piątek, 11 marca 2011

Kokurs urodzinowy - opowiadanie drugie

Dziś kolejne opowiadanie. Czytelników ukołysanych wczoraj łagodnym warczeniem Warana muszę ostrzec, że tym razem zmierzamy do makabry, której Autor-Lew by się nie powstydził... Przed lekturą zaleca się melisę zamiast kawy, a i biszkopty warto zastąpić poduszką elektryczną... No, chyba że uważa się szanowny Czytelnik za osobę o silnych nerwach - w takim przypadku kawę parzyć, bo wybornie pasuje do tej dramatycznej, być może na faktach opartej historii...


Nadesłane przez: Marcel





Ulepimy bał
wanka...

Wanda wstała wczesnym rankiem. Zanim otworzyła oczy, pomyślała o szeregu prac domowych,
które musiała dziś wykonać. Kawa. To druga rzecz, która pojawiła się w jej głowie. Bez niej codziennie rano przypomina dwutygodniowe zwłoki.
Wstaje
powoli, uważając, żeby nie natknąć się na miliony pułapek, rozwalonych po jej sypialni. Tragedia czyha wszędzie.
No i stało się! Pierwsza pułapka zaliczona! Wanda z impetem pada na ziemię, czuje jak jej łokcie wbijają się boleśnie w drewnianą podłogę.
Nagle przypomina sobie, że musi szybko interweniować i podbiega do kołyski: w lewo, w prawo, w lewo, w prawo! Uff... Śpi. Nie obudził się. Po cichu wychodzi z sypialni, idzie korytarzem, by zaparzyć upragnioną kawę.

- Boże! Pies się zesrał!!

Szepce pod nosem i niechętnie kieruje się w stronę WC, by sprzątnąć napotkaną mine przeciwpiechotną. Pies z hukiem leci na dwór. Ale po co? Przecież już się załatwił. Chwilę potem marzenia Wandy o kawie wypitej w świętym spokoju, prysły niczym bańka mydlana. Kobieta słyszy za sobą tupot małych stóp i przeraźliwe wołanie:

- Jeść! AM! Jeść!

"Cholera! Znowu kawa w pośpiechu"- pomyślała. Jednym zwinnym ruchem łapie na ręcę małego trolla, pędzi do kuchni i wstawia garnek z parówkami na gaz. Czuć odór. Niechętnie pociąga nosem. Tak! Czuć.

- Boże. Następne gówno!

Biegiem do sypialni, przebiera, zakłada nowa pieluchę.
Parówki!
Teraz chwila wytchnienia. Robi kawę.

- Mama! pić! pić! pić!

Wanda robi szybko wodę z sokiem malinowym, szybko, szybko, bo każda następna minuta może wywołać burzę szlochów lub krzyków dziecka.

- Baja! Ba..Baja!!!!! - następne rozkazy małego dyktatora wywołują u Wandy gniew. Jednak kobieta nie chce od rana wszczynać wojny i pospiesznie bierze w jedną rękę parówkę i picie, w drugą rozwrzeszczane dziecko, i pędzi ile sił do salonu, by włączyć TV. Kawa stygnie. Kobieta wraca po nią do kuchni i nagle czuje wilgoć na stopie.

- A niech to! Przeklęty pies! - wtedy przypomina sobie że mały pudelek jest ciągle na dworze, a tam na minusie prawie dwadzieścia.

- Wytrzyma! Co go nie zabije, to go wzmocni! Najpierw kawa!

- Mama! Mama! - z salonu dobiega piszczący głos dyktatora. Parówka utkwiła mu w DVD. Wanda niezaradnie stara sie ją wyciągnąć!

- Am! Mama! aaaaaaaaaaaammmmmmmm!

Rezygnuje. Jest 8.30 rano, a ona czuje sie jak po całym dniu spędzonym na poligonie. Szybki bieg po nową parówkę - tym razem na zimno. Nie ma czasu na gotowanie, dyktator już czerwienieje ze złości. Wanda podaje mu parówkę, dziecko z anielskim uśmiechem oznajmia:

- Niunio kce na dwór!!! Już!!!!
A kawa?

Trudno. Musi wypić na dworze. Ubiera małego w trzyczęściowy kostium.Wychodzą. Zimna kawa na zimnym powietrzu! Marzenie!
Oboje są już przy wyjściu, otwierają drzwi i widzą psa.
- No chodź, chodząca sralnio! No właźże! Co się gapisz!

Pies niepewnym krokiem wchodzi do domu. Wanda patrzy na niego z przymrużonymi oczyma. Widzi jak pies, który jest już w korytarzu, bezczelnie przykuca.

- No nie!

Kobieta przez chwilę chce podbiec do niego i zasadzić mu kopa, ale nie ma już siły i tylko macha rękoma nie wiadomo po co. Spogląda na psa i ma wrażenie, że ten się śmieje pod nosem.

- Chyba zwariowałam!!! - mówi sama do siebie, po czym zamyka drzwi.

- Mama na sanki!!!

- Mama bałwana!!!

- Mama rób aniołka!!!

- Mama wojna na śnieżki!!!

Wanda biega z kawą w ręku, nie złapała ani łyka od rana. Ciągnie sanki, lepi śnieżki, bałwana! Nagle trach!!!!

Widzi jak czarna plama stopniowo powiększa się na śniegu. W ręku... ucho. Ucho od filiżanki.

- Moja Kawa..... - kobieta szlocha, kucając przy plamie. Mały dyktator szczerzy zęby. Na jego rękawiczkach widać okruchy śniegu, jak gdyby trzymał w nich przed sekundą dużą, twardą śnieżkę. Wanda ma dowody... Czuje jak krew gotuje się w jej żyłach. Pospiesznym krokiem idzie do garażu, wyciąga łopatę do odśnieżania. Dziecko patrzy na nią niepewnie, jej oczy są przeszyte krwią, nozdrza pulsują, z pyska cieknie piana, włosy rozwiały się w nieładzie. Kroczy taka upiorna w stronę dziecka, w kółko powtarzając:

- Zaraz ulepimy bałwana, zaraz ulepimy bałwana...


Wieczór.

- Cześć, kochanie! Już jestem. Ale miałem ciężki dzień w pracy, dwanaście godzin siedzenia przy biurku! Tragedia. Ale widziałem, jakiego pięknego bałwanka ulepiliście na dworze!!! Jak żywy! Nawet mi się wydawało że machał rączkami!!! Tylko ta parówka zamiast marchewki dziwnie wygląda! A gdzie jest Tadeuszek????



7 komentarzy:

  1. Jestem psychiatrycznie zauroczony opowiadaniem, przy czym zastanawiam się, czy zadać pytanie, ILE % cukru w cukrze jest z życia wzięte... Może lepiej nie wiedzieć? Zresztą zima w agonii, bałwany już chyba wszystkie się rozpadły i spłynęły do studzienek ściekowych.
    Opowiadanie ze zgrozą uświadamia mi dwie istotne sprawy:
    1. Jak potężny ciężar kontroli i odpowiedzialności spoczywa na Polkach-matkach. Zaprawdę wszystkie jesteście Leonidasami! Podziwiam i chylę czoła. Nie będę pytał Mateczki mojej, ile przeze mnie kaw zimnych piła, ile się rozlało...
    2. Kawo! Ile Cię trzeba cenić, wdzięczyć i smakować - jeśli tylko mamy szansę wypić Cię ciepłą i w spokoju!
    A nie zawsze taki rarytas jest dany...

    OdpowiedzUsuń
  2. HAHAHA! Znowu się ubawiłam. MArcel, napisałaś świetnie! Jak czytałam to opowaiadanko miałam przed oczami jedną taką osóbkę która bardzo często ma rano problemy z dopiciem kawy:)I te imiona...Wanda i Tadeuszek haha :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak to jest, kiedy nie docenia się pracy kobiety w domu...

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo mi się podoba!!!:)
    Jako osoba również nie funkcjonująca bez kawy, jestem w stanie w pełni wyobrazić sobie cierpienia bohaterki...i zapewne ja też ulepiłbym bałwanka...

    OdpowiedzUsuń
  5. o jejku Marcel jest w niebo wzięty ze opowiadanie trafiło na bloga i dziekuje z całego serca za wyrazy uznania i tak miłe słowa;) autor uważaj- konkurencja sie rodzi :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Konkurencja zostanie zwabiona w pułapkę i zlikwidowana.

    OdpowiedzUsuń
  7. bardzo fajne to było!!! troszke kopia mojego życia jakies piec lat temu ale wybaczam! :)

    OdpowiedzUsuń