wtorek, 31 maja 2011

Konkurs kolumbijski - opowiadanie pierwsze

Kryminalną galerię otwiera doktor Seth, z pastiszem Herculesa Poirot, który to pastisz (i który to Hercules) spodobał mi się i ubawił. Zresztą ten dziwny Belg z francuskimi manierami zawsze mnie rozbrajał... Gdzie mu tam do chłodnego jak posąg gipsowy Sherlocka Holmesa...
Życzę miłej lektury!

Nadesłał: dr Seth








Hercules Pomiot i palec baroneta


Hercules Pomiot rozkoszował się poranną kawą, rozmyślając o tym, jak przyjemnie się czuje. Miał na sobie nowy garnitur szyty na miarę, świeżo wyświecone lakierki, i, rzecz oczywista, świeżo wypomadowane wąsy. Jako, że pomada była sprowadzona prosto z Belgii, Hercules był podwójnie zadowolony. Pomady angielskie były, jak to określał, zbyt rozrzedzone i wąsy nigdy nie układały się tak sztywno jak należy.
Dzwonek do drzwi przerwał jego kontemplację. Detektyw podniósł się niechętnie i otworzył drzwi. W progu stała kobieta, wyraźnie wyglądająca na damę. Spod woalki nie było zbyt wyraźnie widać twarzy, ale wyglądała na osobę raczej młodą.
- Pan Hercules Pomiok? Ten słynny detektyw? To pan?
- Oui, mademoiselle, ale wybaczy pani, nie Hercules P o m i o k, lecz Hercules P o m i o t. Czym mogę pani służyć?
- Panie Pomiot, sprawa jest absolutnie niecierpiąca żadnych zwłok! Skradziono rubinowo-diamentowy sygnet baroneta Clannagha!
- Eh bien, mademoiselle, skoro ta sprawa rzeczywiście nie cierpi żadnych zwłok (bo któż lubi zwłoki), spróbuję ją wyjaśnić. Czy zna pani moje opłaty?
- Tak, panie Pomiot, to zresztą nieważne! Baronet Clannagh szaleje z rozpaczy, bo, jak to określał, była to stała część garderoby od lat. Cały dom oszalał, baronowa wciąż mdleje, pan baron zamknął się w pokoju i nie reaguje na krzyki i pukania, a przedtem skrzyczał i oskarżył całą służbę i kazał nam się wynosić. Na szczęście udało się tego uniknąć.W domu zapanowała istna Sodoma i Gomora!
- Madame, zadam pani teraz bardzo ważne pytanie. Czy sygnet skradziono wraz z palcem?
- Ależ tak! Skąd pan to wiedział?!
- Hercules Pomiot używa szarych komórek, mademoiselle. To jasne, że sygnet musiał zostać skradziony wraz z palcem. Baronet, o ile mi wiadomo, w ostatnim roku na skutek nadmiernego obżarstwa i opilstwa napuchł niczym ugotowana parówka. Z tego wynika, że jego palce również stały się serdelkowate. A więc z powodu napuchłości nie można było owego sygnetu ściągnąć z palca.
- Ależ pan jest mądry! Ale chyżo! Musimy natychmiast jechać do Greystone Mansion, zanim dom całkiem oszaleje!
- Zatem ruszajmy. Automobilem zajedziemy szybciej niż koleją. Ale, ale... proszę chwileczkę zaczekać... zaraz wrócę.
Pomiot powrócił po chwili z wielką, podejrzanie wypchaną torbą, i z piskiem opon ruszyli w drogę.
Auto przecinało wstęgi szos z zawrotna szybkością 100 km/h. Nie minęły nawet trzy godziny, a automobil zahamował, rozrzucając żwir na podjeździe Greystone Mansion. Drzwi otworzyła im bardzo blada na twarzy służąca.
- Och! Państwo nie przyjmują gości! Stało się okropne nieszczęście!
- Trudy, to ja, a to pan Hercules Pomiok, słynny detektyw.
- Pomiot, mademoiselle - poprawił burkliwie Hercules.
- Ależ to pani baronówna! Och, z tego wszystkiego nie poznałam jaśnie panienki! Proszę, proszę wejść. Kucharka z tego wszystkiego nie ugotowała obiadu, siedzi tylko przy stole i od rana płacze! Cały dom pogrążony jest w rozpaczy! Jaśnie pani bardzo spazmuje i trzeba podawać sole trzeźwiące, lord zamknięty w pokoju, a pan baronet leży cały dzień w łóżku i ani drgnie!
Pomiot i baronówna weszli do środka. W domu było mroczno; typowa stara, wielka rezydencja arystokratów od wielu pokoleń.
- Natychmiast idę do ofiary tego, hmm... przestępstwa - rzekł Pomiot i wszedł do pokoju baroneta. Leżał on w łóżku, podparty dwiema poduszkami i tępo wpatrywał się w sufit. Pomiot długo na niego patrzył.
- Czy byłby pan tak uprzejmy pokazać mi okradzioną dłoń? - spytał w końcu.
Baronet wolno wysunął lewą dłoń spod kołdry. Istotnie, brakowało serdecznego palca. Pomiot bardzo dokładnie obejrzał ranę.
Nagle poderwał się z tryumfującą miną.
- Maís oui! - wykrzyknął radośnie, wybiegł z pokoju i pędem podążył do automobilu, by ruszyć w kierunku miasta.
Po dwóch godzinach był już z powrotem. Najpierw kazał wciąż pochlipującej kucharce pokazać wszystkie noże znajdujące się w kuchni. Następnie, podkręcając z ukontentowaniem wąsa (co pozbawiło go części pomady), kazał służbie zwołać wszystkich do biblioteki, mówiąc, że zna już sprawcę i przestępca zostanie ujawniony.
Najpierw weszła baronowa, wciąż wąchająca amoniak, potem baronet, następnie stary baron, który z lekka się ożywił, słysząc o rozwiązaniu sprawy. Na samym końcu, niczym szare myszki, zebrała się służba.
- Proszę państwa, sprawa została rozwiązana! - ogłosił tubalnie Pomiot, zacierając ręce z radości. - Otóż znam już sprawcę i posiadam ów skradziony przedmiot. Skracając się bardzo, wskażę winnego od razu, chcąc uniknąć wprowadzania nerwowej atmosfery... - zapowiedział, po czym zamilkł na chwilę, przenikliwie patrząc w oczy każdemu po kolei. - To pani, baronowo, ukradła sygnet - rzekł surowo.
Baronowa zemdlała. Wszyscy spojrzeli oszołomieni na Pomiota.
- Żartowałem... hmmm... ot, taki mały żarcik mający za zadanie rozweselenie obecnych. Otóż sprawcą jest nie kto inny jak pan, baronie Clannagh.
Baron zrobił się bardzo purpurowy na twarzy i wyglądało na to, że zaraz trafi go apopleksja.
- Ach, milordzie, to również niewinne kłamstewko, mające tym razem wywołanie nerwowej atmosfery. Nikt tak nie lubi nerwowych atmosfer jak Hercules Pomiot! A zatem, proszę państwa, skończmy już tę rozkoszną zabawę. Dowód przestępstwa znajduje się tu! - po czym z wypchanej mocno torby detektyw wyciągnął okazałą dynię.
Zebrane towarzystwo patrzyło na Pomiota bardzo dziwnym wzrokiem.
- Hm... no tak... państwo zapewne nie wiecie, że hoduję dynie. Proszę spojrzeć, jaki to wspaniały okaz! Co prawda jest już na wpół zgniła, ale to też ma swój cel. Otóż, proszę szanownych zebranych, ta oto dynia w tej chwili wskaże sprawcę! Tak, tak... dynie nigdy się nie mylą! - I z całej siły rzucił dynią prosto w twarz baroneta.
Dynia rozplasknęła się z chlupotem, przy czym najpierw z brzękiem wylądował na ziemi rubinowy sygnet, a zaraz po nim coś nieokreślonego.
Oszołomiony baronet osunął się na podłogę, baronowej znów musiano podać sole trzeźwiące, służba zafalowała trwożliwie.
- To pan, szanowny baronecie, okradł sam siebie z sygnetu! Z palca również.
- Ależ... co... skąd... to bzdura! - krzyknął baronet, dość niewyraźnie, bowiem wciąż miał na twarzy rozplazmioną dynię.
Pomiot bez słowa podniósł ową drugą rzecz, która wypadła z dyni. Był to obcięty palec. Nieco już się rozkładający.
- Proszę podać bezpalcą dłoń - rzekł surowo Pomiot.
Baronet nagle rzucił się do ucieczki, lecz ledwo otworzył drzwi, zobaczył za nimi dwóch policjantów. Cofnął się zatem i odwrócił do zebranych.
Pomiot powtórzył:
- Proszę podać mi dłoń!
Baronet powoli wyciągnął dłoń. Pomiot przyłożył nadgniły palec do rany na ręce.
- Et voíla! Pasuje idealnie!
- Tylko co to ma oznaczać?- spytała słabym głosem baronowa.
- Otóż ma wiele, pani baronowo. Pani syn zastawił ów sygnet w lombardzie. Razem z palcem, który na miejscu uciął sobie nożem do ryb. Wyraźnie widać ząbkowane ślady na obydwu odciętych końcach. A oto ów nóż, znaleziony przeze mnie w szufladzie w kuchni! - Pomiot tryumfalnie wydobył z kieszeni nóż. Istotnie z ząbkowanym ostrzem.
- Milordzie - rzekł detektyw - zastawiając w lombardzie palec, należy liczyć się z tym, ze plotka rozniesie sie po mieście. Pan baronet zastawił palec z sygnetem w lombardzie pana Bomberboombie, który gotów jest o tym zaświadczyć. Posiada on również kwit. Bien, oto i rozwiązanie całej zagadki.
Siarczysty policzek wymierzony baronetowi przez ojca zabrzmiał w panującej ciszy niczym wystrzał z pistoletu.
- Won mi z domu, smarkaczu! - krzyknął strasznym głosem baron Clannagh.
Blady baronet, z odciśniętym śladem ręki ojca na policzku, w milczeniu opuścił bibliotekę.
A od następnego dnia rozpoczął pracę w chlewni, niczym zwykły parobek.
Dwie dziurki w nosie i skończyło się.

6 komentarzy:

  1. Fajne, ale o co chodzi z tą dynią?
    Bardzo mnie ujęło zakończenie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Och, dynia byla po prostu rekwizytem, majacym wskazac sprawce zbrodni. Bardzo mi milo pani Ewo, ze chociaz zakonczenie Pania ujelo ( w wersji numer I baroneta znajdowano powieszonego na drzewie;)

    OdpowiedzUsuń
  3. No super! Ciekawy pomysł na sprawę dla detektywa. SALUT!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Suuuper ! jak zawsze zresztą ;)
    Ogromny SALUT !

    OdpowiedzUsuń
  5. ja tez daje wyrazy uznania;)

    OdpowiedzUsuń