niedziela, 12 czerwca 2011

Pośmiejmy się z Andżeliką, popłaczmy z Emiliarem

Niedzielne popołudnie wypada umilić. A czym, jeśli nie historią wojen Rzymu z Kartaginą? Ano kolejną częścią Andżeliki. Ludzie domagają się Andżeliki. Z przekąsem mógłbym to samo ująć w inne słowa: ludzie domagają się dalszych upokorzeń Emiliara. Bo do tego się rzecz sprowadza. Jedna Czytelniczka, której danych z oczywistych względów ujawnić nie wypada, napisała, że jeśli przygód Andżeliki nie będzie co najmniej raz w tygodniu, to ona odpali 33 ładunki wybuchowe podłożone w Kampinosie. A to las zabytkowy - zaznacza Pani Ewa Morszczyn z Grudziądza.
Kampinosu karbonizować nie trzeba, Pani Ewo. Taśmociąg z Andżeliką zapewnia serię dramatycznych odcinków na kolejne dwa miesiące.
Biedny Emiliar.
I jakże dzielny. Wciąż trwa u boku, Sami Wiecie Kogo i znosi swój los.


Nadesłało: ONO Socjopatyczne








Andżelika. Ocelot


Andżelika pakowała ostatnie ubrania do walizki. Wyjeżdżała w delegację. Za godzinę miała pociąg. Czekała na Emiliara, któremu powrót z pracy nieco się przedłużył. Właściwie była już gotowa ze wszystkim. Wykreśliła z listy spraw na dziś ostatnią pozycję, pakowanie walizki.
W tym czasie wszedł Emiliar.
- Mam coś – powiedział.
- Co? - wychyliła się z pokoju, gdy on coś próbował przemycić. Było to coś dziwnego.
- Mam znajdkę – powiedział, pokazując na dość duże, rude i pręgowane zwierzątko.
- Matko, przecież to jest...
- Tak, to ocelot – powiedział dumnie. - Znalazłem ocelota.
Wziął wystraszone zwierzątko na ręce i zaniósł do salonu. Wyjął z lodówki kiełbasę i kucnął przy nim. Rwąc po kawałeczku, karmił kota.
- Skąd go masz? - spytała, nie spuszczając oczu ze zwierzęcia.
- Znalazłem w parku. Będzie miał u nas dobrze.
Pogłaskał ocelota i ciągle wpatrywał się w niego z uwielbieniem.
- Nie może tu zostać – powiedziała – jest piękny, ale to nie kot, to ocelot. Nie ma dla niego miejsca w takim małym mieszkanku.
- Spójrz mu prosto w oczy i powiedz, że nie może tu zostać, no powiedz – próbował taką manipulacją coś ugrać.
- Na nie trzeba mieć zezwolenie, to po pierwsze. Po drugie, on zapewne ma właściciela, który go szuka, po trzecie takie duże koty trzyma się w zoo, a po kolejne masz o oddać jeszcze dziś. Ja za pół godziny wyjeżdżam do Krakowa, trzeba więc szybko coś zorganizować.
- Nie! To mój nowy przyjaciel. Zostaje tu – zaprotestował.
- Rozumiem, że znalazłeś go razem z przyczepionym do niego zezwoleniem na trzymanie w domu ocelota? - powiedziała z sarkazmem.
- Nie, ale wymyśliłem, że jeśli już nigdy nikogo nie zaprosimy do domu, to się nikt nie dowie, że go mamy.
- A jak się rozchoruje i trzeba będzie go zabrać do weterynarza, to co wtedy wymyślisz, panie Mam Wspaniałe Pomysły?
- Kupię mu witaminy, to nie będzie chorował – odpowiedział dumnie.
Andżelika potarła z trwogi i zdenerwowania czoło. Ocelot w tym czasie przerzucał wzrok z Emiliara na Andżelikę, siedząc z miną taką, jakby wiedział, że o nim właśnie jest ta rozmowa.
- To małe mieszkanie, będzie się tu męczył i skąd do cholery weźmiesz dla niego taką wielką kuwetę? Gdzie ją postawisz? On ma na oko prawie metr długości.
- Nie krzycz, straszysz go! - powiedział. - Nie będzie się męczył, będę z nim chodził na spacery.
- Przed chwilą mówiłeś, że nikt ma się o nim nie dowiedzieć. Jak chcesz go wyprowadzać, żeby nikt go nie zauważył? Założysz mu papierowy worek na głowę?
- No fakt. To jeszcze przemyślę. Może będę mówił, że nasza kotka tak wyrosła na suchej karmie? Ale...
- Nie ma żadnego „ale” Emiliarze. Dzwoń do zoo, jeśli czujesz z nim więź emocjonalną, będziesz go odwiedzał w zoo. Ale on musi tam trafić, jeszcze dziś.
Poszła po książkę telefoniczną i zaczęła szukać numeru do zoo.
W tym czasie Emiliar usiadł koło ocelota i szepnął mu do ucha:
- Nie oddam cię i tak, nie martw się.
Kot liznął przyjaźnie Emiliara po twarzy. Andżelika odwróciła się i dodała:
- Do tego jeszcze, wiesz, że one uwielbiają skakać. W swoim naturalnym środowisku skaczą po drzewach jak wiewiórki. Wyobrażasz sobie jego skoki po mieszkaniu? Z półek na kanapę, z kanapy na stół, ze stołu na szafki w kuchni... To nie jest miejsce dla takiego wielkiego zwierza. Spojrzała na zegarek.
- Ja muszę już iść.
Kucnęła obok spokojnie siedzącego kociaka, pogłaskała go, cmoknęła w czubek główki i powiedziała ciepło:
- Jesteś najpiękniejszym kotkiem na świecie, zostałbyś, gdyby to było możliwe.
Ocelot patrzył jej prosto w oczy. Głaskała go po główce jeszcze chwilkę, a on tym razem ją polizał po policzku.
Odwróciła się do Emiliara.
- A ty, zrób to, co należy zrobić. A bigos masz w lodówce. Do zobaczenia za trzy dni.
Cmoknęła go w czoło.
- Póki tu jest jeszcze, uważaj by nie drapał po meblach i kanapie. A, i niech nie wchodzi do sypialni, tam są moje elfy, dziś dosłali mi pięć nowych, z kryształu, może na nie skoczyć.
To mówiąc ruszyła ku drzwiom.

* * *

Trzy dni później.
Było piętnaście po trzeciej, gdy Andżelika wchodziła do mieszkania. Powiesiła klucze . Wzięła walizkę i poszła do salonu. Na samym środku stał wystraszony Emiliar. Obok niego siedział zadowolony ocelot. Rozejrzała się dookoła siebie. Spostrzegła oberwany karnisz, połamaną suszarkę na bieliznę, podrapany skórzany fotel i wystającą z oparcia pogryzionej kanapy watę.
- Bo wiesz, nie miałem kiedy go oddać.
Wykładzina była spruta w wielu miejscach. W kuchni, wszystkie krzesełka miały poobgryzane nogi a jedna z szafek była kompletnie podrapana. Widać służyła jako drapak do ostrzenia pazurków.
- Troszkę żeśmy narozrabiali, trochę ja, trochę on, ale wszystko naprawię. Zrobił się taki rozbiegany i rozskakany z tej radości, że mógł tu ze mną mieszkać te trzy dni.
Odwróciła się bez słowa i wyszła z salonu. Oni za nią. W holu mijała pozaciąganą wykładzinę, obgryziony róg ściany.
- Pilnowałem go. Przysięgam, że pilnowałem go całe dnie. Ale jak spałem w nocy, to on nie spał. Nie mam pojęcia, kiedy on spał. Oceloty chyba nie śpią.
Weszła do sypialni. Pogryziona pościel, zbite lustro i pozrzucane z wysokich szafek rzeczy nie były aż tak straszne, jak widok zmasakrowanej kolekcji elfów. Większość z nich zbita, prawie żaden nie miał skrzydełek. Nie było nawet co ratować.
Szybko się zebrała do kupy. Stanęła twarzą w twarz z Emiliarem. Jedyne co mogła w tej chwili zrobić, to wymierzyć silny cios pięścią.
Padł.

* * *

Emiliar obudził się. Czuł ból głowy. Nie miał pojęcia, jakim cudem znalazł się na klatce. Ale w kilka sekund i przypomniał sobie tę małą, ale silną pięść lecącą wprost na jego twarz. Rozejrzał się dookoła siebie. Obok niego stały dwa kartony. Z obu wystawały jakieś rzeczy, ubrania i kable. Po chwili uświadomił sobie, że to co tam się znajdowało, to jego własne rzeczy. Była tez kartka przyczepiona na pinezkę do wystającego z kartonu buta.
Że też musiała akurat wpiąć pinezkę w moje najlepsze buty, dziura jest teraz – powiedział roztwierając złożoną kartkę;

W tym domu nie ma miejsca na AŻ dwa oceloty.

10 komentarzy:

  1. Ha! pierwsza! uwielbiam ta parę! są przezabawni!!! każda ich historia zyskała moją sympatię! gratuluje! bo doktorek wybredny........a jednak sie podoba!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie tylko doktorkowi się podoba:)
    Ja jestem zauroczona!a nawet wręcz zakochana w Andżelice i Emiliarze :-))

    OdpowiedzUsuń
  3. Piekne są te perypetie, tej cudownie zabawnej pary!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ewo. Ja też!

    Bibi. Fajnie Cię znów widzieć!

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak, ocelot też budzi moje najskrytsze marzenia. Piękny i niesamowity. A czy ten nieznośny Emiliar też jest piękny?
    Ukłony dla ONO. :-)
    Re-Eunice

    OdpowiedzUsuń
  6. Potworny...potwór...poszerzcie otwór....niech wnijdzie...potwór...potworne upiory...krew wszedzie...

    OdpowiedzUsuń
  7. ....co to będzie?! co to będzie?!

    OdpowiedzUsuń
  8. Hmm...BARDZO wyraznie widac, ze Zjawa Wyjcowa bezwzglednie potrzebuje lobotomii...Dobry doktor, dobry, no chodz Zjawko :)

    OdpowiedzUsuń