piątek, 18 marca 2011

Videosnajper - teraz już i Wasze recenzje!

Autor nie jest człowiekiem uporczywie uwieszonym u nogawki horroru. Autor ogląda również filmy trudne, smutne i ciężkie - choć rzadko. Albowiem wyznaje zasadę, że życie przynosi wystarczająco dużo niewesołych, obciążających osierdzie i kręgosłup doświadczeń, i przytłaczanie się dodatkowo przygnębiającymi filmami szczególnie konieczne nie jest. Ba - nie jest nawet korzystne. Każdy przekaz, niezależnie od nastawienia i rozumowej, chłodnej analizy, wsącza się w podświadomość, odkłada tam i rozrasta. Może rozrastać się w piękny, życiodajny i stymulujący kwiat - który przyda werwy, witalności, optymizmu i kroki życiowe pewnymi uczyni. Może też - jeśli będziemy oglądać zbyt wiele filmów ponurych, przytłaczających - wykształcić w umyśle i sercu ściągający w dół pognębienia, lęku i rezygnacji barszcz Sosnowskiego.
Dlatego należy uważać. Ktoś może nazwać taki przedział banalnym i nieambitnym - lecz powiadam Wam, drodzy Goście Lwów, w skali miesiąca obierzcie na seans 1 film dramatyczny (zwłaszcza bez happy-endu - zakończenie silnie generuje nastrój i emocjonalność!), zaś resztę czasu niech wypełnią Wam filmy lekkie, podbudowujące, relaksujące, przyjemnie pobrzękujące niczym trzmiele na łopianie w połowie słonecznego lipca...
Ja, Autor Nemejski, powiadam Wam: programujcie ducha swego i życie dwiema siłami: optymizmem i humorem - także absurdalnym.
Dziś rozprawiamy się z kilkoma głośnymi filmami polskimi. Jeden zostaje surowo egzekutowany na pieńku katowskim. Bimbam sobie na opinie "znawców filmu", nie są też dla mnie w żaden sposób miarodajne i absolutnie nie wpływają na moją ocenę nagrody, które film zdobywa. Ja oceniam film z całkowitą szczerością subiektywnego odbiorcy. Nie - znawcy. Odbiorcy. Widza. Filmy kręci się dla widzów, nie dla "znawców".
Film trafia - albo i nie - do mojego rozumu, serca i (lub) humoru. Jeśli nigdzie tam - jest stracony. Odwołania od wyroku nie ma.
Konwencja Videosnajpera ulega modyfikacji - odtąd opcja komentarza pojawiać się będzie osobno pod każdym tytułem, który ja i Seth oceniamy. To ułatwi wymianę opinii z Wami, drodzy Goście.
A teraz niespodzianka: konkurs urodzinowy wygasł. Po konkursie polityczno-etnograficznym na najlepszego Lwa nie pozostały ni wspomnienia, ni obłoki gazowe, ni świadkowie żywi. Ale Wasz kryminalno-oświatowy współudział w tworzeniu Strony pozostaje czymś, czego Lwy pożądają. Dlatego zapraszam wszystkich chętnych do nadsyłania recenzji wybranego filmu na adres e-mailowy krokofobia@gmail.com - czyż nie marzyło się Wam czasami podzielić wrażeniami z filmu z kimś więcej niż tylko z krewnymi czy mieszkańcami dzielnicy Błonie? Mnie się marzyło i to robię. Ale zapraszam i Was. Proszę tylko o recenzję i notę (*...), oprawą graficzną zajmę się sam.
Uwaga - w przypadku skumulowania dużej ilości recenzji mogą zdarzyć się opóźnienia na miarę pociągów PRL-owskich w porze zimowej. Pamiętajcie, że w pierwszej kolejności będę sięgał po opisy, które brzmią zabawnie - lub mrocznie. Co jednak nie zamyka niczego. I podkreślę - moja opinia o filmie nie będzie miała najmniejszego znaczenia wobec dokonywania (ewentualnej) selekcji. Jedynie własnymi gwiazdkami zaznaczę moją ocenę, tuż za oceną autora nadesłanej recenzji. Ujmą mnie też recenzje zawierające wyraźnie wyrażone refleksje i wrażenia, nie będące jakimiś wystruganymi z drewna lipowego informacjami typu rok produkcji/czas projekcji/rok spalenia rolki na stosie. Zwróćcie uwagę na dotychczasowe Videosnajpery.

Zapraszam od dziś - liczę na "starych" członków kapituły - jak Bibi, Marcel... - i na nowych nie mniej.
Do wszystkich kochających Manitou: obiecana recenzja Tańczącego z wilkami opóźni się o kilka dni. Zmieniono bowiem mój grafik pracowniczy (pracuję na galerze, z grubsza ujmując), a do obejrzenia tego filmu muszę mieć cały wolny dzień, który to dzień pozwala zejść z pokładu galery i oderwać się od autodestrukcyjnych losów Europy. Tańczący... należy bowiem do grupy tych nielicznych filmów, których seansu nie można profanować przerwą na prasowanie, garnców lepienie, esemesowanie, SS-manowanie, trening hapkido czy wyciąganie sąsiada ze zsypu. Nie jestem też skłonny pisać moich emocji i opinii na temat tego filmu na podstawie tego, co pamiętam z roku 1990. Bo to jakieś 14% jest.
Jak zauważyliście, często odnoszę się do filmów starych jako te sery brie znalezione na parapecie po latach poszukiwań georadarem i chartami. Otóż na Lwach wiek filmu nie ma znaczenia. Jego energia - dobra czy nie - jest wciąż żywa i warta wymiany opinii.
Czekam na recenzje!
Tymczasem czas husarię pchnąć do szarży...

W cyklu filmowych recenzji - do których zaleca się podejść z psychiatrycznym przymrużeniem oka - swoje swobodnie kąśliwe lubo życzliwe opinie naprzemiennie wyrażają Autor i Seth.
*****film, który wstrząsnął jestestwem Recenzenta. Może nawet zmienił jego życie. A jeśli nie wstrząsnął, to przydał endorfiny przydającej husarskich skrzydeł i buławy hetmana Pioruna-Radziwiłła. Pięć gwiazdek zawsze będzie notą skrajnie subiektywnej miary. Ale też wcale tego nie ukrywamy. Jedno jest pewne: jeśli podzielasz tę królewską notę za dany film, nadajesz na tych samych falach, co Recenzent. Intrygujące i niebezpieczne...

****film wyborowy, znakomity i unikalny jeśli nie z powodu niepowtarzalnego scenariusza, to z przyczyn wywołanych emocji albo refleksji. Bardzo dobre kino, które ubarwia - a może wzbogaca życie znużonych wyzwaniami Ziemian. Trzeba obejrzeć! Bo będziemy sprawdzać. Osoba przyłapana na zignorowaniu tego emisyjno-odbiorczego obowiązku natychmiast pod pręgierz. A potem na pal. Z pala zaś pod plandekę żuka i karna wywózka na Ganimedes (księżyc Jowisza).

***film dobry, choć nie powala i do ukłonu dziękczynnego dla twórców nie zachęca. Wszak nie są Rujewitami i nie popisali się dziełem rewolucyjnym. Ale rozrywka nie potrzebuje ambicji na miarę "O obrotach ciał niebieskich"! Warto obejrzeć - bo warto się odprężać i czas umilać. Polecamy.

**jeśli marnować czas, to pytanie w jaki sposób. Bo można na przykład schodzić z karbidówką do studzienki ściekowej i poszukiwać monet średniowiecznych. Albo ujść misyjnie w Bieszczady i oczyszczać je z perzu, rdestu i trampów północnoamerykańskich. Przy czym czynności takie miałyby więcej sensu niż obejrzenie tak ocenionego filmu. Pod rozwagę.

*niektórych heretyków palono, niektórych obwieszano rzymskim sposobem na słupach sieci trakcyjnej, innych uczono pływać kraulem po uprzednim upchnięciu ciała w podomkę ze smoły ostudzonej. Dziś heretyków się nie goni, a oni kręcą filmy.

płaskie EEG. Obejrzenie tego filmu, ewidentnie martwego już od pierwszych linijek scenariusza, grozi także widzowi zatrzymaniem akcji mózgu, serca i trzustki, którą w ramach "podciągnięcia filmu" będzie się z desperacją zasypywać snickersami bądź kulkami Lindta. Zaprawdę szkoda fal mózgowych. Jedyny pożytek z posiadania kopii filmu, jaki widzimy, to wyświetlić go na telebimach w przypadku inwazji Marsjan. Może litościwie (lub ze zniesmaczenia) odwołają podbój i odlecą.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz