niedziela, 10 kwietnia 2011

Balony - dohorrorowanie

Bijąc się w piersi miedzianym prętem za spóźnienie z przyczyn nieujawnionych, zamieszczam nadesłane zakończenia i życzę wesołej lektury przy kawie kofeinowej.

Ba
lo
ny








Kapadocja obudziła się w środku nocy, sama nie wiedząc, dlaczego. Śniło jej się, że spędza wakacje w krainie słoników z różowej porcelany, które ganiały z nią po łące, trąbiły wesoło, chrumkały wieprzowo i trochę owczo pobekiwały... To był piękny sen, dopóki słoniki nagle nie powpadały na siebie i nie rozbiły z trzaskiem.
Trzask pochodził raczej z prawdziwego świata i po prostu to on rozbił ten cały porcelanowy sen.
Kapadocja zamrugała oczami i rozejrzała się nieco bojaźliwie.
Pokój, który wynajęła z chłopakiem, Bertoldem, na czas wakacji w Łebie, od wieczora się nie zmienił. Jedno łóżko, jeden stół, jedno krzesło, jedna szafa...
No właśnie. Drzwi szafy, do której przed pójściem spać wrzucili płetwy, materac i kostiumy kąpielowe, były uchylone.
A przecież Bertold zablokował drzwi zagiętym gwoździem – co zresztą zalecała z rozbrajającą szczerością pani Bonna, właścicielka pensjonatu.
- Po co chroboty mają budzić – rzekła przy wręczaniu kluczy.
Kapadocja obejrzała się na chłopaka. Oczywiście spał w pozycji „żołnierza skoszonego serią”, jak to sam określał z humorem - w poprzek łóżka, z rozrzuconymi ramionami, z głową niewidoczną, bo zwisająca z drugiej strony łóżka.
Okno otworzyło się nagle i do pokoju wpłynął delikatny powiew wiatru. Pom, pom, pom, pom – Kapadocja poderwała wzrok i ujrzała, że balony podwieszone pod sufitem rozdygotały się, uderzając o siebie.
To był prezent od dziwnego sprzedawcy waty cukrowej. Wciskał im te balony natarczywie – a oni ustąpili wreszcie z niechęcią, by ów człowiek się odczepił.
Z niechęcią, bo balony były osobliwe: jedne zdeformowane, pomarszczone, inne rozdęte, straszące gotowością eksplodowania w chwili, gdy się o nich zapomni. Niektórym wystawały narośle, nosy lub nawet dziwaczne podbródki.
Bardzo brzydkie, okropne i właściwie przerażające balony.
Szkoda, że Bertold nieoczekiwanie odkrył sobie w nich urok i uparł się, by balotwory zatrzymać.
Drzwi od szafy skrzypnęły, a balony znów zakołysały się mocno.
Pom, pom, pom, pom...
Wystraszona Kapadocja szarpnęła za...
zakończenie Gamy:
...ramię Bertolda. Spał tak mocno, że nawet salwy armatnie nie obudziłyby go, ani drgnął!... Postanowiła zajrzeć do szafy. Drzwi uchylały się powolutku.
Kapadocja z duszą na ramieniu doszła do szafy... i... uchyliła skrzypiące drzwi.
Nagle balony, jakby je ktoś niewidzialną ręką prowadził, zaczęły zbliżać się do szafy.
Wystraszona, wręcz skostniała ze strachu Kapadocja, nie mogła krzyknąć ani ruszyć ręką.
Balony z wykrzywionymi twarzami i ustami okrążyły Kapadocję.
Powolutku zaczęły swój taniec, zaśmiewając się tak mocno, że obudziły śpiącego i nieprzytomnego Bertolda.
Widząc znikającą pośród balonów zdeformowanych, pomarszczonych, rozdętych, straszących gotowością eksplodowania, przecierając oczy, nie wierząc, że jego ukochana blada, ale zaśmiewa się do łez, nie namyślając się już dłużej, złapał kapcia, którego ściskał całą noc w ręku i jak z najostrzejszą szablą ruszył na balony!
W tym momencie drzwi szafy otworzyły się już szeroko.
Wieszaki zakołysały, rozsuwając się na boki , zrobiły miejsce balonom, które popychały przed sobą Kapadocję. Nagle pchnęły ją na materac, który poprzedniego dnia wraz z płetwami i kostiumem pozostał w szafie.
Materac, tak jakby był latającym dywanem, nagle poderwał się wraz z bladą jak śmierć Kapadocją i zawieszonymi wokół balonami , machając płetwami ruszył w głąb szafy.
Zajaśniało, słońce zaświeciło tak jasno, jakby tysiące ich nad zieloną doliną świeciło.
Kapadocja zemdlała!
Bertold ruszył z kapciem/szpadą w stronę szafy, ale nagle drzwi zacisnęły się tak mocno, że biedak szarpał, kopał, bił pięściami. Na nic te jego wysiłki.
Nagle wszystko umilkło.
Drzwi puściły.
Bertold otworzył drzwi szafy! I... znieruchomiał, bo w szafie nie było nic! Pustka!
-Gdzie moja Kapadocja? – krzyknął i walił pięściami i kapciem w ścianę szafy wykrzykując imię swojej ukochanej: - ...Kapadocjo... Kapadocjo...

Kapadocja, kiedy ocknęła się z omdlenia, zobaczyła, że jest w krainie słoników z różowej porcelany, które ganiały z nią po łące, trąbiły wesoło, chrumkały wieprzowo i trochę owczo pobekiwały...
-To nie sen ! – zachwycona Kapadocja zeskoczyła na zieloną lakę i wraz z różowymi i niebieskimi słonikami biegała za kolorowymi motylkami, które co chwila rzucały w nią kolorowe tik-taki o zapachu perfum jej ukochanego Bertolda ! ...ach...

zakończenie Dr Marcela:
...spoconą rękę Bertolda i szarpnęła ją z całej siły, by się obudził!
- Bertuś! Wstawaj, ktoś się włamał do pokoju i siedzi w szafie!!! Bertek no! Wstawaj, matole!!!
Mężczyzna otworzył oczy, podrapał się po głowie, po czym znowu zasnął..
- Ech.... Dobrze mi mamusia mówiła, że to tchórz i krętacz!
Kapadocja wstała z łóżka. Serce waliło jej, a ręce swędziały, bo miała na nich uczulenie od Ludwika. Podeszła do szafy. W jej wnętrzu ujrzała ciemną postać...
...obudziła się na podłodze, zlana potem. Na czole czuła jak pulsuje jej guz, wielkości Europy! Już wiedziała, że to było włamanie. Postanowiła sprawdzić, czy coś nie zginęło. Ale w szafie brakowało tylko pumeksu Bertolda z różowym słonikiem (już wiedziała, skąd te różowe słonie śniły jej sie pół nocy- Bertuś czyścił piętki pięć razy dziennie, słoń utkwił jej w pamięci).
Była pewna dwóch rzeczy; że musi zgłosić włamanie do Pani Bonny i że włamywacz miał brzydkie piętki!
Zeszła piętro niżej. Na korytarzu spotkała szczęśliwym trafem właścicielkę.
- Proszę Pani! Proszę Pani! ktoś włamał się do naszego pokoju!
- Co ty mówisz, dziecko! Drzwi są zamknięte! Tu nikt nie ma wstępu, a wy jesteście dziś jedynymi gośćmi!
- Naprawdę! Zobaczy Pani, jakiego mam guza! Dostałam czymś w głowę!
- Ale tutaj nie ma nikogo oprócz Was i mnie, moje drogie dziecko!
Kapadocja zastanowiła się przez chwilę, po czym wrzasnęła:
- A więc to Pani! Proszę natychmiast oddać pumeks!
Zakłopotana właścicielka zaczęła tłumaczyć, obiecywać i prosić o litość! Zarzekała się, że to nie ona, że Kapadocja musiała uderzyć się drzwiami, że tu nikogo nie było. Niechętnie, ale w końcu dziewczyna wraz z Bonną wróciła do pokoju.
- Zaraz zaparzę ci melisy, usiądź, poczekaj. Zaraz wracam.
Kobieta spojrzała na nią życzliwie, po czym skierowała się w stronę wyjścia. Wtedy Kapadocja aż podskoczyła z przerażenia! Światło było słabe, bo paliła się tylko lampka nocna, ale ona widziała! Widziała dokładnie, że Pani Bonna ma brzydkie, twarde i szare piętki!!!!
" TO ONA!!!"- pomyślała...
"CO ONA KOMBINUJE" - pomyślała dalej...
Postanowiła włamać się do jej mieszkania. Weszła cichutko. Słyszała, że woda w czajniku zaczyna się gotować, miała więc mało czasu. Szybko weszła do łazienki - musiała odzyskać pumeks! Wtedy jej wielkie niebieskie oczęta ujrzały przerażający widok! Cała łazienka, zasypana była kolorowymi pumeksami....
-Wariatka! Musimy stąd wiać! - powiedziała cicho.
- Ależ przecież dopiero przyjechaliście... - niespodziewana odpowiedź padła z ust wściekłej właścicielki, która stała już za drzwiami łazienki! Kapadocja zdębiała, ale postanowiła nie poddawać się bez walki! W tej samej chwili jednak kobieta rzuciła się na nią, wsadzając jej palce w uszy,ciągnąc ją za nos i przeraźliwie gilając ją po piętkach:
- Ach, jakie masz piękne piętki!!!!- krzyczała, gilając jeszcze bardziej!
Kapadocja nie miała szans. Ta baba była mistrzynią w walce!
Jednak cień nadziei się pojawił. Dziewczyna miała plan! Zaczęła rzucać w pumeksową mamę jej pumeksami: zielonym, czerwonym, żółtym... Cios za ciosem. Udało jej się uwolnić!
Biegiem popędziła na górę, w nadziei, że kobieta pobiegnie za nią. Nalała gorącej wody w miskę, wsypała kilo soli, wrzuciła kostkę mydła, a w ręce mocno zaciskała szary pumeks!!!
Gdy Bonna wpadła do pokoju, Kapadocja powaliła ją jednym ciosem. Kobieta straciła przytomność. Dziewczyna szybko wsadziła jej cuchnące stopy do miski i czyściła.... Czyściła. Czyściła.
Gdy właścicielka się ocknęła, ujrzała swe nowe, błyszczące i pachnące piętki! Od razu serce jej zmiękło, przytuliła Kapadocję jak córkę.
Biedaczka, zdesperowana kradła te nieszczęsne pumeksy, by móc w końcu doszorować piętki i jak inni wyjść na plażę...
Obie kobiety zasiadły do stołu ze szklankami gorącej melisy. Bertold, obrońca wielki, spał nadal. Nie obudził się nawet na sekundę! Nawet, gdy pumeks przez 40 minut zgrzytał o schropowaciałe piętki Pani Bonny.
- Przecież mógł mnie tu ktoś zabić! - żaliła się Kapadocja swojej nowej koleżance.
Ech... obie machnęły ręką. Pani Bonna złapała za sznurek jednego z okropnych balonów, o których już Kapadocja zapomniała.
- Zobacz... - powiedziała i jednym ruchem rozwiązała go i zrobiła wielki byczy wdech: - Cześć! To ja, ufoludek z planety Marsa....
Jej głos był tak śmiesznie kreskówkowy od wdychanego helu, że Kapadocja tarzała się ze śmiechu po podłodze.
- Daj mi! teraz ja! - krzyczała...
- Bertuś wstawaj, to ja twoja seksowna Marsjanka!! hiiiii hiiii hiiii - powiedziała, zaraz po swoich wielkim byczym wdech helu....
Śmiały się do łez! Śpiewały, opowiadały dowcipy. Te wstrętne baloniska dostarczyły im wiele atrakcji tej nocy. Dobrze, że Bertold je zatrzymał... no a Bertold??? Bertold smacznie spał - jak każdy facet!!! :-)
KONIEC!!!!

zakończenie ONO Socjopatycznego:
...dzyndzołek od lampki. Tak, na włącznik zawsze mówiła dzyndzołek. Światło oślepiło ją na chwilę. Bertold natomiast ani drgnął.
- Zezwłok jeden - pomyślała - dźgali by mnie tu nożem, a on by się nie obudził!
Wstała. Założyła na nogi swoje muszelkowe, specjalnie na wyjazd kupione japonki i podeszła do szafy. Nie była tchórzem i nie wierzyła w jakieś bajki o potworach z szafy, więc szła pewnym krokiem. Otworzyła drzwi i oniemiała...
- Aaa... - próbowała wydusić z siebie cokolwiek ale z wrażenia, ze zdziwienia nie mogła. Nie była w stanie nawet zrobić kroku. W jej głowie była pustka. To co zobaczyła, widok który nie pojawiał się nawet w jej najgorszych koszmarach, teraz był tu, był naprzeciwko niej.
- To straszne - pomyślała.
Jej nowy kostium kąpielowy, biały, firmy Agent Provocateur spadł z wieszaka na ten cholerny, zapiaszczony materac. Ubrudził się!

zakończenie Bibi:
...swoje włosy, by dodać sobie choć trochę odwagi. Dziwny sposób, ale zawsze działał! Podziałał i tym razem! Odważnie wstała, podeszła do szafy i zobaczyła coś strasznego! Bertold! Ta pazerna tłusta świnia, znowu podjada! Bertold od tygodnia był na diecie! Ważył 138 kg, dlatego jego ukochana Kapadocja nakazała mu zrzucenie paru kilo! Zabrała go do Łeby w nagrodę za wytrwałość w swej ścisłej diecie! Zdziwiona strasznie była, że nie zrzucił ani grama, mimo tak skąpych dań, bogatych wyłącznie w witaminy, błonnik i inne pierdoły!
Teraz gdy widziała na dnie szafy rozsypane batoniki, pączki i kurczaczki z KFC, wiedziała co jest grane! Nawet półka w szafie nie wytrzymała tego ciężaru, a Kapadocja była pewna wręcz, że to tylko jego pierwsze śniadanie! Postanowiła ukarać zbrodniarza! Spojrzała na te ohydne balony, które Bertold tak targał do domu. Wzbijały się pod sam sufit, więc pewnie zapełnione były helem. Kapadocja miała już plan. Przywiązała, każdy balon do swego ukochanego narzeczonego, rozchyliła okno jak najbardziej się dało. Szczęście, że łóżko stało zaraz przy oknie, nie dałaby rady przenieść tego ponad stukilowego kartofla pod samo okno.
Plan się powiódł... no prawie! Balony były tak obrzydliwe, tak niemiłe, nieprzyjemne dla oka. Czuć było w nich złe emocje, złe myśli... Ich nienawiść przepełniała niemal cały pokój. Gotowe były na spełnienie prośby Kapadocji i z całych swych sił skierowały się w stronę okna, potem na zewnątrz, ciągnąc za sobą śpiącego grubasa!
Ale plan był inny Bertold miał wzbić się w niebo i odbyć podróż kosmiczną ze swoimi balonami! Te jednak nie dały mu rady. Zaraz za oknem wydały z siebie ostatnie tchnienie ..." pssssssssssyyyyyyyttttt" I po balonach!!! Podobnie zresztą jak i po Bertoldzie! Kupa cielska spadła z hukiem na kostkę brukową! Tłuszcz rozlał się po całej ulicy, Kapadocja nie mogła na to patrzeć! Odeszła od okna, wyjęła z szafy batonik i kurczaki, i zajadała!!! Ona mogła! Nie ważyła w końcu 138 kg!! Tylko jedyne 112...
KONIEC!!!!

zakończenie Setha:
...za rękę Bertolda, jednakże bez efektu, Bertold bowiem miał tak mocny sen, że nawet bateria katiusz by go nie obudziła. Kapadocja krzyczała, szarpała, w końcu zaprzestała beznadziejnych wysiłków.
- Pom...pom...pom... - usłyszała Kapadocja, nadspodziewanie blisko. Spojrzała i osłupiała, albowiem balony najwyraźniej odczepiły się od haczyka pod sufitem i teraz orbitowały wokół jej głowy. Jeden, szczególnie rozdęty, z jakby trąbowatym nosem, był na wprost jej twarzy. Nagle wydał z siebie okropny syk, na co wystraszona Kapadocja odskoczyła z krzykiem tak daleko, że uderzyła w serwantkę, tłukąc szybę i filiżanki z chińskiej porcelany. Jednakże balon podążył za nią. Jeden, ten szczególnie pomarszczony popiskiwał donośnie, wykonując nieco szalone podskoki w górę i w dół. Brzmiało to bardzo niepokojąco, bowiem zamiast pom...pom..pom... wydawał odbijając się od podłogi coś w rodzaju dum...dum...dum.... Balon z trąbą odleciał nagle, pofurkując donośnie, a pomarszczony zaczął płynąc równomiernie nad głowę Kapadocji. Zanim zdążyła wykonać jakikolwiek ruch, balon eksplodował nagle, odrywając górną połowę czaszki Kapadocji. Pozostał jej tylko nos i na wpół powyrywane zęby.
Bertold na odgłos wybuchu ocknął się wreszcie. Rozejrzał się po pokoju, trafiając w końcu na osuwające się powoli bezmózgie ciało Kapadocji, aż krzyknął z przerażenia.
Balony zwróciły się w jego stronę i okazało się, że oprócz dziwacznych narośli, nosów i podbródków, maja na sobie wymalowane twarzyczki radośnie uśmiechniętych brzdąców. Brzdące szczerzyły ząbki, wyglądające dość niepokojąco prawdziwie.
Wtem zbiły się wokół Bertolda, wirując niczym planety ze sfery niebieskiej wokół Słońca. Pierwsze ugryzienie nastąpiło znienacka, był to ów balon z trąbą słoniową. Reszta obsiadła Bertolda od stóp do głów, podgryzając go niczym lalki z "Barbarelli".
Jednakże Bertold nie był Jane Fondą, tylko zwykłym chłopakiem i nie udało mu się odkopnąć rozdygotanych i trzaskających ząbkami balonów. Jeden z nich wybuchł nagle z cichym pufnięciem, jakie wydaja z siebie rozdeptywane purchawki. Wionęła z niego chmura gazu musztardowego, który przecież został zakazany po pierwszej wojnie światowej.
Jakimże sposobem znalazł się w owym balonie? Bertold nie zdążył się już nad tym zastanowić, bowiem padł martwy na podłogę niczym słomiana kukła. Balony, wykonawszy zadanie, łagodnie popłynęły w górę, same wieszając się na haczyku pod sufitem, posykując przy tym niczym żmija miedzianka.
Kiedy ani Kapadocja, ani Bertold przez trzy dni nie pojawili się w pracy, delegacja dwóch urzędników wybrała się do pensjonatu pani Bonny. Kiedy nie odpowiadano na stukania, pukania i krzyki, zaczęli walić i kopać w drzwi (z czego pani Bonna nie była specjalnie zadowolona).
W końcu dała im klucz do pokoju Kapadocji i Bertolda. Drzwi zostały wreszcie otwarte i delegacja zaczęła rozglądać się po pokoju. Kiedy odnaleźli wzrokiem Kapadocję i Bertolda, jeden z nich powiedział:
- Mój Boże, co oni z siebie zrobili... Wyglądają niczym upiorki z kolejki strachów w cyrku.
- Wezwać ambulans? - spytał drugi.
- Po co, ty durniu? Nie widzisz, że zostały z nich tylko powłoczki, a duchy odpłynęły do krainy światła? Ty ignorancie! Możesz wezwać co najwyżej koronera!
Przybywszy, koroner stwierdził podwójny zgon na skutek kłótni rodzinnej, był już bowiem nieco podstarzały i tak znudzony swoja pracą, że nie chciało mu się nic innego wymyślać.
Zwłoki zabrano do kostnicy. Nikt nie zwrócił uwagi na powieszone niewinnie pod sufitem balony. Kiedy sytuacja się już uspokoiła, balony wionęły nagle w stronę najbliższego domu przez otwarte okno.
A sprzedawca waty cukrowej , który naprawdę był nieco dziwny, chichocząc lub na zmianę parskając i fukając niczym rozzłoszczona kotka, napełniał nowe balony w kształcie piesków i uśmiechniętych krasnali gazem musztardowym, cyjankiem potasowym tudzież roztworem pavulonu.
Nie zalecam więc kupowania balonów. Nawet od najbardziej niewinnie wyglądających sprzedawców. A już szczególnie tych, którzy maskują się watą cukrową...

zakończenie Autora:
...piżamę; tak, by zwisająca z drugiej strony głowa znów znalazła się na łóżku.
Ciało pozwoliło się pociągnąć, po czym Kapadocja wydała z siebie głuchy, nieludzki raczej okrzyk zgrozy.
Bertold nie miał głowy.
Miał za to coś w jej miejscu.
Balon. Wielki, nadęty, groteskowo podskakujący na sznurku uwiązanym wokół zakrwawionej szyi, żółty balon.
Kapadocja wyskoczyła z łóżka prawie łamiąc sobie nogi. Zewłok Bertolda też je opuścił, zjeżdżając z wolna za nią do pozycji osobliwego przysiadu, wspierając się plecami o łóżko.
Pom, pom, pom – balony pod sufitem znów rozkołysał wiatr.
Bertold zdawał się gonić ją oczami, które udanie imitowały pękate wyrośle na twarzy balonu.
Dziewczyna skoczyła ku szafie, uderzając w nią rękami. Zakrzywiony gwóźdź wypadł i drzwi uchyliły się z chrobotem.
Pom, pom, pom...
Tym razem wrzasnęła znacznie głośniej.
Pom, pom, pom...
Na korytarzu rozległy się donośne kroki zdradzające nadejście energicznej i raczej niecierpliwej osoby. Drzwi otwarły się brutalnie, jakby do pokoju mieli wedrzeć się pretorianie poszukujący wroga cesarskiego. Ale była to pani pensjonatowa Bonna. Za duże, rozwłóczone nadużyciem pantofle, kwiecisty szlafrok i papiloty z lat 50. byłyby pewnie zabawne, ale za dnia – teraz Kapadocja zwróciła większą uwagę na dwie inne rzeczy.
Po pierwsze: Bonna była zła. Krzywiła twarz jak czarownica. I nawet miała narośle balonowe.
Po drugie: w ręku tuliła głowę Bertolda.
Nim Kapadocja zareagowała, posypała się agresywna seria wyrzutów:
- No i czemu chrobocze mi tu szafo? Szwedów mi obudziła! I rzuca ciałem po świeżej pościeli?! ! I trzaska! I wrzeszczy! Pan Niemiec wstał ze skargo!
- Ze skargo? - powtórzyła tępo Kapadocja.
- Trzeba dopłacić! A rano się spakować i odjeżdżać!
- Dopłacić?... Za co?!
W odpowiedzi właścicielka pensjonatu rzuciła w nią głową Bertolda. Kapadocja zemdlała.
Gdy odzyskała przytomność, był ranek, do pokoju wpadało słońce, a ciało Bertolda i szkaradne balony gdzieś zniknęły.
- Czy to był sen? - wybełkotała.
Drzwi znów otwarły się z hukiem.
- Czego w halce sterczy jak lafirynda! - rzuciła Bonna kąśliwie. - Fartuch założyć i czepiec!
- Czepiec...??
- Pieniądze ma?
- No nie, już nie...
- No to i długi odpracować trzeba! Goście już w jadalni czekajo! Mleko gotować i jajecznicę podawać! Z bułko. A potem mięsa nakroić.
I tak Kapadocja rozpoczęła swój nowy fach. Szwedzi i Niemcy, których pourywane głowy zastąpiono balonami, nie narzekali na obsługę. Widać mleko, jaja i mięso z Bertolda przypadło im do smaku.
Pani pensjonatowa Bonna i jej mąż baloniarz nadal zajmują się interesem, a ośrodek „Ildefons VII” pęka w szwach.
Kapadocja odnalazła szczęście i spełnienie jako pokojówka, kucharka i napompownica materaców i orek dmuchanych.
Oraz – to najlepsze – asystentka pensjonatowych szaleńców przy transplantacji głów.
Balonowych!

Posłowie.
Wszyscy byliśmy ciekawi, w którą stronę pójdą poszczególne zakończenia tej morsko-balonowej historii. Opcji wszak nie brakowało: mordować mógł Bertold, Kapadocja, pani pensjonatowa Bonna, baloniarz i same upiorne balony. Albo kucharka ze stołówki. Lub napompownik balonów i materaców z deptaka. Ba! nawet słonie różowe porcelanowe. Wszystko mogło też okazać się halucynacją Kapadocji, co zaoszczędziłoby makabry i trupów. Tym tropem nie poszedł nikt. Wszyscy jesteśmy zabójcami.
Ciekawostką jest fakt, że jedna z osób zamieniła Łebę w Ustkę, jedna uczyniła z imienia Bertold ciekawsze imię Bertoldem, i aż dwie przetransformowały Kapadocję w Kapodencję. Aby chaos się nie pogłębił i balony nie eksplodowały, poczyniłem korektę w owej sprawie. Z kolei aż w trzech wersjach wystraszona Kapadocja szarpnęła za rękę Bertolda, co dowodzi, jak bardzo kobiecie zagrożonej atakiem balonowym potrzebny jest mężczyzna [przebudzony].
A same dohorrorowania ubawiły mnie ogromnie. Najbardziej zaskoczyło mnie ONO Socjopatyczne, ale przy każdym z tych opowiadań uśmiałem się (i trochę wystraszyłem) serdecznie i niepowstrzymanie niczym koń Przewalskiego upojony pyłkami z roślin cebulowych.
Za co wszystkim dziękuję i kłaniam się muszkietersko.

16 komentarzy:

  1. Przystąpmy do psychologiczno-psychiatrycznej analizy przypadku. Jak już napisałem powyżej, aż w 3 zakończeniach Kapadocja szarpnęła za rękę swego skoszonego serią Bertolda. Doktor Marcel dowodzi, że ręka ta była spocona. Co miałoby to oznaczać?
    Moim zdaniem z powagą należy rozpatrzyć jedynie dwie możliwości:
    1. Bertold miał koszmar. To sprowadziło poty. Prawdopodobnie był to sen o prześladujących go słoniach różowoporcelanowych. Wiadomo, że między dwojgiem połączonych uczuciem ludzi zachodzą reakcje w polu elektromagnetycznym. Być może sen o słonikach został poprzez impuls elektryczny przerzucony z mózgu Kapadocji do mózgu Bertolda. Gorzej, że co dla jednego jest sennym marzeniem, dla drugiego może być prawdziwą zmorą.
    2. Bertold został uśpiony silną dawką mieszaniny wodzianu chloralu i paraldehydu, które pani pensjonatowa Bonna wsączyła w posiłek albo jej mąż w balony popuszczające dziurami.
    Druga teoria ma słabe punkty, ale można spróbować jej bronić:
    a)Kapadocja była odporna na owe leki i stąd jej wybudzenie i krzyki niestosowne po nocy.
    b)Kapadocja była niejadkiem - odmówiła posiłku - a od balonów z naroślami i urodą trędowatą trzymała się na dystans, co pozwoliło jej uniknąć uśpienia.
    c)Kapadocja była w spisku.

    OdpowiedzUsuń
  2. i co ciekawe prawie chyba we wszystkich opowiadaniach Bertold spał jak zabity:P ....a swoją drogą nasze pomyłki rozbawiły mnie nie mniej niż opowiadania!!!!:D

    OdpowiedzUsuń
  3. Nowy kostium kąpielowy, biały, firmy Agent Provocateur w piachu! Oto prawdziwy koszmar!
    Urwany łeb Bertoldo, to Pikuś.

    OdpowiedzUsuń
  4. I mnie się tak wydaje...
    zresztą Bertold niewiele był wart.

    OdpowiedzUsuń
  5. Może każdy z nas przelał na Kapadocję swoje własne lęki i koszmarki :) Wynikałoby z tego że tylko Gamka z nas wszystkich żyję w fajnym słonikowym świecie i nie ma lękow :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Twierdzisz, że Gama jest normalna, a my...? No, dokończ. No dokończ, proszę. No?

    OdpowiedzUsuń
  7. Fajne opowiadanka wam wyszly!!!!! zachwycone jest me serce!!!

    OdpowiedzUsuń
  8. ONO ..a mnie się bardzo podobało Twoje zakończenie!
    Nie jestem wcale taka normalna jak sobie myślicie ;-)))..ino grzeczna chcę być ! no!

    Zakończenie opowiadania ma takie lekki i miłe słownikowo-balonowe zakończenie !...ale z ukrytym wątkiem..przecież te balony nie były wcale takie miłe,tylko wesołe i głośno się śmiały ale kto wie co było na łące ?!... a może to wredne i paskudne i groźne potwory !...hihi

    OdpowiedzUsuń
  9. Jesteście wszyscy jak najbardziej normalni!!!
    ... to ja trochę odbiegam od norm Nemejskich i się dopiero uczę!!..tej normalności....

    OdpowiedzUsuń
  10. Halo ten tam Anonimowy z pułapu powyższego! Bardzo dziękuję! A zdradzisz swoje imię?
    Albo chociaż narodowość?
    Cokolwiek?
    Gamo, i tak już po Tobie. Już nigdy się stąd nie wydostaniesz. Im prędzej znienormalniejesz, tym lepiej dla Ciebie.
    I dla lekarzy, którzy czekają na narządy.
    Dr Marcel ciągle coś wycina. Mi już sześć razy.
    Klawo.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja już poddałam się badaniom!!
    ... dokumenty do przeglądu gotowe!
    ... no i nie tylko dokumenty!:-)))hi

    OdpowiedzUsuń
  12. No widać, widać, że operacja się powiodła:)).

    OdpowiedzUsuń
  13. każda operacja DR.MARCELa jest udana!!!

    OdpowiedzUsuń
  14. A skąd masz takie informacje?

    OdpowiedzUsuń