piątek, 31 grudnia 2010

Szczęśliwego Nowego Rogu!!


Rogu Obfitości - oczywiście. Post noworoczny - co nadaje mu specyfikę analityczno-sumująco-refleksyjną.

Na początek o świętach. Ponieważ spartańsko pościłem kilka tygodni przed Wigilią, podczas świąt popuściłem cugli. Bardzo popuściłem; ot, jak taki ustrzelony jeździec kałmucki, co kontrolę nad koniem utracił. Wrzuciłem w odsacharyzowany organizm dwa wiadra cukru (sam zjadłem 86% blachy tortu bezowego), co wywołało w nim spore oszołomienie. Już w drugi dzień świąt miałem wrażenie, że do pasa tkwię w trzęsawisku, a na barkach umocowano mi dwa bloki krzemienne. Co ciekawe: wciąż sięgałem ochoczo po pierniki, sernik, marcepany... Zaiste, autodestrukcja upaja kokonem endorfiny, z którego nie tylko, że wyjść trudno. Z niego nie chce się wyjść po prostu! Danger.

Po półtora roku stuprocentowego wegetarianizmu pozwoliłem sobie sprawić eksperyment, a przyjemność żonie. ZJADŁEM MIĘSA CO NIECO. A zatem szczyptę bigosu, rybę smażoną, kilka plastrów łososia wędzonego i, hm, jakieś sześć galartów. I jakież konkluzje? Otóż do smaku mięsnego tęskniłem trochę, fakt, lecz bardziej psychicznie, sentymentalnym wspomnieniem - smak ten bowiem po takiej przerwie uniesienia nie wywołał, był po prostu... okej. Okej nie jest czymś, co unosi i rozbija zachwycony cielec konsumenta o sklepienie kuchenne. Jedyne, co PRAWIE o centymetr nad podłogę mnie wzniosło, to łosoś wędzony, wciąż w istocie mi smaczny. Upewniłem się jednak, że żyć bez mięsa można, bo euforii już nie czyni - co więcej już w drugi dzień świąt tęskno mi było do wafli ryżowych... Uczciwie trzeba tu jednak wspomnieć, że kurczak z rożna mógłby mieć pewien zaburzający wpływ na wyniki eksperymentu. A jednak z radością wracam do wegetarianizmu, bo dieta owa zaowocowała mi najwyższą wydolnością sportową w całym moim życiu, a nadto przydała duchowej satysfakcji (gdy myślę o tych szlachtowanych masowo zwierzach dużych i małych...). I tylko od Cukru jakoś trudno się oderwać...

Telewizja świąteczna częściowo spełniła moje oczekiwania domatora. W Wigilię popisał się tylko TVN, już następnego dnia liderem okazał się Polsat ze sporym wachlarzem adekwatnych filmów, w tym legendarną pozycją: "Kevin sam w domu", który jest często gromiony za wtórność, a który uważam za jeden z najlepszych filmów świątecznych wszech czasów. A zresztą - czyż sama Wigilia nie jest wtórna? To już chyba była dwutysięczna dziesiąta?

W odniesieniu do poprzedniego postu, gdzie zaznaczyłem, że w amerykańskich filmach wciąż jeżdżą golfami i "garbusami". Zyga podkreślił, że "garbus" to wszak znakomite auto. Pewnie, że tak! Nawet Święty Mikołaj podpiął je do sań zamiast reniferów. W każdym razie w filmie "Święta Last Minute", który emitował w niedzielę Polsat. Jak widać, beetle'e są doprawdy nieśmiertelne.

Aby zwiększyć szanse na przebieranie w filmach świątecznych, zakupiłem cały pakiet Polsatu. Taa... Równie dobrze mógłbym posłać lisowczyków naprzeciw niemieckim zagonom pancernym i oczekiwać przełamania frontu. Ten cały wyborowy pakiet a la HBO and others zaoferował mi kilka ledwie przeciętych filmów świątecznych, za to na pociechę - jakże w klimacie świątecznej harmonii, odprężenia i pojednania - takie pozycje jak: "Włamywacze", "Grabarze", "Zombieland", "Metro strachu", "Żelazną ręką", "Udręczeni", "Kwarantanna" i "W sieci kłamstw". Wesołych Świąt!

A propos filmów... Tuż po świętach obejrzałem czeski film (stary chyba jak te Morawy), pod tytułem "Pan Tau". I film ten, który - nie wątpię - przywiązałby do pala męczeńskiego nudy miliony widzów urodzonych "pokomunistycznie", przyniósł mi znów to smętne odczucie, jak dalece świat dzisiejszego filmu (co należy przełożyć na trend ogólnocywilizacyjny) odszedł od tamtych czasów ku wszechobecnej, dynamicznej drapieżności. Filmy mają szokować, wylewać wiadra posoki w twarz widzowi, ogłuszać dźwiękiem, oślepiać stroboskopem natłoczonych efektów... Ktoś mógłby powiedzieć: "Kino pokazuje to, czego pragnie dziś widz". A ja się z tym nie zgodzę. Kino programuje. Tak, jak media. Oswaja z przemocą i seksualną wulgarnością - i uzależnia od niej. Istoty pokomunistyczne są niestety narażone szczególnie mocno na to, hm, oprogramowanie. Większość z nich nie oglądała "Pana Tau" i "Pana Samochodzika i Templariuszy", pojęcie przygody kojarzyć im się dziś może z koniecznością zaznania (na ekranie) najwyższych dramatyczności, walk zwieńczonych obrywaniem ramion i głów, wysadzeniem połowy miasta, masową egzekucją... A co z "Przygodami Huckleberry Finna"? Przepadły jako relikt archaizmu naiwnie pacyfistyczny? Niekoniecznie - ja będę je oglądał. Howgh!

To samo zjawisko napastliwej, jakiejś już obsesyjnej drapieżności obserwuję w stacjach typu "Animal Planet" czy "National Geographic". Chciałbym bardzo obejrzeć filmy o przyrodzie i zwierzętach z synem mym sześcioletnim, ale już kilka razy wyłączałem je w panice, gdy zaczynały się sceny rozrywania bezbronnych antylop, surykatek... Ostatnio tak pięknie zaczynaliśmy już wczuwać się z rodziną w urzekający film "Makrokosmos", ptaki tak czarownie nam szybowały... Nagle rozległy się strzały, a mój syn zmarszczył brwi na skutek zafrapowania - czemu ptaki lot tak nagle zaczęły obniżać? Wyłączyłem. I raczej nie będę już skłonny ryzykować, bo oglądając cokolwiek z dzieckiem chcę czuć odprężenie, a nie spięcie mięśni nad pilotem. Ano tak. To już nie czasy "Zwierzyńca". Teraz liczy się tylko szokujące przebicie poprzednich twórców. Za cenę smaku i taktu, i bez drgnienia powieki poświęconej łagodności (obrazu). Rozumiem, że są widzowie chłonni dosłowności. Mnie wystarczy wzmianka o łowieckich obyczajach ludzi i panter; nie muszę się tym delektować. Wolę delektować się tym, jak zwierzęta czerpią życie, niekoniecznie tym, jak jest im ono odbierane. Czy będę mógł coś takiego obejrzeć z synem? Czy jednak pozostanie mu tylko "Cartoon Network"?

Idzie wszak Nowy Rok. W poświęconym mu poście należy jakoby unikać zwrotów w rodzaju "mord", "makabra", "czarny humor", "powiesić czerwonego psa" i tym podobnych... W związku z tym tchnijmy trochę optymizmu. Co mówią na lewo, prawo, w piwnicach i na poddaszach? Ano, że światem rządzą iluminaci/masoni/amerykański rząd zbratany z kosmiczną rasą Szarych. Że ludzki gatunek ma ulec redukcji i osłabieniu - dlatego trują nas pastą z fluorem, genetycznie modyfikowaną żywnością, chemicznie faszerowanym mięsem, nabiałem, słodyczami. Dlatego wmawia się nam kolejne szczepionki na "to, a tamto", które do reszty rozbijają i tak już umęczony układ odpornościowy. Co dalej: owe siły kontrolujące planetę szykują nam mikrochipy pod skórę, by ową kontrolę nad nami zwiększyć. Powiadają zresztą tu i ówdzie, że NANOCHIPY (zmieści się taki implant w naczyniu krwionośnym) już są podstępnie wszczepiane, za pomocą szczepionek przeciw grypie czy pneumokokom właśnie... Mówią, że baza HAARP na Alasce służy do napromieniowywania ludzi, zakłócania pogody (można trzęsienie ziemi w upatrzonym obszarze wywołać), ponoć owe 180 anten może skrycie strącać samoloty i zeppeliny. I o chemtrails mówią ku pokrzepieniu serc ludzkich - że owe smugi kondensacyjne, powstałe za odrzutowcami i aeroplanami rozpylają zabójcze substancje, które na wyznaczonych terytoriach zatruwają wszelkie organizmy żywe, bo przecież siły kontrolujące chcą nas wszystkich osłabić organicznie (korporacje medyczne muszą zarabiać) i umysłowo (zdrewniały, otępiały mózg nie będzie skłonny dogrzebywać się do prawdy, która is out there). Jeszcze mówią tu i tam o Sfinksie egipskim - że pod nim zakopana jest pradawna energetyczna maszyneria, która uzdrowi i zabezpieczy ludzkość - ale oczywiście nie wykopiemy jej na czas, bo przecież Amerykanie - no, ba! - jak zwykle rzecz blokują, odgradzają, mataczą...

Ten rok spoliczkował nas Przyrodą, następny ma być gorszy (ale za to lepszy od 2012!); pewnie więcej powodzi, pożarów, zwałów śnieżno-lodowych, trzęsień, więcej wulkanizacji. Mówią, że na Ziemię leci asteroida, kometa, planeta Nibiru i dwa statki Obcych wielkości Indonezji. No i pamiętajmy: nadal trwa przebiegunowanie; pole magnetyczne Ziemi wariuje i ponoć stare kontynenty (Mu, Lemuria, Atlantyda) wynurzą się w rezultacie, a te aktualne... No cóż, to jak z huśtawką dwusiodełkową - skoro jeden koniec w górę, to drugi raczej przeciwnie. Co najgorsze, białe rasy wciąż toczy osobliwa moda na nierodzinność i życie bez dzieci. Grozi to poważną komplikacją planom boskim: wszak na planetę Ziemię inkarnują się z całego Kosmosu pokutnicy (ale i ochotnicy podobno!), by przez te wszystkie wspomniane trudności przechodzić i szlifować swoje duchowe rzemiosło. Co będzie, gdy moda blokująca reinkarnację obejmie całą Ziemię? Wszyscy ci pokutnicy/ochotnicy "wysadzani" będą awaryjnie na Księżycu, gdzie ani kiosków RUCH-u, ani kawiarni, ani nawet porzeczki nie rosną... Może jednak Człowiek, ten anty-pan Ziemi, ogarnie się trochę i przestanie to koło młyńskie reinkarnacji hamować. Każdy ma prawo do nauki poprzez katastrofy, wyzysk, ubóstwo i spiski rządowych instytucji!

I tą optymistyczną myślą (mówiłem, że post będzie optymistyczny!) kończę, wszystkim szczerze, a szczodrze życząc SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU 2011!

Na przekór groźbom.


47 komentarzy:

  1. Panie gdzie Pan żyjesz to nie czasy Edwarda Gierka i Wiesława Gomółki.Zły Animal Planet-totalna głupota.To nie czasu Bolka i Lolka,Reksia i Pana Zygmunta.Apropos Pańskie opowiadania też są i były szokujące wiem bo znam je dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  2. To prawda, to prawda, to już nie czasy Pana Zygmunta... Niestety. Czekam, aż Polsat cyfrowy zaoferuje kanał PRL z wyłącznie filmami i programami (Zwierzyniec, Piątek z Pankracym itp.) owych czasów niedrapieżnych!
    A moje opowiadania? Szokują? I w ogóle nie koją?
    Zadumany Autor.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja tego nie powiedziałem,aczkolwiek wg Pana teorii nie mam pojęcia jak wyglądał by łańcuch pokarmowy...no niech Pan sobie wyobrazi lwa jedzącego kwiatki.A to,że pokazują drapieżniki które rozszarpują antylopy i temu podobne to zupełna normalność.Apropos kanałów PRL-owskich czy nie należał Pan kiedyś do jakiejś komunistycznej organizacji (może ZOMO?)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wyobrażam sobie nie tylko lwa jedzącego kwiatki, ale i kwiatka jedzącego lwa - taką tam zmutowaną formę rosiczki. Co do organizacji, to faktycznie coś jest na rzeczy! Miałem chyba z dziewięć lat, kiedy z dumą obnosiłem znaczek Solidarności, nawet orła z koroną wymalowałem na murze, bo mi się te manewry antyszlacheckie władz komunistyczno-socjalistyczno-bolszewickich nie podobały. Co do rozszarpywania zwierząt - fajnie, że robi się takie dla takich wielbicieli krwistości przyrodniczej jak Pan. A może zna Pan tytuły, które mógłbym obejrzeć z synem? Z pewnością nie podważa Pan oczywistego psychologicznie faktu, że człowiek przechodzi życie etapowo i w wieku lat 5-6 jeszcze uświadamianie mu takich odsłon życia jak rozszarpywanie zwierzyny czy egzekucje na jeńcach nie są jeszcze wskazane, zwłaszcza obrazowo. Póki co, oglądamy wesołe życie zwierząt dzięki powtarzanemu z radochą filmowi "Madagaskar";-).

    OdpowiedzUsuń
  5. Drogi Panie!
    Dalej upiera się Pan przy swoim to,że Lew zjada antylopę to,rzecz oczywista i to nawet dzieci w przedszkolu wiedzą,wciskanie im demagogii o kwiatkach zjadających te drapieżniki jest więcej niż nienormalne.Widzę,że należy Pan do typu ludzi którzy niechętnie oglądają filmy o rekinach,lwach i innych drapieżcach w ich naturalnym środowisku.
    W takim wypadku jednym z tytułów ,który Panu proponuje są Przygody Kubusia Puchatka gdzie wystepuje idealna harmonia miedzy drapieżnikami i roślinożercami.STALIN FOREVER!!

    OdpowiedzUsuń
  6. Gwidon z Lulkowa

    Mam pytanko...hmmm a tak ogólnie co to są te Lwy Niemiejskie przecież każdy wie że one żyją w Afryce a nie w jakichś tam miejscowościach!!!

    OdpowiedzUsuń
  7. Najpierw Panu z postu "dwa kroki wyżej": dziękuję za rekomendację "Kubusia...", acz niepotrzebna - to stała i popularna lektura w moim domu (film zresztą także). Panu z kolei polecam "Tatusia Muminka i morze". Ku refleksji - a tych nigdy za wiele. Święta Bożego Narodzenia to bogactwo jedzenia. Podobno nadmiar cukru we krwi albo łusek rybich w żołądku wywołuje halucynacje. I Pan, drogi rozmówco, padł ofiarą takiej wigilijnej halucynacji. Otóż przywidziało się Panu, że napisałem coś w rodzaju "Nie mówmy dzieciom, że lwy i tygrysy jedzą mniejsze zwierzęta, mówmy im, że jedzą rdesty, perze, fiołki, jabłka z sadów klasztornych... Gdy tymczasem ja poruszałem kwestię OBRAZU. Pan sobie zdaje sprawę, że nie od parady wymyślono trójkąciki, kwadraciki i czerwone kółka dla oznakowania filmów i programów? Nie wszystko jest dostępne pięciolatkom. Jednakowoż, gdy już napisze Pan nowy podręcznik psychologii, chętnie się z nim zapoznam. To może być rewolucja. Co prawda nie październikowa. Dziś krzyczy Pan sobie z balkonu "Stalin forever!!", a tymczasem niegdyś wylądowałby Pan za takie okrzyki w Berezie Kartuskiej i tyle by z tego było. By jednak pokrzepić Pańskie samopoczucie - ja też padłem ofiarą wspomnianej halucynacji. Otóż czytając Pański post miałem wrażenie,że pisze Pan po rosyjsku z naleciałością serbskołużycką. Osobliwe, czyż nie?
    Do Gwidona z Lulkowa: tak, ta cała sprawa z Lwami Nemejskimi jest wysoce podejrzana i pachnie kolejnym spiskiem toczącym nasz świat. Albo to znów iluminaci, albo... Jak pamiętamy, słynny Lew z Nemei został zgładzony przez Heraklesa (to była jego Pierwsza Praca) za karę, bodaj za to, że Lew ten terroryzował okolice, kompromitował włodarzy Nemei, brukał dziewki pochwycone w biegu, i w ogóle nieświeżo pachniał. Chyba tytoniem indyjskim z przemoczonej skrzynki. Być może to krewni owego Lwa rozeszli się po ulicach miast, by w ramach zemsty znów brukać i pachnieć tytoniem indyjskim. Frapująca zagadka.
    Autor.

    OdpowiedzUsuń
  8. Moim zdaniem to Pan drogi autorze padł ofiara obłędu jakim jest fanatyczny wegetarianizm ale to nie mój problem. Wydaje mi się,że Pan nie ma zielonego pojecia o takich kanałach jak Animal Planet,czy National Geografic,przecież tam nie ma mowy o ograniczeniach wiekowych to po primo.Po drugie używa Pan w postach określeń symboli narodowych a zapewne mając lat naście zasuwał Pan w pochodach Pierwszomajowych z rosyjską pieśnią na ustach.Apropos mojego jezyka może ma jakieś naleciałości ale za to Pana kipi przesadną madrością.

    OdpowiedzUsuń
  9. Rzeczywiście fanatyczny wegetarianizm... w święta zjadłem mięso. Dalej: moja żona i syn jedzą mięso i nie stoję nad nimi - dziw nad dziwy! - z toporem i gromnicą potępienia. To ci dopiero fanatyczny wegetarianizm. Wie Pan, co ja nazywam prawdziwym problemem? Trudność z zaakceptowaniem czyichś wyborów. Mnie to nie trapi, Pana najwyraźniej tak. Z definiowania - pała. Z dokładności czytania (i rozumienia!)postów - pała. Z tolerancji - pała. Z POCZUCIA HUMORU - pała. Bereza Kartuska, jako rzekłem. A może się mylę? Może Pan sobie dowcipkuje cały czas, a ja niepotrzebnie opancerzyłem dom przed atakiem bojówek antywegetariańskich? W takim razie w ramach ugody zapraszam na Biegum Południowy, na wieczerzę do Dziada.
    Tam na pewno będzie mięso.
    Au.

    OdpowiedzUsuń
  10. Miał Pan rację. Chyba jednak jestem fanatykiem. Właśnie jem rzepę. A to podobno tylko koniom w Polsce dają.

    OdpowiedzUsuń
  11. Zyga na te frymarczne dociskanie wzajem dybów, reaguje ostracyzmem. Walicie się Panowie po łbach poglądami jak nie przyrównując chłop babę stołową nogą. Jeden wierzy w dziada, romantyzm łańcucha pokarmowego, drugi wtrąnżala (?) bulwy, niczym "luba" z Jabberwocka i okazuje mniej odrobinę wrażliwości na odwieczne prawa przyrody. I jak świat światem znikąd ratunku, gdy chodzi o imponderabilia, a miłość własną i o mądrości swej przekonanie. Co najwyżej piątkę sobie symboliczną przybijecie na forum, na afisz wywiesicie dumne spokornienie, a i tak swoje półgębkiem będziecie przebąkiwać. Oszczędźcie tego.
    A ja swoje grosze dorzucę do tekstu pierwotnego, choć przezeń w całości się nie przedarłem. Przy Polsacie spasowałem. Zbyt to kwieciste, homeryckie, bufiasto-cygańskie. Mam kłopot z odsączeniem ekstraktu, z wątku wyłuszczeniem. Inkrustacje wszelkie i wtręty różnokolorowe zaburzyły mi rytm czytania. W prostocie siła! A grosze? Mi posoka nie straszna, jestem dzieckiem cywilizacji. Jeśli kiełbasa, to tylko sklepowa, żelowana świństwem z fabryki. Jak okolica, to miejska, w dziczy dzik jest dziki i czyha pustka. Jak media, to kolorowe, do kontestowania, krytykofilne. Moja wrażliwość wytworzona jest wskutek parcia agresji na szkło, sentymentalne resztki z dzieciństwa (patrz rozmówka o PRL wspominkach) przykrywane są patyną współczesności-bez-den. Mnie to nie zachwyca, ale też i nie mierzi gdy młode gnu dostaje lwem w podgardle. Ale jestem produktem, powtarzam i nie mam dzieci. Więc ostateczne to nie jest. Choć znośne są tylko ostateczności, jak mawiał klasyk.
    Z pokorą przyglądam się czasom, których jestem tworem. Rozglądam się z ciekawością i obmyślam, co to za czasy, ku czemu to wszystko prze, jaki jestem i dlaczego taki. Niech mnie wicher pcha, z chęcią podryfuję choćby i w tą stronę, w której miałbym utknąć na mieliźnie otępienia i głupoty. Niezbadane są wyroki. I jaka piękna tragedia być może z tego. Albo tryumf jaki!
    Zyga

    OdpowiedzUsuń
  12. Bardzo pyrrusowe bywają triumfy, ale one wiodą do łuków triumfalnych. Jakoby.
    Aut. Or.

    OdpowiedzUsuń
  13. Tak a propos klawo ,i miło ,i allellujowo, żeś się odezwał, Zygo, po dłuższej przerwie. Frasowałem się już, że Cię na dobre pogrzebał stos igieł choinkowych i brokat stłuczonych w Sylwestra bombek. Do Siego, acan!

    OdpowiedzUsuń
  14. Czytając Bliskie spotkania myślałem,że bohater spali na stosie swoich rodziców omyłkowo zamiast kosmitów(to dopiero byłaby heca).A jeżeli chodzi o spotkania z kosmitami to pamiętam opowiadanie o gościu,który zabarykadował się w wiejskiej chałupie i tam popełnił samobójstwo a jego kolesie pogasili latarki i odlecieli balonem na północ.To było genialne...proste ale genialne.

    OdpowiedzUsuń
  15. To ciekawe, ale pamiętam nawet nazwisko tego człowieka, który zmarł w tym zastraszeniu... To był Bronson. Gratuluję pamięci i ... smaku;-)

    OdpowiedzUsuń
  16. Oj smaku to u mnie aż nadto.....pamiętam jak obżerałem się na Orzeszkowej kanapkami z dżemem i twarogiem popijając to ogromnym kubanem herbaty.

    OdpowiedzUsuń
  17. Bardzo socjopatyczne. I socjalistyczne. I Waryńskie.

    OdpowiedzUsuń
  18. A czy szanowny autor pamięta nocne eskapady z szampanem w dłoni po zdanym egzaminie maturalnym... and whos that girl?

    OdpowiedzUsuń
  19. Panowie, opuśćcie maszty, bo robi się mdło. Wyślijcie sobie po kartce pre-walentynkowej i nie twórzcie klubu wzajemnej adoracji. Stare konie, a zachowują się jak pensjonarki...

    OdpowiedzUsuń
  20. Ta historia pomaturalna jest nieco mroczna... Jej jasnym punktem jest początkowe delektowania wina bułgarskiego i radosny marsz legionowy. A potem... Reszta to mitologia.

    OdpowiedzUsuń
  21. Ja jestem kobietą geju! i nikomu nie muszę wysyłać kartek!

    OdpowiedzUsuń
  22. Kobieto, zwiodło mnie to "myślałem" i "obżerałem". Widocznie zgryz skoliotyczny i zasepleniłaś. Stąd mylne wrażenie.
    Gej

    OdpowiedzUsuń
  23. Ludzie sowieci maja kosmite.Naprawde kolega mi mowił a pozatym sam byłem porwany przez obcych!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  24. I co ci zrobili?

    OdpowiedzUsuń
  25. W sumie to nic złego....hmm jeden badał mi okrężnice a drugi poprosił bym wypił kwaśne mleko i zjadł 2 cytryny..ale zastanawiam się po co bo to co się póżniej działo...ludzie!!!

    OdpowiedzUsuń
  26. Semik.....a cóż to za jeden?

    OdpowiedzUsuń
  27. Czy podpułkownik Tadeusz Franciszek Semik oficer Wojska Polskiego walczący w wojnie polsko-bolszewickiej to Pana krewniak...bo z tego co wnioskuje to pan nie pszepadasz za ruskimi.Prl Pan kocha to jak to sie ma do tej antynbolszewickiej kampanii,chyba,że jest to zmyłka i w duchu wielbisz Pan czerwonym.

    OdpowiedzUsuń
  28. Pewnie wielbi czerwonych bo ciągle gada o PRL-u

    OdpowiedzUsuń
  29. No, ja też podejrzewam, że ich wielbi. Na konar Bartka z nim!
    A w 1920 to oczywiście ja walczyłem, stosując w raczkującym polskim lotnictwie lotnię pożyczoną od Ewoków z księżyca Endor. Musiałem walczyć przeciw bolszewikom - przecież chcieli nam zabrać Lwów. I Warszawę. I Bornholm chyba też.
    A dziś już jestem zbyt leciwy na szermierza-lotnika, więc piszę. Zresztą marnie bym walczył w kaftanie obciążonym sztabami ołowiu ciekłego i z łańcuchem górskim sudeckim, którym mnie obwiązali.

    OdpowiedzUsuń
  30. przez tą strone nie zmyłam garów!!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  31. Przepraszam...:(
    ale powiem na pocieszenie: ja przez tę stronę też nie umyłem garów, i prania nie zrobiłem, i treningu, i kot dostał śniadanie na kolację... To wszystko jest jakieś takie pokręcone, podstępne...

    OdpowiedzUsuń
  32. Drodzy ludzie!
    Jo nic nie rozumim s tego o cym tyn cłowiek tu pise.o co komon...

    Warzyniec z Potulic.

    OdpowiedzUsuń
  33. ja też nie bardzo wiem ale mi sie podoba...

    OdpowiedzUsuń
  34. Uff, to najważniejsze. Relaks i śmiech są sednem, nawet jeśli nie idzie za tym sens i usprawiedliwienie. I skierowanie do pensjonatu w Ustce. A w ogóle ja też Autora nie rozumiem i boję się go, i egzorcysty domagam...

    OdpowiedzUsuń
  35. To on jest opentany.....?!

    OdpowiedzUsuń
  36. Prawdopodobnie tak. Inna sprawa, czy demon sobie poradzi czy odpuści zmęczony.

    OdpowiedzUsuń
  37. Wygląda Pan znajomo,czy nie był Pan kiedyś u księdza Radka z Chlapkowa w sprawie egzorcyzmów Tadka z Niepruszewa?

    OdpowiedzUsuń
  38. Hmm, to krępujące, że mnie pan rozpoznał... Miałem nadzieję, że tamten incydent został pogrzebany. Niestety, jak widzę, nie do końca. No tak, zgadza się, byłem u księdza Radka, skądinąd największego plantatora bawełny w województwie, i to kontrowersyjnego, bo zatrudniał tylko czarnoskórych zbieraczy, a co więcej, kaplicę i solarium dla pracowników obwiesił flagami Konfederacji. Rozumie pan, jak to się kojarzyło...
    Co do egzorcyzmów, to nie poszło to tą drogą, którą założyliśmy. Tadek, emigrant z Inflant Polskich, nie przeżył zabiegów. Ksiądz Radek zastosował jakieś metody hiszpańsko-portugalskie z XVI wieku, między innymi moczenie opętanej głowy w kadzi ze smołą, dopóki "zło nie przemówi z płaczem, przyznając się do maczania szponów w srogich zimach i najazdach Mongołów". Zło oczywiście nie przemówiło; głowa utopiona w smole rzadko przemawia. Gorzej, że demon przeskoczył chytrze a arogancko w moje ciało, wywołując znany z programów ezoterycznych samozapłon. Szczęśliwie ksiądz Radek ugasił mnie przy pomocy kopnięć, którymi przeniósł mnie do studni. Ksiądz Radek trenował taekwondo. W tym był całkiem dobry, w egzorcyzmach już nie tak bardzo. Demon wyskoczył ze mnie i dopadł księdza, natychmiast obrywając mu bokobrody. Strata była poważna; bokobrody były znane nawet za granicą - ksiądz Radek zapuścił je do takiej długości, że czynił z nich sobie lampasy do bryczesów oraz spodni do kick-boxingu, które zresztą zakładał do egzorcyzmów.
    Teraz nastąpił dramatyczny moment. Ja nie mogłem zrobić nic - to był bój między względnym dobrem, a uczciwie obnażonym złem. Które walczyło bardzo nieuczciwie. Demon wskoczył do ciała księdza Radka i tłukł go od środka piszczelami jak wojownik tajlandzki. Ksiądz kopał wściekle wroga - ale jako że wróg schował się w jego ciele, siłą rzeczy kopał sam siebie.
    Chyba po dwóch minutach rozpadł się jak arachid przywalony krzemieniem.
    Ja oczywiście zbiegłem, bo też byłem takim arachidem, tyle, że odpowiednio słabszym: ani taekwondo, ani egzorcyzmów hiszp-port. nie trenowałem.
    To tyle. Jak mówiłem, historia żenująca. Szkoda, że Pan ją przypomniał.
    Nasuwają się jeszcze dwie sprawy:
    1. Nie jestem pewien na 100%, że ks. Radek nie żyje. Być może pozbierał się i jest dziś odpowiednio potężniejszym egzorcystą.
    I kopaczem.
    2. Mówiąc szczerze, istnieje prawdopodobieństwo - moi lekarze podają szacunek 78% - że demon dogonił mnie wtedy i wniknął w mój umysł i ciało. Dzieją się dziwne rzeczy...
    Sam Pan widzi, jakie historie wypływają z moich płatów mózgowych.
    Więc jeśli ksiądz Radek żyje, a Pan utrzymuje z nim kontakt, prosiłbym przekazać, iż egzorcyzmy hiszpańsko-portugalskie są tu pilnie potrzebne.
    Tak à propos - Pan ma coś wspólnego ze zbieraniem bawełny?

    OdpowiedzUsuń
  39. Tak mam i to sporo. Moje imię to Justus i jestem synem Mbepy.To prawda byłem na plantacji i widziałem księdza Radka.Siedziałem wówczas w krzakach nerwowo drapiąc się po głowie i całym ciele.To efekt pchieł które przeszły z mojej starej babki Semiramis na mnie.Drogi Panie najgorsze jest to,że ten demon wlazł we mnie i domaga się opuszczenia mojej kruchej osoby.Wszyscy mówią,że mam z głową ale ja się dalej drapie,drapie....i drapie.

    OdpowiedzUsuń
  40. Cóż, typowy symptom inkubusa. Pan wie, co co to za rodzaj demona, prawda? Kłopotliwe. Panie Justusie, sprawa jest trudna, ale przecież nie beznadziejna. Można spróbować podjąć albo walkę, albo dialog z inkubusem. To drugie odradzam,bo jest ten demon zamiłowanym volksdojczem i gwałcicielem, co objawia na ofiarach zwiedzionych pertraktacjami.
    Zatem - walka. Jest jeden sposób, który poleca z kolei ksiądz z Rydułtów, znany jako Brat Wałbrzych. Utrzymuje on, że demona wyrzuci na dobre kołek cisowo-brzozowo-cedrowy, wbity - to bardzo ważne - z impetem 145 km/h w prawe (na szczęście!) płuco.
    Panie Justusie, powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  41. Drogi autorze.
    Przypadkiem zajrzałem na stronę i mowa tu ...hmm jakimś demonie co na imię ma inkubus.Mój problem tkwi w tym,że nawiedza mnie duch o podobnej nazwie Oktobus,czy to może mieć coś wspólnego z inkubusem.Najgorsze jest to,że namawia mnie do podglądania staruszek w miejskich toaletach.
    Proszę o poradę.

    SPIDERMAN.

    OdpowiedzUsuń
  42. Niesmaczne, krótko mówiąc. Z żartami też należy uważać, bo można wpaść z nimi pod deskę, a taki inkubus klapę zatrzaśnie i na spłuczce się uwiesi.
    Proszę ograniczyć swoje fotoreceptory do świata pająków.

    OdpowiedzUsuń
  43. Po raz wtóry ostrzegam stworki przed bluźnierstwem. Zadów sobie wyimaginowanymi inkubami i sukubami nie podcierajcie. Czcze to gadanie, czcić należy mnie. Przyjmuję dary wotywne w godzinach urzędowych. Pamiętajcie o kiszkach...
    Bóg

    PS. Wynalezienie internetu zaczyna mnie już wkurzać. Ludzki mózg zaczyna mieć odczyn jarzynowy. Zalecam rozbieg, zgięcie się w pół i zaniechanie hamowania przed przeszkodami terenowymi.

    OdpowiedzUsuń
  44. Ja się poddaję, Lordzie!
    Białą flagę wywiesiłem u parapetu, co robi z daleka wrażenie, bo mieszkam w suterenie.
    Podarłem na ten cel dyplomatyczny koszulę, oczywiście nie własną - zrabowaną zręcznie przechodniowi, który zadumał się nad butelczyną.
    Przystępuję do ustępstw w celu samoocalenia. Rozbiegam się i zginam.
    Oczywiście pozbawiony jestem przy tym zahamowania, co Lord zalecał.

    OdpowiedzUsuń
  45. I dobrze. Zbawiony będziesz. Choć nie wiem, jakby to miało wyglądać. Straszny mam tłok w poczekalni. Myślę o nielimitowanym , szwedzkim stole i sandałkach dla każdego. Tak, to by się stworkom spodobało.
    I co to jest "parapet"...? Konfuzję mam. Nie przypominam sobie, żebym stworzył taki rzeczownik.
    Kradziona koszule? To mi się mniej podoba.
    Bóg

    OdpowiedzUsuń
  46. Koszulę oddam. Kiedy ją dr House pozszywa.
    A parapet - ten oczywiście stworzył człowiek; do samobójczych wyskoków i podpierania sztucera, gdy cel opłacony kontraktem namierza. To taki stelaż inaczej.
    Ale ja nie strzelam!...
    Tylko, gdy gram w "piłkarzyki".

    OdpowiedzUsuń
  47. A ja mam zamiar sobie postrzelać..i to w hipermarkecie z mojej 9-tki.... i co wy na to?
    O.Rydzyk

    OdpowiedzUsuń