sobota, 23 kwietnia 2011

Wesołych Świąt i Sarmackiego [się] Posiłkowania!

Albowiem Sarmaci zachodniosłowiańscy słynęli z rozmachu i ciężkiego stołu, a Sasi też swoje racje mieli. Święta nie po to są, by wejść do szafy gdańskiej i pod lawiną palt, jesionek i płaszczów kąpielowych przybrać pozycję lotosu i medytować nad strukturą i przeznaczeniem jaja kurzego. Święta są po to, by zgromadzić na ozdobionym blacie stołowym zmasowane pułki spożywcze i dokonać barbarzyńskiej inwazji na słabo chronione krainy Jelit, Wątroby i Żołądka. Ogniska oporu zdławić, anihilować! Przestrzeń przejąć, wygarnizonować, okupować!
Świętować.
A w ramach przestrogi krótka historia, w sposób naturalny oparta na faktach, która przyszła mi do głowy zapadającej nad ranem w sen.

Autor: Autor
Służba zajęcza
Czepiec popatrzył na rodziców błyszczącymi oczami pięcioletniego berbecia.
Co było znamienne, jeśli zważyć, że miał lat trzynaście.
- Czy Zając na pewno przyjdzie? - spytał drżącym głosem.
Rodzice wymienili podekscytowane spojrzenia.
- No oczywiście, Czepku! - zapewniła mama żywo. - Przecież byłeś cały rok grzeczny, a w każdym razie ostatnie dwa tygodnie.
Chłopiec zagdakał dziwnie, jakby był kurą, której garść gorczycy niekontrolowanie wtoczyła się w krtań.
- Bo ja kocham Zająca - wybełkotał z wyrazem wzruszenia na twarzy.
Ojciec pokiwał głową, na której tkwił kapelusz z naklejoną kraszanką wielkości piłki do rugby.
- Powinien być lada moment, bo... - przeniósł wzrok na oszklone drzwi wychodzące na taras i nagle zaśmiał się z radością. - Jest! Jest! Patrz, synku, patrz!!
Mama zjechała z fotela, boleśnie uderzając pośladkami o podłogę - Czepiec tego jednak nie zobaczył. Przyskoczył bowiem do szyby i wkleiwszy w nią cokolwiek turkmeńsko urodziwą twarz, z natężeniem wpatrzył się w mur tarasowy.
Od strony patio mur miał ledwie metr wysokości, z drugiej jednak strony - wzniesiony nad szkolnym boiskiem - liczył sobie aż sześć. Rodzina Czepca mieszkała na trzecim piętrze bloku, co pozwalało śledzić rozgrywki sportowe i kraść piłki.
Czasem także strzelać z dmuchawki opiłkami żelaza do sędziów i zawodników, co upodobał sobie zwłaszcza ojciec.
Teraz nikt sobie ostrzałem opiłkowym głowy nie zawracał. Były święta, no i - przyszedł Zając...
I musiał to być Zając dobry we wspinaczce, bo przecież zdobył sześć metrów betonowej ściany i teraz jego długie uszy wystawały nad nim, poruszając się na boki... Zaraz też ukazała się cała głowa poczciwego, niedużego zwierzątka.
- Jezu, Jezu nazaretański - zacierała mama ręce, wciąż siedząc na podłodze.
- Ale gdzie on ma worek? - wydusił Czepiec.
- Spokojnie - uniósł dłoń ojciec. - To rozpoznanie. Worek jest na dole. Musimy schować się w łazience, żeby go nie spłoszyć.
W tym momencie stały się dwie rzeczy. Po pierwsze: turkmeński napór nosa Czepca pchnął drzwi tarasowe, widocznie wcześniej niedomknięte.
Po drugie, Zając, który już nieomal całym swym świątecznym ciałem wdrapał się na mur, nagle zniknął.
Z dołu dobiegło wyraźne - nieprzyjemnie wyraźne - łupnięcie i chrupot.
Ten rodzaj chrupotu, który kojarzy się zawsze jednoznacznie i źle.
Czepiec stężał u rozwartych drzwi, a rodzice wyskoczyli na taras i nachylili się nad murem.
W dole leżało rozkrzyżowane ciało wuja Afrodyna. Obok niego miotła; u końca jej trzonka rzucał się w oczy przywiązany drutem pluszowy zając.
Tuż przy zwłokach leżał worek.
Którego nie bardzo komu było wnieść na taras. Kręgosłup wuja był złamany, a zające pluszowe, drutem miedzianym obwiązane, też z przebojowej wspinaczki skałkowej nie słyną.
Rodzice spojrzeli po sobie wstrząśnięci. Ich twarze były jak z gipsu odlane.
- I co teraz... - wydusiła matka.
- Trzymajmy fason - rzekł ojciec głosem, który kojarzył się z odsuwanym wiekiem krypty.
Czepiec, którego oczy można by było w półmroku pomylić z gruszkami ussuryjskimi, patrzył na nich z zatrwożeniem.
- Co się stało Zajączkowi? - zapytał płaczliwie.
Miał już trzynaście lat i trenował boks tajlandzki, ale był taki wrażliwy... I jak tu takiemu odmówić Zająca czy Świętego Mikołaja?
I Wróżki Zębuszki, która przychodziła często, bo Czepiec na treningach się nie oszczędzał.
A raczej - to jego nie oszczędzano.
- Zając zszedł po prezenty - rzekł chrapliwie ojciec. Jego twarz niepokojąco przypominała twarz kłusownika, który w dwutygodniowym pościgu za odyńcem zgubił pięć kilogramów tłuszczu i dwa kilogramy zmysłów. - Prosi o pomoc... Czekajcie, zaraz przyjdę.
Matka i syn w milczeniu patrzyli, jak ojciec wzuwa kalosze i sięga po szpadel, zwyczajowo trzymany za wieszakiem na płaszcze.
Trzasnęły drzwi.
- Po co tatusiowi szpadel? - zapytał cicho Czepiec.
- Pewnie podkop Zającowi się osunął - chrząknęła matka. - A musi do domu na skróty wracać, rozumiesz...
Ojciec nie wrócił zbyt szybko, nie mniej już dwie godziny później wszyscy bawili się prezentami, które przyniósł od Zająca. Przy czym pluszowe postacie z Doliny Muminków wzbudziły u domowników znacznie więcej entuzjazmu niż magnetowid, sprawiający wrażenie prezentu spóźnionego o dwadzieścia lat.
A w nocy Czepiec wstał, sięgnął po ubłocone kalosze i uwalony ziemią szpadel, po czym cicho wyszedł z domu.
Ciało wuja Afrodyna wykopał błyskawicznie. Przecież ziemia była świeża i mokra od deszczu, a i szukanie mogiły wiele czasu nie zabrało. Ten dureń ojciec przydzielił ją swemu bratu tuż obok mogiły wuja Polikarpa, kuzyna Euzebiusza, ciotki Emmy i dziadka Luka. Dziadek Luk spadł z muru w zeszłym roku. A pozostali... Cóż, co roku ginął jeden nieszczęśnik, któremu rodzice Czepca dzięki perswazji i sowitemu przekupstwu wmuszali odegranie roli Zająca.
Ginęli, odkąd Czepiec wbetonował w mur żelazne klamry, kuszące ofertą wygody i stabilności.
Wszyscy za nie chwytali.
A wtedy wystarczyło uaktywnić przepływ prądu o napięciu 3000 volt, co przy skonstruowanych przekaźnikach i pilocie trzymanym w kieszeni szortów było już tylko przyjemną formalnością...
Czepiec zachichotał, po czym przeszukał ubranie trupa. Komórka, 540 złotych, no i obrączka... Nieźle.
Choć dziadka Luka trudno będzie chyba przebić. Ten to był dopiero szlachetny! Jak sam Zając. Czepiec pozyskał trzy sygnety, dwa telefony (jeden tajny, do kobiet frywolnych), no i ponad 6000 złotych... To była Wielkanoc!...
Teraz pozostały formalności. Ciało znów zakopać, ziemię wyrównać, trawę posiać.
Co było bezpieczne - wszelka działalność pod wysokim murem była niewidoczna dla mieszkańców bloku nawet za dnia. Co innego, gdyby patrzeć z okien szkoły, ale przecież święta, ferie... No i pora nocna.
Czepiec przeciągnął się, a potem spojrzał na małą ciemną plamę dokładnie przy samym murze. Wiedział, co kryła.
Małego, pluszowego zająca, który poległ na służbie.
Przed chwilą pochował go z honorami.
Ojciec, który co roku w pośpiechu grzebał krewnych, zające bez szacunku rozrzucał po boisku.
Czepiec tego nie pochwalał. Każdy został przezeń odszukany i pogrzebany niczym oficer, co misję pełnił do końca.
W przyszłym roku też odda honory. Wszak nikomu innemu Zając takiego bogactwa nie przynosi, jak jemu!

Na deser
przepysznie, a świątecznie makabryczne opowiadanie doktora Setha!



Nadesłał:
dr Seth






Świątec
zny żarcik
Rodzina Bąblowskich miała aż pięcioro szkrabów w domu. Wielkanoc zaskoczyła Tatusia Bąblowskiego, bo pomyliło mu się o tydzień i omalże nie zdążył zrobić jajek-niespodzianek! To by dopiero dzieci się zmartwiły!
Przystąpił pilnie do pracy na dzień przed świętami, aż wszystko było gotowe, po czym w nocy poukrywał jajka w zakamarkach domu i ogrodu.
Rano, kiedy cała rodzina zasiadła przy świątecznym śniadaniu, Tatuś rzekł wesoło:
- Dzieci! W nocy przyszedł zajączek! Widziałem nawet jego ogonek, wiec na pewno był! Po śniadaniu ruszajcie na poszukiwania jaj wielkanocnych, które zostawił. Na pewno będzie w nich mnóstwo niespodziankowych słodyczy!
Dzieci ochoczo rozbiegły się po domu i ogrodzie.
Zenia znalazło jajo jako pierwsza. Leżało na strychu w stosie starych ubrań. Odkręciła je rozanielona. Z jaja wystrzeliła chmura cyjanku potasu. Długo to nie trwało, cyjanek działa szybko. Zwłoki Zeni osunęły się na stare ubrania.
Drugie jajo znalazł Pomidion. Było w drewutni, pod polanami przygotowanym na zimę. Kiedy cały w skowronkach je otworzył, nastąpiła eksplozja, która zdarła mu całą skórę z twarzy i wyrwała oczy.
Trzecie leżało zakopane w piaskownicy. Benicja znalazła je i natychmiast otworzyła, bo uwielbiała pralinki, a co rok dotąd były. Ze środka wyfrunęła z gniewnym bzyczeniem cała chmara szerszeni. Benicja otrzymała tyle użądleń, że zmarła na miejscu.
W kompoście jajo znalazła Karpia. Kiedy je otworzyła, wyrzucona z pomocą silnej sprężyny tarcza do piły do drewna wyskoczyła i wbiła jej się prosto w krtań.
Wyłupek, jako, że był jeszcze głupiutki, znalazł jajo na samym końcu. Zwisało z drzewa pigwy. Ochoczo po nie sięgnął. Ze środka wystrzelił silny strumień kwasu azotowego, który niemal natychmiast wyżarł mu twarz aż do gołej okrwawionej czaszki.
Tym sposobem wszystkie szkraby zakończyły swój beztroski żywot.
A kto był winowajcą i podmienił w nocy jaja?
Otóż Zajączek!
Zajączek strasznie wkurzony, że jest wykorzystywany do roznoszenia różnych bzdurnych prezentów rok w rok.
W każdym domu pozostawił jajka-niespodzianki, zabierając te ze słodyczami i ukrywając w ich miejsce swoje własne, wykonywane przez cały rok od ostatniej Wielkanocy.
Czasem zajączki bywają nieco dziwne.

Moi mili Goście, dziękując za Waszą obecność i entuzjastyczny wkład - życzę

Wesego Alleluja!!!
Wasz Autor, świątecznie rozanielony Lew.

22 komentarze:

  1. Wszystkim moim pacjentom życzę Wesołych i spokojnych Świąt, Smacznego Jajaka, Kolorowych Pisanek, Mokrego Dyngusa...... ze szczegolnym wyrożnieniem dla stalych Lwiaków: Autora:) Pani Ewy, Bibi, Gamy, S.Ociosana, Onona Socjopaty (czy jak mu tam), Setha, Strony Predatora......

    WESOŁEGO ALLELUJA!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie zapominajmy o Ryczącym Bawole!:)

    OdpowiedzUsuń
  3. ....i dla Bawoła ALLELUJA!!!!!:D

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziękuje wam za pamięć o mnie...widzę,że szlachetni z was ludzie,niech duch Manitou będzie z wami zawsze.Howgh!!!!!!!

    Ryczący Bawół.

    OdpowiedzUsuń
  5. I niech będzie z Tobą, nasz Druhu!!
    Howgh!!!!

    OdpowiedzUsuń
  6. Wielkie Socjopatyczne Alleluja dla Nemejskich Świrów!!!

    OdpowiedzUsuń
  7. kochani wasze opowiadania wspaniale wprowadzają w nastroj świąteczny:P teraz piekę swiąteczny pasztet z soczewicy i kozystajac z chwili przesyłam wam buziaki świateczne, dla wszystkich z naszej rodzinki doktorów i pacjentów, autorów i czytelnikow!!!!!! ZDROWIA, MIŁOŚCI, pogody ducha i bliskości Bożej każdego dnia!!!!

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo piękne życzenia, Bibi! A można się wprosić na ten pasztet?;-)
    I proszę nas nie porzucać na tak długo!! :)
    A ja podkreślam, że życzenia składam wszystkim, Anonimowi Złemu oczywiście także i to bardzo szczerze i serdecznie.
    Bo myślę, że w Tobie dużo dobra jest, Anonimie.
    A jeden etatowy krytyk-inkwizytor nikomu krzywdy wielkiej nie uczyni. :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Dziękuję,dziękuję,dziękuję!cmok,cmok,cmok ... ale tu świątecznie było, a mnie nie było ;-(
    Pasztet mniam:))... no chyba nie z wuja Afrodyna!? Bibi? czy to tylko soczewica?

    Ja Was Kochani ostro dziś poleję >>
    Śmigus Dyngus! Na uciechę no i z kubła wodę leję .. z kubła, z dzbana i sikawki ..
    Śmigus-dyngus !!! dla Nemejskich Świrów z rana!
    Dr Marcela też! a co!

    OdpowiedzUsuń
  10. Mokro się zrobiło, dobrze, że mrozy odeszły!
    A teraz chociaż byś jakieś ręcznidło frotomiłe podała, Gamo, skoro już nas umoczyłaś...
    Pasztet na pewno z wuja Afrodyna - pewnie wyśmienity, bo coś Bibi się do poczęstunku nie kwapi... :(

    OdpowiedzUsuń
  11. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  12. Zapewniam, że pasztet istotnie jest z wuja Afrodyna, bowiem ostatnio niedaleko domu Bibi widziałem jego porzucony tupecik...a jako, że wuj Afrodyn nigdy się z nim nie rozstawał (nawet na noc przyklejał go na głowę gumą arabską), a Bibi nie kwapi się do rozdawania pasztetu faktycznie musiało się zdarzyć jakieś nieszczęście....
    Wesołego, krwawego, potwornego i mordownikowego Allelujah!

    OdpowiedzUsuń
  13. Dr.Marcel z cukru jak Świąteczny baranek, więc wodą raczej nie lać!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  14. Nie znacie świętości ludzie...Zające -mordercy...Coraz bardziej Was lubię.

    OdpowiedzUsuń
  15. w pasztecie tylko soczewica i rzodkiewka- wujek pijany na kanapie leży, tupecik zgubił jak sie do domu toczył:)

    OdpowiedzUsuń
  16. Ewo, to działa obustronnie. :))
    Bibi. Nie budź wujka. Niech sobie pośpi.
    Do października przynajmniej.

    OdpowiedzUsuń
  17. To na święta wujcio skruszeje;))

    OdpowiedzUsuń
  18. Gamo, ty mięsożerna harpio, ty!

    OdpowiedzUsuń
  19. Upiory...upiory...upiory...upiory....upiory...! Tu są...

    OdpowiedzUsuń
  20. No proszę, Gamę trochę rozrzedziło, rozwłóczyło, rozbarwiło... Towarzystwo rzeczywiście trochę zjawowe. I bardzo dobrze. Nie będziecie mi wyjadać paluszków-lajkoników z gabinetu.
    "Upiory tu są...". Prawda jest straszna i okrutna. WSZYSCY JESTEŚMY UPIORAMI.

    OdpowiedzUsuń
  21. Zabrzmiało to cokolwiek UPIORNIE, drogi Autorze;)

    OdpowiedzUsuń