piątek, 18 marca 2011

Wesele****

2004 czarna komedia, Polska

Jest to film niezwykły. Rzekłbym nawet: niepowtarzalny. A do polskich produkcji ostatniego dwudziestolecia podchodzę coraz bardziej nieufnie i niechętnie, bo też i coraz bardziej mnie odrzucają scenariuszem, scenografią i wytworzoną energią. Tymczasem Wojciech Smarzowski mnie zaskoczył. Przede wszystkim samym pomysłem - bo i film zrobił wedle własnego scenariusza. Cała akcja rozgrywa się w czasie wesela, co jeszcze samo w sobie specjalnie nie powala. Ale powala już niesłychane odtworzenie poszczególnych faz weselnej zabawy, przy czym czapki i hełmy hiszpańskie z głów dla idealnej synchronizacji z tymi upływającymi fazami tak muzyki, jak zachowania i stanu trzeźwości uczestników. Nie wychwytuję tu błędu najmniejszego - zresztą nie skupiałem się na takiej roli; dałem się z zauroczeniem porwać mistrzowsko wytworzonej atmosferze. I zabawie - film bowiem bawi bardzo. Nie wiem, czy film zresztą jest oficjalnie dramatem, czy też może komedią obyczajową? Ja wolałem sam go sobie sklasyfikować: jako czarną komedię. Co tylko lepiej temu filmowi zrobiło w moich oczach - pamiętajmy, nieufnie zerkającym w rodzime obrazy. W Weselu roi się bowiem od scen groteskowych, przezabawnych, czarnych, rozbrajających. Gra Arkadiusza Jakubika (notariusz) powala i o statuetkę jakąś północnoamerykańską prosi. Albo choć południowoafrykańską. Rewelacyjna rola, która odsłania szaleństwo geniusza. Ujęli mnie jeszcze w swoich rolach Marian Dziędziel i Lech Dyblik, choć doprawdy wszyscy pokazali świetny warsztat, stymulując moc filmu. Teraz kwestia przesłania. Osobiście nie wierzę, że wszyscy reżyserzy i scenarzyści jakieś przesłanie koniecznie wnoszą - choć mało kto się do tego przyzna. A przecież kręcenie jest i przyjemne, i dukaty w trzos ściąga. Nic złego w tym nie widzę - ja tylko powarkuję na hipokryzję. Nie jestem zdziwaczałym orędownikiem zasypywania się przesłaniami i morałami - w życiu liczy się także czyste, odcięte od kul spiżowych odprężenie i rozrywka. Czy Wesele miało mieć jakieś przesłanie? Nie wiem. Czy miało ukazać typowy jakoby obraz polskiego wesela wiejskiego? Chyba jednak nie. Na weselu wiejskim byłem i nie dostrzegłem tam ani 5% patologicznych incydentów czy dziwacznych zachowań, jaki Smarzowski skumulował w swoim filmie. A jest to kumulacja zaiste frapująca (szczęśliwie i zabawna). Jak zauważyła osoba oglądająca Wesele ze mną (kobieta), "nawet karmienie piersią na oczach ludzi musiało się tu znaleźć". Jeśli Smarzowski chciał rozbawić czarnym humorem, to uczynił to mistrzowsko. Film unikalny, doskonały i perfekcyjnie przemyślany pod każdym względem od pierwszej do ostatniej sekundy. Nawet zakończenie - ujęcie ostatnich uchodzących uczestników dramatycznej zabawy z wysoka i w ciszy - robi wrażenie. Jestem pod wielkim - a rzadkim! - wrażeniem nowoczesnej polskiej produkcji. Polecam! Przecież przynajmniej raz w życiu na weselu trzeba się pobawić... Autor.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz