wtorek, 28 czerwca 2011

Legenda Gremlinokota

Ponieważ człowiek ma wyraźny charakter buntownika, to - logiczne - zakłada, że taki charakter ma wszelkie inne planetarne stworzenie. I nie tylko zresztą stworzenie. Wszak buntu robotów, cyborgów, maszyn wszelkich - obawia się człowiek od dawna. I pewnie dlatego - w ramach proroctwa i przestrogi, nakręcił filmy takie jak Bunt maszyn (2006), Zbuntowany android (1994), czy Maximum overdrive (1986) z Emilio Estevezem (bratem Charlie Sheena), który napisał i wyreżyserował nie kto inny jak Stephen King, i który to film należy do moich ulubionych horrorów z lat 80. Cyborgi stają sztorcem w Obcym i Teście pilota Pirxa. Długo by wymieniać te zekranizowane lęki, i konkluzja nasuwa się tylko jedna. Nie ufaj swym radioodbiornikom i depilatorom, bo dzień, w którym uderzą na człowieczeństwo, jest bliski.
Skoncentrowani na przewidywaniu powstania maszynerii przeciw nam, nie możemy przegapić dwóch istotnych rzeczy. Po pierwsze: zasługujemy na bunt zwierząt. Bezsprzecznie.
Po drugie: znacznie groźniejszym w skutkach powstańcem będzie - i już zresztą jest - przyroda. Tak, ona jest już umęczona uciskiem, dyktaturą i inkwizycyjną torturą. A gdy ona rzuci przeciw nam wszystkie pułki, to całą militarną technologię możemy zwinąć w papierową kulkę i do kosza wyrzucić, bo tyle to będzie warte.
Tymczasem jednak wciąż przegapiamy skalę i konsekwencje tego zagrożenia. Wciąż skupiamy swe lęki na zbuntowanym telewizorze czy prostownicy do włosów. A powstać każdy przeciw nam może.
Każdy - nawet najbardziej niespodziewany twór. Taki, wiecie, nieorganiczny.
Któremu się bezgranicznie ufa i smutki powierza.
Maskotki pluszowe.
Wstrząsająca wizja? Ależ prawdziwa! Pierwsze powstanie maskotek przeciw ludziom mamy już za sobą. Jego dramatyczną historię możecie poznać, przerzuciwszy swoją uwagę na Prawą Flankę, gdzie w opowiadaniach Autora-Lwa pojawiło się Powstanie Gremlinokota.
Zapraszam do lektury osoby o silnych, najlepiej mosiężnych sercach. Chwilowo odizolowane od pluszaków. Gdy przeczytacie ten bardzo ważny raport - proszę o powrót w to miejsce i kontynuowanie czytania postu....
*
Wydaje się, że postać Gremlinokota przejdzie do historii. Był - i zresztą pozostaje - nieobliczalnym fabrycznie tworem ideowym. Muszę tu wyznać, że historia jego rewolty - ze względu na niecodzienny charakter buntu i buntownika - wymknęła się już z banku danych i trochę rozeszła.
Tu z wdzięcznością się pochwalę, że Skalny Kwiat właśnie ku pamięci Gremlinokota i jego idei, napisał przepiękny wiersz. Z tym wierszem Gremlinokot zostanie uroczyście zapoznany w połowie sierpnia, gdy stanę przed nim ponownie. Tymczasem zapraszam do lektury Was, moi drodzy:


Rebelia Gremlinokota... w poezji...
Ni to kot , ni to Gremlin - stwór arcyciekawy
do rzeczy wielkich zdolny - w tym i do zabawy.
Gibkie ciało kota, włos czarta zmierzwiony -
pluszowy generał rebelii stworzony.
Praw Pluszowych Kodeks ustanowić trzeba -
każdej wszak zabawce szacunku potrzeba.
Ludzkiej bezduszności czas już kres położyć
zasady współżycia dzieciom do głów włożyć.
Ten Gremlinokota rewolucji obraz
wyraźnie nas, ludzi, do refleksji skłania...
Punkt wrzenia nastrojów bezradnych maskotek
narasta w proporcji do zaniedbywania.
"Ludzie mówią, że nie mamy duszy.
Ludzie myślą, że serc nam brak i wad."
A zabawki w głębi szklanych oczu
cień wyrzutu wnoszą w plastikowy świat.
***

Super! Wezwij kardiologa - tak mi się spodobało, że dostałem zawału serca. Bunt zabawek jest bardzo fajny dlatego, że to jest niemożliwe. Moimi ulubionymi bohaterami są Gremlinokot, Rybka na Wędce, Lew i Barankowa. Bardzo fajne opowiadanie i czekam na następne. Aha, i zagłosuj na to opowiadanie ode mnie. Napisz takie opowiadanie, żebym dostał następnego zawału serca. ZiemoPowyżej: ujmująca me serce recenzja Ziemowita, siedmioletniego syna Autorki wiersza. Z przyjemnością zamieszczam i jego uroczy rysunek. Jakkolwiek nie przedstawia samego Gremlinokota, to jednak wyraża tę całą kocią nieobliczalność, niepodległość i magię zesłaną nam przez Siły Kosmiczne. A te słowa? Oj, zeżarłem muchę!! - ileż to już rewolucji o straszliwych skutkach hekatomby wywołały słowa brzmiące tak niepozornie, tak bardzo niegroźnie...

...dlatego, że to jest niemożliwe - pisze Ziemowit. No właśnie - możliwe, czy nie? I czy odpowiednio wdzięcznie traktujemy podpory naszego życia? Czy - jeśli uznać, że podpory organiczne, takie jak koty, psy, delfiny zasługują na szacunek i wdzięczność człowieka - to czy maskotki i inne podpory z materii możemy traktować tak surowo i niewdzięcznie? Czy ich rola w naszym życiu nie jest dużo większa niż to się wydaje? Czy kawałek materii - ot, taki pluszak - nie towarzyszy nam czasem długie lata, wspierając cierpliwie i wiernie za cenę uszkodzeń i ran - które zadajemy mu w złości i cierpieniu, i za które nigdy nas nie rozliczy?
I pozostaje zagadką, ile razy to właśnie ten kawałek pluszowej materii nie przytrzymał nas na krawędzi upadku, gdy zabrakło tam człowieka...
Wszystkim, którzy uszanowali służbę maskotek, i pozwolili im zostać w domu - gratuluję.
Wszystkich, którzy obeszli się z nimi niewdzięcznie, eksmitując, porzucając, anihilując - przestrzegam.
Albowiem Gremlinokot wciąż tam jest... Wciąż jest, a myśli jego są niezbadane.
Coś wisi w powietrzu.

Na zdjęciu u góry: wielcy rozgrywający powstańczych chwil, Miś Endo i Gremlinokot. Po dziewięciu latach, po raz pierwszy od powstania, spotkali się, by wspólnie pozować do historycznej fotografii.







Powstanie Gremlinokota

  
   Gremlinokot pojawił się nagle. Nie wiadomo, skąd. Stało się to pewnego wiosennego dnia, w jednym z domów przy ulicy Ziemowita w Mińsku Mazowieckim. Dom od zawsze był pełen maskotek. Cóż, żyły w nim dwie siostry: dwudziestoletnia Magda i czternastoletnia Wiola. Co więcej, od jakiegoś czasu przybywała w gości owych dziewcząt siostrzenica – trzyletnia Sandra z Warszawy.
   Z różnych, niemających wpływu na dramatyczny przebieg wydarzeń powodów, zwana Something.
   Piętro często było puste. W domu nie brakowało przestrzeni, a ponadto życie – zwłaszcza w porach kawowych - często kumulowało się w kuchni na parterze. Normalne i przyjemne.
   W takich właśnie chwilach maskotki przestawały udawać, że cała ich egzystencja sprowadza się tylko do wytrzeszczania plastikowych oczu na ludzi, którzy – z frustracji lub prawdziwej, rozczulającej miłości – eksploatowali je, przydając uszkodzeń. Maskotki zaczynały poruszać się, zerkać po sobie, a nawet wydawać głosy.
   I właśnie owego leniwego, urokliwie słonecznego popołudnia majowego, gdy pozostawione same sobie maskotki okazały ożywienie, Gremlinokot wkroczył do pokoju Magdy.
   Natychmiast zapadła cisza. Nikt bowiem nie znał tej maskotki, a poza tym wyglądała krzepko i nieco upiornie; zdawała się być białym kotem z czerwoną głową gremlina. Dlatego bez porozumienia i wprost automatycznie stała się dla wszystkich zaskoczonych pluszaków właśnie Gremlinokotem.
   - Tracicie swój czas i honor – odezwał się przybysz. - Pora na bunt.
   Oszołomienie zgromadzonych na dywanie pluszaków wzrosło. O dziwo jednak – i niech to wystawia haniebną cenzurę tym wiernym jakoby przyjaciołom człowieka – hasło rewolty rzucone przez intruza wywołało liczne głosy poparcia.
   - Bunt! - błysnął okiem Wilk.
   - BUNT – powtórzył z lubością Czerwony Diabeł. - Bunt... Bunt... Bunt...
   Czarny Diabeł pokiwał głową z aprobatą.
   - No cóż – zawahał się Miś Endo, który w czerwonej koszulce i niebieskich portkach wyglądał dość dystyngowanie. Był trochę zagubiony wobec tak gwałtownie okazanej gotowości obrócenia się wielu maskotek przeciw ukochanym właścicielom.
   - Nie ma mowy o wątpliwościach – spojrzał na niego Gremlinokot. - Ludzie potrzebują rozliczenia. Rzucając ich na kolana, oddamy im przysługę, sobie zaś... odpowiednio większą.
   Czerwony Diabeł zachichotał złośliwie, a Czarny poprosił przytomnie o stanowisko oficera.
   - Dobrze – zgodził się uprzejmie Gremlinokot. - Ponieważ ja zostałem siłą rzeczy komendantem buntu... chyba, że ktoś się nie zgadza? - łypnął na maskotki, a ponieważ żadnej nie drgnął ni ogonek, kontynuował ponurym głosem: - Zatem ja jestem komendantem, a ty, Czarny Diable, zostajesz generałem. Ciebie zaś, Diable Czerwony... też mianuję generałem. Obaj poprowadzicie oddziały do walki.
   Diabły zaśmiały się złowieszczo. Nie były to specjalnie wielkie maskotki, lecz za to dość diabelskie.
   - Do walki? - podchwycił Królik z Marchwią nieco zakłopotany.
   - Właśnie. – Miś Endo wysunął się przed maskotki wyraźnie niechętne rozruchom. - Walki z kim? W imię czego ten bunt? Maskotki nie służą do buntów... Do przytulania raczej...
   - To prawda – wyszeptał Królik z Kokardą.
   - Co za mrzonki! - zdenerwował się Gremlinokot. - Nasi wrogowie to siostry M. Okropne te z języka i urody dziewczyny rzucają nas po kątach jak jakieś piłki do krykieta!
   - Czy skórki bananowe – zawtórował Czerwony Diabeł.
   - Stare rzeczy – syknął Czarny.
   - Co więcej – ciągnął komendant powstania, skinąwszy głową swoim generałom – pozwalają tej trzyletniej Sandrze przenosić nas z pokoju do pokoju i usypywać z nas jakieś żałosne stosy.
   - Kurhany – zmarszczył nos Fioletowy Zając.
   - I to na moim zwykle grzebiecie – odezwał się Lew. - Nie mówiąc już o tym, że to trzyletnie Something nazywa mnie Tygrysem! To nikczemnie degradujące.
   - To niewybaczalne – podszeptał generał Czerwony Diabeł.
   - Ale – chrząknął Miś Endo – my cię przecież nie znamy, nigdy nie byłeś kompozytem w żadnym z kurhanów.
   Wszystkie plastikowe spojrzenia zawiesiły się na komendancie. Ale ten - po tym, gdy poparł go Lew, największa z maskotek – poczuł już siłę po swej stronie.
   - Przybywam z kuchni – burknął. - Tam jeszcze gorzej. Niektóre maskotki walają się po podłodze, między miskami kotów i psów, inne „niechcący” unoszone są na zewnątrz z workami śmieci. Bezpowrotnie. Kuchnia to ciężki poligon – zakończył tonem beznadziei. A ponieważ zapadła cisza, zaczął grzmieć, zezując na zmieszanego Misia Endo: - Czy mamy swoją półkę?! Czy posiadamy czysty, odizolowany od owadów apartament?!
   - Rzeczywiście nie – przyznał z ociąganiem Miś. - Jesteśmy jednak lubiani...
   - Pshaw! Śliwki też są lubiane. I jaki los je spotyka?
   - Co człowiek polubi, anihilowanym jest – wygłosił sentencję Wilk.
   - Bardzo roztropnie – pochwalił Gremlinokot, który, przypomnijmy, był czerwono-biały. - A zatem pytam: kto głosuje za buntem?
   - Ja!! - krzyknęła donośnie Papuga. Całe swoje życie przytwierdzona była do plastikowego pieńka, co musiało narodzić w niej głęboką frustrację.
   A głębokie frustracje rodzą rebeliantów z pierwszego szeregu.
   Jednak decydujące było stanowisko Lwa. Ponieważ mrukliwie opowiedział się za rebelią, poparły ją również: Królik z Kokardą, Spłaszczony Pies (deformacje rodzą frustracje nie mniejsze niż plastikowe pieńki), Fioletowy Zając, Syjamskie Kaczki (zrośnięte, a do tego trójnogie; kolejny powstaniec pałający żądzą odwetu), Miś z Rozprutym Plecakiem (to też dobry powód do żalu), Błękitny Królik (był z tego samego materiału, co Syjamskie Kaczki i okazał z nimi solidarność), Zielona Pantera (bardzo, bardzo zła, że nie różowa), no i oczywiście Wilk oraz Diabły. O postawie Gremlinokota przypominać chyba nie trzeba; od początku parł do wojny.
   - Kto przeciw? - spytał z uśmiechem triumfu, gdyż stało się jasne, że większość maskotek stanęła po jego buntowniczej stronie.
   - Dajmy siostrom M. szansę – zaproponował Miś Endo i poparli go: Królik z Marchwią, Miś z Koszykiem, Miś Puchatek, Miś z Kokardą i Miś z Gniezna, którego Tomasz, chłopak starszej z sióstr M., przysłał w paczce.
   - Wybaczcie, ale to byłoby nie w stylu Wielkopolanina – wymruczał.
   A ponieważ był to dość masywny grizzly (choć bardzo senny), rebelianci nie zdobyli się na pochopne słowo krytyki. Jedynie Wilk bąknął coś o egzekucji, lecz Gremlinokot prędko go zagłuszył:
   - Kto się wstrzymał?
   Okazało się, że Duża Panda i Mała Panda, a także Goryl z Cygarem, który cały czas przebywał za szybą szafy na książki i nigdy nie dowiedział się o powstaniu.
   W każdym razie nie owego dnia majowego.
   Jeśli jesteście spostrzegawczy, to zauważycie, że powstanie wyraźnie poparły maskotki uszkodzone swą miłosną służbą, natomiast przeciw opowiedziały się wszystkie nieomal misie – maskotki najbardziej chyba kojarzone z czułym wtulaniem i oddaniem dzieciom za wszelką cenę. Taką, wiecie, w rodzaju wyłupienia oczu i oderwania kończyn.
   Mimo to przewaga buntowników była bezdyskusyjna.
   - No tak, no tak – nastroszył się szyderczo komendant. - Obliczmy zatem głosy:

ZA BUNTEM: 13 (łącznie z moim)

PRZECIW BUNTOWI: 6

WSTRZYMAŁO SIĘ: 3

   - Co prawda nas jest dwie – fuknęły Kaczki Syjamskie, które wykonano z różowego plastiku.
   - Ale jesteście zrośnięte – machnął łapą Wilk. - Poza tym głos jednonogiego nie jest wiążący!
   - A to dobre! - zaśmiał się Czerwony Diabeł.
   - Jak to jednonogiego?! - oburzyły się Kaczki. - Mamy trzy nogi!
   - Tak, ale po formalnej separacji któraś z was miałaby jedną, a tym samym status jednonogiego, zatem 50%-ego bojownika. Lepiej trzymajcie się w trójnogu – poradził Wilk.
   - Chwileczkę! Chwileczkę! - rozległy się krzyki.
   - A cóż to? - zdumiały się maskotki.
   Nieoczekiwanie spod tapczanu wyszło trzech maruderów. Nie było w tym zresztą nic szczególnego; maskotki mają wrodzony fabrycznie charakter marudera.
   Na skąpany w świetle słonecznym dywan weszły: Barankowa z Dzwonkiem, Ryba na Wędce i Prosiaczek (tak, ten ze Stumilowego Lasu).
   - Głosujecie? - spytał Gremlinokot. - Bo zaraz zamykam listę. Możecie wejść do historii – dodał zachęcająco.
   - Jakieś rozsądne głosy? - spytał Miś Endo z nadzieją.
   - Najzupełniej – Barankowa zadzwoniła Dzwonkiem. - Głosuję za buntem. Ta młodsza siostra, Wiola, kopie mnie. Dość tego. Powtarzam: dość tego. Psiakrew.
   Słowo psiakrew wypowiedziane przez małą pluszową baraninę zrobiło całkiem duże wrażenie.
   - Śmierć! - zgrzytnął zębami Czarny Diabeł. - Śmierć!... A przynajmniej powieszenie i tortury.
   - Brawo – pochwalił komendant. - A ty, Rybo na Wędce? Złota jesteś, to pewnie naiwna – dodał prowokująco.
   - Nic podobnego – Ryba szarpnęła się na Wędce ze złością. - Przyłączam się do powstania, gdyż ciągle jestem uwieszona pod wędzidłem, co każe mi myśleć o sobie jako o przynęcie. Którą de facto jestem. Jestem przez to męczona, szarpana, miotana – przez obie siostry, no i przez tego intruza z Gniezna. Co przyjedzie, to pół dnia majta moją Wędką, żeby zaskarbić sobie względy kotów tego domu!
   - No, no – mruknął Miś z Gniezna. - Bez histerii, proszę ryby.
   - Lecz co najgorsze, kot sto razy dziennie, może 1500, podrzuca mnie w górę, rozgryza, rozszarpuje i strąca ze schodów!
   - To rzeczywiście skandal – ocenił Gremlinokot skrzętnie. - Dopiszę cię do listy. Stanowiska oficerów są wzięte, ale mamy jeszcze do obsadzenia łączność i szpiegostwo. I wabie na przeciwnika – dodał już bardzo cicho.
   - Służę, komendancie – podskoczyła na Wędce Ryba.
   - A ja? - zapytał nieśmiało Prosiaczek, ściągając na siebie wszystkie spojrzenia.
   - Ależ, Prosiaczku – odezwał się pobłażliwie Puchatek. - Ty, oczywiście, przyłączysz się do mnie. Będziemy jak zwykle zasypiać pod rękami dzieci, a w razie potrzeby zastępować im poduszki.
   - Czyli płaszczyć się – zauważył Wilk z przekąsem. - W każdym tego słowa nieszczęsnym znaczeniu.
   Prosiaczek zawahał się. Czerwony Diabeł przysunął się do niego i wyszeptał w różowe ucho:
   - Dla Puchatka i manipulujących wami ludzi jesteś tylko głupiutkim kawałkiem wędliny.
   - No właśnie! - wybuchnął Prosiaczek. - Oczywiście, że nie przyłączę się do ciebie, ty bezrozumna baryłko! Pofruwaj sobie na balonach albo idź do Królika dewastować norę – ja idę na wojnę!
   - Na wojnę – powtórzył ze zgrozą Puchatek.
   - Na wojnę – zawtórował Wilk z nabożeństwem.
   - Daleko zajdziesz, Prosiaczku – ogłosił uroczyście przywódca powstania. - A zatem, po ostatnim uzupełnieniu, lista wyraźnie mówi, że;

ZA BUNTEM: 16

PRZECIW BUNTOWI: 6

WSTRZYMAŁO SIĘ: 3

   - A więc bunt – orzekł Czerwony generał Diabeł.
   - I co powiesz, przytulanko Misiu Endo? - Gremlinokot spojrzał szyderczo na lidera lojalistów.
   - No cóż.... - chrząknął Miś zafrasowany. - Przemyślmy to jeszcze. Wojna z owadami oznacza wyczerpanie materiałów i paliwa. Wojna z kotami dotkliwe straty. Zaś wojna z LUDŹMI... No chyba niezliczone już ofiary i...
   - I o to chodzi! - zaskrzeczała Papuga.
   - Zlikwidujmy siostry i intruza – zapalił się Wilk. - To cel powstania i jedyny postulat.
   - Ja bym dodał drugi – mruknął Lew.
   - Oczywiście, oczywiście – zgodził się komendant, a pozostali powstańcy zaszemrali z szacunkiem. - A cóż by to miało być?
   - Zlikwidujmy Something.
   Buntownicy zafalowali z wrażenia.
   - To radykalne – zaprotestował Miś Endo. - Ono ma trzy lata...
   - To nieodzowne – uśmiechnął się Gremlinokot zimno. - Ja też mam trzy lata i też ryzykuję. Taak... - rozejrzał się bystro. - Tak licznej armii przydałby się jeszcze jeden generał. Trzeba się liczyć ze stratami polowymi także wśród oficerów. A szeregowcy bez bata nad głową zwykle myślą o białym kawałku tkaniny, zatrzymującym walki. Hm, czy ktoś by reflektował?'
Okazało się, że reflektowali wszyscy oprócz Spłaszczonego Psa.
   - To mnie przerasta – wyznał uczciwie. - I mam bombardofobię.
   - Bombardofobię??
   - Lęk przed bombardowaniem.
   Gremlinokot fuknął z pogardą, po czym jego uwagę ściągnęła Papuga, niezdarnie przesuwająca się ku niemu z pieńkiem.
   - Myślę, że ten awans mnie się należy – burknęła przez krzywy dziób.
   Komendant spojrzał krytycznie.
   - Generał tak ograniczony w manewrach mógłby pozbawić armię mobilności i przypieczętować jej los, na przykład w trakcie odwrotu... Oczywiście dopuszczamy tylko ten pozorowany – zaznaczył natychmiast.
   - Ja jestem mobilny – rzekł Prosiaczek.
   - Od początku byłem za powstaniem – przypomniał z rozdrażnieniem Wilk.
   - Hmm – zastanowił się komendant. - Chyba rzeczywiście uczynię generałem Wilka. Co prawda, jak na Wilka, wyglądasz trochę... lisio – wytknął kandydatowi.
   Wilk spojrzał po sobie zaskoczony, lecz Miś z Rozprutym Plecakiem wprawił go zaraz w dumę, podskoczywszy z okrzykiem:
   - Niech żyje generał Wilk!
   Miś Endo był - jak chyba już sami zauważyliście – trochę zagubiony i bezradny wobec błyskawicznie rozgrywającego się aktu rebelii. Trzeba go jednak zrozumieć. Po pierwsze: był maskotką. To czyni – fabrycznie – maruderem. Umysłowym także.
   Głównie umysłowym. Poza tym pluszowe misie mają rozumy proste i poczciwe; znają się tylko na oddaniu dzieciom, pocieszaniu, przeprosinach i walentynkowych umizgach, no i płaszczeniu – zjawisko buntu jest obce i wprawia w zrozumiały letarg. Jednak upływ czasu pozwolił Misiowi Endo trochę pozbierać myśli, przy czym do żadnej nie dopuścił zdrady ludzi.
   - Wstydziłbyś się, Misiu – zwrócił się z wyrzutem do Misia z Rozprutym Plecakiem. - Wszystkie Misie kochają ludzi i tylko ty jeden przeszedłeś na stronę rebeliantów.
   - Bo nie zadbano o mój plecak. Mój plecak to moja ranga. A ranga to jestestwo.
   - Plecak? Ten farfocel ledwie widoczny spod kudłów? Czy nie wyolbrzymiasz jego znaczenia?  I swego, zresztą? Każdy miś jest poczciwy, żaden dumny.
   - Hmm – zamyślił się Miś z Gniezna.
   - No – zerknął ku niemu Endo – w każdym razie nie drażliwy. - Znów wrócił wzrokiem do Misia z Rozprutym Plecakiem. - To żałosny pretekst do rozlewu krwi. Paddington i Colargol byliby zgnębieni.
   - Moim zdaniem uznaliby go za szumowinę – wtrącił zdenerwowany Miś z Koszykiem.
   Miś z Rozprutym Plecakiem zmarszczył gniewnie pyszczek i stąpnął o krok w stronę generałów Diabłów.
   - Gremlinokocie – zaczął Endo.
   - Komendancie – poprawił zimno wódz powstania.
   - Komendancie, co właściwie zamierzasz osiągnąć? Przecież życie maskotki bez właściciela-człowieka to próżnia, byt zatopiony w żelatynie. Jaki byłby kierunek, motywacja, cel? - Miś Endo zachowywał spokojny ton.
   Miał, bądź co bądź, solidne niedźwiedzie poparcie.
   - Co za pompatyczne określenia – skomentował szyderczo Gremlinokot. - Przecież nikt nie głosi wojny totalnej, przeciw tym wszystkim, nadętym humanom! Nie poprowadzę armii na cały Mińsk... Zlikwidujemy siostry i wracamy na półkę.
   - I Something – burknął Lew, trochę niezadowolony, że musi o tym przypominać.
   - Intruzowi z kolei się upiecze – komendant zerknął na pozornie nieobecnego myślami Misia z Gniezna. - Po pierwsze, nie jest domownikiem. Sam opuści strefę i to już pojutrze rano. Atak na niego jest zatem zbędny i byłby tylko szafowaniem minimalnymi siłami, które mamy do dyspozycji. - Zamilkł na chwilę, wyraźnie oczekując jakiegoś pomruku zadowolenia ze strony Misia grizzly. Ale ten jakby drzemał w odprężeniu i bimbaniu na pojednawcze gesty dyplomacji. - Po drugie, Tomka nie będzie w polu rażenia w decydującym momencie, to jest o godzinie RnW.
   - RnW? - wytrzeszczyła i tak już niegrzecznie wyłupiaste oczy Ryba na Wędce.
   - RnW czyli Ryba na Wędce, oczywiście. Jesteś najbardziej uciśnioną, stąd posłużysz za symbol powstania.
   - Dziękuję, bardzo mi rybio – wzruszył się symbol.
   - Co do oszczędzania sił – rzekł z namysłem Czarny Diabeł. - Chyba w tym pokoju, w którym Wiola gra na komputerze w Harry'ego Pottera, są jeszcze jakieś maskotki...
   - E, tam – machnął łapą Gremlinokot. - Za szybą szafy tkwi w katatonii Goryl z Cygarem. Do tego drugi zastygły: Miś Coca-Coli, dalej: Mini-Misie z serduszkami, wciśnięte w filiżaneczki od espresso, dalej: Ślubne Laleczki... Nie ma o czym mówić. To nie odwody, to kule u nogi. Pomijam fakt, że to w większości Misie, a sami widzicie ich postawę wobec buntu... - Pokiwał głową, po czym przeszył wzrokiem Misia Endo. - Sytuacja jest jednoznaczna. Podział sił i tego konsekwencje także. Poparcie mojej władzy i celów uważam za bezdyskusyjne. Zapytuję cię zatem, dowódco lojalistów, czy twój niedźwiedzio-króliczy oddział weźmie udział w walkach za sprawę?
   - No cóż... - Endo potoczył zakłopotanym wzrokiem po zgromadzonych przy nim maskotkach.
   - Gdyż jeśli nie – komendant przysiadł na tylnych łapach, a przednie rozłożył znacząco – będziemy musieli was zneutralizować jako niepożądane ognisko szpiegowskie. Zneutralizować to, wiecie, coś w rodzaju zdezintegrować.
   - Nie trzeba chyba – wyjąkał wystraszony Królik z Marchwią.
   - Oj, trzeba, trzeba – syknął Czerwony generał Diabeł. I zachichotał tak szczęśliwie jak szatańsko.
   - Jakieś wsparcie, hm, zaopatrzeniowo-sanitarne, nie jest wykluczone – rzekł Miś Endo ostrożnie.
   - Nie używałbym słowa dezintegracja zbyt pochopnie – zaznaczył Miś z Gniezna, który nagle przestał być senny.
   - No dobrze – zasapał gniewnie wódz rebelii. - Nie wchodźcie nam jednak w drogę. Idźcie sobie na umizgi do Laleczek Ślubnych lub na Cygaro do Goryla. MY MAMY WOJNĘ.
   - Wojnę o dobro nas wszystkich – podkreślił Wilk z dezaprobatą.
   - Historia dowodzi, że kto wojnę wszczyna, ten ją przegrywa – odparł wzburzony Miś z Kokardą. - A z ludźmi to... Oni nas kochają i... A zresztą!...
   - Historia rozlicza zdrajców i lauruje lojalistów – rzekł uroczyście Miś Endo. - Za mną, drużyno!
   Pokój Magdy – siedlisko buntu – w wymownym milczeniu opuścili: Miś Endo, Miś z Gniezna, Miś Puchatek (ze smutkiem oglądający się za Prosiaczkiem), Miś z Koszykiem, Miś z Kokardą i Królik z Marchwią. Siły lojalne ludziom nie imponowały liczebnością, lecz wymarsz odbył się w porządku świadczącym o dumie i dyscyplinie. Poza tym sprawność bojowa niedźwiedzi niewątpliwie musiała miażdżąco przerastać sprawność buntowników zrośniętych syjamsko czy sklejonych z plastikowymi kłodami. Lubo trzepoczących na Wędce.
   I chyba świadomość tego sprawiła, że nikt za lojalistami nie warknął, a tym bardziej nie uderzył od ogona.
   Jedynie Czarny Diabeł nastawił rogi z pogardą i syknął:
   - Udanej katatonii za szybami szaf życzę.
   Kiedy grupa Misia Endo zniknęła w szparze drzwi, Gremlinokot zerknął przez nią ku schodom prowadzącym w dół. Na parterze słychać było popiskiwanie trzyletniej Sandry i stłumione głosy sióstr M. i Tomka. Nic nie zapowiadało nadejścia któregokolwiek z ludzi w ciągu najbliższych minut, a tylko minut było trzeba, by ustalić strategię.
   I uderzyć.
   - Mamy tu kogoś z werblem? - komendant rozejrzał się z podniosłą miną. - Nie mamy... No nic. Nie szkodzi. Rytm natarcia wybiją nam nasze zbuntowane serca. Generałowie Czerwony Diable, Czarny Diable i Wilku! Oto podział wojsk powstańczych:

I ARMIA GEN. CZERWONEGO DIABŁA:
Królik z Kokardą
Fioletowy Zając
Błękitny Królik
Miś z Rozprutym Plecakiem

II ARMIA GEN. CZARNEGO DIABŁA:
Papuga
Spłaszczony Pies
Zielona Pantera
Kaczki Syjamskie

III ARMIA GEN. WILKA:
Barankowa z Dzwonkiem
Ryba na Wędce
Prosiaczek

Lwa zatrzymuję jako osobisty oddział gwardii. Czy ktoś ma jakieś zastrzeżenia?
   - Ja mam – żachnął się Wilk zirytowany. - Przecież moja armia to jakaś zbieranina, by nie rzec: odrzuty!
   - To potwarz! - szarpnęła się na Wędce Ryba. - Mam predyspozycje do walk morskich i patent holownika!
   - No i – kontynuował zażalenia Wilk – jest mniej liczna od armii diabelskich oficerów. Rozumiem bojowość Papugi czy Zielonej Pantery, ale taka Barankowa...? Prosiaczek? To brak mięśni i doświadczenia!
   - Ot, tacy triarii, którzy mogą jako nieoceniony odwód przechylić szalę w odpowiednim momencie – uciął komendant sucho.
   - Ale to j e s t oceniony odwód - ja go bardzo krytycznie oceniam!
   - I chyba moja gwardia jest już trochę spięta tym brakiem wiary w męstwo żołnierza rebelii –  Gremlinokot zerknął z ukosa na Lwa.
   Z kolei Lew zerknął z ukosa na Wilka.
   - No, ostatecznie przechylić szalę to pozyskać chwałę – wymruczał Wilk.
   Papuga zaskrzeczała szyderczo. Wódz westchnął i przesunął badawczym spojrzeniem po Diabłach.
   - A pozostali? Generał Czerwony Diabeł?
   - Hmmm... Moja armia jest jakaś taka... królicza... A króliki czy zające z odwagi nie są znane. No i do tego jeszcze Miś. A Misie są proludzkie. Przecież wszystkie pozostałe uszły, skąd mam wiedzieć, że temu na widok dziecka nie zmięknie serce?
   - Nie mam serca – zaznaczył stanowczo Miś. - Rozpruto mi je wraz z Plecakiem. I nie jestem proludzki. Jestem prowojenny.
   - A z króliczego szczepu – wtrącił Fioletowy Zając – tylko Królik z Marchwią okazał się czarną owcą.
   - Taką czarną marchwią – podkreślił ze wzgardą Błękitny Królik. - Chciałbym zapewnić, generale, że my, zające, króliki, szaraki kolorowe, nie opuścimy pola bitwy, trwając do końca w szyku i dyscyplinie jak sami Templariusze wedle kodeksu swego.
   Głos Błękitnego Królika zabrzmiał wzruszeniem, które udzieliło się kilka maskotkom. Fioletowy Zając chrząknął głośno, by stłumić napór szlochu, natomiast Czerwony Diabeł skinął głową rogatą i popatrzył na komendanta wzrokiem wyrażającym satysfakcję.
   - Wszyscy ujrzymy dziś męstwo Królików – rzekł Gremlinokot. - Generale Czarny Diable?
   - Jestem zadowolony. Pełna gotowość bojowa.
   - Doskonale. Opracujmy zatem Plan Zgładzenia Sióstr M.
   - I Something – wymruczał Lew. - Trzeba zgładzić Something.
   Gremlinokot znów nastawił uszu ku szparze w drzwiach.
   - Żołnierze, mamy mało czasu, więc...
   - No dobrze, ale co po powstaniu? - spytał nagle Królik z Kokardą.
   - No co to za pytania? - żachnął się wódz. - Pytania niepotrzebne i antymobilizacyjne, dodajmy.
   - Trzeba ufać, że nie będziemy poniewierani przez nowych właścicieli – orzekł Wilk.
   - No tak, no tak – Królik kicnął w przód i w tył – ale chciałbym choć wiedzieć, czy my w końcu robimy powstanie, czy bunt, czy rewolucję, bo nie wiem, czy mam iść w pole jako reformator czy jako rewolucjonista wieszający ziemiaństwo.
   Gremlinokot zazgrzytał zębami.
   - Powstajemy przeciw ludziom, czynimy rewoltę przeciw uciskowi, przewracamy stary porządek i buntujemy się przeciw organicznej dominacji nad pluszem.
   - Aha – rzekł Królik z Kokardą z głupią miną.
   - Ja też mam pytanie – zaskrzeczała Papuga, oglądając się na swoją kłodę zniewolenia. - Czy mamy chirurga, bo...
   - Dość układania wierszy, gdy pieśń bojowa nam gra! – uciął komendant energicznie. - Generale Diable Czerwony! Proszę wyprowadzić swoją armię na schody w celu sprowokowania bitwy. Potrzebujemy rozpoznawczego starcia, które pozwoli ocenić możliwości nieprzyjaciela. Wsparcie niewykluczone. Zezwalam na atak frontalny, skrzydłowy i dobijanie rannych. Nie brać jeńców.
   - Atak frontalny i skrzydłami? - wymamrotał Czerwony Diabeł. - Z czterema żołnierzami?
   - WYMASZEROWAĆ.
   - Za mną, żołnierze! – generał ruszył przodem.
   Fioletowy Zając zawahał się.
   - Czy mógłbym najpierw wycałować Kaczki Syjamskie? - spytał nieśmiało.
   - Co?? - osłupiały Kaczki. - My sobie wypraszamy. Jesteśmy okrutne, bojowe i niezdolne do słodyczy.
   - Marsz za drzwi! - warknął Gremlinokot.
   Armia Czerwonego Diabła ruszyła ku schodom. Pozostałe oddziały odprowadzały ją wzrokiem pełnym szacunku. Spłaszczony Pies otarł łzę wzruszenia.
   Gremlinokot postanowił przypieczętować przewagę żądzy bojowej nad wątpliwościami, strachem i miękkością pluszowych bądź plastikowych serc.
   - Żołnierze rewolucji!! - zwrócił się do obydwu pozostałych armii. - Dzisiejszy dzień zmienia nie tylko układ sił, lecz także hierarchię wartości! Od dziś w tym domu zapanuje prawo pluszowe! Kapryśna organiczność zostanie zlikwidowana, a jej niedobite strzępy zniewolone! Przybyłem z kuchni, miejsca strasznego jak studnia, do której rycerstwo wrzucało ofiary pomoru!...
   - Czego co? - wybełkotał pogubiony trochę Prosiaczek.
   Brutalny cios ze strony Wilka uciszył go natychmiast. Na wszelki wypadek Ryba poddusiła go jeszcze Wędką, tak, że omdlał z dość kretyńskim wyrazem ryjka. Nikt nie chciał ryzykować gniewu Gremlinokota.
   - Żołnierze!! Przybyłem z kuchni niepewny waszego zaufania! Dziękuję za nie w chwili próby! Wdzięczny i zobowiązany będę walczył w pierwszym szeregu aż do ostatecznego zwycięstwa! Dzisiejsza bitwa uciszy kronikarzy człowieka! Człowiek upadnie na kolana! Walczcie, walczcie za mnie i za plusz z całych sił! Bohaterom przypadnie służba i pokoje wielkości prerii. Zdrajcom i uciekinierom wypatroszymy plusz i obciążymy ciała kośćcem wyjętym z pobitych ludzi! Tak powiedziałem! Howgh!!
   Powietrze aż zadrżało, jakby przez pokój przepłynęła fala pożaru. Lecz była to oczywiście fala wzruszenia; wzruszenia, które może wyrwać się jedynie z rozbudzonych, szlachetnych serc ciemiężonych marzycieli.
   Maskotki z zaciśniętymi pyszczkami patrzyły po sobie i po swoim wodzu, który stał dumnie przy Lwie, sztywny, potężny, dumny, zdeterminowany i niezłomny.
   To była wielka chwila małych stworzeń. Czy może raczej tworów.
   Wielka. Armia Czerwonego Diabła zajmowała właśnie pozycje sabotująco-zaczepne na schodach. Komendant rozstawiał właśnie pozostałe oddziały w pokoju zgodnie z zamysłem zasadzki.
   Wielka chwila. Nic nie mogło zniweczyć idei tak słusznej. Nic nie mogło już ściągnąć w dół pogrzebania ducha tak wysoko wzniesionego.
   Nic nie mogło pokonać takiej armii.
   A przynajmniej można było karmić się tą mrzonką jeszcze kilka sekund. A potem wszystko potoczyło się szybko i raczej logicznie.
   - Tomek! - rozległ się piszczący głos z dołu. - Licz do dwudziestu i szukaj mnie!
   Rozległ się tupot, gdy małe, trzyletnie Something wbiegło po schodach na górę. Armia Czerwonego Diabła zrobiła wszystko, co mogła. Czyli nic szczególnie wyraźnego tak w bojowym, jak każdym innym sensie. Najpierw pod stopą Sandry spłaszczył się Miś z Rozprutym Plecakiem. Potem przyczajony dwa schodki wyżej Fioletowy Zając. Na Czerwonym generale dziewczynka się potknęła. To przypieczętowało los jego majestatu i znaczenia. Został z gniewnym piskiem porwany i ciśnięty w dół schodów. Ten sam los spotkał Królika z Kokardą, którą drobna rączka jeszcze w złości oderwała.
   W ciągu dwóch-trzech sekund I Armia przestała istnieć. Sparaliżowany ze zgrozy Błękitny Królik został szczęśliwie pominięty, lecz mógł tylko bezradnie patrzeć, jak Something, ten słabszy z wrogów, a tak bardzo zwycięski, skręca w korytarz, by wpaść w uchylone drzwi pokoju Magdy.
   Drzwi otwarte tak gwałtownie natychmiast zmiotły połowę sił rebelii. Uderzone maskotki wystrzeliły na boki, znikając pod firanami i łóżkiem. Sandra stanęła na środku, wydając z siebie bojowy okrzyk, który przeraził pozostałych na pozycjach powstańców:
   - Tomek! Juuuż!!
   Something skoczyło ku zasłonie, by znaleźć pod nią schronienie. Dla stojących na jej drodze maskotek oznaczało to ciosy w rodzaju skopanie lub zdeptanie. Przypadło na Prosiaczka i Barankową.
   Nieliczni dyspozycyjni bojowo rebelianci patrzyli ze wstrząsem i niedowierzaniem. Wszystko działo się zbyt szybko, straty były nazbyt potężne, dynamicznie naniesione, aby twory fabrycznie maruderowe mogły to pojąć w czasie adekwatnym do pola narzuconej walki. Mimo to płomienna przemowa Gremlinokota przydała im wcześniej determinacji i woli zwycięstwa. Dlatego Czarny Diabeł, Wilk i Kaczki Syjamskie (które od początku zdradzały charyzmę) byli skłonni przypuścić heroiczny atak mimo oczywistego runięcia planu i ogromnych strat.
   Po kilku sekundach byli zaprawdę gotowi; paraliż ustąpił, a znieruchomiałe za zasłoną Something nie przerażało już tak bardzo.
   I pewnie zaatakowaliby. Gdyby nie jedna dziwna rzecz...
   Coś osobliwego działo się z Gremlinokotem. Gdy tylko Sandra wpadła do pokoju, jako pierwszy – hm, jedyny – zdążył ewakuować się z zagrożonej przestrzeni zadziwiającym susem. Otóż wskoczył na biało-czarny regał, strącając - znamienne – fotografię Somethning (z chrztu) – po czym tam przysiadł i przyglądał się sytuacji.
   Wyglądał na całkiem spokojnego.
   - Komendancie – chciał rzec oszołomiony Wilk. Nie mógł jednak wydobyć z siebie głosu.
   Dziwna sprawa z tym pluszowym głosem. Zawsze zamiera, gdy obok zjawia się człowiek...
   Oniemiałe maskotki mogły tylko patrzeć po sobie plastikowymi oczami, z których spozierało zagubienie i , cóż, chyba jednak nierozumność.
   A zaraz w drzwiach stanął Tomek. Intruz z Gniezna. Znacznie większy człowiek. Znacznie cięższy depczyciel.
   Może właśnie dlatego Gremlinokot pominął go w godzinie RnW?
   - Widzę cię – rzekł łagodnie Tomek. - Jesteś za zasłoną.
   - Eeeeeeeee – Something wydało z siebie jęk zawodu, wyszło niechętnie zza zasłony, po czym zbliżyło się do nieruchomego Lwa i... dosiadło go.
   Maskotki, zarówno stojące, jak i leżące, patrzyły z niedowierzaniem. Czy dobrze widziały, że na pysku Lwa objawiła się błogość?!
   Nie był to jednak koniec dziwnych zdarzeń. W pokoju zjawiły się siostry M.
   - Sandra, obiad na stole – oznajmiła Magda.
   I naraz coś doprawdy zdumiewającego stało się z Gremlinokotem. Na widok starszej z sióstr zeskoczył z regału i podbiegł do jej nóg, wyraźnie się łasząc!
   - Anubisie – rozpromieniła się Magda. Schyliła się, by coś zdjąć z głowy Gremlinokota.
   Czerwoną reklamówkę z wyciętymi na oczy otworami.
   Tomek miał dziwne, z pewnością upiorne poczucie humoru. Czasem przystawiał do twarzy kromkę chleba z otworami, przez które patrzył uporczywie na towarzyszy przy posiłku. Czasem zakładał na głowę reklamówkę z otworami, by straszyć domowników.
   Dziś założył ją Anubisowi, ukochanemu kotu Magdy.
   I tak powstał Gremlinokot.
   Dlaczego tak to już jest, że maska założona na twarz zmienia osobowość? Przydaje odwagi, poczucia bezkarności, nęci szerzeniem terroru, zmienia wyraźnie osobowość?
   Gremlinokot był maskotką i to maskotką pełną urazy i gniewu. Stosującą narzędzia manipulacji. Żonglującą emocjami i ideami. Znakomitym, urodzonym liderem. Wodzem.
Cokolwiek przechylonym ku wojnie i krwawej pomście.
   Więc może i dobrze, że nigdy nie istniał?
   Maskotki są pełne ciepła i lojalności. Przynajmniej – powinny być. Nie mniej pełne są prostoty i bezradności. Tak właśnie wyglądali Czarny Diabeł, Wilk, Zielona Pantera, Barankowa i inni – gdy przenosili wzrok – prosty i bezradny wzrok ofiar oszustwa - to na podrzucaną przeciągiem czerwoną reklamówkę, to na białego jak śnieg kota. Dobrze znanego im kota z krwi i kości, który z uderzającym oddaniem i pomrukiem uszczęśliwienia wtulał się w Magdę.
   Ale nikt nie był tak bardzo wstrząśnięty jak Ryba na Wędce.
   - Co tu się dzieje? - czternastoletnia Wiola rozejrzała się z wyraźną dezaprobatą na twarzy. - Kto, do cholery, porozrzucał maskotki?
   I tak żal i wstrząs zaczął odpływać z pluszowych i plastikowych serc, gdy młodsza siostra M. zbierała ofiary wojny i z widoczną delikatnością i przywiązaniem układała je na przypisane im miejsca.
   Tylko Lew został tam, gdzie dosiadło go trzyletnie Something. Czuł się jego gwardią przyboczną i było mu z tym całkiem dobrze.
   A Gremlinokot? To jest, przepraszam, Anubis? Wspaniały, piękny i oddany kot? Gdy już wypieścił się z człowiekiem, jego najprawdziwszym przyjacielem, pomknął do kuchni mrocznej jak te studnie średniowieczne, by napić się mleka. A potem wskoczył na jeden z salonowych foteli, zwinął się w uroczy kłębek i szczęśliwy zasnął.
   Tak kończy się historia Powstania Gremlinokota. Jednego z wielu, które upadło, nim się właściwie zaczęło, lecz jednego nielicznych tak całkiem bezkrwawych.

Posłowie

   Czytelnikom winien jestem dodatkowe wyjaśnienia. W końcu spodziewam się pełnych niedowierzania pytań o całe to powstanie - a w zasadzie niesłychanie zuchwały bunt. Czy rzeczywiście miał miejsce?
   Miał.
   A w każdym razie ja odniosłem takie wrażenie owej cudownej, magicznej wiosny roku 2002.     
   Wrażenie było silne i frapujące na tyle, że jeszcze tego samego dnia, gdy powstanie upadło – można rzec, iż zostało zdławione przez Something – zacząłem spisywać owe niezwykłe wydarzenia. Z przyczyn, których nie pamiętam, porzuciłem kronikę bez zakończenia po kilku dniach pracy. Już w Irlandii, jesienią roku 2007, dopisałem pięć akapitów, po czym... znów kronikę porzuciłem. Czy wisiała nad nią klątwa Gremlinokota?
   Dziś, po przeszło dziewięciu latach od tych zdarzeń, kierowany tajemniczym impulsem, dopisałem dla Was, moi drodzy Czytelnicy, zakończenie tej niezwykłej historii. Uważam bowiem, że powstanie przytulanek przeciw ludziom – ba, przeciw dzieciom – jest incydentem znamiennym, groźnym, i z wyciągnięciem wniosków nie należy zbyt długo zwlekać.
   Najwyżej dziewięć lat.
   Jakie wnioski może Czytelnik wyciągnąć z mojego raportu? Może taki, że maskę zakłada istota zwiedziona lub nieszczęśliwa? A może tak spełniona, że tym spełnieniem przeciążona?
   A może taki, że wszyscy potrzebujemy przytulenia i łagodności?
   Że nie musimy kochać i pielęgnować służących nam przedmiotów niczym relikwii w gablotach, lecz wskazany jest im szacunek jako pożytecznej (także dla ducha) materii?...
   Może zresztą całkiem inny... Tak – myślę, że każdy z Was, moi drodzy, odnajdzie swój własny, optymistyczny wniosek.
   Postać Gremlinokota wymaga szczególnych objaśnień. Jak się chyba domyśliliście, to ja jestem owym Tomkiem, który z Wielkopolski na Mazowsze po wiosnę w sercu przybył. Każdy kronikarz plącze się w zeznaniach i nadużywa ornamentów. I mnie ta maniera nie ominęła, stąd drobne rozbieżności między faktem, a raportem. Zdejmuję więc owe ornamenty.
   Przede wszystkim podkreślę: nigdy nie założyłbym torby na głowę kota, tak jak nie przywiązałbym mu do ogona puszki. Każde zwierzę szanuję, a koty adoruję na wzór egipski. Kot, który w opowiadaniu był biały i po nałożeniu czerwonej torby stał się upiorną maskotką, w rzeczywistości był czarny i nigdy nie wziął udziału w rebelii. Był przepięknym persem imieniem Anubis, który – potwierdzam – w swej miłości spał wtulony z przyjaciółką-człowiekiem nos w nos. Jak każde stworzenie, miał pasje i swój sposób odkrywania świata. Wychodził na wyprawy wojenne. Chronił posesji przed rywalami, których nie brakowało. W domu żyły wszak i kocice. Z wielu wypraw wracał w stanie, który nasuwał skojarzenie z napoleończykiem uchodzącym z zimowej Rosji. Zawsze przyjmował z pokorą zabiegi ambulatoryjne, za które płacił wtulaniem bardzo kocim, ale i nie mniej człowieczym. Przez kilka dni adorował wszystkich ludzi i zdawał się być urodzonym domatorem. Po regeneracji znów wyruszał. Z jednej z wypraw już nie wrócił, pozostając w sercach domowników jako niezrównany wojownik i przyjaciel z niepowtarzalnym charakterem.
   Sam Gremlinokot istniał jako taki – to jest pluszowo. Nazwałem tak maskotkę biało-czerwoną, nad którą spędziłem sporo czasu, próbując ustalić, czy lisem jest, czy kotem, czy może jeżem. W końcu poddałem się i nazwałem ją Gremlinokotem. Gdy to zrobiłem, pojawiła się myśl o buncie.
   To ja stworzyłem Gremlinokota. Czy jestem jednak jedynym, który stworzył potwora, co spod kontroli się wymknął?
   Reszta z grubsza się zgadza. Przy ulicy Ziemowita w Mińsku Mazowieckim stoi ledwie kilka domów. W jednym z nich wszystkie wymienione maskotki stały owego dnia majowego na rozsłonecznionym dywanie. Część miała już adekwatne imiona przed moim przybyciem do Mińska, części z właściwą sobie ironią nadałem imiona sam Wszystkie postacie ludzkie, włączając Something, także są prawdziwe i przypisane im dialogi i zachowanie oddają uczciwie ich charakter.
   Naturalnie nie popełniłbym faux pas w rodzaju pominięcia informacji o dalszych losach tak powstańców, jak lojalistów. Oznaczałoby to brak szacunku dla nich wszystkich, a także dla Czytelnika.
.
   Wilk. Jeden z generałów rebelii. Przetrwał lata i wciąż ma się dobrze. Kilka lat służył mamie sióstr M. jako tajny – nikt o tym nie wiedział – schowek na awaryjne oszczędności, co trochę odbiło się na jego wnętrznościach. Dziś, wolny od presji wojennej i finansowej, żyje w spokoju na wysokiej szafie w pokoju mamy sióstr M.
   Lew. Ten bardzo znaczący gracz powstania i wyjątkowo zasłużony kompan dzieci (a chronił i dźwigał ich czworo, w tym mojego syna) skończył dość smutno. Zapomniany i bezużyteczny, mimo całkiem jeszcze sprawnego grzbietu i niezłej kondycji, obsikany przez psa, został wyniesiony na strych, gdzie w ciszy porzucenia wspomina okres swojej świetności.
   Barankowa z Dzwonkiem nie wygląda na swój wiek. Ma się całkiem dobrze, żyjąc jako jedna z niewielu maskotek w elitarnym apartamencie w Szafie Bibelotów mamy sióstr M.
   Miś Endo. Wzruszający lojalista. Przykład niedźwiedzia, które kochamy. I może dlatego los obszedł się z nim łaskawie. Przebrany z wysłużonego czerwonego ubranka w niebieskie, żyje sobie w upodobanej łagodności i zamyśleniu na półce szafy w pokoju gościnnym (który w okresie powstania był pokojem Wioli).
   Kaczki Syjamskie. Dość twardy, trójnogi, a wszak dwugłowy żołnierz. Niestety, nie pierwszy to przykład z historii, gdy wojownik lśniący odwagą i charakterem (złym po prawdzie) w warunkach wojny, w czasie pokoju stracił ów blask i koncept. I zamarł niczym barwny kawałek plastiku, któremu tylko jedna-jedyna chwila dała szansę wypiąć pierś i zaznaczyć swoją obecność. Kaczki, pogryzione kilka lat bo buncie przez któregoś z domowych psów, zostały wyrzucone na śmietnik [materii i historii zarazem].
   Królik z Kokardą. Powstaniec. Winy zostały wybaczone, co wydaje się być sprawiedliwe wobec faktu, że Królik ten należał do najciężej rannych podczas szarży Something. Przebrany – prawdziwe i nie do końca wyjaśnione wyróżnienie – w czerwoną bluzkę Misia Endo, został przygarnięty przez mamę sióstr M. i żyje bezpiecznie w jej pokoju w zaskakującym cokolwiek towarzystwie Barankowej.
   Ryba na Wędce. Wyjątkowo tragiczna postać w tej historii. RnW całego planu Gremlinokota. Wbrew obietnicom i rozbudzonym pod łuskami marzeniom, nigdy nie doczekała się chwały – wszak i do godziny RnW tak naprawdę nigdy nie doszło. Jej los od początku był przesądzony; przecież wyprodukowano i sprowadzono ją nie dla dzieci – lecz na żer kotom. Jej zaangażowanie w bunt nie dziwi więc wcale. Jeszcze kilka lat po stłumieniu powstania służyła za wabia, zbierając cięgi od kotów. W końcu któryś z nich oderwał ją od Wędki. Wędka została wyrzucona przez Wiolę, a sama Ryba, po części wolna, walała się po wielkich przestrzeniach domu na pokuszenie kotów, aż któregoś dnia bezpowrotnie zniknęła. Jej los pozostaje nieznany, lecz trzeba rozważać ostateczne skonsumowanie.
   Królik z Marchwią. Jedyny królik, który nie miał sumienia wymówić służby dzieciom i dorosłym. Żył długo w zabawie i dostatku. Dopiero w roku 2010 sielankę lojalisty przerwał najnowszy pies domu, york-zabójca pluszu i plastiku. Królik został pozbawiony nosa i Marchwi. Ponieważ próby jego odszukania na moją prośbę okazały się bezowocne, przyjmuję za wielce prawdopodobne, że trafił na śmietnik (mama sióstr, tak).
   Czerwony Diabeł. Generał rebelii. Jedyny oficer, który – traktując rzecz umownie – wziął udział w walkach. Co stało się z nim po upadku powstania? Upiekło mu się. Jak to diabłu. Stoi na książkach w pokoju gościnnym. Wydaje się być zrelaksowanym i uśmiechniętym. Może czeka na powrót Gremlinokota?...
   Miś z Koszykiem. Lojalista. Kilka lat temu stał się przejmującą ofiarą gniewu człowieka. Jedna z sióstr M. urwała mu głowę. W świetle służby maskotek, które z całego swego serca wspierają ludzi przytuleniem – ale też ofiarnym i ś w i a d o m y m przyjmowaniem od nich ciosów (by pozwolić im odreagować troski życia), śmierć Misia z Koszykiem zasługuje na miano śmierci na posterunku. Pamięć o bohaterze wspiera Koszyk, który zachowano.
   Duża Panda. Pomysł z powstaniem i poddaniem sprawy pod głosowanie bardzo ją oszołomił. Wstrzymała się od głosu, co zaoszczędziło jej wzruszeń, do których pandom nigdy się nie spieszyło. Jeśli pominąć fakt, że w nieustalonych okolicznościach straciła nos, spoczywa na półce w pokoju gościnnym wolna od trosk.
   Miś Puchatek. Rozczulający lojalista i przyjaciel ludzi zasłużony bardziej niż inni. Być może najważniejszy niedźwiedź świata. Doczekał narodzin mego syna i służył mu wiernie tak samo, jak wcześniej Something i siostrom M. W pokoju gościnnym stoi łóżko mego syna. Puchatek, jak ustaliłem, leży pod tym łóżkiem w wysuwanej szufladzie, cierpliwie czekając na jego kolejne wizyty. Jest wciąż w dobrej formie i wciąż we wzruszającej gotowości służenia wtuleniem pozbawionym najmniejszych roszczeń.
   Miś Coca-Coli. Niedotknięty traumą powstania. Brudny, lecz w niezgorszej kondycji, mieszka w pokoju gościnnym.
   Miś z Gniezna. Wielki przyjaciel Magdy, do której trafił nieco spłaszczony dzięki podróży spędzonej w paczce. Wielka podpora Misia Endo i wiary w przyjaźń pluszowo-organiczną. W związku z przeprowadzką starszej z sióstr M., rok po powstaniu wrócił do Gniezna, gdzie mieszka do dziś.
   Spłaszczony Pies. Rebeliant. Bombardofob. Nigdy nie parł na oficera. Dalsze lata spłaszczyły go jeszcze bardziej, został też trwale aromatyzowany moczem psa lub kota. Ale przetrwał. Mieszka w tej samej szufladzie łóżka, co Miś Puchatek.
   Goryl z Cygarem. Nigdy nie dowiedział się o powstaniu. Siedzi za tą samą szybą i nadal pali Cygaro.
   Gremlinokot. Wódz rebelii. Komendant uciśnionych - czyli tych, którzy w owo uciśnienie wierzą. Przenikliwy, charyzmatyczny, uzdolniony. Historia nie dała mu szansy na wzniecenie ognia rewolucji i rozniesienia go na odległości, które widział chyba jako znacznie większe niż ujawniał. Gremlinokot stoi do dziś w pokoju mamy sióstr M. na honorowym miejscu, piękny, zadbany i niezagrożony – jeśli nie liczyć rozgryzionego ogona. Jego plany i marzenia pozostają od dziewięciu lat nieodkryte.
   Generał Czarny Diabeł, Papuga, Miś z Rozdartym Plecakiem, Zielona Pantera, Prosiaczek, Mała Panda, Fioletowy Królik, Błękitny Królik, Mini-Misie i Ślubne Laleczki – los nieznany. Część może przebywać na banicji na strychu. Część zapewne uwieziono śmieciarką w bezpowrotną przeszłość.
.
   Od czasu do czasu staję w progach domu przy ulicy Ziemowita w Mińsku. Za każdym razem, gdy wchodzę do środka, niespiesznie, bardzo niespiesznie przemierzam wszystkie pokoje. To pokoje magiczne. Magiczne - gdyż odkryte wyjątkowej wiosny roku 2002; pierwszej, którą tam spędziłem.
   Wędruję po pokojach i wymieniam porozumiewawcze spojrzenia z maskotkami.
Z lojalistami i z powstańcami.
   Wszyscy mają do spełnienia swoją rolę. Dla jednego lojalista będzie wzruszającym wsparciem u boku i nadzieją przetrwania znanego porządku. Dla drugiego buntownik będzie niósł ogień ożywienia i nadziei na zmianę, i ostateczne naprawienie świata, w którym przyszło im się spotkać. W przypisanej prerii.
   Na końcu, bardzo specjalnym końcu, zatrzymuję się przed Gremlinokotem.
   Patrzę na niego, a on patrzy na mnie. W jakiejś części to ja go stworzyłem. Obaj to wiemy.
   Wróćmy do tego tajemniczego impulsu, który kazał mi dopisać zakończenie „Powstania Gremlinokota” i zamknąć to, co pozostało przez dziewięć lat niedomknięte. Skąd przybył ów impuls? Co go sprowadziło?
   Może tęsknota za tą wiosną, od której upłynęło tyle czasu?... Ile masz, mój Czytelniku, tych wiosen, które nazwiesz specjalnymi, wznoszącymi serce za ptakami głoszącymi piękno i odnowę świata? Wiosen dla serca rewolucyjnych?
   Takich wiosen jest jedynie kilka.
   Jesieni wydaje się być więcej.
   Staję przed Gremlinokotem i patrzę mu prosto w oczy.
   Gremlinokocie...
   Może znów zejdziesz?
   Może obaj potrzebujemy rewolucji?...

___________________________________________________________

12 komentarzy:

  1. Czytelników z prawdziwie przyjemną rekomendacją zapraszam do czytania niezwykłych artykułów Skalnego Kwiatu (wystarczy nacisnąć kursorem awatar, by odsłonił się jej dorobek na portalu eioba.pl) oraz odwiedzania przepięknego, czarującego baśnią blogu (który odnajdziecie w blogach przeze mnie obserwowanych, w moim profilu - Wyobraźni Świat). Polecam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow, no wow! Mój wiersz z takim komentarzem Lwa - nie spodziewałam się. Poczytam Skrzatowi jak wróci, to następnego zawału dostanie, tym razem ze wzruszenia, że jego rysunek na twojej stronie zagościł :)Służba maskotek zasługuje na najwyższy szacunek... one trwają na posterunku - człowiek nie zawsze... Lwie, Salut!

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzoooooo piękny wiersz!!! Bardzoooooo piękne opowiadanie!!! Bardzooooo piekny rysunek!!! Bardzooooo piękne zdjęcie!!!!!!:D

    OdpowiedzUsuń
  4. Dr Marcel wyraźnie jest czymś odurzony...

    ;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Zapewne Dr Marcel zeżarł muchę ;-)))

    OdpowiedzUsuń
  6. Będzie komendantem nowego powstania - Rebelii Chirurgów?

    OdpowiedzUsuń
  7. Dr.Marcel testował na sobie nowe leki...efekt dobry...wy jesteście następni....

    OdpowiedzUsuń
  8. A będzie odlot? Dr Marcel... o tym efekcie więcej szczegółów proszę:):):)

    OdpowiedzUsuń
  9. Niekoniecznie poda... Przynajmniej nie przed wyjściem z tego stanu, który u niego podejrzewam.
    I w ogóle nieetycznie podbierać pacjentom leki, doktorze!

    OdpowiedzUsuń
  10. a kto powiedział że Marcel w ogóle jest etyczny???

    OdpowiedzUsuń
  11. ...to klinika psychiatryczna, my tu co dzień mamy odloty-nawet bez leków!!!

    OdpowiedzUsuń