poniedziałek, 28 marca 2011

Tomasz Semik&Marcin Fuszpaniak przedstawiają

W nowym cyklu będę zamieszczał opowiadania stworzone w niezwyczajnej współpracy z moim Druhem Marcinem Fuszpaniakiem. Łączy nas więź istotna: poza krwią słowiańską, lekko zanieczyszczoną nalotami tatarskimi, teutońskimi, szwedzkimi i rusińskimi - przede wszystkim uzależnienie od pisania i słabość do czarno-absurdalnego humoru. To chyba Marcin zaproponował mi w zeszłym roku wspólne pisanie. A może ja? Tę zagadkę należy już pozostawić naukowej hybrydzie historii i psychiatrii.
Wspólne pisanie jest zajęciem specyficznym: intryguje, lecz wymaga elastyczności. Kiedy bowiem stworzysz dwa-trzy akapity historii, a potem odeślesz ów fragment partnerowi, nigdy nie wiesz, jakie 2-3 akapity on dopisze. A przecież kiedy przekaże Ci opowiadanie z fragmentem przez niego dopisanym, pozostanie Ci pójść w wytyczoną przezeń, nieprzewidywalną wszak stronę.
I na tym polega urok. Gdy zaczynamy opowiadanie, zakończenie, ba, epicentrum i nawet miękkie podbrzusze historii pozostaje nieodkryte do ostatniej chwili.
Czy cel został osiągnięty? Czy stworzyliśmy coś zabawnego?
Mam nadzieję, że pierwsza historia z cyklu Tomasz Semik&Marcin Fuszpaniak przedstawiają przyda Wam odprężenia i humoru.


Piknik country





Drzemka w świetle czerwcowego słońca, w trawie odurzającej aromatem odnowy i marzeń młodszych od ciała o jakieś dwadzieścia lat... Piękna rzecz. Dobrze jest zasnąć na pikniku, wystawiwszy ten imperialnie zuchwały gest Kozakiewicza na wszelkie zobowiązania – które zostały gdzieś tam z tyłu, odcięte buforem leśnego pasa.
Miło jest poddać się aromatom wiosennej przyrody, które – jak odkryłem – stymulują nie tylko marzenia i witalność, ale też właśnie te nastroje buntownicze.
Drzemka na pikniku, ów moment buntu na kocu rozłożonym pod gałęziami brzozy, to sprawa, którą chciałem wam polecić.
Z jednym zastrzeżeniem. Wszelkie uzyskane dzięki takiej drzemce profity mogą bezpowrotnie się ulotnić, jeśli otworzywszy rozmarzone oczy, ujrzycie tomahawk nad swoim czołem.
Co mnie się przytrafiło.
Widok tomahawka nie zachęca do reakcji dynamicznych i oczywiście nie objawiłem ich. Zresztą oprócz oręża, którego raczej nie spodziewałem się ujrzeć pod gałęzią brzozy, dostrzegłem coś więcej. Coś, co ewentualny dynamizm postępowania wykluczyło do reszty. Nie ma miejsca na dynamizm, kiedy mózg rejestruje obrazy, których w żaden sposób nie potrafi tobie uzasadnić.
Nade mną stało sześciu Indian. Półnagie ciała, wojenne barwy, wojennie wykrzywione twarze, dwa oszczepy, i jeszcze z dwa nieco bardziej oddalone od mej głowy tomahawki.
Póki co.
A jeden trzymał łuk w takim napięciu, że tylko jedna myśl natrętnie krążyła mi pod sklepieniem czaszki: „Traci cierpliwość i w ogóle ścierpł”.
Ani drgnąłem, co uznacie za racjonalne. Zacząłem za to myśleć. Jeśli postacie Indian nie były wynikiem wyziewów jakichś narkotycznych ziół, w których rozłożyliśmy koc, to wyjaśnienie ich obecności pod Radomiem wydawało się chwilowo dość kłopotliwe.
Agresja wymierzona w moją stronę nie mniej.
Odważyłem się zerknąć w lewo. Marcepan też już nie drzemał. I też racjonalnie imitował posąg gipsowy.
Zmarszczyłem brwi w konfuzji, która nie stała okoniem lękowi. Ten zresztą zaraz się zwiększył, bo pomyślałem, że zmarszczenie brwi może być dla Indian wyczekiwanym pretekstem – takim okazaniem wrogości, jeśli nie manewrem wojennym – do użycia tomahawków. Ponieważ jednak wyraźnie czekali na pretekst bardziej zaawansowany, myślałem dalej.
Piknik od początku wiódł za sobą pewne fatum. Marcepan, mój kolega z pracy – konduktor jak i ja – namówił mnie na ów relaks pozamiejski tydzień wcześniej.
- Ja załatwię dwie koleżanki, których uroda i podejście do pikniku cię zaskoczą – szczerzył zęby i mrugał okiem w ekscytacji. – To będzie niezapomniany piknik, brachu. Ty, ja, Ola i Burgunda.
Ja miałem tylko załatwić koc i prowiant. Dwie butelki po soku malinowym, w które wlałem zupełnie inny sok, no i kanapki z ogórkiem.
Tyle, że ja nie nawaliłem, a Marcepan owszem.
Mój kumpel miał na imię Marcin, ale z racji delikatnej urody wszyscy zwali go Marcepanem.
Koleżanek na piknik nie przywiódł, za to marcepanów cały wiklinowy kosz.
- Chciałem je rozsłodzić – wyznał smętnie, gdy przyszedł po mnie bez Oli i Burgundy. – One nie idą – dodał niepotrzebnie, gdyż w promieniu dwudziestu metrów nie dało się zauważyć nic bardziej żywego od kruka przymierającego na słupie telegraficznym.
Połowę marcepanów mój kamrat już zjadł, ale na drugą raczej się nie zanosiło. Wyglądało na to, że padną łupem Indian.
Indian!!
Z trudem zdławiłem odruch pokręcenia głową w niedowierzaniu. To mogli by już uznać za całkiem wojenny manewr.
- Obudzili się, Wiktor – rzekł po polsku jeden z Indian, rosły oszczepnik.
- Mów do mnie Czarny Kuguar – warknął pochylony nade mną Indianin. Jeszcze niżej opuścił tomahawk – w gruncie rzeczy raczej toporek buchnięty ze strażackiego jelcza – po czym rzekł surowo: - Odpowiecie za krzywdy.
- Ale czyje? – wykrztusiłem.
Marcepan spojrzał na mnie przerażony.
- Za krzywdy Indian.
- Ale... To chyba raczej nie nasza wina – ośmieliłem się zauważyć. – Jako Słowianie spod Radomia nie ponosimy chyba odpowiedzialności za eksterminację w Ameryce Północnej.
- I Południowej – dodał przytomnie Marcepan.
- Wszyscy są winni – wycedził Czarny Kuguar.
- I Łacińskiej – dorzucił Marcepan.
Trochę przesadzał. Otaczający nas polskojęzyczni Indianie nie wyglądali na przebierających w pretekstach do użycia toporków z jelcza.
Przełknąłem ślinę, z nadzieją, że tych kilka ułamków sekund namysłu da mi jakąś tajemną moc Harry'ego Pottera. Ba, co tu kryć - miałem nadzieję na nagłe olśnienie, coś w rodzaju natchnienia, może nawet takiego jak Marka Ewangelisty. Nic z tego. Przełknąłem zatem ślinę raz jeszcze. Nadal nic. Zanim jednak strażacko-indiański toporek miał mi roztrzaskać łeb, wypadało coś powiedzieć, podjąć próbę ratowania sytuacji.
- To John Wayne – wypaliłem w końcu.
- Co – John Wayne?? – zdębiał ten z oszczepem, po prawej. Jego twarz podobna była raczej do rolnika z Zakaukazia aniżeli do dumnego irokeskiego wojownika. Czy czort wie, jakiego innego plemienia. W każdym razie oszczep, który, jak zdołałem ocenić w tej kryzysowej sytuacji, zbudowany był ze świeżo naciętej leszczyny i warsztatowego brzeszczotu, błysnął groźnie w słońcu.
Znowu przełknąłem ślinę, wyobrażając sobie jak chropowaty metal rozcina moje trzewia. Ponieważ nie posiadał zaostrzonego końca, szło to bardzo opornie. Brrrrr…
- To on jest winien holokaustu Indian! My, Słowianie, zawsze rozumieliśmy wasze trudne położenie – postanowiłem trzymać się tego wątku dla zyskania na czasie.
Marcepan patrzył na mnie z przerażeniem. Milczał jednak, dając mi tym samym czas na rozwinięcie mej śmiałej teorii.
- To bardzo proste, moi czerwonoskórzy bracia – ciągnąłem zatem. – Filmy, w których grał, a które stały się sławne na cały Świat, pokazywały Indian jako prymitywną, półnagą i żądną krwi rasę, której jedynym celem jest zjadanie białych dzieci na śniadanie, w przerwie między rabowaniem kolejnych dyliżansów. Przez czterdzieści lat swojej nędznej kariery ugruntowywał taki wizerunek Indian! To dlatego znikąd pomocy, bracia! Nikt do lat 80. nie interesował się waszym losem, aż do tego czasu staliście się jedynie amerykańskim folklorem . Tłem na widokówki…
- Jakie, kur... widokówki?! – przerwał mi Czarny Kuguar
- Nie wiesz, co to widokówki? – zapytał z ironią niski Indianin, z kropkami na twarzy i piersiach.
- Zamknij się Jura… Stojący Grzmocie. – warknął tylko Kuguar – Pytam się, jakie, kur... widokówki?
Wbił we mnie mrożące krew w żyłach spojrzenie, od którego można by unieruchomić kilka dieslowskich silników.
- To taka przenośnia tylko, Wielki Wodzu – bąknąłem zbity z tropu – Chciałem przez to powiedzieć, że los wasz tragiczny jest bardzo i w imieniu narodu polskiego ogłaszamy razem z Marcepanem dzień solidarności z narodem indiańskim… Panowie pozwolą też, że się przedstawię, nazywam się Kmicic. Mój przyjaciel – Marcepan – wskazałem na całkowicie zbaraniałego kolegę.
Zamarli na kilka sekund, co było zresztą bardzo indiańskie.
- Pokpiwają z nas – wycedził wreszcie rosły oszczepnik o zakaukaskiej urodzie. – Słyszeliście to, psiakrew? Kmicic i Marcepan!
- Wykończmy ich – rzucił chłodno łucznik. Od początku mi się nie podobał, zauważyłem też, że jego ręce zaczęły drżeć nieznacznie.
- Ależ my się tak nazywamy – wybąkałem wystraszony, bo już czułem grot w trzustce i tomahawk między półkulami mózgu. – Nie pokpiwamy, bracia...
- Ja nie pokpiwam – zawtórował pospiesznie Marcepan. – Czuję się trochę winny za Amerykę Łacińską – dodał przymilnie.
Musiałem uznać, że jako wsparcie dyplomatyczne przybliżające przetrwanie, mój towarzysz kolejowy zawodził. Krótko mówiąc: sabotował moje rozpaczliwe wysiłki przekonania... Indian, że pomylili się.
Szturchnąłem Marcepana desperacko w bok.
- No co? – wykrztusił. Zauważyłem, że i on nie spuszczał oczu z łuku, którego linia strzału została akurat przeniesiona na jego ciało.
- MILCZ – zaproponowałem zduszonym szeptem. – Wyciągnę nas z tego.
Straszne kłamstwo, łamiące konwencje czerwcowego pikniku. Ale nawet zwiększenie szans o 2-3% było wartością nie do pogardzenia...
- Ale ja ją kocham – wybełkotał tępo.
- Co? Kogo, kurrr... – ledwo ugryzłem się w język.
- Burgundę.
Przymknąłem oczy zrezygnowany. Marcepan miał złamane serce! On nie groził tylko sabotowaniem, on mógł pragnąć ściągnąć śmierć męczeńską na nas obu!
Indianom nie spodobała się ta kurczliwa, tajna wymiana zdań.
- Spiskują – osądził chłodno łucznik. – Wykończmy ich.
Spojrzałem z przerażeniem na Czarnego Kuguara, który zdawał się dowodzić szczepem.
- Niech Pół Bizona powstrzyma ujadanie – rzekł sucho ku mej uldze. – To ja zdecyduję o ich losie. Jeśli zginą, to między wigwamami Siuksów. U pala.
Łucznik zagryzł wargi pokornie. Niestety – wciąż celował łukiem to we mnie, to w Marcepana. O nasilonym drżeniu rąk, co zwykle u strzelców stoi okoniem utrzymaniu kontroli nad bronią – wspominać nie muszę.
U pala.
A więc lasy pod Radomiem kryły jakieś wigwamy i pale.
Wyglądało to coraz bardziej groźnie. A negocjacje z socjopatami nie są łatwe.
- Wykończmy chociaż jednego – zaproponował ugodowo kropkowany Stojący Grzmot. – A drugiego na męki.
- Spokój, bracia – uciął Czarny Kuguar, niewątpliwy już wódz. – Niech blade twarze powiedzą coś na swoją obronę. Jeśli nas nie przekonają, poniosą śmierć godną ich brudnych serc. Ty mów – zwrócił się do mnie.
Z wysiłkiem oderwałem wzrok od łucznika Pół Bizona i spojrzałem na Czarnego Kuguara. Teraz wszystko zależało od zręcznej, wyważonej dyplomacji.
- Jesteście Siuksami? – spytałem grzecznie, a nawet pokornie.
- Jesteśmy Siuksami Ligota.
- Chyba Lakota? – poprawił odruchowo Marcepan. – Ligota to dzielnica Katowic.
- Jesteśmy szczepem z Katowic – wycedził Czarny Kuguar.
- Ale fajnie – wywrócił oczami Marcepan. – Burgunda, Burgunda – wymamrotał ciszej.
- Co on mówi? – zmarszczył brwi i barwy wojenne na czole wódz.
- Oddał hołd wszystkim szczepom Siuksów – zapewniłem pospiesznie. – Ale moi czerwoni bracia chyba daleko odeszli od swych łowisk?
- Zwierzynę wybito. Dymy z kopalni wytruły ostatnie stada bizonów. Teraz tu jest nasze łowisko. A wy wtargnęliście na nie jako traperzy i złodzieje złota.
- Ależ nie jesteśmy traperami – zapewniłem gorąco. – Ani złotnikami... Nie wiedzieliśmy, że te tereny należą do Siuksów Ligota. Natychmiast opuszczamy łowisko i życząc pomyślnych łowów...
- Czym się zajmujecie? – uciął surowo Czarny Kuguar.
Umilkłem na chwilę. Indianie pewnych bladych twarzy nie lubią bardziej niż innych. Na przykład traperów. Albo poszukiwaczy złota. Albo...
- Jesteśmy kolejarzami – wymamrotał uprzejmie Marcepan, nim zdołałem wykrztusić: „Jesteśmy amiszami”.
Oblałem się potem.
- Kolejarzami? – powtórzył z gniewem wódz. – To wasz Żelazny Koń przecina nam łowisko?
Musiałem jakoś wybrnąć, ten kretyn Marcepan gotów oddać im nasze skalpy na tacy!
- Amiszami, amiszami! Kolega ma problemy z dykcją, w czasach kiedy kończył szkołę, opieka logopedyczna stała na bardzo marnym poziomie – mój uśmiech przypominał zapewne uśmiech Krzysztofa Ibisza zaraz po zabiegu ostrzykiwania ust botoksem – Żyjemy w zgodzie z naturą i Bogiem. Jadamy tylko płody ziemi, nie jadamy mięsa, co ważne! Chcę przez to powiedzieć, że to na pewno nie my odpowiadamy za przetrzebienie zwierzyny z waszych łowisk, Wodzu. Poza tym, rzadko opuszczamy nasze osiedla i nie używamy także elektryczności… - usiłowałem sobie przypomnieć wszystkie filmy, w których mogli występować amiszowie.
- Amisze w IV RP??! – trzeźwo zauważył najmniejszy, ospowaty Indianin z Katowic.
Kuguar od razu się ożywił.
- Skórzana Warga słusznie prawi, amisze w IV RP? To niemożliwe.
- A Indianie? – zaprotestowałem gwałtownie czując już delikatne swędzenie w miejscu, gdzie do tej pory miałem włosy. Ze skórą. – Skoro Indianie żyją w IV RP, dlaczego nie mają w niej żyć amiszowie? Przecież to nawet bardzo logiczne, przyzna Wódz.
Spojrzeli po sobie wymownie. Wzrok Kuguara uspokoił mnie nieco, chyba to kupili.
- Ale naprawdę nie wybijacie naszej zwierzyny ? – rzekł po chwili już zdecydowanie łagodniej
- Słowo amisza! – podchwyciłem honorowo
- I nie używacie elektryczności?
- Nawet baterii paluszków!
- I nie migrujecie po naszych terenach? – ciągnął Wódz
- Raz w roku udajemy się tylko na łąki, to właśnie dzisiaj, aby kontemplować obecność Boga pośród traw i drzew, z których czerpiemy siłę. Resztę życia spędzamy zaś w naszych izbach z kobietami i dziećmi.
Czarny Kuguar po raz pierwszy się uśmiechnął. Może i byli groźnymi chłopakami, ale chyba niezbyt rozgarniętymi. Tryumfowałem!
- Hmmm… Bracia, może ci amiszowie nie są tacy źli? Może jednak Wielki Duch nakazuje nam wypalić z nimi fajkę pokoju, rozdmuchując dym na wszystkie strony świata?
- I w niebo oraz w ziemię – dodał dotychczas milczący Ligota, którego imienia jeszcze nie znałem.
- I niebo oraz w ziemię, mój dzielny Boją Się Nawet Jego Kotów – zakończył Wódz.
Pozostali wymienili znaczące spojrzenia. Twarze opuścił grymas gniewu, a zastąpił go wyraz zrozumienia oraz wyraźnej skłonności do braterskiej miłości, takiej jaka może się przytrafić tylko pomiędzy miłośnikami natury. Poluzowali uściski na drzewcach swoich lanc oraz tomahawków, a ja odetchnąłem nareszcie pełną piersią. W końcu nie przyszło mi to tak łatwo, ale smak zwycięstwa był tym bardziej słodki.
Wysłałem promienny uśmiech w kierunku naszych czerwonoskórych kamratów z Katowic i wyciągnąłem dłoń do Wodza w geście przyjaźni. Już podnosiłem się z trawy.
- Jesteście Indianami – Górnikami ? – wypalił z uśmiechem Marcepan
Misternie budowana konstrukcja wzajemnego zrozumienia i pokoju zwaliła się nam na głowy. Zabolało tak, jakby spadły na nie tomahawki.
- Wykończmy ich – powtórzył swoją mantrę Pół Bizona, a Czarny Kuguar tym razem pokiwał głową z aprobatą.
To mi wystarczyło. Indianie preriowi byli znakomitymi biegaczami, ale Prasłowianie też chyżo gonili za łoszami, a przynajmniej żubrami... Ich geny zagrały mi chyba w owej chwili hejnał ku ocaleniu, bo gwałtownym susem łoszy właśnie zerwałem się z posłania i wbiłem w krzewy.
Oszołomienie Siuksów-Górników musiało być spore, gdyż wyrwali się z odrętwienia dopiero po okrzyku Marcepana:
- Winni holokaustu czmychają!
W istocie, gdy Czarny Kuguar poderwał oddział do pościgu, byłem już w pełnym pędzie czmychania. Że nie będzie łatwo, pojąłem jednak szybko. Usłyszałem świst i długa, antyhumanitarnie długa strzała przemknęła nad moim barkiem i wbiła się w buk, który właśnie mijałem. W kolejny pień wrył się z hukiem tomahawk. Jeśli nawet strażacki, to przecież niezawodny także w ręku morderców.
Ścigali mnie mordercy. Socjopaci. Ludzie z zaburzeniem osobowości i to kolosalnym. Uważali się za Indian, choć byli Polakami. Co więcej: Polaków obwiniali o zagładę kultury indiańskiej.
Co najgorsze – za cel tej niedorzecznej pomsty powzięli ludzi, którzy nigdy nie okazali przemocy choćby klapsem.
Biegłem z najwyższą desperacją, wpadając wkrótce w jakiś osobliwy amok. Być może chaotyczny bieg o życie zawsze wpędza w amok i półzdziczenie. Dyszałem, rzęziłem, zaczynałem czuć ból na miarę płatów płucnych żywcem wydzieranych z ciała – ale wciąż biegłem.
- Squaw wodza nagrodą za skalp! - rozległ się wściekły okrzyk gdzieś z tyłu. Ale nie aż tak bardzo z tyłu. - Dwie godziny!
Coś mówiło mi, że taka obietnica nie myli kroku ścigającym i nie spowalnia ich tempa. Ja sam pościgałbym kogoś za dwie godziny ze squaw wodza...
Ostry, zwieszony obumarło konar rozorał mi przedramię, a uderzenia palcami stopy w wystający kamień prawie zamroczyło piorunem bólu – ale wciąż biegłem.
Przypomniał mi się rozpaczliwy bieg chłopca na końcu powieści „Władcy Much”. Z pewnością moja rozpacz była podobna rozpaczy dwunastoletniego chłopca, a obłęd i żądza mordu ścigających mnie świrów odpowiadała obłędowi i zamiarom nastoletnich degeneratów z owej powieści.
Biegłem.
Acz niezbyt długo. Wydając dźwięki zaszczutego obławą odyńca wpadłem nagle na rozległą polanę i stanąłem jak wryty.
Bliski wymiotów z przyczyn skrajnego wycieńczenia, słaniający się na kończynach haniebnie rozdygotanych, patrzyłem na leśną, zarośniętą kurdybankiem drogę, która wpadała na polanę z drugiej strony kniei.
Stał na niej jelcz strażacki.
Cóż, to nawet miało swoją logikę. O wiele większą, niż miałaby obecność sanosa z wielkim napisem Juventur. Wszak gdzieś Siuksowie Ligota zdobyli swój oręż.
Siuksowie Ligota... Teraz nie było już wątpliwości, że byli w istocie górnikami-dezerterami ze Śląska. Surowce zanikały jako te bizony, kopalnie upadały jako te terytoria zagrabione okrucieństwem technologicznej cywilizacji. W rzeczy samej argument o utracie łowisk miał swoją rację bytu... Ale nie miało jej pożądanie krwawego rewanżu, w każdym razie nie na neutralnych mieszkańcach ziemi radomskiej.
Nie miało jej też wymordowanie strażaków. Spodziewałem się znaleźć ich ciała w kabinie lub gdzieś w pobliżu jelcza. Dlatego podszedłem do wozu bez większego entuzjazmu.
Ciał nie ujrzałem. Jedynie mundury rozrzucone w nieładzie, jakby ściągano je w pośpiechu.
Nim zdołałem się nad tym zastanowić, spomiędzy drzew wypadli Siuksowie. Nie miałem szans ucieczki, ich tyraliera była w pełni profesjonalną, bardzo północnoamerykańską. Mogłem tylko schronić się w jelczu, uczynić z niego namiastkę bastionu i bronić się tak rozpaczliwie, jak beznadziejnie.
Do czego jednak – po prostu – zabrakło mi sił. Opuściłem ręce i całkiem zwiotczały czekałem, aż spadną na mnie ciosy toporków i przeszyją strzały.
Siuksowie zbliżali się bez pośpiechu, szczerząc wilczo zęby.
Pół Bizona opuścił łuk i obrał za cel moją tętnicę udową. A przecież miał być pal...
Czarny Kuguar przymierzył tomahawk do rzutu...
Którego nigdy nie wykonał.
To Boją Się Nawet Jego Kotów poderwał nagle głowę, zmarszczył brwi wpatrzony w coś ponad linią lasu, po czym niespokojnie zawołał:
- Jezu, chłopaki! Pali się!
Coś dziwnego stało się z Indianami. Wilcze grymasy zjechały z ich twarzy jak górnicze wagoniki z pochylni. Wszyscy z przejęciem poszli za spojrzeniem Boją Się Nawet Jego Kotów.
- Jezus Maria! - stęknął Pół Bizona. Zupełnie zatracił swój groźny wygląd.
Wodziłem po nich tępym wzrokiem makaka ogłuszonego obuchem toporka, gdy tymczasem Czarny Kuguar okazał zimną krew:
- Przepraszam, chłopcy. To chyba Maryśka podpaliła gazownię. Zawsze coś podpala, gdy chce mnie oderwać od zabawy. Przepraszam was, rozumiecie: żona...
- Jasne, kapitanie – pokiwał głową Stojący Grzmot. Czy może raczej Jura. - Moja ostatnio podpaliła żłobek i klasztor. Od razu wróciłem do domu.
- Co robimy? - spytał smętnie Skórzana Warga.
- Jak to co? - obruszył się kapitan. - Do wozu! Walimy do pożaru!
Indianie porzucili bez szacunku cały oręż, nawet toporki, i doprawdy szybko wdziali swoje mundury. Byli przecież wyborowo wyszkolonymi strażakami. Radomskimi. Nie byli Siuksami. Nie byli nawet górnikami. Nie mówili ze śląskim akcentem.
Zwapniały obserwowałem, jak zgrabnie wskakują do jelcza i odjeżdżają ze zrywem demolującym kolonię kurdybanków.
Po jakichś dwudziestu minutach otrząsnąłem się. Pojawiły się też pierwsze przytomne refleksje.
Na przykład taka, że ktoś zawalił mi piknik.
A przecież winnych należy ukarać.
Dlatego podniosłem jeden z tomahawków i poszedłem szukać Marcepana.

24 komentarze:

  1. Bardzo mi się podoba "kurczliwa wymiana zdań" i kurdybany występujące koloniami

    OdpowiedzUsuń
  2. Chłopaki swietna robota!!!! rozbawiliscie Marcela tym opowiadaniem strasznie-współpraca wyszła Wam w stu procentch! Mam nadzieje że to nie koniec...

    OdpowiedzUsuń
  3. Spółka TS&MF dziękuje za pochwały. W związku z nimi nie zostanie rozwiązana, co było planowane jeszcze wespół z Breżniewem. Który kręcił nosem na spółki kapitałowe.
    No dobrze, bardziej serio: naprawdę dziękujemy! Kolejna historia już się embrionalizuje.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale fajne hej hej!
    Ale głupie ojej!
    O
    N
    O

    OdpowiedzUsuń
  5. ONO wędruje przez Lwy jeszcze w odczuwalnym upojeniu sylwestrowym. I proszę serpentyn nie rozrzucać!

    OdpowiedzUsuń
  6. phi...ONO socjopatyczna istoto ! co to miało być????? hehe

    OdpowiedzUsuń
  7. Jezu, chłopaki! Pali się! ? ... wody ! wody... a może nie :-))... piękne...oj piękne ...czekam na następne :D
    G a m a

    OdpowiedzUsuń
  8. Zachwyt. Może my weń wpaść gdy czytamy coś fajnego :)) ONO

    OdpowiedzUsuń
  9. :))ONO ...a gdzie czytamy? :P a bo ja się zachłystałam....słowami!G a m a

    OdpowiedzUsuń
  10. Gamo, koncern TS&MF kontynuuje ofensywę.
    Ale nie zachłystuj się, jeśli ratownika nie masz w pobliżu.
    Albo strażaka.
    Strażaka Ligota.

    OdpowiedzUsuń
  11. Tu czytamy! :))ONO

    OdpowiedzUsuń
  12. A z Marcepana została miazga marcepanowa?

    OdpowiedzUsuń
  13. Tak bym zakładał. Ale chyba nie ma co go żałować. Kłopotliwym towarzyszem był. No i nawalił z dziewczynami.

    OdpowiedzUsuń
  14. Mam wrażenie że Bibi gdzieś przepadła :(

    OdpowiedzUsuń
  15. Wasza Bibi pewnie
    przygniótł nadmiar kosmicznie dzwiwacznych komentarzy nie zrozumialych dla ludzi......

    OdpowiedzUsuń
  16. Też mi się tak wydaje. Odkopiemy ją. Mamy wodołazy do wygrzebywania ofiar spod psychomorficznych komentarzy.

    OdpowiedzUsuń
  17. Czy ktoś widział lub słyszał coś o moim chomiku ?
    Niedawno widziałem go jak maszerował do warzywniaka po mandarynki ale nie wraca.

    OdpowiedzUsuń
  18. przejechal go ambulans- widziałem, to napewno był on bo mandarynki mial w kieszeni...

    OdpowiedzUsuń
  19. Jeśli ambulans, to spokojnie. Uratują go.

    OdpowiedzUsuń
  20. chyba ze to ten ambulans z opowiadania:D

    OdpowiedzUsuń
  21. No ten, ten. Pan Młot i pan Kula. Fajnie na takich trafić. Bardzo się starają dotrzeć na czas.

    OdpowiedzUsuń
  22. no to po chomiczku:( chlip chlip...

    OdpowiedzUsuń
  23. Wyjdzie z tego. Doktor Owens to dobry fachowiec.

    OdpowiedzUsuń