piątek, 18 marca 2011


Dom zły

2009 dramat (?), Polska

Od razu na wstępie wyznam: dopiero przystępując do recenzji, zdałem sobie sprawę, że reżyser Domu złego jest reżyserem Wesela. Rozbrajające i konfundujące. Nawet ekipa aktorów zbliżona. Grają wybornie, lecz cóż z tego? Zaczynam zastanawiać się, czy Wojciech Smarzowski nie cierpi na jakąś obsesję na punkcie patologii. Jeśli jednak tak jest, ja się w tę obsesję wciągnąć nie dam. Film jest zwyczajnie irytujący, ciężki, po prostu nie do zniesienia. Może należałoby zwołać konsylium patologów, socjologów i geografów, by spróbować udzielić odpowiedzi na istotne pytanie: jakie jest prawdopodobieństwo stłoczenia dużej ilości organicznych jednostek patologicznych na małej powierzchni geograficznej? Wizja reżysera do mnie nie trafia. Film jest zwyczajnie absurdalny i odrzucający niczym rozpędzony Abrams. Niestety, stanąłem na drodze temu czołgowi (Abrams może osiągnąć szybkość 72 km/h) i zostałem solidnie uderzony w naiwnie podstawiony tors. I odrzucony. W pułapkę Domu złego wciągnęły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze, piękna, klimatyczna "okładka" filmu, którą na swoje nieszczęście dostrzegłem w Teletygodniu. Po drugie - zachwyty Kuby Wojewódzkiego, którego miałem nieszczęście dojrzeć w telewizji. Wojewódzki drugi raz mnie nie nabierze, ale i ze zdjęciami muszę nauczyć się ostrożności. To było wprost urzekające - jego autorowi akurat szczerze gratuluję. Milicyjny radiowóz w pięknej, acz wyraźnie surowej aurze polskiej zimy - "Oho, jakiś thriller z niezwyczajną atmosferą" - pomyślałem zachęcony. Drugi raz już się sam nie nabiorę. Amerykanie i Niemcy robią świetne thrillery. Zapomniałem, że Słowianie nie. Wracając do stłoczenia jednostek patologicznych. W gruncie rzeczy trudno je wyliczyć. Postacie antypatyczne, ułomne psychiką, ale często i ciałem; wywrotnym, niezdarnym, chybotliwym, wypełniają to dzieło od pierwszych sekund filmu. Im dalej w las - czy może raczej zaspę - tym gorzej. Przybywa ludzi dziwnych i odpychających. Dioptrie minus 1,75 nie pozwalają dostrzec ani jednego w pełni normalnego człowieka. Pytam się: po co tak sadystyczne akcentowanie upadku i ułomności? Po co epatowanie obrzydlistwem? Sceny oddawania moczu dwie. Może zresztą lało się tego więcej - nie wiem, film wyłączyłem po 40 minutach Golgoty. Co najbardziej chorobliwe w Domu złym - ciągle, nieustannie, obsesyjnie, kaskadowo, leje się alkohol. Strumieniami, Drwęcami, rzekami Huanghe. Jeszcze raz apeluję o zlot socjologów i geografów. Gwoździem, a raczej żelbetonową pokrywą na trumnę, okazuje się wyjątkowo nietrafny i po prostu nieznośny soundtrack. Muzyka tworzy zwykle klimat i siłę filmu. Tu wystrzeliwuje się tylko jakieś osobliwe dźwięki z osiemnastowiecznej flinty, które może uczyniłyby radość hob-goblinom wypełniającym kino. Te zaś dobiły tylko i tak konający film. Ja z kolei czułem się, jakby i we mnie z flinty owej wymierzano i strzelano. Reżyser ma prawo do wizji. Ja mam prawo do odczuć i do ich wyrażenia. Wyrażam i pytam: dlaczego w ten film wtłoczono taką liczbę ludzi dziwnych i odpychających? Czy reżyser zetknął się kiedyś z taką liczbą? Jak się wymknął obławie? Widziałem amerykańskie filmy, w które wtłoczono ludzi dziwnych. Na przykład Twin Peaks. Albo Don MacKay (2009, Elisabeth Shue). Ale twórcy tych filmów zadbali o odpowiednią liczbę takich ludzi. Przy czym część z nich wzbudza sympatię. No i atmosfera - w wymienionych filmach generuje ona rosnące zaintrygowanie i fascynację. Dlatego produkcje amerykańskie chce się oglądać. Dom zły od pierwszej chwili budził we mnie tylko jeden samozachowawczy odruch: wyłączenia filmu. Opierałem się temu odruchowi heroicznie przez 40 minut, tracąc na froncie umysłowo-emocjonalnym dwie chorągwie husarskie, lisowczyków i pikinierów szwajcarskich. I oddział Paunisów. Stwierdziłem też, że coś dziwnego dzieje się z moim osierdziem. Jakby wybierało się gdzieś w ramach ewakuacji. I film wyłączyłem. Przydał mi jednak jakiejś refleksji. Oto i ona: dopóki będziemy zatapiać się w wizjach, projektach i przekazach niosących energię tak frustrującej beznadziei, trudno oczekiwać pomyślnej, szczęśliwie twórczej nam przyszłości. Może warto włożyć swój talent i brzęcząco-szeleszczące zasoby w projekty tchnące optymizmem i wizją przemian. Dom zły odradzam wszystkim, którzy w życiu mają wystarczający ładunek trosk i stresów. Kiedy po 40 minutach zakończyłem projekcję, zorientowałem się, że łańcuch z kula spiżową seansu owinął mi się wokół nóg, zmiażdżył podłogę i wciągnął mnie w głębię piwniczną. Długo się stamtąd wygrzebywałem. Rodzi się pytanie, jak głęboko i gdzie dokładnie zostałbym wciągnięty, gdybym obejrzał film do końca. Czy zostałbym tam na zawsze? Straszne to pytanie. Autor.


2 komentarze:

  1. buuuuu tez nie polecam tego filmu kicha taka ze szok

    OdpowiedzUsuń
  2. na samą myśl o tym filmie dostaję...grypy żołądkowej...

    OdpowiedzUsuń