piątek, 3 czerwca 2011

Konkurs kolumbijski - opowiadanie V-te, ostatnie

Konkursową zabawę z kryminałem kończy znakomite opowiadanie Ewy Łokuciejewskiej. Dziękując za czas poświęcony Stronie i podzielenie się wyobraźnią i humorem, zapowiadam losowanie orzeczonej nagrody na niedzielę w południe. Losu dokona tradycyjnie kot Słodka. Wynik podam już ja - jakiś kwadrans po 12.00.
Wieńczące konkurs opowiadanie odznacza się typowym dla Autorki łagodnie ironicznym, kojącym i nastrojowym klimatem, przy czym nie zabrakło jej specjalności, która weszła w mój gust niczym niemiecka torpeda w brytyjski liniowiec: wątków kulinarnych. Trzeba mieć zdolność, by wkomponować je w treść tak, aby nie tylko nie odciągały od jej sedna, lecz idealnie wspierały, stymulując atmosferę i... co tu dużo mówić - apetyt.
Nie muszę dodawać, że w opowiadaniu nie będzie z kolei scen masowej dekapitacji czy krzyżowania na sposób rzymski. Ewa Anhedonia Łokuciejewska to klimat jedyny w swoim rodzaju.
Zapraszam.

Nadesłała: Ewa Łokuciejewska








Columbo


Porucznik z przepastnym westchnieniem otworzył lodówkę. Już wiedział, że nie może liczyć na pożywienie.
- Jakieś crostini chociaż…
Kiedyś, kiedy jeszcze miał żonę, kiedyś, kiedy jeszcze miał dom, żonę i psa…
- Już by tu siedział… Tłusty tyłek posadził na stołku i wlepiał oczami Rambo… Już by tu warował ze śliną na pysku… Na pysku, na szafce, na kafelkach w holenderskie wzory…. Basset houndy już tak mają… Są leniwe, rozlazłe, potwornie kochane i nieprawdopodobnie żarłoczne.
Żona często zostawiała w lodówce crostini - małe grzaneczki natarte czosnkiem, z bazylią, oliwą i pomidorami… Kilka bez pomidorów. Dla psa. Pies nazywał się Pies. Po prostu i dla ułatwienia.
- I z konieczności… Jakoś nic nie mogliśmy wymyślić… Nic, absolutnie nic nie pasowało. Nic, co by nie było obraźliwe…
A porucznik nie chciał nikogo i niczego obrażać. Nawet do morderców odnosił się z szacunkiem. Nawet jeśli oni do niego nie zawsze. Zawsze jednak miał w lodówce crostini.
- Żeby się przegryzły… Mówiła… „Daj im się przegryźć, zanim je ugryziesz”
Zaropiałe oczy zaszły mu nagłą bolesną mgiełką.
- Albo nie… Canelloni….
Ślina napłynęła mu do nieogolonych ust.
- Tak… Canelloni. Canelloni z serem, szpinakiem, orzechami I migdałami…
Porucznik Columbo myślał i czuł w sposób uporządkowany. Nawet marzył wg alfabetu. A był dopiero przy „c”.
Casarrecia, carbonara, a na deser…cotta panna.
Lodówka świeciła pustkami od miesiąca i nawet wspomnienia na literę „c” nie mogły jej wypełnić. Nastrojowe światło zupełnie nie pasowało do plastikowej torby ze sztywnym zapięciem, szczególnie do jej zawartości. Wczoraj był zbyt zmęczony, aby znaleźć odpowiedniejsze miejsce na upiorną przesyłkę. Zajrzał do skrytki późno w nocy po ciężkim dniu. Od miesiąca miewał wyłącznie ciężkie dni, ale wczorajszy…
…………….
Zaczęło się rano od małego pożaru w sypialni, bo usnął przed telewizorem z cygarem. Smród spalonego sztucznego dywanu i politurowanych mebli na „wysoki połysk” jest nieprawdopodobny. Kiedy już uporał się z ogniem, musiał cucić się z omdlenia, bo zakrztusił się gryzącym dymem. Był człowiekiem wątłego zdrowia, co podkreślała żona, a wtórowała jej teściowa. Żona z troską, teściowa z pretensją.
- Chuderlak, cherlak, niechluj i łajza…
To tylko kilka z określeń, jakich używała. Dziś skłonny był nawet z niektórymi się zgodzić. Zwymiotował żółcią zmieszaną ze smołą z cygar i plastikowego dymu. Kiedy doszedł do siebie i próbował wymienić poplamioną koszulę non iron z kołnierzykiem do pępka, z rozpaczą spostrzegł, że wszystkie są starannie zniszczone- mają wypalone raz koło razu identyczne kółka. Chcąc nie chcąc założył jedną z nich.
- Teraz jestem niechluj…
Przyjrzał się z niesmakiem, jak z jednej z dziur na brzuchu wystają pojedyncze posiwiałe kłaki.
- To fakt. Nie zasłużyłem na nią. Nigdy nie zasługiwałem… Nic dziwnego, że odeszła.
Od kilkunastu dni nie zjawiał się w pracy. Nie miał po co wychodzić i wracać. Nagle stało się obojętne, czy ci wszyscy celebryci i inne wszawe gwiazdy pozabijają się w rękawiczkach od Versace, a co gorsza, czy on, chuderlak, niechluj i łajza tortellini, im to udowodni.
- Obojętne…
Rozejrzał się za swoim prochowcem, bo zawsze, gdy go zakładał, czuł się pewniej.
- Pewne rzeczy, przedmioty, mają swoją aurę. Wystarczy na nie spojrzeć, by opowiedzieć całą historię. Przedmioty określają człowieka.
Jego prochowiec może i był niemodny, i łatwo się miął, ale krzepił.
- Tak. Uśmiechał się. Może krzywo i nieśmiało, ale jego płaszcz, nie ulegało wątpliwości, co dzień rano do niego się promiennie uśmiechał. Krzepiąco. Jak nikt.
Teraz też na to liczył. Poczuł nawet już lekką balsamiczną pociechę na plecach, ale gdy odruchowo chciał włożyć rękę do kieszeni, natrafił na coś, co wzdrygnęło nim całym. Otrzepał ze wstrętem ręce i ostrożnie wysypał zawartość kieszeni na kuchenny blat. Nie potrzebował szkła powiększającego, żeby skonstatować, że ma do czynienia z mieszaniną popiołu i psiej kupy. Charakterystycznej, w kozie bobki uformowanej, jedynej takiej na świecie, kupy basset hounda. Zamiast obrzydzenia poczuł nagłe rozrzewnienie.
- Pies. Pies - pies…
Bardziej zagadkowy był popiół. Po dłuższych oględzinach uznał, że to niewątpliwie popiół z jego cygar- tanich i niebywale śmierdzących. Płaszcz był w stanie opłakanym i zaczynał wątpić, czy ktokolwiek zdoła go doczyścić. Żona wielokrotnie się odgrażała, że go wyrzuci, jednak, kiedy uparcie wyjmował go ze śmietnika i wkładał do pracy, skapitulowała i codziennie doprowadzała go do stanu używalności.
- Sam nie wiem, jakim cudem… - westchnął potężnie, aż popiół chmurą opadł na posadzkę, zostawiając samotne, jak on, szaro obtoczone psie odchody.
Ten, kto go prześladował, wiedział, gdzie uderzyć. I niewątpliwie nie cierpiał cygar. Znajdował je wszędzie. W różnym stadium wypalenia i dewastacji. Najgorszy był widok siedmiu włożonych do jego ulubionej szklanki z ulubioną szkocką. Jedynym drogim luksusem, na jaki sobie pozwalał po rozwikłaniu jakiejś poważnej sprawy. Czubki się tliły, a rozmiękczone ustniki barwiły na brunatno płyn. Przez chwilę nawet rozważał odsączenie, ale że z natury był obrzydliwy, zupełnie nie jak policjant, dał spokój. Ta jego dziwna wrażliwość, zwłaszcza na zapachy, ze szczególnym wyłączeniem cygar, była stałym polem dowcipów jego kolegów z wydziału. Regularnie podrzucano mu resztki denatów w różnym stanie rozkładu.
- Ale TO nie wygląda na sztubacki dowcip…
Właśnie zajrzał do szuflady ze skarpetkami. Ucieszył się, że machinalnie nie sięgnął, bo na środku rozlewała się obleśnie, dziwna maź. Nie śmierdziała, to znaczy śmierdziała, ale zwyczajnie.
- Jak zwyczajne tanie żarcie… Prawdopodobnie hot dog z keczupem i musztardą…
Niuchnął dokładniej.
- Z konserwowym ogórkiem i… Suszoną cebulką. Tak. Z suszoną…
Wyglądało tak, jakby ktoś to pobieżnie, lub ze wstrętem, przeżuł i wypluł. Owszem zdarzało mu się, ale bardzo rzadko i tylko wtedy, kiedy nie mógł być w domu na obiedzie- zjeść coś takiego na mieście. Wtedy jadł, gdzie popadnie i co popadnie, jak najtaniej.
- Jeśli już musiałem coś zjeść… Lepiej celowo pochłonąć śmieci. Bez złudzeń i obrazy… Jedyny problem to plamy na płaszczu.
Tknęło go coś i zajrzał do następnej szuflady- tej ze sławetnymi karteluszkami wyjmowanymi z kieszeni po całym dniu śledztwa.
- To samo.
Znów tłusta ciapa.
- Przepadły… Moje notatki, numery, telefony, nazwiska… To koniec.
Nawet nie próbował sprzątać.
- W końcu przyjdą jakieś robaki i zeżrą. Jak będą litościwe i się rozpędzą- zeżrą i mnie…
W kuchennej szafce znalazł litrowy słoik z wyplutą breją.
- Pewnie po to, żebym mógł sobie TO obejrzeć dookoła. Dokładnie. Ohyda jakich mało.
W środku słoika rozmiękało, co?
- Cygaro…
Podobne niespodzianki znajdował wszędzie. Ostatnią w butach. Już nawet nie mógł wyjść z domu.
- Zresztą, po co?
…………….
Tak, w skrócie przedstawiał się wczorajszy dzień, który zakończył, wyczerpany do cna na wypalonej kanapie przed telewizorem. Teraz, zaraz po obudzeniu, przypomniał sobie o fatalnej przesyłce w lodówce i właśnie po nią sięgał, starając się jak najmniej dotykać i jak najmniej patrzeć. Miał tylko nadzieję, że opakowanie jest na tyle szczelne, że nie poczuje zapachu, gdyż, jak już zdążył nieopatrznie zobaczyć, zawartość już się z lekka zazieleniała i pokrywała trupim śluzem. Obiecał sobie, że nie będzie wymiotował, choć przecież od dawna nie miał czym i rzucił pakunkiem na stolik, miedzy bobki Psa. Pewną ulgę przyniosła mu świadomość, że nie są to ludzkie szczątki. Początkowo tak myślał, ale wątpliwości miał już , gdy zerknął do torby wczoraj.
- Coś z tą ręką było nie tak. Była za mała, za ciemna i zbyt owłosiona. Nawet, jak na mnie…
Jak każdy rasowy Włoch, miał niemożebnie owłosione dłonie- ale ta, ta dłoń, była pokryta sierścią.
- Taaaak... Prawdopodobnie małpia, szympansia… Tak, szympansia. Po łacinie - „Pan troglodytes”. Pan troglodyta… Ten akurat- samiec. Duży, stary i posiwiały. Praworęczny. Teraz bezręki…
Między palcem wskazującym i środkowym w stężeniu pośmiertnym tkwił ogarek cygara. Niewątpliwie jego cygara.
- Dlaczego mnie po prostu nie zabiją…? Do czego to prowadzi? Może to rodzaj końskiego łba w łóżku albo ryby pod drzwiami… Może to jakaś mafia? Albo ktoś z nią powiązany? Nie… Tutaj? To nie Sycylia… Zresztą po co?
Już był dostatecznie zastraszony i nie prowadził od miesiąca żadnej sprawy.
- Ani ważnej, ani nieważnej…
Drugim końcem widelca przesuwał pakunek, by przyjrzeć się bliżej rozmiękłej z lekka zawartości. Gdzieś już widział podobne cięcia.
- Innej konsystencji, ale podobne… Gdzie to było?
Charakterystycznym ruchem dotknął wierzchem dłoni czoła.
- Jasne!
Był prawie pewien, że tym samym narzędziem, prawdopodobnie piłą łańcuchową- Husqvarna 240 e-series, potraktowano niedawno opony w jego aucie. Przekonał się, że nic nie jest trudniejsze i dla niego - boleśniejsze, niż wymiana opon w Peugeot 403 Cabrio rocznik 1960…
- Ale po co mi teraz samochód?
Nie miał już sił, aby wzdychać. Już się nie bał, już mu było wszystko jedno. Szympansią dłoń włożył z powrotem do lodówki. Co mógł zrobić innego? Już odchodził na swoją zdewastowaną kanapę, kiedy, jak to zwykle on - porucznik Columbo- po polsku Colombo, przypomniał sobie coś w sposób nagły i zdumiewający. Powtórnie klapnął się w czoło i wrócił do drzwi lodówki.
- Jak mogłem to przeoczyć? Cygaro mnie zmyliło…
Teraz już nie miał wątpliwości. Na palcu serdecznym odciętej małpiej dłoni błyszczała obrączka. Ta sama, którą na odchodnym rzuciła w niego żona. Wtedy nie podniósł jej, jeszcze chciał porozmawiać, udobruchać, błagać, skomleć i przejednać…
- Wyszła. Zabrała tylko psa i pojechała do matki.
Co mógł zrobić? Czekał. Cierpiał i czekał. Raz odwiedziła go teściowa. Posiedziała, podumała, z politowaniem pokręciła ondulowana głową i wyszła.
- A teraz ten maniak… Niech mnie w końcu ktoś dobije. Niech się już nie znęca. Mam dość. Co mam robić?
Postanowił zdjąć obrączkę z owłosionego troglodyckiego palca. Zrobił to, ale wymiotował dwa razy, choć jak wiemy, nie miał czym. Właśnie obejmował sedes czułym gestem, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi. W nagłym uniesieniu i przypływie nadziei pobiegł do wyjścia. Już z korytarza doszedł go jedyny w swoim rodzaju odgłos uruchamianej piły łańcuchowej, ale był zbyt podniecony, by się przestraszyć. Z impetem przekręcił klucz w zamku i nacisnął klamkę. Krzyk zamarł mu na ustach.
- Mamusia?

6 komentarzy:

  1. Mistrzostwo! Stworzyła Pani taki klimat, że od pierwszego zdania do ostatniego nic nie było w stanie mnie oderwać od monitora. Wspaniały pomysł, wspaniałe opisy i niepowtarzalny klimat, tak jak Autor powiedział: jedyny w swoim rodzaju. I jak zawsze, tylko Pani potrafi tak czytelnikowi narobić apetytu :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Skladam poklony i wyrazy uznania :)
    Bardzo mi sie podobalo!

    OdpowiedzUsuń
  3. Fantastycznie obrzydliwy obraz męskiego upadku. Mistrzostwo spostrzegawczości i kpiny. ;-)
    Re-Eunice

    OdpowiedzUsuń
  4. Czymże byłby Colombo bez Lady Colombo, Makbet bez Lady Makbet, Otello bez Desdemony, Sokrates bez Ksantypy... Dziękuję wszystkim za miłe słowa.

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo fajne pani Ewo! podobało sie!

    OdpowiedzUsuń
  6. Moje wielkie uznanie Pani Ewo!
    Kapelusz uchylam i nisko do ziemi się kłaniam.
    Jestem zauroczona:)

    OdpowiedzUsuń