poniedziałek, 6 czerwca 2011

Sympozjum detektywistyczne czyli drugie opowiadanie Kruki

Historia nadesłana przez Krukę kojarzy mi się z torpedą wystrzeloną z opóźnieniem za uchodzącym pancernikiem. Z opóźnieniem - ale celnie. Jest to bowiem torpeda znakomitej jakości, wybornie dopasowująca się do całego zestawu nadesłanych opowiadań (na zamknięty już konkurs), co wyda się oczywiste wszystkim, którzy przeczytają utwór Kruki. Ja od razu i bez tortur zadawanych narzędziami Inkwizycji wyznaję, że Rachunek sumienia idealnie, mówiąc z czeska výborné, trafił w mój gust. Z dwóch to przyczyn: jest wsparty o kręgosłup absurdu, a ja jestem w absurdzie umiłowany /do/śmiertelnie. No i - pobrzmiewa humorem amerykańskim, a ja amerykański humor, z tym jego polotem i bezczelną ironią, bardzo sobie chwalę.
Poza tym wszystkim jednak Kruka uświadomił/a/ mi haniebny, a nawet nikczemny błąd.
Otóż ogłaszając konkurs kolumbijski, pominąłem słynnego inspektora, zasłużonego dla planety znacznie bardziej niż taki kapitan Sowa, Żbik czy inny Jenot. Co więcej, ów inspektor to mój idol. O kim mowa?
Zapraszam do lektury!

Nadesłał/a/:
Kruka





Rachu
nek sumienia

W niedużej sali konferencyjnej hotelu Renoir, przy ulicy McAllister 45 w San Francisco, zebrało się kilku ciekawych gości. Przy okrągłym, masywnym stole z litego ciemnego drewna trzech mężczyzn siedziało mierząc się przenikliwymi spojrzeniami. Jednym z nich był znany detektyw, przybyły wprost z Europy, charakteryzujący się krótkim wąsikiem wywiniętym ku górze, Hercules Poirot. Z Los Angeles, swoim nie do końca niezawodnym Peugotem 403 rocznik 1955, przyjechał ubrany w zaplamiony żółtawy prochowiec porucznik Columbo. Lokalne siły śledcze reprezentował zapięty na ostatni guzik detektyw Adrian Monk.
- Ktoś nas tu ściągnął inspirując bardzo ciekawą sprawą kryminalną - z wyraźnym akcentem zagaił Belg poprawiając wąsa. Podobno chodzi o seryjnego mordercę z Ameryki.
- Technicznie mówiąc, ze Stanów Zjednoczonych Ameryki - poprawił go, wycierając dłonie w jednorazową chusteczkę antybakteryjną, detektyw Monk.
- Mnie poinformowano, że chodzi o kilku seryjnych morderców, z różnych stron świata - rzucił porucznik Columbo ze skupieniem na twarzy odpalając cygaro.
- Czy mógłby Pan to zgasić - zaprotestował Monk. - Palenie szkodzi zdrowiu otoczenia i jest nieestetyczne - kontynuował wachlując połami marynarki jakby chciał odeprzeć atak fum z cygara kontrofensywą spod własnych pach.
W tym momencie w drzwiach pojawił się wysoki mężczyzna. Przyjrzał się spode łba towarzystwu zgromadzonemu w sali konferencyjnej i na przywitanie wyrzucił z siebie parę przekleństw. Po czym sztywnym i jednocześnie sprężystym krokiem podszedł do stołu i zasiadł pomiędzy Monkiem a Columbo.
- Nazywam się Harry Callahan i jestem inspektorem w Wydziale Zabójstw Policji San Francisco. Mam nadzieje, że rozumieją Panowie cel naszego spotkania? - tym razem przedstawił swą osobę jak należy.
Hercules i Monk wyglądali na zaciekawionych. W przeciwieństwie do porucznika Columbo, który uśmiechał się niepokojąco niedorzecznie. Może dym z cygara dostał mu się do oka, a może przypomniał albo uzmysłowił sobie coś ważnego, bo po chwili przyłożył do głowy rękę zapominając o trzymanym w dłoni cygarze. Tym samym tlącą się końcówkę zgasił z wyraźnym skwierczeniem o własne czoło. Ból wywołany oparzeniem spowodował, iż Columbo podskoczył razem z krzesłem, lecz zanim drewniane nogi ponownie dotknęły podłoża huk z potężnego Magnum 44 wypełnił pomieszczenie. Bezwładne ciało w poplamionym, żółtawym prochowcu zwaliło się wraz z krzesłem na lakierowane deski podłogi. Columbo nie żył.
- Podobno jesteście jednymi z najlepszych detektywów. Gdzie wasze konkluzje? - z lufy rewolweru trzymanego w dłoni Callahana wydobyła się smużka dymu. Inspektor cedził przez zaciśnięte zęby. - Jesteśmy tutaj, żeby zrobić rachunek sumienia. Niestety paru brakuje, ale ja się nie skarżę. Ja się nigdy nie skarżę.
Trudno o racjonalną reakcję w takiej sytuacji. Hercules siedział nieruchomo jak manekin sklepowy, a raczej manekin z wystawy u krawca. Taki manekin krawiecki, któremu nie drgnie nawet powieka, gdy się wbija szpilki w różne części korpusu. Natomiast Monk szamotał się, nerwowo szukając czegoś w kieszeniach marynarki. Po chwili znalazł i postawił na stole buteleczkę z płynem do dezynfekcji dłoni. Niestety chustki już nie zdążył wyciągnąć. Pocisk kalibru 44, który ułamek sekundy wcześniej wyleciał z lufy rewolweru Smith & Wesson model 29, trafił go prosto klatkę piersiową i przeszył serce. Adrian Monk nie żył.
- Chyba już wiem, o jaki rachunek sumienia panu chodzi, inspektorze Callahan - zagaił nadzwyczaj spokojnie, bez jednego mrugnięcia, Hercules Poirot. - Chodzi panu oczywiście o liczbę nierozwiązanych przez naszą trójkę spraw, które hańbią naszą gildię detektywistyczną.
Być jednak warto było po raz ostatni w życiu mrugnąć sobie, gdy się miało ku temu sposobność. Niestety stoicka postawa na manekina krawieckiego zaprzepaściła tę szansę. Przy towarzyszącym charakterystycznym huku,wystrzału z potężnego pistoletu inspektora Callahana, głowa Herkulesa Poirot zamieniła się w miazgę, a stygnące ciało osunęło się pod stół. Nie było co szukać wąsów ni powiek do drgania. Herkules Poirot nie żył.
- Durnie, cholera - mruczał przez zaciśnięte zęby Callahan. Był wyraźnie niezadowolony. Bardzo niezadowolony.
W tym momencie drzwi wejściowe otworzyły się z impetem i do środka wpadł średniego wzrostu jegomość w gustownym, szytym na miarę garniturze w drobną kratę. Jegomość trzymał w dłoni błyszczący rewolwer o drewnianej rękojeści.
Callahan patrzył na jegomościa z niedowierzaniem. Lecz nie takim, które pojawia się na obliczu kibica, gdy w ostatniej minucie meczu sędzia dyktuje rzut karny dla drużyny przeciwnej. Nie takim.
Z drugiej strony pomieszczenia, zza zasłony sali konferencyjnej wyłonił się drugi jegomość. Wyższy i bardziej dystyngowany od tego przy drzwiach. Wyprostował się i uśmiechnął ironicznie.
- Nazywam się Sherlock Holmes, a to jest mój przyjaciel Dr Watson - wskazał na dzierżącego w dłoniach rewolwer.
- My także zostaliśmy zaproszeni na tajemnicze spotkanie. Z tym, że w przeciwieństwie do pozostałych leżących pod stołem imbecyli już wiem jaki jest cel tego zebrania. Siła dedukcji, Callahan. Siła dedukcji.
Inspektor Callahan patrzył złym wzrokiem spod oka. Przy czym, spostrzegawczy obserwator mógłby dojrzeć cień uśmiechu na jego twarzy. Musiałby być jednak bardzo spostrzegawczy, gdyż ten ten cień grymasu, który pojawił się na obliczu inspektora w niczym nie przypominał uśmiechu.
- Watsonie - zaordynował zadowolony z siebie Holmes - zasiądźmy naprzeciw inspektora i wyjaśnijmy sprawę. Jak skończymy sam odda nam swoją broń i odznakę.
- Zatem, inspektorze Callahan, czy jak pan pozwoli Harry albo Brudny Harry. Po personaliach rozrzuconych po pokoju zwłok oraz wydruku komputerowym wystającym z kieszeni pańskiej marynarki wnioskuję, że padł pan ofiarą chybionych konkluzji wynikających z nieprawidłowej analizy danych statystycznych. Wyciągnął pan błędny wniosek, iż pojawienie się światłych umysłów w dziedzinie detektywistyki wywołuje, dla utrzymania równowagi w świecie, wzrost liczby przestępstw, w tym zabójstw. Doszedł pan do konkluzji, iż naturalną koleją rzeczy, wykluczenie wielkich detektywów spowoduje zmniejszenie się ilości przestępców, a tym samym redukcję liczby zbrodni. Dlatego też zdecydował się pan zaplanować i zrealizować podstępny plan zgładzenia najlepszych w świecie detektywów, czyż nie mam racji? - uśmiechnął się triumfujący Holmes.
Tym razem to Brudny Harry siedział bez ruchu. Jednak nie była to pozycja spetryfikowanego ze strachu manekina sklepowego ani stoickiego manekina krawieckiego. Wyglądał raczej jak gargulec przyczajony na dachu 1000-letniej katedry. Gargulec, który zanim zbudzi się o zmroku, spogląda złowieszczo spod granitowego łba.
- Panie Callahan. Wyczytał pan w rocznikach statystycznych, że porucznik Columbo rozwiązał sprawy jakiś 70ciu zabójstw, Hercules Poirot ponad 80ciu, Adrian Monk natomiast ponad 120tu. A my z Watsonem ile mamy na koncie 80, może 90? I naprawdę uważa pan, że gdyby ci wspaniali stróże prawa i detektywi nie istnieli, to byłoby mniej zabójstw? I, jak mniemam, te dyrdymały o rachunku sumienia, miały przesłonić pańskie braki w edukacji podstaw statystyki oraz rachunku prawdopodobieństwa. Moim zdaniem...
- Zdania są jak tyłki – podzielone - wycedził przez zęby Brudny Harry. - W waszym przypadku doliczyłem się niestety tylko 57miu złoczyńców - dokończył pakując dwie kule, pierwszą w pierś, a drugą w głowę Sherlocka Holmesa. Sherlock Holmes nie żył.
Watsonowi z wrażenia rewolwer wypadł z rąk na podłogę. Przerażony spoglądał to na leżącego pod stołem mistrza intelektu, to na gargulca trzymającego Magnum kaliber 44. Rewolwer, w którego bębnie mogła się wciąż czaić śmiertelna kula.
- Panie inspektorze Callahan ale ja jestem zwykłym lekarzem. Żaden ze mnie umysł detektywistyczny - tłumaczył się, bądź co bądź, zgodnie z prawdą roztrzęsiony Watson.
- Cholera - pomimo szczękościsku wycisnął z siebie Callahan - inspektor Wydziału Zabójstw Policji San Francisco musi być konsekwentny. Jak inaczej może rozwikłać skomplikowaną sprawę o morderstwo. Ten pański przyjaciel Holmes. On prawie miał rację. Tylko, że ten przypadek, jest trochę bardziej skomplikowany. Holmes nie wziął pod uwagę dodatkowego czynnika. A mianowicie stosunku liczby ofiar do liczby ujętych bądź zgładzonych przestępców. W moim przypadku wypada jedna ofiara na sześciu zgładzonych bandytów. W pozostałych przypadkach w sumie to najlepiej wypadł Blomkvist, który osiągnął stosunek niecałych dwóch przestępców na jedną ofiarę, więc tym razem nie został zaproszony. Niech pan zrozumie, że ja uważam, że także swoim istnieniem wywołuję wzrost przestępczości. Tylko, że ja w tym rozrachunku zarabiam na siebie. Cała wasza reszta nie. Pan tym bardziej. Rozumie pan, najpierw trzeba zrobić rachunek sumienia, a potem jako inspektor, pozostaje już tylko pozostać konsekwentnym w działaniu.
Tego dnia w hotelu Renoir, przy ulicy McAllister 45 w San Francisco dało się słyszeć 6 strzałów z rewolweru Smith & Wesson model 29. Bo jest to rewolwer 6-cio strzałowy, czyż nie?

13 komentarzy:

  1. Genialne, po prostu genialne! Z wrazenia upuscilem skalpel wprost w oko pacjenta! Kruku/o, czekam z okropna i potworna niecierpliwoscia na dalsze Twoje dziela!

    OdpowiedzUsuń
  2. Pomijając już kapitalne dialogi i misję Brudnego Callahana, trzeba pochwalić sam unikalny pomysł zgromadzenia tych wszystkich znakomitości w jednej historii.
    W jednym pokoju.
    Może i w jednym grobie.
    Na to nie wpadł nikt. Salut!

    OdpowiedzUsuń
  3. Wprost trudno wyrazić jak na moją kobiecą naturę podziałała męska, brutalna siła inspektora Callahana, aż się cała trzęsę. :O Może jak dobrze poszukam w przepastnych czeluściach swojej torebki, znajdę jakiś rewolwer i w prosty sposób rozwiążę swoje problemy, tylko gdzieś się pochowały te opracowania statystyczne. A co tam idę na żywioł... ;-))) Re-Eunice

    OdpowiedzUsuń
  4. Umówić Callahana z Emily!

    OdpowiedzUsuń
  5. Pytałam Emily o Callahana. Mówi: Nieeeeeee...
    Re-Eunice ;-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo mi miło, że się wam opowiadanie o inspektorze Callahanie podobało.
    W międzyczasie poprosiłem Autora o wprowadzenie kilku korekt, za co serdecznie dziękuję.
    A dla Emily, gdyby zmieniła zdanie, cytat z Siły Magnum:

    Młoda sąsiadka: Mieszkam tu już pół roku, a nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy.
    Harry: Dużo pracuję.
    Młoda sąsiadka: Co trzeba zrobić, aby się z tobą przespać?
    Harry: Zapukać.

    OdpowiedzUsuń
  7. Dzięki Kruko. Miło mi, ale Brudny Harry nie jest w typie delikatnej, bądź co bądź, Emily. ;-)
    Re-Eunice

    OdpowiedzUsuń
  8. Kto zatem? Dystyngowany Holmes czy poczciwy Columbo? :)

    OdpowiedzUsuń
  9. A któż to trafi za wybujałym gustem Emily. ;-) Trudna sprawa. ;-)
    Re-Eunice

    OdpowiedzUsuń
  10. Jest jeszcze taki ktoś jak porucznik John MacLane...

    OdpowiedzUsuń
  11. Emily, dziękuje za tak głęboką troskę je życiem towarzyskim i zastanowi się nad ostatnią propozycją. :-)
    Re-Eunice

    OdpowiedzUsuń
  12. Gratuluje odjechanego pomyslu oraz trafnych cytatow z filmow z Harrym! Czytalo sie wysmienicie!

    OdpowiedzUsuń
  13. gratuluje wam popapranego poczucia humoru..

    OdpowiedzUsuń