam chrupało w środku.
    Z poważaniem lub bez. Żona.

    OdpowiedzUsuń
  3. W opozycji do "katować-się-będę-po-czasy-wsze" stoi RADOŚĆ ŻYCIA. Tak twierdzi Zyga. A zatem, idąc jego tokiem rozumowania (hm?), dbanie o poziom mineralno-energetyczny organizmu jest niczym innym, jak torturą wymierzoną samemu sobie, w stylu zapewne inkwizycyjnym.I dalej: radość życia też jest wykluczona, skoro po takim "katowaniu" będzie się nieszczęśliwie i frustrująco ZDROWYM, RZEŚKIM, WYDOLNYM, ENERGETYCZNYM, GÓRUJĄCYM WITALNIE I SIŁOWO nad widocznym wokół wieńcem cukrzycofilów. W istocie - radość życia pogrzebana po wieki i wiekiem krypty zatrzaśnięta. Cóż zatem zdziałać, by stanu takiej tragicznej sprawności, a przy tym zdrowotnego pancerza przeciw chorobom wszem uniknąć? Receptura jest prosta i Zyga (zapewne felczer?) już ją odkrył: faszerujmy się cukrem i wszelką używką, a będziemy szczerzyli radośnie zęby jako te upojone węglowodanami orangutany. Radość życia zostanie też wkrótce nasilona; wpłynie na to spadek energii, sił, zapału i w ogóle stan bliski katatonii. I wreszcie: nadciągną upragnione bonusy świąteczne za tę cudowną strategię - niedowidzenie, zaczopowanie nerek, bunt wątroby, cukrzyca i zmasakrowanie organizmu tuzinem wirusów. Upragniona RADOŚĆ ŻYCIA. A jakie poczucie wolności!!! Nie będzie nam wszak układ immunologiczny warunków dyktował. Dziś - jak to Zyga zauważa z sentymentem rozżalenia - ludzie w fanaberie popadli. Nagle dietę chcą zmieniać i odmawiać sobie słodkości. Skandal i sromota! Gorzej! To już szczyt antyboskiego zbuntowania: ludzie chcą zdrowie poprawić!! Ukarze nas Stwórca potopem i asteroidą rzuconą w Ziemię za taki akt szatańskiego zaprzedania! A jakie wymówki tu ludzie aroganckie stosują, jak nikczemne uzasadnienia: że od lat 80. ilość chorych na cukrzycę homo sapiens wzrosła PIĘCIOKROTNIE (odnosząc proporcjonalnie do populacji planety), że wcześniej dzieci na cukrzycę nie chorowały, a teraz chorują już MALEŃSTWA W BRZUCHU MATKI, że ilość planetarnych zawałów serca wzrosła w ciągu ostatnich lat DZIESIĘCIOKROTNIE, że "kiedy ja byłem mały, to osiemnastolatek nie padał na boisku z pękniętym sercem" - i takie tam wymówki przez Belzebuba podszeptane. Fanaberie, powiadam, fanaberie!! Przez takich "dietetycznych bolszewików" wszyscy skończymy jak zbuntowani Atlanci. Poprzyjmy zatem Zygę, który jako mesjasz odżywienia, radowania i autonomii poprowadzi na do walki przeciw Armii Wegetarian, Wegan i Witarian! Już dziś zapisy do piechoty, kawalerii i wieżyc obozowych, bo wszak takich odszczepieńców niedobitych w obozach zamkniemy...
    ...i tylko szkoda, że bitwy tej nie wygramy, kiedy pod ciężarem karabinu lub piki kości pozbawione wapnia, magnezu i witaminy C pękną z chrupotem i szyk naszej lukrowanej armii załamią...
    AUTOR.
    Do żonki: i Ty, Brutusico, przeciwko mnie?.....

    OdpowiedzUsuń
  4. Ach, niech się Autor nie obrusza, niech nie wyśmiewa! Niech Autor polemizuje, niech wygłasza sądy i opinie, a nie imputuje brak w rozumowaniu swoich interlokutorów.
    Autor zaciska pasa, rozdziela atomy przy posiłków przygotowaniu zgodnie z najnowszymi odkryciami nauki, biotechnologii i psioniki. Wczoraj wrogiem był tłuszcz (niech cholesterol sczeźnie na wieki), dziś cukier przyprawia nas o palpitacje. Jutro zapewnie Lancet lub Nature doniesie, że wszystkiemu winne ryby, drób, lub poziomki. Ale zasada jest jedna – popierajmy IDEĘ! Pantha rhei, koncepcje się zmieniają, ludzi fala podąża co rusz za kolejnymi -izmami. Sekty, organizacje, klubiki osiedlowe – wszystko to przykleja się do kolejnych lotnych IDEI! W imię zdrowia! W imię swobód! W imię muskulatury!
    Podszczypuję tą IDEĘ dekafeizacji i decukryzacji Autora z dwóch powodów: aby coś się działo w eterze, bo ponad wszystko słowa u człowieka na pochwałę zasługują i aby przekornie podjudzić ten trend nowoczesny, który w finale zakłada nie raczenie się wołowym stekiem, który zgodnie z jakąś tam wytyczną tuczy/zabija/przybliża schorzenie X, a konsumpcję powietrza około-wołowego, zacnego, czystego, życiodajnego zgodnie z najnowszą modą. Gdyż ludzkość gnije, obumiera, choruje, gdy tylko zęby zatopi w cukrowej wacie, wonnym sznyclu czy gazowanym napoju z karmelem. A jakiż to argument, że pożyjemy tyle samo, tyle, że w okowach rygoru, w kieracie ciągłego się pilnowania? Czyż nie lepiej paść się tym, co pod nos podtyka ochota i mlaskać rubasznie, rozkoszując się goloneczką, czekoladką, czy kieliszeczkiem krupniczku? Pal licho tabletki na nadciśnienie później, insuliny wstrzykiwanie, esperal podwójny. Ale jaka piękna tragedia! Sybarycka, przaśna, pełną piersią wyśpiewująca burgundzkie hymny wychwalające radość życia.
    Autor kontruje statystyką, liczebnikami, przestrogą przed zbyt wysokimi poziomami czegoś tam. A gdzie humanizm? Jedno życie dane od losu minus jedno życie poświęcone na nieustanną kontrolę odczynów, etykiet, składów chemicznych równa się zero zabawy. Oto arytmetyka. A w finale i tak może nas ciężarówka trzepnąć w profil na przejściu dla pieszych zanim zdążymy się nawet z tej opiewanej przeze mnie rubaszności pochorować, więc szafowanie argumentami, jakoby walka o witalność same miała przynieść zalety, to droga donikąd. To wyłącznie zabawa prawdopodobieństwem, dyskontowanie marzeń o supermenizacji własnej przyszłości. Ja takich ambicji nie mam. Trzymam się nieźle, jak na swoje lata. Felczerskie fiolki i strzykawki nie wykazały nic, co by mnie martwiło. Ale sęk w tym, że ja daleki jestem od dążenia ku ubermenschyzmowi z założenia. W wieku starczym, jeśli będę miał szczęście dożyć, widzę siebie raczej jako wesołego astmatyka karmiącego gołębie, czasami być może przez przypadek tabletkami na nadciśnienie, ale wytłumaczę to sklerozą. Raczej nie chciałbym być monstrum osiemdziesięcioletnim fikającym koziołki, umierającym w pełni zdrowia na starość. Bo ja musze mieć alibi, żeby umrzeć. Podług mnie świetnie sprawdzi się folgowanie własnym słabościom przez całe życie i dorobienie się bagażu chorób cywilizacyjnych, które domkną wieko. „Człowiek z wiekiem staje się rozumny, człowiek z wiekiem do trumny. „
    Ja chcę tu i teraz, bo nie wiem, co będzie jutro. Autor chce spełnionej IDEI w przyszłości, być może wiedziony wieszczym spojrzeniem, którego ja nie posiadam. I żeby było jasne – jestem świadomy konsekwencji tych wszystkich pięciokrotności, dziesięciokrotności, etc. Tyle, że mam większą frajdę pościgać się DZIŚ w konkursie jedzenia hot-dogów (wiem, wiem, parówki to samo zło), niż za lat sześćdziesiąt do automatu z gorzką kawą Inką. Wtedy to ja albo będę martwy, albo stetryczale złośliwy i mógłbym podkładać nogę/laskę.
    Niechaj żyje nielogiczne szczęście!
    Zyga

    OdpowiedzUsuń
  5. I tylko takie rodzi się pytanie, która istota na owo miano MONSTRUM bardziej zasługuje: zdolny fiknąć kozła i wykpiwający medyków staruszek, czy niezdolny podciągnąć się na drążku, uzależniony od dializy czterdziestolatek...;-). Jednakowoż, zacny mój w rozmowie oponent przegapił chyba ogłoszony termin zakończenia ofensywy przeciw Cukrowi: 24 grudnia. Jako odwieczny przeciwnik fanatyzmu i sztywnych ram nieprzejednania, ani myślę brnąć w takowe nawet w kwestii zdrowia! Dlatego właśnie na Święta ogłaszam zatrzymanie konnych i wygaszenie czołgów; mnie wystarczy Kijów, Moskwy zdobywać nie będę. A Zygę już dziś zapraszam - jeśli tylko mu po drodze - na wigilijne potrawy obiecywane przez Żonę: tort bezowy (najlepszy w Europie i Besarabii), sernik królewski (receptura kanadyjska ze słowiańskim uszlachetnieniem), makówki (z Ziemi Śląskiej tradycyjne), Snickers (acz ciasto domowe, nie zaś jakaś plastelina na czekoladzie modyfikowanej) i PIERNICZKI, których smak odurza, obłąkanym czyni i nawet chętnym dla Imperium Sacharozy szpiegować!
    AUTOR.

    OdpowiedzUsuń
  6. No i proszę, jaka pointa. Zgoda buduje, żona piecze, gotuje. Zważywszy na moje dotejporne komentarze, może się Autor domyślać tylko, że sam zostanę przysypany kalorią w te święta. I do mnie już płynie rybomasotrałowiec wypełnion śmiertelnymi dawkami nieprzetworzonego jeszcze opium, serwatki sernikowej, nierafinowanej trzciny z Mauritiusa. Stąd, jak co roku, zakładam, że to mogą być moje ostatnie święta. Więc tym bardziej pozdrawiam Waszą Zgryźliwość i za zaproszenie dziękuję. Choć pewnie się nie pojawię, bom szpetny i mnie na rogatkach miasta zatrzymują za facjaty wyraz. A właściwie całe zdanie. Darz Bór i Wyobraźnia. Wątek zamykam i pewnie podszczypnę w innym temacie.
    PS.
    Czy autor zakłada założenie kącika twórczości gościnnej na stronie, aby inne krasnoludy i gnomy mogły się popisać pisaniną, bo o litereturę to ich nie podejrzewam? Nie, żebym Parnas zamieszkiwał, ale na zamówienie, sowicie wynagrodzony, mogę dziełko dwutomowe machnąć. A i w narodzie może duch nie sczezł bez reszty i jakiś Słowacki Wiesław się uchował w czworakach pradziada...
    Zyga

    OdpowiedzUsuń
  7. Do Autora......
    Cos kiepsko z tą walką, skoro ostatnio zaserwowałam przepyszne PODWÓJNE ESPRESSO......:-)

    Będę bronić RACJONALNOŚCI i ZDROWEGO PODEJŚCIA DO ŻYCIA tudzież DIETY
    Wszyscy wiemy, że owoce i warzywa są zdrowe.... ale nie dajmy się zwariować....
    Autorze......jestem gotowa polemizować nad tym czy oczy mi się zepsują od CUKRU czy od PRZESIADYWANIA PRZY KOMPUTERZE.....
    Z całym szacunkiem do Autora, ale czytam te "fanaberie" i nie wierzę własnym oczom.... Może czas wyluzować???? W końcu idą Święta

    Do Żony "Brutusicy"- Kochana jestem z Tobą. Założe się, że po przeczytaniu zjadłaś jeszcze 3 takie batoniki....I bardzo dobrze....Następnym razem daj cynka, to się przyłączę do batonikowego obżarstwa

    Pozdrawiam
    Lucy Lu

    OdpowiedzUsuń
  8. co to ludzie nie wymyślą,kiedy jest za dobrze-kiedyś nie mając tego śnili o tym a teraz samemu sobie odmawiają czy wytaczają tak zwana wojnę- komedia porostu-no i pozdrawiam żonę tez własnie wcinam pyszna czekoladę:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Lucy Lu, to "ostatnio" to dwa tygodnie temu... Od tamtej pory espresso, ów czarci wymiatacz wątróbek hominidów, ani nie przemknął był w granicach mego biopola. Niestety, walki z kawą toczą się ze zmiennym szczęściem i owocują w szańcowo wzniesione stosy poległych. Kimkolwiek będzie zwycięzca, podzieli los Pyrrusa, to już dziś pewne. Chciałbym też nadmienić, iż RACJONALNE, ZDROWE PODEJŚCIE DO DIETY to nic innego jak obranie diety cieszącej dany umysł i ciało. Ja takąż obrałem, czego wszystkim życzę.
    A co do psucia oczu komputerem, tu niestety, zagrożenie słusznie mi wytknięto. Rozważam powrót do piór gęsich lub cyrylicy.
    I dalej, Lucu Lu: ależ jak najbardziej wyluzuję, już 24 grudnia około 18.00, a luz ten radosny, a wręcz starorzymsko-senatorsko swawolny, potrwa nieprzerwanie przez kolejne kilkaset godzin...
    Pod głosem Lucu Lu pisze tajemniczy Someone (jeśli czytacie głośno, wymawiajcie SAMŁAN lub UNNOŁN, co też oddaje sprawę),że kiedyś nie mieli, a śnili... Ba, ale jakże takie fartownie upolowane rarytasy smakowały! Jak endorfizowały! Odkąd mój smyk Kuba je słodycze tylko w niedzielę, dały się zaobserwować 3 prawidłowości:
    a)zdrowszy jest, a energiczny, i nawet ocelotowy skoczny.
    b)grzeczniejszy! Zaiste poziom cukru ma jakowyś wpływ alchemiczny na układ nerwowy i morale istoty proteinowej...
    c)o ile wcześniej, przy oczywistym nadmiarze, mełł takie słodycze jak taka krowa zmulona na łące a zatrawiona - tak teraz za każdym razem WYRAŹNIE RZECZ ŚWIĘTUJE, ENDORFIZUJE, DELEKTUJE, czem serce me ojcowskie RADUJE.

    Pamiętaj Rodzicu Młody! Dziś kupujesz łaski pięciolatka dla POLITYCZNEJ WYGODY, lecz owo dziecię w wieku lat 40 Ciebie rozliczy za kondycję zębów swych, i płatów, i nerek, i ogólnej witalności...

    I pisze ów tajemniczy SOMEONE-UNKNOWN: "komedia po prostu-no"... Zaiste, komedia, ba, cała ta psychiatrycznie nieobliczalna STRONA w komediowym kwasie jest zanurzona, komediowym napalmem wypalona i komediowym gazem musztardowym, a lekko sarepskim spowita! Proszę mi tu nie mylić Strony z konduktem pogrzebowym!!!
    ...no chyba, że Ebenezera Scroodge'a - ale to 24 grudnia.
    AUTOR (still in frontline)

    OdpowiedzUsuń