piątek, 27 maja 2011

Autor nie jest Emiliarem, ale...

Z przyjemnością zamieszczam kolejną odsłonę z życia Andżeliki i jej, hm, wojownika. Cieszy mnie uznanie dla tej serii, bo sam już trochę się od niej uzależniłem.
Natomiast ze zgrozą odkrywam rosnącą listę podobieństw do Emiliara... Niepokojące.
Przerażające.
A biorąc pod uwagę poniższą historię, z ulgą oddycham, że jestem zdrowy...

Nadesłało: ONO Socjopatyczne







Andżelika. Grypa.

Obudził ich różowy, wrzeszczący budzik. Za oknem szary widok - deszcz i wiatr. Emiliar wciąż zasmarkany.
- I jak się czujesz? - spytała.
- Bez zmian.
To już trzeci dzień, gdy Emiliara rozłożyła grypa.
Szła do łazienki, kapciem torując sobie drogę poprzez zużyte chusteczki chorego.
- Grypa, grypą ale mógłbyś nie rzucać na wykładzinę tych swoich chusteczek. Szpital w domu!
Emiliar, w tym czasie, zawinięty w kołdrę jak naleśnik, przeszedł do salonu i uwalił się na kanapę.
- Andżelikaaaaaa! - nosowym głosem wołał ile sił.
- Co?
- Chusteczki!!! Zapomniałem!!! A kichał będę.
- Chwila! - wrzasnęła z łazienki.
- Andżelikaaaaa!
- No idę już. - Chwyciła kartonik z chusteczkami i pobiegła do salonu. - Proszę.
- Dzięki - powiedział.
Wróciła do łazienki, gdzie zamierzała w spokoju skończyć swoją poranną toaletę.
- Andżelikaaaaa!
- Co? Pięć minut. Daj mi pięć minut!
- Muszę siusiu - wołał jak konający w szpitalu.
- No to chodź tu!
- Zaplątała mi się stopa w kołdrę. Nie mogę.
Poszła do niego i trzema nerwowymi ruchami wyplątała mu stopę z kołdry.
- Jeszcze na moje nieszczęście mam dziś wolne, za jakie grzechy... - myślała sobie.
- Możesz mi zrobić w tym czasie herbatkę. I dwa tosty. I sok z jabłek. I do tego....
- Idź się wysiusiaj lepiej - przerwała mu.
- No tak - przytaknął.
Pięć minut później leżał znów zawinięty w kołdrę. Na stole czekała już herbata. Tosty się piekły, a soku i tak by nie było, z braku jabłek.
- Andżelikaaaa! - krzyknął.
- Nie krzycz, jestem przecież tu i słyszę.
- Za gorąca ta herbatka, dolejesz mi zimnej wody?
Wzięła kubek z napisem Real man cup, odlała do zlewu połowę, a z dzbanka dolała do pełna zimnej wody. Odniosła i podała Emiliarowi do ręki.
- Andżelikooooo! Teraz jest za zimna! Chcesz mnie rozchorować jeszcze bardziej?!
- Jest letnia, na Boga. Przecież to nie mrożona herbata! - wycedziła przez zęby.
- Jest za zimna. Dasz mi leki? Boli mnie głowa. Chyba mam znowu gorączkę.
Dotknęła dłonią jego czoła.
- Masz zimną głowę, nie masz gorączki.
- Mam...
- Nie masz. Przyniosę ci termometr, zmierzysz.
Wygrzebując z najwyższej półki, z apteczki, termometr, usłyszała:
- Andżelikaaaaa!
- Chwila!
- Andżelikaaaa! - wołał zawzięcie.
Zeszła z taboretu. Stanęła nad nim.
- Co?
- Podasz mi pilota? - uśmiechnął się niepewnie.
Zacisnęła zęby i podała, choć żeby go dostać, musiałby jedynie lekko wyciągnąć rękę poza kołdrowy kokon.
- Co z tym sokiem? - zapytał, gdy znów wdrapywała się po termometr.
- Jakim znowu sokiem?
- Z jabłek, tak bym się napił witaminek - marudził.
- Nie mam jabłek - mówiła poirytowana lekko.
- Kupisz prawda?
- Przecież sokowirówka jest zepsuta, mówiłam ci już wczoraj.
- To i sokowiróweczkę kupisz, co? - prosił jak dziecko.
- Wiesz, chyba pójdę, kupię. Wyjdę z domu i pójdę kupić. Trochę mnie nie będzie bo poszukam najlepszej.
Wiedziała, że musi wyjść, bo zwariuje.
Ubrała się czym prędzej i wyszła. W drzwiach jeszcze krzyknęła:
- Tylko nie wstawaj, choćby nie wiem co! Kuruj się!
Trzasnęła drzwiami.
Emiliar odczekał w bezruchu odliczając trzydzieści sześć stuknięć obcasów o schody i huk zamykanych drzwi od klatki schodowej.
- Poszła, he... - powiedział i uśmiechnął się szeroko.
Energicznie rozwinął się z kokona i w podskokach pobiegł do sypialni. Spojrzał na komputer, zatarł ręce i powiedział:
- Hehe, no to sobie w "ejdżyka" pogram!
Emiliar uwielbiał Age of Empires. Spędzałby nad tą grą cały swój wolny czas, gdyby nie Andżelika i jej teoria o spowalnianiu leczenia grypy przez promieniowanie z komputera.
Usiadł. Krzesło trzasnęło pod nim, a on rąbnął całym ciałem na ziemię, głowa natomiast rąbnęła w kaloryfer. Czuł, że odpływa.

***

Obudził się znów w kokonie. Tym razem kokon nie był z kołdry, lecz ze sznura. Obwiązany od stóp do głów. Nad nim Andżelika.
- Co to ma znaczyć? - spytał.
- Komputerka się zachciało? Znam cię nie od dziś, przewidziałam to. Nadpiłowałam nogi od krzesła.
- Ale ja tylko... - próbował się bronić.
- A mówiłam, że masz leżeć! Mówiłam! Nie słuchasz mnie - to leżysz związany i gapisz się w sufit, aż będziesz zdrowy! - krzyczała.
Wyszła do salonu. Emiliar nawet się nie wiercił, wiedział, że to i tak nic nie da. Mógł jedynie wołać.
- Andżelikoooo, Andżeliko, przyjdź proszę!
Przyszła.
Trzymała za plecami rękę.
- Co tam masz? Jabłuszko? - spytał z nadzieją ale i ze strachem.
- Otwórz szeroko usta - powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu.
I siłą wepchnęła mu prawie do gardła całe jabłko.
- Najlepszy lek. Knebelek. Wyleczy nas oboje.

20 komentarzy:

  1. Kapitalne. Znam to, znam- "Mężczyzna choruje"...

    OdpowiedzUsuń
  2. świetne!!!!! muszę poczytać wcześniejsze opowiadania z tej serii, bo to zachwyciło mnie! tym bardziej ze sama mam w domu takiego Emiliara!!!!Fanka

    OdpowiedzUsuń
  3. chociaż czasami odchodzę na dłużej to jednak zawsze wracam i staram sie nadrobić zaległości!!!! Ono chwalą ci sie te twoje opowiadania! świetny pomysl..... a co do konkursu nowego to czytalam, pomysł przedni ale czasu mało. a wiecie ze ja w opowiadaniach jestem daleko z tyłu za wami:) do pisania daru nie mam, ale mam dar do czytania z pasją, waszej twórczości :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Przynajmniej Emiliar się wypoci... a to sprzyja wyleczeniu:)
    Fantastyczne ONO!

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziękuję Wam wszystkim! Nawet sobie nie wyobrażacie jaki mam socjopatycznie szczęśliwą minę, jak czytam Wasze komentarze!!!

    OdpowiedzUsuń
  6. ja tam bym szybko Emiliara wyleczyła....ma sie te doktorskie sposoby na takich gagadków :D

    OdpowiedzUsuń
  7. ...i jeden salut od Marcela!!!!!a co!!!!

    OdpowiedzUsuń
  8. Fanko: oczywiście, że warto się cofnąć, by przeczytać wszystkie części. Rekomenduję z głową i dłońmi na pieńku sosnowym.
    Bibi: ja uważam, że piszesz z humorem. I czekam na nowe opowiadanie. Z kolei Brak Czasu rozumiem doskonale. Trudny to upiór do pokonania, i na egzorcyzmy odporny.
    Ewo: ponoć tylko, hm, WOJOWNICY, tak mają. Hm. ;-)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja też jestem fanem:))))

    Stefan O.

    OdpowiedzUsuń
  10. Panie Stefanie, to zrozumiałe. :)
    Przypominam, nadsyłanie prac na konkurs kolumbijski upływa jutro o 19.19. Do postaci parodiowanych dorzucam jako last-minute-bonus komisarza Maigreta, komisarza Wallandera, inspektora Bellamy'ego, inspektora Barnaby'ego, inspektora Clouseau, oraz... chłopców z Baker Street.
    Liczę na pański wkład, Panie Stefanie, albowiem pańskie pokpiwanie z konwenansu sobie cenię, a i specyfika humoru nas łączy. Jednakże, ZE WZGLĘDÓW BEZPIECZEŃSTWA, nieodzowna jest przed tym REJESTRACJA. Co jednak pożarciem przez Lwy nie grozi.
    Chyba.
    Do tej pory opowiadania nadasłały 3 osoby: dr Seth, dr Marcel i ONO Socjopatyczne.

    OdpowiedzUsuń
  11. Rozumiem. Im większy wojownik tym trudniej choruje?
    Piszę Columbo, ale nie wiem czy zdążę do 19.19

    OdpowiedzUsuń
  12. Oczywiście z tym pojęciem WOJOWNIK żartowałem. Tę definicję w czasach pokoju traktuję nadal bardzo poważnie, ale nie odnoszę już ani do wypraw łupieżczych, ani odpieraniu ataków mongolskich ni teutońskich w obronie swej krasawicy i kasztelana.
    Myślę, że wojownikiem jest mężczyzna, który szanuje, kocha gorąco i chroni z oddaniem tak ciało, jak samopoczucie swej wybranki (i dzieciątka, jeśli są), ale też i taki - by nie pobrzmiewać zbyt pompatycznie - który zachował w genach i na dnie duszy reinkarnacyjny osad dawnych czasów miecza i tarczy - co sprowadza się do pasji typu członkostwo w kawalerii lub... umiłowanie do komputerowych gier strategicznych. Jak... Age of Empires.
    ;-)
    Proszę nie stresować się podawanym oficjalnie terminem. Lwy są bardzo elastyczne. Dużo bardziej niż pasy psychiatryczne. A Twoje uczestnictwo, Ewo, jest w stanie zatrzymać śruby liniowca, a co dopiero koło czasu tej Strony. Jako, że od pojutrza zaczynamy publikacje - 1 opowiadanie dziennie - można założyć, że masz, Ewo, co najmniej 4 dni.
    I cieszę się z tego "Columbo", bowiem kocham go fanatycznie!
    Pozdrawiam. :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Ja też kocham tego "Columbo" ...Autor wybaczy! tekstu nie napisałam:( ale obiecuję poprawę i wszystkie opublikowane teksty przeczytam;)
    A Autorowi podeślę samochód naszego kochanego porucznika - stary amerykański,zaniedbany i mocno zdezelowany Peugeot 403 kabriolet z 1959....jak ja kocham ten samochód!

    OdpowiedzUsuń
  14. Słowo się rzekło. Czekam na peugeota.
    Może być miniaturowy.
    A jeśli się nie doczekam, chupacabry wyślę z reprymendą.

    OdpowiedzUsuń
  15. ...zastanawia mnie tylko czy te historie to z życia wzięte:) hi hi hi

    OdpowiedzUsuń
  16. Autor ma jak w banku;) ... miniaturka już czeka!
    Ja miałam na myśli prawdziwy samochód!ale jak autor zadowoli się miniaturką...>)

    OdpowiedzUsuń
  17. Bibi: tu nie ma żadnych wątpliwości!
    O, zgrozo.

    Black Ghost: Autor nie grymasi, darowanym cietrzewiom w zęby nie zagląda. O wartości prezentu świadczy jego intencja, nie kształt i zawartość izotopów. Autor sam kiedyś w przypływie braterstwa wręczył jako urodzinowy prezent...
    ...pół serka topionego Tylżyckiego.
    Komu? Strony Operatorowi.

    OdpowiedzUsuń
  18. ... chociaż cały by Autor dał a nie pół:) znając Autora to pół sam pan zjadł rano do bułek i zielonej herbaty...:)

    OdpowiedzUsuń
  19. Czuję się inwigiliwilwililili... any!
    KTOŚ wie, że piję zieloną herbatę, a nie czarną.
    Alert. Larum. Szaniec jest nieszczelny.
    Monkey nie żyje, lecz do śledztwa nad tą zagadką wezwę detektywa Mąkę i Herculesa Pomiota.

    OdpowiedzUsuń