sobota, 7 maja 2011

Andżelika wraca, a niedola Emiliara wraca wraz z nią

Seria o Andżelice rośnie w siłę i ciosy (rozdawane jej mężowi). Tym razem Emiliar sam trochę się wystawił. Z fanaberiami rzecz ryzykowna... Zwłaszcza, jeśli żona walczy o przestrzeń.


Nadesłało: ONO Socjopatyczne



An
elika. Pomysł Emiliara

Andżelika zmywała naczynia, gdy rozgorączkowany Emiliar wpadł do mieszkania i nawet nie ściągnąwszy butów, zaczął zadyszany mówić:
- Wi... wi...widziałem...
- Co takiego? - zaciekawiła się bardzo Andżelika.
Wiedziała już, że zobaczył coś nadzwyczaj interesującego. Wskazywał na to wytrzeszcz jego oczu, który pojawiał się zawsze, gdy towarzyszyły mu silne emocje.
- Canoe... widziałem piękne żółte canoe! - wrzasnął
- Łał... ale mi ciekawostka.
- Kupię je, Andżeliko! Na Boga, kupię je, jak najprędzej się da.
Rzuciła mokrą szklankę do zlewu. Podeszła do niego bliżej, tak blisko, że stali twarzą w twarz.
- Spróbuj mi tu tylko przytargać coś takiego! Zapomnij - oznajmiła już prawie ze złością.
- Dlaczego??? - zapytał głosem dziecka, którego logika jeszcze nie łapie pewnych oczywistych spraw.
- Bo nie rozumiem, po co nam, do cholery canoe w centrum miasta!
- No... na wypadek powodzi... - powiedział spokojnie. - Będziemy trzymać na balkonie, a jak tylko woda będzie tak wysoko, jak mieszkamy, to tylko siup do canoe i jesteśmy uratowani!
- Jakiej powodzi? Mieszkamy na siedemnastym piętrze! - Była już wściekła, a widziała, że Emiliar mówi całkiem poważnie.
- Wszystko się może zdarzyć, Andżeliko, trzeba być przygotowanym na wszystko. Pamiętaj, trzeba zawsze być przygotowanym na wszystko - powtórzył jej to dosłownie rozkładając na sylaby.
- Nie chcę nic słyszeć o takim czymś! Na Boga, Emiliarze, za chwile muszę wyjść do pracy, a ty mi tu głowę zawracasz jakimiś kajakami. Powiem tyle, zapomnij! Wystarczy?
- Marzyłem o canoe... - posmutniał.
- Nie! - krzyknęła
Wyszła, trzaskając drzwiami. Emiliar wybiegł na balkon, krzycząc jeszcze do niej:
- Pomyśl o tym jeszcze! Trzeba być przygotowanym na wszystko, na powódź również! Kochanie...
Szła do pracy przepełniona złością, dzięki czemu doszła tam zaledwie w dziesięć minut.

***

Po ośmiu godzinach pracy była zmęczona, ale lekko wyluzowana. Właściwie to zapomniała już o porannej rozmowie.
Drzwi były zamknięte. Z trudem udało jej się wygrzebać klucze z jej torebki. Weszła do środka. Cicho i ciemno. Emiliara nie było. Powiesiła kurtkę i torebkę. Ułożyła rozwalone buty na miejsce.
- Wieczny syf z tymi butami - westchnęła.
Zanim weszła do salonu, wymacała światło na ścianie. Oniemiała, gdy je zapaliła. Emiliara nie było, ale było za to wielkie, żółte canoe na środku ich salonu. Canoe i dwa wiosła. Usiadła na kanapie.
Po godzinie usłyszała kroki na klatce i po chwili delikatne, lecz słyszalne dla niej skrzypienie klamki.
Myślał, że dając jej czas, dając jej godzinę sam na sam z żółtą niespodzianką, sprawi, że przemyśli to sobie, przyzwyczai się do obecności nowego lokatora a może i nawet polubi.
Emiliar wszedł z impetem do salonu. Wiosło od canoe mignęło mu przed oczami i nagle ŁUP
! Poczuł bardzo silne uderzenie w głowę.
- Kochanie, pamiętaj... zawsze trzeba być przygotowanym na wszystko! - powiedziała łagodnie.
Uśmiechnęła się. Jak zawsze.

7 komentarzy:

  1. A jak przyjdzie powódź, odpłynie samotnie wielkim żółtym canoe ku czerwonemu zachodzącemu słońcu...

    OdpowiedzUsuń
  2. A Emiliar? Pozostanie pewnie stłuczony wiosłem na odchodne, przykuty łańcuchem do zlewu... Za fanaberie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak ktoś ma tak na imię, nie może skończyć dobrze...Nie mógł kupić chomika?Ferrari?

    OdpowiedzUsuń
  4. Może był Indianinem w poprzednim wcieleniu i zew się jakiś w nim obudził...

    OdpowiedzUsuń
  5. To opowiadanko jest bardzo z "mojej bajki"... Lubię taki styl i tematykę-bliżej życia, poniekąd...

    OdpowiedzUsuń
  6. To prawda, że z Twojej "bajki", znajduję taką na Twoim blogu. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Dziękuje Pani Ewo. Cieszę się, że się Pani podoba :)ONO S.

    OdpowiedzUsuń