poniedziałek, 20 czerwca 2011

Egiptologia komediohorroru

Ewa Łokuciejewska jest osobą refleksyjną i przenikliwą, co pozwala życie obserwować i przy niewątpliwym talencie literackim swoje spostrzeżenia zapisywać. Dlatego zachęcam do wejść na blog Ewy widoczny na prawej flance, który to blog uczy życia, i nie jest jakąś tam pułapką na Indiana Jones'ów rabujących artefakty i Graale. Oczywiście Ewa Anhedonia ujęła Lwy przede wszystkim swoim poczuciem humoru i dystansem do poważnych spraw (nad którymi nie ma co dramatyzować przesadnie, skoro i tak są nieuchronne). Chwaliłem jej opowiadania za klimat. Dziś Ewa zaskoczyła mnie po raz kolejny - zdolnością pastiszu. Arkan parodii spadł na doktora Setha i jego twórczość. Tym samym oznacza to interesujący pomysł, by od czasu do czasu, a nawet częściej, Autorzy pokpiwali sobie nawzajem z siebie i swoich fasonów-szablonów. Przecież oczywistością jest, że akt takiej parodii jest jedynie wyrazem sympatii, a czasem i szczerego ukłonu czy hołdu, a przy tym ma to cel jeden i niepowtarzalny: czynić misję rozbawienia.
Zaś misja rozbawienia jest misją nieśmiertelną. Dopóki ostatni z Lwów będzie miał siły pomrukiwać, misja - wszak szlachetna, heroiczna i odpowiedzialna - będzie kontynuowana.
Do ostatniej kropli... Hm, do ostatniego wyziewu... No, powiedzmy: do ostatniego chichotu.
Parodia zamieszczona poniżej? Celna, przenikliwa, zabawna, długo by mnożyć pochwały, a to nie lekcja arytmetyki, tylko misja. Gdy skończyłem lekturę, chciałem uchylić cylindra, a że go nie miałem, byłem już gotów skalp zdjąć sobie, by podziw i uznanie wyrazić.
Ostatecznie chwyciłem kota w radosne objęcia, bo może Ewa nie oczekuje poklasku spływającego krwią?
Zapraszam do lektury wiosennie świeżej i smakowitej...

Nadesłała: Ewa Łokuciejewska







Docent Ptah rozmawia z żoną przy obiedzie.
Kłótnia, czyli męskie i żeńskie spojrzenie na grozę


- No i co? Płoowiesz coś? - właśnie przełykał duży kęs schabowego.
- A o czym? - uśmiechnęła się sprytnie.
- No o opowiadanku…
- O tym ostatnim? - do sprytnego uśmiechu dołączył błysk w oku.
- Nuo…
- No… Fajne.
Nastała cisza, którą można było pokroić nożem. Tym z ząbkami. Nakładał na widelec kawałek kotleta, porcyjkę ziemniaczków i kapustki zasmażanej. Tak na jeden kęs. Między jednym a drugim zapytał:
- Fajne… ALE…?
- No nie. Nie ma żadnego „ale”… - błysk w oku rozbłysł i zgasł natychmiast.
- Nie udawaj. Widzę.
- Pomarańcza…
- Co z pomarańczą?
- Musiałeś ją wpychać jej do krtani?
- A gdzie jej miałem wepchnąć?
- Misiaczku… Nie wiesz, co można zrobić z pomarańczką? - zagulgotała zalotnie.
- Eeee tam! Czepiasz się.
- No jasne. Ja się czepiam. Jak zawsze.
Kroił zaciekle kotleta i przy okazji niezręczną ciszę.
- Ale… Zaraz… To nie było w ostatnim… - przypomniał sobie nagle i odłożył z wrażenia widelec na brzeg talerza.
- Aaaa. No tak. Przepraszam.
Podjął widelec i znów jedli w milczeniu.
- Widzisz? Nawet nie wiesz, o czym mówisz.
- O czym nie wiem, że nie wiem, o czym mówię? - odzyskała błysk we wzroku.
- Nie udawaj idiotki.
- Nie udawaj męża idiotki…
Jak rzadko kiedy, ktoś wyłączył telewizor przy jedzeniu, a teraz akurat bardzo go brakowało. Za oknem sąsiad gwizdał „La Cucaracha”. Gwizdał nieumiejętnie i fałszująco.
- No dobra… Wyrywanie paznokci… Też bardzo subtelne. Filmów o wojnie się naoglądałeś?
- To nie ma być subtelne! To ma być krwawe! - dla potwierdzenia dźgnął schabowego w samo serce.
Potem jeszcze dwa razy widelcem - dla siebie. I faktycznie! - trochę ulżyło.
- Aha… - powiedziała całkiem spokojnie, jakby skrzypienie o talerz nie robiło na niej zupełnie wrażenia.
- Znowu się człepiaszsz? - postanowił pogryźć to, co zadźgał na śmierć.
- Nie ja zaczęłam tę rozmowę…
- Specjalnie to robisz?
- Co takiego? Nie można już nic powiedzieć?
- Wyklepujesz je na takie płaskie wióry? Przecież wiesz, że lubię grube. Prawie krwiste.
- Nieprawda?
- Co nieprawda?
- Nieprawda, że lubisz krwiste.
- Chyba lepiej wiem, do cholery, co bardziej lubię!
Podniósł głos tak bardzo, że zagłuszył „La Cucarachę”.
- W tym rzecz, Ptahszku, że nie wiesz, najwyraźniej… - westchnęła, wcale niespeszona jego wrzaskiem.
- A w ogóle, to, co jest nie tak z wyrywaniem paznokci? Stary, sprawdzony sposób…
- No… przez faszystów na przykład…
- No właśnie. Taka jesteś mądra, to co innego wymyślisz?
- No nie wiem. - Mina jej trochę zrzedła. - No już mogłoby być, ale np. u nóg…
- U nóg? Chyba zwariowałaś? - wydarł się dyszkantem.
- No… - parła dalej niezrażona. - Ściąga mu skarpetki… Te, które codziennie pierze…
- Te jego ulubione - podchwycił. - Z dziurami…
- Właśnie! Z dziurami… A tam… A tam… - zawiesiła głos. - Patrzy… Patrzy… A tam…
- Wygłupiasz się.
- No jasne, że się wygłupiam.
- A ja chciałem porozmawiać poważnie - zrobił obrażoną minę.
- Wiem! - triumfowała. - A tam pomalowane paznokcie!
Widelec zawisł w drodze do jamy ustnej, rozdziawionej w niemym zdziwieniu.
- Chyba cię pogięło… - wykrztusił wreszcie.
- Wielki paluch owłosionej stopy - na karminowo… - rozmarzyła się nie zważając na inwektywy.- Albo z brokatem. Perłowy jest modny… - popatrzyła wytrawnym okiem znawcy na swoje paznokcie - żelowe, „alternatywa dla french manicure”, końcówki pomalowane na krwistoczerwono.
- Wyglądasz, jakbyś kroiła wątróbkę… Albo rozdrapywała…
- Durny jesteś. I tyle. - Obruszona wzruszyła ramionami i zagłębiła paznokieć w swoim kotlecie
- Właśnie, że lubię krwiste kotlety… - zmienił szybko temat na stary.
- Nie ma krwistych schabowych, młotku.
- Ale je lubię… Sama jesteś młotek.
- Młotek jest rodzaju męskiego.
- I co z tego?
-Twoje inwektywy też są głupie. Młotku.
- A młotek jest mądry?
- Właśnie… Jest głupi - triumfująco wskazała na niego żelowym wskazującym.- „Krowo”, „świnio”, „kurduplo”- daj spokój…
- „Młotku”… Daj spokój. Poza tym… Człowiek w zdenerwowaniu nie wymyśla. Zwyczajny człowiek.
- Aha.
- Dobra. A jakieś konkrety? Argumenty? Jakbym chciał być werystyczny, bluzgom nie byłoby końca.
- To można udusić, zadźgać i zjeść, popić krwią, a nie wolno bluzgać?
- To literatura!
- No… Może… Ale podpalanie krocza?
- Co? Prawda, że fajne?- zapytał z nieukrywaną dumą.
- Super. Bardzo wyrafinowane.
- To - nie -ma - być - wyrafinowane! Ani subtelne! - wycedził każde z tych słów osobno i z naciskiem.
- Aha.
- Elokwentna jesteś.
- No… i wyrafinowana.
- Wyrafinowana lafirynda!
- Młotek!... „Człowiek w zdenerwowaniu nie wymyśla?”
- Oupf! - nie wiadomo, co chciał powiedzieć, bo zakrztusił się kapustą zasmażaną.
Łapał powietrze, które jeszcze bardziej wpychało zasmażkę do tchawicy. Obiegła stół i walnęła go w plecy z rozmachu. Trzy razy. Zapomniała, że wciąż trzyma w dłoni nóż. Ten z ząbkami. Subtelne?

7 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. robić z doktora Setha docenta Ptaha - puchar numer jeden.
    Zakończyć historię w pełnej krasie humoru czarnego - puchar drugi.
    Wręczywszy dwa puchary, z czystym jak kryształ pucharowy sumieniem, idę spać.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nogi urwane...za piecem schowane...rece... zmiazdzone...na wpol..juz zgryzione...pustki...sprawilas...okropne

    OdpowiedzUsuń
  4. Myślało ONO, że nie przeczyta już nic lepszego niż "Waran" a tu niespodzianka! Pani Ewo, pokłony dla Pani!!! Uwielbiam Panią!

    OdpowiedzUsuń
  5. "Docent Ptah..." należy bez wątpliwości do najlepszych opowiadań publikowanych kiedykolwiek na tej Stronie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Droga Pani Ewo! Czytajac Pani opowiadanie, skadinad dziwnie znajome w tematyce, skladam poklon do ziemi, klaszcze w dlonie i wolam Vivat! Poniewaz przeczytalem wspaniala parodie swego opowiadania, pozostalo mi oddac podwójny SALUT- jeden tutaj, jeden odbyl sie w postaci rzutu taca z narzedziami w nowa pielegniarke, taki gest powstaly z radosci:)
    Dodat tylko, ze "zemsta" bedzie slodka!

    OdpowiedzUsuń