środa, 5 stycznia 2011

Magia i Miecz, czyli PUŁAPKI

Dziś motywem przewodnim będą pułapki. Pułapki to bardzo popularny dział naszej ludzkiej rozrywki. Rozstawiane są na Ziemi każdego dnia i nawet dziwię się, że nie podaje się jakiejś ich przybliżonej (dziennie) liczby - kiedy to na przykład podaje się średnią dotyczącą podkładanych min czy rabowanych fiatów Mirafiori. Pułapki zastawia się dla uśmiercenia, uwiedzenia i innych przerażających celów, których nie zamierzam dociekać. Pułapki czyhają wszędzie, na Lwach Nemejskich też.
Jeden z Komentatorów słusznie zauważa, że wymiana ciosów, czy to poprzez obelgi, czy wystrzały z arkebuza, w kwestiach diety mija się z sensem. Pewnie, że tak. Nie mam najmniejszej woli i żądzy, by rozwodzić się nad tym, która dieta jest najlepsza. Tę kwestię każdy sam musi rozwiązać sobie i dzieciom swoim. Zresztą czy wyobrażacie sobie, do czego wiodłoby eskalowanie takiego tu pokarmowo-wydalniczego sporu? Zaraz do wojny włączyliby się odżywiający się praną (są tacy i w Polsce) albo kanibale. Pierwsi dowodziliby walorów swej diety pokazem lewitacji i jasnowidzenia, drudzy zaś... No właśnie, siły argumentów tych drugich obawiałbym się szczególnie. Nie mam zamiaru czynić krucjaty w imię Wielkiego Wegetarianizmu; musiałbym masowo eksterminować 100% mojej rodziny i 98% moich przyjaciół. Już samo podjęcie takiej próby wystawiłoby mnie jak nieroztropną brukiew na patelni i sam zostałbym eksterminowany. Być może masowo.
Ta Strona nie powstała, by rozwodzić się nad kulinariami. Ta Strona powstała w jednym tylko celu: by zwieść Gości na bezpowrotną drogę ku Mrocznemu Absurdowi.
Tak. To pułapka.
W którą wpadło już wielu. Pierwszymi, którzy zawitali do Lwów Nemejskich, byli Jason Voorhees, Freddy Krueger, Michael Myers, Leatherface i Jekyll, który oczywiście wciągnął za sobą Hyde'a. Wszyscy oni już tu zostali, zdezorientowani, odurzeni - ale też dziecięco oczarowani Mrocznym Absurdem - i błąkają się gdzieś na marginesach Strony, na których roi się od pułapek. Lwy Nemejskie są niebezpiecznym placem psychiatrycznych zabaw, wypełnionym potrzaskami, wnykami, wilczymi dołami, kocimi łbami, pułapkami feromonowymi, szklanymi i psychiatrycznymi. Te ostatnie są najbardziej skuteczne. Mimo ostrzeżeń, wciąż docierają do mnie sygnały, że niektórzy wchodzący tu mili Goście traktują nazbyt serio niektóre posty czy komentarze. A przecież wszystko to wiedzie na manowce obłożone semtexem, drutem kolczastym i barszczem Sosnowskiego. Wiedzie wprost w Mroczny Absurd.
Być może skonsultuję z Operatorem dodatkowe, uwieszone nad drzwiami ostrzeżenie, by niczego na Lwach nie traktować ze śmiertelną, biskupią powagą. Wszak na Lwach wszystko jest możliwe i podczas obdukcji tudzież sekcji może wyjść na jaw, że Autor nie był wegetarianinem, a Operator Ziemianinem. Dlatego apeluję o dystans do głoszonej tu jedynie prawdziwej herezji.
Niektórzy jednakowoż wpadają w pułapki same sobie zastawione. Na przykład pułapki niefrasobliwości. Jeden z Gości (wymieniony zresztą powyżej) w taki sposób wyraził się w prześmiewczo brzmiącym komentarzu na temat Dziada Siekierowego: "...jeden wierzy w dziada" ( ten "jeden" to ja). Nie dość, że Dziad małą literą, to jeszcze to "wierzy". Czy Komentator ów zdaje sobie sprawę, jakie nieszczęście na siebie sprowadził? Wszak Dziad Siekierowy zagląda na Stronę, a na punkcie swej rangi i oddawanych mu hołdów jest niezwykle czuły. Pojęcie "wiary" jest w jego przypadku obelżywym wyzwaniem, gdyż w Dziada się nie wierzy. Po prostu albo już się wie, że istnieje, albo jeszcze nie. To pierwsze bywa ostatnim odkryciem życia. Dziad Siekierowy istnieje i mieszka na Biegunie Południowym. Utrzymuje zażyłe, dobrosąsiedzkie kontakty z nazistami, którzy, jak wiadomo, zdołali ewakuować Adolfa Hitlera przy pomocy floty najnowocześniejszych u-bootów na Antarktydę, gdzie założyli Nową Szwabię.
Los niefrasobliwie wypowiadającego się Komentatora stał się zagrożony. Tak to jest, gdy nonszalancja wypycha salonową ogładę i instynkt samozachowawczy. Czy Komentator ten wie, co robi Dziad, gdy go obrażą? Dziad posyła forpocztę. Są nią chupacabry, to jasne. Pędzą one, co chupacabra wyskoczy, z reprymendą do istoty wskazanej przez Dziada Siekierowego. Jeśli forpoczta zawiedzie, wyrusza sam Dziad. Co zdarza się rzadko, bo forpoczta zazwyczaj robi swoje. O ile dom winowajcy nie jest fortem na podobieństwo rzymskiego obozu, lecz lepianką czy tipi Assiniboinów - takie zaś rezydencje nie słyną z palisady przeciw jeździe i z blanków dla kuszników. Czy dom tego niefrasobliwego Komentatora jest fortyfikowany?
Na szczęście nie musimy trapić się tą kwestią. Z sympatii dla tego aktywnego Komentatora wysłałem bezzwłocznie dropa pocztowego na Biegun, by kroki odwetowo-reprymendowe Dziada wstrzymać. Jednak apeluję o większy rozsądek na przyszłość. Dropy nie są aż tak szybkie.
Pułapki. Ja sam wpadłem w kilka z nich. Na przykład wypiłem wodę z Zatrutej Studni. Zacisnąłem też dłoń na Kołatce z Kwasem, po czym podniosłem Żrący Nugget, by wreszcie spaść z Wiszącego Mostu. Wszystkie te nieszczęścia przytrafiły mi się w kultowej grze planszowej Magia&Miecz (anglojęzyczny oryginał to "Talisman"), w którą gram z przyjaciółmi od roku 1989. Upływ czasu, siwienie baków prusko-cesarskich i ekspansja gier komputerowych nie wyparła naszej miłości do "Magii&Miecza". Tylko patrzeć, jak znów starą gwardią zawodników łaknących mordu i rabunku zasiądziemy nad planszą. W "Magię..." gramy od lat wielu. Pierwotnie, oryginalna wersja, wydawała nam się straszna, niebezpieczna, okrutna. Ale z czasem żądza wyzwań i dramaturgii na skraju urwiska rosły. Zaczęliśmy zatem dorabiać nowe Karty Przygód i nowych, ponurych, mrocznych, utalentowanych w zagładzie Poszukiwaczy (którymi toczy się wzajemny bój, to mieczem, to czarem). By wojna przelała więcej krwi, wprowadziliśmy setki nowych Kart Przygód i kilkudziesięciu Poszukiwaczy, w tym niosących ukojenie i współczucie Śmierć, Półboga, Króla Skorpionów, Trolla Bagiennego, Łowcę Ezoteryków... Nie kto inny jak Operator Lwów okazał się uzdolnionym socjopatycznie reformatorem, który wniósł dawnym Poszukiwaczom nowe, mroczniejsze, potężniejsze wizerunki, wprowadził też zupełnie nowe postacie do Gry, na przykład Czarnego Mnicha, Milczącego Maga i Anioła Śmierci... I tylko pozornie nie stymulowały tej dramaturgii takie Karty Poszukiwaczy jak Mięso,Chromy Ogr czy Paprykarz Szczeciński... Groza i niebezpieczeństwo rosły. Chyba jednak wciąż zbyt wolno. A może to my adaptowaliśmy się do pogarszających się warunków zbyt szybko, zbyt swawolnie.

Dlatego wprowadziliśmy kolejne Pułapki. I kolejne. Coraz więcej. Takie jak Hospicjum, Piaskowy Wir, Kwiat Wiecznego Snu, Klejąca Żywica, Wężowa Poręcz, Dzban z Malarią, Rdest i Perz... Operator Lwów miał pecha zwłaszcza do jednej. Do Ruchomych Piasków. Dlatego tekst na odwrocie tej Karty Przygód nieprzypadkowo brzmiał: "...Ruchome Piaski pochłoną 1 Twój Przedmiot lub Przyjaciela, bądź nawet Ciebie, Jarek...". Już czekam kolejnej chwili, gdy zasiądziemy do Gry. Ja i moi Kamraci. Ludzie, z którymi łączy mnie Czarny Humor i sercowa więź. Tak silna, że ochoczo rozpłatam ich czerepy toporem, albo będę delektował się ich nieheroicznym konaniem, gdy wejdą na Trzęsawisko, Zapadnię, Podziemną Celę, lub inną jeszcze Pułapkę, która ostatecznie ich pogrzebie.

Pułapki to esencja rywalizacji, eliminacji, segregacji i porządków czynionych przez Człowieka. Podkładacz pułapek jest jak stawiacz min - czyni niebezpieczną i odpowiedzialną funkcję, ryzykując, że sam we własną pułapkę wpadnie. Mimo to uznanie i szacunek dla stawiaczy pułapek są w społeczeństwie niskie. Niewdzięczna to misja.

Pułapki. Całe ich mnóstwo usłanych jest na Stronie, którą odwiedziliście. Mam nadzieję, że wpadniecie w którąkolwiek z nich i zostaniecie z Lwami na zawsze.



22 komentarze:

  1. Zyga oczyszcza swój tok. Osoba wierząca, indagowana, czy Bóg istnieje, odpowie – Bóg istnieje. Bóg jest. Ja zakładam, iż Autor wierzy w dziada; Autor twierdzi, że on istnieje. Per paralela zgadza się to z teorią. A mała litera zgodna z protokołem, gdyż dziada można się bać, ale szanować to już mniej. Jako figura retoryczna z wywieszoną na plecach kartką „Kopnij mnie w zad, jam schwarzcharakter dziad”, ów stwór wczesnoszkolny nie kwalifikuje się na duże D. Dżibuti – owszem. Poza tym Autor raczył był dekapitować kontekst i umieścić trzy zaledwie słowa w cudzysłowie, co pozbawia ich wigoru podobnie jak pal, Azję. A akcent utkwił w tym, że jeden preferuje poziomki, a inny agrest. Ludzie są różni, ot co. Dziadowska kwestia (przymiotniczo już się Autor D nie uczepi) wymaga postawienia innego pytania: czy Dziad (D kurtuazyjne, gwiazdkowe) wie, że autor Jest. Spodziewam się tyrady, że oczywiście, gdyż Dziad to demiurg wszystkowiedzący i wszystkomogący, ale i tak pytanie stawiam do pionu. Swoją drogą przypominają mi się klasycy, którzy śpiewali byli: „…W wozie siedział Dziadek Mróz. Dzieciom ten stary dziad wszystko kradł. Stary dziad kradł i wpadł. Parę lat, posiedzi, parę lat…” To a propos Dziada, zimy i „D”, czyli grzecznie mówiąc - „siedzenia”.
    Przeczytałem bio Autora i tak się zastanawiam, gdzie też ten Maclean ukrył ironię, sarkazm i refleksję? Śmiem twierdzić, że Autor się pomylił. W nazwisku. Tylko jeszcze nie wiem, co wykaże errata. Ja też czytałem jako dziecko książki różne – przewijały się różnorakie Bahdaje, Ożogowskie, Niziurskie. Ale czy Autor tak na poważnie o tym, że twórczo jest progeniturą Kinga, Cobena, Nienackiego czy Koontza? Niby gusta nie podlegają dyskusji, ale… Co z większą literaturą? To tak jakby szef kuchni zarzekał się, że wykwint przezeń tworzony bierze się z tego, że w dzieciństwie jadł ogórki, albo chleb z mortadelą. Coś mi to nazbyt uproszczeniem zawiewa. Może Autor jest dzieckiem genialnym, bibliografię potrzebującym tylko dla zwiększenia objętości biograficznej? No i te „Gotowe Na wszystko”. A fe. Niech Autor wymierzy sobie ode mnie kuksańca za karę.
    Włączę w swój wywód jeszcze owe gry karciane, żeby spiąć wpis Autora klamerką. Winszuję i szczerze zazdroszczę przyjacielskich koneksji, wspólnej historii i etc. Nie wyobrażam sobie jednak Flauberta, Fulknera, czy Bartha, przywdziewających maski Trolli i ganiających wkoło stołu z papierowym mieczykiem (metaforycznie rzecz jasna). To by było… Niezręczne. Nawet największe dzieła podczas czytania gilały by w podniebienie i nie dało by się skupić. Co Autor na to? Słuszne to i zbawienne odzierać Autora z tajemnicy, machając detalami z życiorysu? Czy Dzieło nie powinno się bronić samo? Taką pułapkę zwietrzyłem. Poza, oczywiście, prowokacją i podjudzaniem tłumu do buntu przeciwko Pułapce Urzędowej, ogłoszonej oficjalnie na gazetce ściennej. Autor chyba wpada we wnyki przez czasy współczesne zastawiane, we wnyki, w których ja tkwię i do czego się przyznałem w poprzednim wpisie. Ja jestem produktem swoich czasów. Autor zdaje się też, mimo deklaratywnej przynależności do nurtów anty-. Co za tym idzie, jesteśmy definiowani przez śmieszności naszych czasów, a literatura śmieszność kocha opisywać, lecz nie z niej się wywodzić. Pytanie pułapka zatem: czy Autor chce być Literatem, czy Celebrytą, czyli biografią posiadającą twarz? A może rację ma japoński mistyk Anito-Anito i jest trzecia droga? Może Autor nie chce być, a Jest po prostu. Jak dziad, w którego wierzy…
    Niech Autor pamięta, że jeśli Zyga pisze, to tylko w zgodzie z tezą, że prawdziwa krytyka literatury się nie boi…
    Zyga

    OdpowiedzUsuń
  2. Niech Zyga jedno przyjmie za pewnik: Autor nigdy sztandaru sobie wokół karku nie wywiesi ze złotym otokiem głoszącego Bufonadę Intelektu Pokazowego. Autor jest skromny i żartobliwy, a do celebrytów strzela z kuszy przez sen, bo w ogóle świat takowy lukrowany, jupiterowany go nie pociąga. Tym bardziej też Autor krytyki się nie boi, której Zyga zwyczajowo nie szczędzi. Nie boi się, bo jedynym wizerunkiem, jaki o sobie objawia jest ów prawdziwy: że ogląda "Gotowe na wszystko", a nie Kieślowskiego, że czyta Koontza, a nie Balzaca. Autor przypuszcza, że wielu celebrowanych-lukrowanych-jupiterowanych ogłasza takowe wysmakowane (jakoby) gusta, albo też PRZESTAWIA SIĘ na nie, gdy tylko pierwszy jupiter sławy nad głową im rozbłyśnie. Autor patrzy na to z pobłażaniem i nieco nieufnie. I lukru takiego na swój wizerunek nie wyleje. Źle jest nurzać się w genetycznie modyfikowanej słodyczy. Autor jest prawdziwy i taki pozostanie. Czy będzie głosem Sądu Intelektualnie Grzmiącym? Nigdy. Zresztą dość takich się wylukrowało pod jupiterami. Czy Autor jest gwiazdą i talentem daVincinowskim? Nie. Czy jest zwykły, szaroobywatelski i skromny? No ba. I z tym mu dobrze. Jupiterów nie trzeba - zakłóciłyby pracę rogówki. Autor szczerze i odważnie odsłania pewne detale z życia. W istocie. Polityka rozsiewania nimbów mitycznych bawi go i ironiczne dowcipkowanie prowokuje. Autor nie potrzebuje. Autor jest prawdziwy,familijny, udomowiony. I tylko w tym szczęśliwy, że mimo umysłu szaleństwa wciąż wolny. I - najważniejsze - że bawi swymi historiami rodaków. Zaprawdę wystarczy. Salut, Zygo.
    A(ch!)utor.
    PS - istotnie, a zaprawdę we własne pułapki wpadam. Teraz tkwię w feromonowej...

    OdpowiedzUsuń
  3. Co zaś się tyczy króla Ironii, Alistaira Macleana. Albo to, mój Zygo, nigdy Autora tego nie czytałeś, albo też jakoweś prowokacje gliwickie tu teraz instalujesz... Czy jakieś książki wspomnianego pisarza Zyga posiada? Proszę o tytuły. Wskażę wtedy fragmenty, gdzie Maclean odsłania przenikliwość męskiego intelektu, zdolności refleksyjno-sarkastyczne, celne pointy, cudowne porównania i niezrównaną kpinę.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nawet nie spróbuję zbliżyć się do tego błyskotliwego, zabawnego, inteligentnego, ironicznego stylu i klimatu tutaj miłościwie panującego. Powiem jeno tyle, że talent sir Leona rozkwita w tym wirtualnym świecie. Wątek szczególnie bliski memu sercu, czyli pułapki magiczne, to temat rzeka. Łączy się z tyloma pięknymi wspomnieniami, że aż się łza w oku kręci. Moja skromna osoba, szczerze zatracona we wszystkich formach wirtualnej rozrywki, za nic na świecie nie oddałaby Magii i Miecza. To co z tą grą zrobiła CHORA wyobraźnia Leona i Szakala jest trudne do przebicia! Lecz ile satysfakcji sprawiało mi poruszanie się w tym gąszczu schizofrenicznych pułapek:) Z wrodzoną skromnością dodam, że nie jednego błyskotliwego zagrania, wyżej wymieniona dwójka się ode mnie nauczyła:) Z utęsknieniem czekam na powtórkę tych pięknych chwil. Pozdrawiam Bracie:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziękuję - oby Crom pozwolił nam wkrótce zasiąść do mordów i grabieży nad trupem. Choć, jak pamiętam z "Conana", Crom nigdy niczego specjalnie nie ułatwiał... A Komentator z powyższego postu rzeczywiście wiele nas nauczył. Na przykład jako dworujący z Cyborga czy Minotaura Kobold z powodzeniem stosował czechosłowacką strategię frywolnego odwrotu, odskoku i odlotu od Wroga. W ten sposób denerwował Wroga (na przykład mnie) i osłabiał jego morale...

    OdpowiedzUsuń
  6. Zygi respons:
    Podchodziłem ongiś do H.M.S. Ulisses i utknąłem. Być może gustujemy w innych autorach, zdarza się. Mi chodziło jednak o coś innego. O dystans do materii. W bio określiłeś się Autorze wzorcami, przypisałeś przymiotniki do wymienionych autorów. Stali sie muzami, natchnieniem, kołyską twórczości. W komentarzu do mojego komentarza Autor nawet ochrzcił MacLeana "królem ironii". Tego się czepiłem. Ukonstytuowania się nowego Parnasu. Trochę mi żal tych epitetów. Zużywasz słowa, być może, Autorze. Bo skoro MacLean jest pisarzem rozrywkowym co prawda, sprawnym, na ekran przenoszony, ale jednak, umówmy się, nie arcymistrzem materii - literatura istniała przed nim w wybitnej formie lat setki, to czy nie zabraknie określeń na tych "lepszych"? MacLean królem ironii, to Joseph Heller cesarzem, a Boris Vian, Vonnegut, arcycesarzami? Co wtedy z Twainem? Tytuły galaktyczne wchodzą w grę. I tak dalej. O dystans mi chodziło. Dziś najpiękniejszym miejscem na ziemi jest ogródek babci, ale po pierwszej wizycie w fiordach norweskich perspektywa się zmienia. A i to nie koniec świata jeszcze.
    Zyga pyta Autora (pyta to ciekawe słowo...), czy aby ten nie zatracił potrzeby eksploracji świata i nie zamknął drzwi przed nosem innych królików? Czy rzeczony, przykładowy MacLean to naprawdę czomolungma, że warto się nim w bio posiłkować? Na pytania te odpowiedzi nie udzielam, ani ich nie suponuję. Pytam z ciekawości, bo nigdy Autorem nie byłem i nie wiem, jak ten gatunek ma.
    Jam człek pokorny, przed majestatem nieznanego kark pokornie schylam. Za każdym rogiem Wielki Punta może umieścić nową doskonałość, nowy wzorzec i nowe natchnienie. Nie ma więc dla Zygi świętości ponad innymi, vanitas vanitatum i etc. Niziurski jest miłym wspomnieniem i taka fiszka wcale go u mnie nie dyskwalifikuje. MacLean dziełem nieprzebytym, Sienkiewicz z jednym wyjątkiem nieczytelny, Karol May niepodniecający, Singer wartki, wciągający i tak dalej.
    Pytałem, czy Autor nie jest dzieckiem swoich czasów i czy - jeśli tak - zdaje sobie z tego sprawę. Sympotomy, zapyta autor? Upraszanie bogactw tego świata. Dziś modne jest hierarchizowanie wszystkiego, tworzenie Top 5, 10, 100. Dobrze jest być oryginalnym, lekko nawet niezrozumianym. Nawet jeśli chorować, to na coś egzotycznego, bo się to lepiej sprzedaje. Czy tworząc swe bio miał Autor intencję delikatnie czytelnika sprowokować, utrudnić jednoznaczną ocenę samego pisania? Czy takie uszczegółowienie siebie, założenie na głowę papierowej torby z napisami "ezoteryka", "MacLean", "Gotowe Na Wszystko" nie idzie z duchem czasu, by być właśnie troszkę kontrowersyjnym i przydać trochę wartości swej pracy samym byciem sobą? Czy ikony z bio naprawdę zasłużyły sobie, żeby ich wymieniać z imienia i tytułu, tak jakby nic ponad nimi nie istaniało? Nie lepiej pozwolić pisarstwu bronić się samemu? Żeby nie było, ja szanuję upodobania Autora. Nie one mnie ciekawią, bardziej Autor w ich kontekście i to, jak się nimi posługują współcześni w momencie pojawiania się w przestrzeni publicznej. Autor się pojawił. Zyga zauważył i jątrzy. Taka karma.
    Tyle pytań, a tylko jeden autor. Co zrobić.
    King SAIZ (Sympatyczny Acz Irytujący Zyga)

    OdpowiedzUsuń
  7. Podchodziłem ongiś do „HMS Ulissesa” i utknąłem. Potem podszedłem jeszcze raz i znów utknąłem. Podobny efekt miało podejście do „Athabaski”. Te powieści MacLeana uważam za słabe i w związku z tym widzę to tak, jakbyś smak tortu oceniał, Zygo, na podstawie skamieniałej ozdoby lukrowej z wierzchołka. Gdy tymczasem perły MacLeanowskie to „48 godzin” (doprawdy strzelecko-alpejska kwintesencja ironii, porównań etc.etc.), „Złote rendez-vous”, „Stacja arktyczna Zebra”, „Noc bez brzasku”, „Siła strachu” (bardzo dobre refleksje i odzwierciedlenie reakcji psychicznych wobec dramatycznych przeżyć, naturalnie przy całym sensacyjno-ironiczno-sarkastycznym tonie powieści) czy „Mroczny Krzyżowiec”. Jeśli nic mi nie umknęło, to resztę uważam już za dział niezłe-przeciętne, przy czym wyróżniałyby się tam „Laleczka na łańcuchu” i „Tylko dla orłów”. Podkreślam jednak: TO GŁOS I OPINIOWANIE WEDLE MOICH UPODOBAŃ I PREFERENCJI. Są z pewnością tacy fani MacLeana, którzy za najlepszy kąsek wskażą na przykład „Komandosów z Navarony”.
    Co zaś KRÓLA się tyczy, Mości mój Zygo, to jest chyba oczywistym, iż pisząc o królu MacLeanie, głosiłem o Króla Moich Upodobań. Tego rodzaju króla każdy sam sobie obiera; są może i tacy, co w ogóle takich nie mają – ich sprawa, czemu nie.
    Upodobanie to sąsiad autonomii. Wymieniasz,Zygo, nazwiska pisarzy. Czy mają być taką wykwintną, elitarną husarią przeciw MacLeanowi jako zubożałemu Kozakowi? Pytanie się rodzi, na czym polegać ma klasa pisarza. Czy wyznacza ją obrany przezeń gatunek literatury, czy jednak styl, zdolność opisywania, oczarowania, biegłe stylistycznie operacje, celne puenty, pyszne metafory, subtelnie przemycane refleksje...? Chyba jednak to drugie. I pewnie obaj się tu zgodzimy, co czyniłoby dalszą utarczkę bezcelową, a może w ogóle nawet jej nie ma.
    Z jednym, Zygo, trafiłeś celnie: tekst osobisty był w istocie prowokacją świadomie uczynioną. Z premedytacją pisałem o swych gustach i wzorach, i potrzebach – świadomie, bo okoniem staję wobec hipokryzji. A już się z taką zetknąłem. Poznałem ludzi, którzy pod jupiterem cytują Miltona, a na kanapie w ich salonie znalazłbyś zaplamiony dżemem komiks Marvelowski. Z zasady nie pobłażam hipokryzji. Dlatego pisałem przeciw niej umyślnie, przekornie – ale wszak uczciwie. Szczerze. Chcę podkreślić rzecz taką: przede wszystkim jesteśmy nie biskupami, baronami, profesorami, lecz ludźmi, nawet, jeśli tymi biskupami-baronami-profesorami też. Niech nasze potrzeby (na przykład czytelnicze) wyznacza nie owo fałszujące słowo TRENDY, lecz Impuls. Moje potrzeby i chęci wyznacza Impuls; niezależny, niezakłócony wpływami zewnętrznymi. Oczywiście że nie zamykam się na Innych i Nowe. O ILE TYLKO na wzmiankę o takich poczuję Impuls Potrzeby. Bo nie zamierzam czytać „pod jupiter celebry” „Buszującego w zbożu” (to tylko swobodny przykład), by uzyskać narzędzie popisu. Niektórzy tak czynią. TRENDY dają im może jakieś dowartościowanie, hm, uznanie Grupy Modnych? Ja wolę usłyszeć, co naprawdę chcieli przeczytać, co ich do tego skłoniło, co myślą. Lubię w ludziach autonomizm. Lubię osobiste sferami życia zafrapowanie. Owszem – czytam na ogół książki lekkie. Przecież życie, ów REAL, dostarcza tak wielu wyzwań, frasunku, odpowiedzialności, trosk i stresów. Czy ja muszę jeszcze „upoważniać się” lekturą ciężką/smutną? Nie – a na TRENDY bimbam. Czy zagrzebywanie umysłu w księgach poważnych jest takie pożyteczne i jedynie słuszne? Ja myślę, że najszczęśliwsi są na tym świecie ludzie wsparci o Yin-Yang. W życiu musi być równowaga. Dotyczy ona i podziału na Poważne i Niepoważne.

    OdpowiedzUsuń
  8. Z drugiej zaś strony kolejne zadam Ci pytanie: co nazwiesz lekturą AMBITNĄ? Czy tylko księgi o obrotach ciał i obozach zagłady? Czy książka „K-PAX” taką nie jest? Czytałeś? To genialne odniesienie psychologiczne i niezwykle refleksyjna, stymulująca zmiany treść. Dalej: spośród moich ostatnich [pół roku] lektur poważnych (hm, ambitnych?) wymienię: „Czy śmierć nie istnieje?”, „Prawda o szczepieniach”, „Prawda i mity na temat cukru”, „Hitlerjugend”, „Powstanie'44”, „Kobieta w Berlinie” (wstrząsająca!), „W imię Rzymu”, „Smakowanie raju – wspomnienia świadka nieznanej egzekucji w lesie katyńskim”... Po żadną nie sięgnąłem ze względu na TRENDY. Wszystkie podsunął Impuls. A Impuls to energia zrodzona z potrzeb, zainteresowań, pasji. Ja czytam to, co lubię, i co mnie ciekawi, i co odsłania te sfery życia, których poznania odczuwam potrzebę. Te sfery to historia, zdrowie, dieta, parapsychologia, ezoteryka, bioenergoterapia... Wszystkie one uczą życia.
    I właśnie przymierzam się do kolejnej z mojej strefy zainteresowań: do „Endoekologii zdrowia”. To ku niej kieruje mnie teraz impuls. Bo z tej książki czytelnik dowie się na przykład, że cukrzyca JEST uleczalną, że uleczenie to zaskakująco silnie wspiera trening mięśni brzucha i pleców, i tak dalej... Czy to jest książka nieambitna?
    Mówiąc szczerze etykieta ambicji wobec książek, które czytam, niespecjalnie mnie interesuje. Mnie interesuje Impuls i wiedza, którą taki przyniesie.

    OdpowiedzUsuń
  9. Powtórzę: życie niesie troski. W istocie jest ono polem konfrontacji, nierzadko spiętrzonej. Większość moich lektur to świat RELAKSU. To wspiera. Odbudowuje. Przydaje radości życia. Mało jest wartości tak znaczących jak radość życia. Owszem, los świata leży mi na sercu bardzo. Martwi mnie los odławianych pożądliwie rekinów i wyrzynanie Amazonii. Ale nawet ci, którzy o to walczą, muszą czasem odstawić oręż i uciec w Relaks i Rozrywkę, gdyż te sfery PRZYWRACAJĄ ENERGIĘ I MOC ŻYCIOWĄ.
    Dlatego – nigdy nie nazwę lektur lekkich nieambitnymi czy płaskimi. Jak powiedziałem, definiowaniem takim jestem tak samo zainteresowany jak salonowym brylowaniem, byciem trendy i intelektualną „cytologią” pod jupiterem celebry. Czyli wcale.
    Tak, Zygo, jestem trochę inny, oryginalny, niepodatny na wtopienie w dyktowany strumień. Jestem taki, ale nie dla trendy. I nawet nie wbrew. Jestem uczciwy wobec siebie samego i własnych pragnień. To chyba najszczęśliwsza eksploracja świata.
    Oczywiście okoliczności, w jakich żyjemy, tworzą nas w jakimś stopniu, i nawet trochę manipulują wyborami. Ale skoro czujemy satysfakcję?... Dziękuję Ci, Zygo, za Komentarz i Pytania. Twój głos cenię od początku. Twoja energia wnoszona w Lwy jest energią ważną. Dlatego znów trochę siebie ujawniłem. Jak zwykle: szczerze. Hipokryzja jest Hydrą. Trzymam pod łóżkiem koncerz, pistolet skałkowy i lisowczyków, gdyby nadeszła.
    Pozdrawiam:)
    PS – z opinią na temat „Gotowych na wszystko” oczywiście całkowicie się nie zgadzam. Nie zapominaj, że jestem fanem Czarnego Humoru i szermierzem w jego służbie. Tak czarny i przewrotny serial musiał mnie zdobyć. Poza najlepszym gatunkiem amerykańskiego humoru i puenty (które religijnie wyznaję) daje też wyborne przeniesienia z życia, które i łzę autorską czasem wycisną...
    Ave!

    OdpowiedzUsuń
  10. Zyga żyje, wykopuje się z dołu, do którego wtrącił go Autor. Zyga odpisze. Ale jak pozbiera myśl. A myśl to dla niego nowa sytuacja. Może potrwać...

    OdpowiedzUsuń
  11. To ja Zygę pozdrawiam, i pokrzepiam, i czekam. I cieszę się, że Zyga Lwów nie opuszcza.
    AutoR.

    OdpowiedzUsuń
  12. Zyga do tej pory nieskutecznie starał się zarazić Autora słowem Dystans, wykazując, że nigdy nie wiadomo, czy schabowy sąsiadki nie przewyższa wszystkich do tej pory konsumowanych. Zyga postara się zdefiniować Dystans przy pomocy przypowieści. Może wtedy Zyga przestanie być postrzegany jako gderliwy emeryt na odrzutowym wózku, a sprawa dociekań, czy Autor wie, że nie wszystko wygląda na to, czym jest w istocie, zostanie zakończona. Zyga ma z drugiej strony nadzieję, że nie zostanie właściwie zrozumiany, bo to rodzi urocze komentarze.
    Otóż. Dawno temu żył szewc, co buty ludziom szył i serwisował. Żył, ile miał sił, a ponieważ pochodził z rachitycznej matki i dość nieżywego ojca piwożłopa, to sił miał niewiele, a i mózg pracował z prędkością ochwaconego muła. Czasami witalności i rozumu stawało mu tylko, żeby dratwę nasmołować. Dnia pewnego pewien drab i jego konkubina drabka podrzucili mu do naprawy obuwie męskie. Trzewiki z cielęcej skóry, z frędzlami, jednym słowem szyk i pisk straganiarki na ich widok. Szewc zerknął na klientelę i rozdziawił odrzwia twarzy swojej, gdyż konkubinat ubrany był w szmaty gatunku n-tego, przez pomyłkę tylko nazywane ubraniem. Bliżej temu było do jutowego worka, niż odzienia, tym bardziej, że wystające z nich łby przybyłych przypominały niemyte kartofle. Słowem, buty nie licowały z anturażuem przybyłych. Ale nic, pomyślał sobie i zamówienie przyjął.
    Skomplikowana operacja rewitalizacji frędzla przebiegła dość sprawnie i szewc wyczekiwał wizyty owej karkołomnej pary. W głowę zachodził, skąd takie botki znakomite znalazły się w rękach takiej hołoty, lecz nic nie mogło mu tego faktu wytłumaczyć.
    Kiedy przybyli, wpatrywał się w nich uparcie, acz z cielęcym wdziękiem. Ci, indagowani w ten sposób, zareagowali przychylnym „czego?”. Szewc najpierw dostał ataku kaszlu, takie nim emocje targały, a potem podsumował obuwniczy mezalians słowem „Złodzieje”. Nastała martwa cisza. Chwilę to trwało, zanim doszło do puenty. Puenty, w której szewc dostał w ryja od drabki, łachmaniarze wzięli swoje trzewiki i nie płacąc, oddalili się w kierunku trochę znanym. Jak się później dowiedział, ów duet znany był z przedziwnego, fetyszystycznego wręcz uwielbienia dla odorów, które skrupulatnie butelkowali, nalotu na zębach i kanalizacyjnych wyziewów. Poza tym byli przykładnymi arystokratami.
    Morał z tego taki, że nigdy nie wiadomo, co jest czym i lepiej trzymać się na dystans, bo trzeba będzie trzymać facjatę w wiadrze z lodem.
    Krótsza wersja:
    Indiański szaman Będzie Padać Jutro, po raz pierwszy spotkał człowieka nieopalonego. Ten podniósł prosty kij i zaczął niezrozumiale gulgotać. Będzie Padać Jutro zaśmiał się na ten widok i położył dłoń na tomahawku, bo tak mu było wygodnie. Potem kij wydał z siebie potężny huk, jakiś nietypowy sygnał dymny, co skłoniło szamana do rzucenia się na ziemię z rozłupaną czaszką.
    Morał – Będzie Padać Jutro padł dziś, gdyż założył, że będzie padać jutro . Nie przewidział, że duchy przodków mogą przynieść kogoś jeszcze mądrzejszego. Dystans wspomaga nieufność. Nieufność zwiększa średnią długość życia w plemieniu.

    Zygi Fantom

    OdpowiedzUsuń
  13. nikt nie czyta takich długich komentarzy......



    :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Ja też nie.
    A serio - oczywiście czytam. Nawet komentarz na 600 stron zapisanych od prawa do lewa przed lustrem i w rulonik zwiniętych - przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
  15. Zdanie moje jest krótkie,po przeczytaniu komentarzy,które opisuje niejaki Zyga stwierdzam,że.....ZYGA CZAS UDAĆ SIĘ DO LEKARZA bo masz nie lada problem..aha i przestań nudzić tym swoim chorym intelektem.

    OdpowiedzUsuń
  16. O co chodzi z tym jego chorym intelektem? Że niby co? I coś więcej o tym problemie, bo ja nie rozumiem. Może musiałabym całość przeczytać.

    OdpowiedzUsuń
  17. A ja twierdzę, że Zyga ujawnia nietuzinkowe zdolności słowotwórcze, co więcej: objawia dystans i specyficzne poczucie humoru. Co zawsze robi na mnie wrażenie. Właśnie skończyłem oglądać "Kiepskich" do kolacji i manuskrypt Zygi z pełnym zaangażowaniem przeczytałem. Pierwsza przypowieść powiała grozą jak... OPOWIEŚĆ WIGILIJNA Dickensa. Przedstawia mądrości z życia naszego europejskiego wzięte.
    Krótsza jest w ogóle wysokiej miarki i podpisałbym się pod nią wszystkimi ośmioma mackami. Gdybym umiau.
    Moi drodzy, humor Zygi jest głęboki, ale czyhający pułapkami na hefalumpy, lepami na jętki i przeciwczołgowymi krążkopławami. Trzeba to właściwie odczytać, żeby uszczerbku uniknąć.
    Poza za tym wszystkim - kto z nas nie potrzebuje lekarza? Niektórzy nawet położnika.

    OdpowiedzUsuń
  18. Na stronie jest miejsce na wszelki typ humoru. Tym bardziej taki, jaki Zyga pokazuje. Bogaty. I inteligentny, a nie jakiś, za przeproszeniem, górniczy. I ja proszę o więcej.
    Pan z Kilofem.

    OdpowiedzUsuń
  19. Ale mnie nurtuje jedno. I niech Zyga okaże szacunek i odpowie. Mianowicie co za Indianin był tak głupi i naiwny i urodzona ofiara? Bo stawiam, że Komancz albo Kiowa.
    Podpisano: Apacz.

    OdpowiedzUsuń
  20. Apacz. To był Apacz. Albo Belg. Źródła nie są zgodne co do tego.
    Zyga

    OdpowiedzUsuń
  21. To nie byłem ja. Więc postawmy na Walona.
    Apacz (Dumny Łuk)

    OdpowiedzUsuń
  22. Do Zygi- totalnie głupie opowiadanko godne poziomu przedszkolaka,bez sensu ,mało smieszne,banalne.

    dot.opow. o szamanie.
    Ps.Zyga twoje zdolności krasomówcze mogą mieć posłuch tylko u ludzi cierpiących na poważne choroby psychiczne!!!!!!

    OdpowiedzUsuń