czwartek, 28 lipca 2011

Egzorcyzmy Emily Groze*

Tak, prawidłowy tytuł tego słynnego filmu brzmi nieco inaczej, ale ja go sobie skrzętnie, a przede wszystkim prewencyjnie, przerobiłem. Prewencyjnie, owszem. Wiecie, są siły, których lepiej na tym świecie nie prowokować, nie drażnić, nie prztykać w nos... Są siły, wobec których nawet konfrontacja z piechotą Scypiona Afrykańskiego czy machinami kroczącymi cesarza Palpatine'a wydawałaby się całkiem znośna i rokująca nadzieję. No więc zmieniłem tytuł.
A zresztą dotyczy rzecz grozy. Zatem wypada, by sam tytuł nią uczciwie pobrzmiewał.
Jeśli się rozejrzeć, to wniosek nasuwa się ponury. Wokół nie brak nawiedzonych ludzi i domów. Jeśli nawiedzenie czyni krzywda i zło dokonane, to nic dziwnego, że i miejsca bitew są nawiedzone. Strach pomyśleć, jak bardzo nawiedzone muszą być takie pola bitewne pod Azincourt, Grunwaldem i Kurskiem.
Chyba nikt zdrowo myślący, a nade wszystko spokój ceniący, nie osiedliłby się w ponurym miejscu rzezi, by ryzykować duchowe niepokoje i psoty poltergeistów, którzy wszak w jakiś sposób muszą odreagować gniew i żal za dramatyczny swój kres w ludzkim ciele. Czy człowiek chłonny harmonii i bezpieczeństwa osiedli się w traumatycznie nawiedzonym miejscu kaźni? Na pewno nie byłby to ruch rozsądny.
Hm, jak wobec tego nazwiemy wszystkich mieszkańców Warszawy?...
Podobno spotyka się do dziś nawiedzone wraki czołgów i tankietek, a nawet haubic. Wciąż wykopuje się z bagien i tataraku nawiedzone aeroplany i kutry torpedowe.
I czółna Piastów, co okoniem naporowi Hodona stawali.
Na myśl o penetracji wraków okrętów ciarki przechodzą od nasady kręgosłupa do samych, psiakrew, płetw.
Prawda jest porażająca. Gdziekolwiek padło się człowiekowi, istnieje ryzyko nawiedzenia.
Konfrontacji z poltergeistem (ciężki bój) lub demonem (jeszcze cięższy bój, prawie beznadziejny). A przecież ludzie dziwny, niesalonowy zwyczaj padania (trupem) pielęgnują od tysiącleci. Padali i padają w świątyniach, kramach, szpitalach (to dopiero niestosowne), składnicach harcerskich, grotach, jamach, okopach (a jakoby chronić mają?), szczytach, urwiskach, piargach... Toną w studniach, kanałach, basenach, rowach mariańskich, ba, nawet w długach...
Padają wszędzie. I tym samym tworzą potencjalnie niebezpieczną przestrzeń nawiedzenia.
Jak długo można unikać tych miejsc? Przecież matematyczne objęcie sprawy nasuwa zatrważający wniosek, że prawdopodobnie do dziś padło tylu ludzi, i w tylu miejscach, że praktycznie uniknięcie przebywania - a może nawet mieszkania! - w strefie nieobjętej poltergeistowo-demonicznym atakiem jest po prostu niemożliwe. Niestety.
Zważywszy, że Zakazana Archeologia, która zaczyna coraz bardziej dyskredytować oficjalne teorie akademickie, podaje, że inteligentny (czytaj: wojenny) człowiek eksploruje Ziemię już od kilku milionów lat...
Wszyscy jesteśmy zagrożeni.
Pamiętacie poprzedni post, prawda? Pisałem o bezpieczeństwie podróżowania po ojczyźnie. Pora zweryfikować tę geologiczno-matrymonialną propagandę. Tak, zapomnijcie o tym sielskim widoku na kraj. Polską trzęsą nie tylko wieprzowo reformatorscy politycy. Polską trzęsą duchy. Wszędzie.
W zamku Chojnik Diabelski Jeździec. W Golubiu-Dobrzyniu (byłem tam, a to się wystawiłem) duch Anny Wazy. W Niedzicy Biała Dama. W Suchej Beskidzkiej Sroga Pani. W Kórniku Biała Dama. W Ogrodzieńcu Czarny Pies...
Nie jestem pewien, co grasuje i czyha, i szeleści powłóczystą szatą w Pierzyskach i Fałkowie, ale z pewnością i tam coś jest. W końcu wszędzie komuś się padło, czyż nie?
Wszyscy jesteśmy zagrożeni.
Wypadałoby więc murować się w domu. Acz tym razem nie pomogą przewrócone tramwaje i worki z piaskiem (ci, co mają koty i kuwety, są względnie przygotowani do wojny, jak się wydaje) tudzież szabla pradziadka, co z bolszewikami walczył (sam takiego miałem!). Tym razem arsenał ze wszech miar specjalny: święcona woda, modlitewniki chrześcijańskie, perskie i azteckie (bo przecież taki Quetzalcoatl może się wymknąć z terrarium-wężarium sąsiada i do naszej sypialni zakraść), wszelkie medaliki, amulety, talizmany...
Wracając do filmu Egzorcyzmy Emily Groze. Przyznam: to był ostatni horror demoniczny w moim życiu. Włosów podnoszących się na całym ciele (a przecież nie jestem wilkołakiem i nie mam ich tak wiele) nigdy nie zapomnę. Podobnie jak wielomiesięcznego rzucania trwożliwego (mimo zaspania) oka na zegar podczas nocnych pobudek - czy przypadkiem nie 3.15 właśnie...
Nigdy więcej tego zuchwalstwa i prztykania w nos owych sił... Wolę już prztykać machiny kroczące Imperium.
I Sasquatche.
A z horrorów sięgam już tylko po kojąco-familijne slashery w rodzaju Halloween czy Piątek, 13-tego.
Tak. Spędźmy te wakacje w domu, zabarykadowani świętymi ikonami i chrzcielnicami.
Z talią książeczek do nabożeństwa w dłoni.
Albowiem atak może przyjść w każdej chwili. I przyjdzie na pewno, jeśli komuś padło się kiedyś pod fundamentem mojego czy Waszego domostwa. Jeśli dom Wasz wzniesiono na cmentarzu szoszońskim lub nad uroczym ruczajem, gdzie Inkwizycja znachorki spławiła.
I gdy tylko ujrzycie piramidę z krzeseł na stole kuchennym, wiedzcie, że zaczęło się.

*Groze - (czytaj: grołz), germańsko-anglikański odpowiednik polskiego słowa groza.
*****

A gwoli tak strasznego klimatu zagrożenia-nawiedzenia, publikujemy najnowsze opowiadanie doktora Setha.
Uwaga! Opowiadanie tylko dla ludzi o mocnych nerwach, spiżowych rozrusznikach serca i zabezpieczonych chrzcielnicami.

Nadesłał:
dr Seth






Sabina




Sabina ostrożnie podes
zła do słynnego w całej okolicy domu, w którym straszy. Co prawda obawa krępowała nieco jej ruchy, lecz nie mogła odejść bez penetracji całego domu. W końcu zakład, to zakład. Koleżanki Sabiny powiedziały, że jeśli wejdzie do nawiedzonego domu, dokładnie go zwiedzi, opisze i w dodatku przyniesie jakąś rzecz z wnętrza, przyjmą ją do swojej paczki.
W przeciwnym wypadku obiecały ze złośliwymi uśmieszkami, że przy całej klasie obrzucą ją tamponami i podpaskami. Sabina nie mogła sobie pozwolić na taką zniewagę. No przecież to oczywiste, że zostałaby obśmiana i wyklęta na zawsze w całej szkole. Nie mogła więc stchórzyć. To było po prostu jedyne wyjście, żeby zachować twarz i pozyskać nowe przyjaciółki, a przy okazji odrobinę szacunku.
Powód, dla którego Sabina była traktowana niezbyt przyjaźnie w całej szkole, był zupełnie zrozumiały. Otóż Sabina była grubaską. Nie wesołą grubaską, lecz chodzącą z wiecznie pochyloną głową. Wyraźnie uwydatniał jej się przy tym potrójny podbródek. Tak naprawdę Sabina nie była zwyczajnie gruba. Była tłusta niczym miesiącami na siłę karmiony tucznik. I właśnie dlatego wiecznie wołano za nią "wieprzka!", "maciora!", "beka!" i tym podobne. W dodatku raz nawet ktoś krzyknął do niej "ty rozdęty zeppelinie!".
Sabina stała teraz więc przed zardzewiałą furtką domu "Mercy Orphanage", opuszczonego przed wielu laty przytułku dla ubogich sierot, co stało się po wybuchu pożaru, w którym zginęło 14 dzieci i 3 zakonnice. Jedna połowa domu była całkowicie spalona, druga ocalała, i czekała na Sabinę, obserwując ją ślepymi, zabitymi prowizorycznie deskami okiennicami.
No więc dobrze. Sabina zebrała w sobie całą odwagę i siłę i przekroczyła bramę, zbliżając się do starego domu.
Drzwi okazały się zachęcająco otwarte, bowiem w zaistniałym po wybuchu pożaru popłochu, nikt nie dba o takie sprawy, jak zamykanie drzwi.
Więc weszła. Hall wyglądał bardzo okazale, widać zakonnice nie szczędziły funduszy na estetyczny wygląd przytułku. Natomiast teraz wszystko było zarośnięte kurzem i pajęczynami, a na podłodze wirowały zeschłe liście. Zadaniem Sabiny było zwiedzenie pokojów dziecięcych, znajdujących się na piętrze budynku. Schody pokryte były przegniłą, niegdyś czerwoną wykładziną, być może pluszową, jak ulubiony miś Sabiny, zwany przez jej matkę "Paraplegikiem" - od czasu gdy rodzicielka w ataku szału urwała mu jedno ucho, ręce i nogi oraz nos. Nadal jednak pozostał on ukochanym misiem Sabiny. Paraplegia niczego nie zmieniała.
Weszła po skrzypiących schodach na górę, trzymając się za mocno bijące serce. Wszystko było przegniłe i wilgotne, tapeta odłaziła ze ścian i widać było wyraźnie grzyb narosły na ścianach. Wszędzie królował zapach spalenizny. W korytarzu znajdowało się 10 par drzwi. Zadaniem Sabiny było odwiedzenie ich wszystkich i dokładne opisanie oraz zrobienie zdjęć telefonem komórkowym. Otworzyła drzwi do pierwszego pokoju. Były tam dwa łóżka oraz szafka, na której stała okopcona lampka naftowa. Obfotografowała dokładnie wszystkie zakamarki pokoju, po czym zamarła, wpatrując się na przemian to w zdjęcia, to we wnętrze pokoju. Był pusty, lecz na dwóch zdjęciach wyraźnie widniała mała dziewczynka. Jej twarz była tak spalona, że nie miała warg ani oczu. Wyraźnie widać było wyszczerzone zęby czaszki, na poły okrytej spaloną na czarno skórą.
Sabina wrzasnęła kwikliwie i rzuciła telefon na podłogę, zapominając o lampie i misji, którą miała do wykonania. Histerycznie płacząc wybiegła z domu i rzuciła sie przed siebie na oślep, na ile tylko tchu jej starczyło. Wbiegła do domu, zakryła się kołdrą i tak już została.
W nocy obudził ją jakiś dziwny odgłos. Nie mogła zidentyfikować, co to jest; brzmiało trochę jak oddech Dartha Vadera z "Gwiezdnych Wojen". Sabina nie mogła, no po prostu nie mogła się powstrzymać, i zerknęła ostrożnie spod kołdry w głąb pokoju.
Stała tam ta sama mała dziewczynka, którą Sabina widziała na zdjęciach w przytułku. Wolno podeszła do Sabiny i nagle charczącym głosem odezwała się:
- Ty utuczona macioro! Wieprzko! Rozdęty Zeppelinie! W sierocińcu mieliśmy straszny głód, a ty wiecznie obżerasz się słodyczami i tylko tyjesz!
Po czym znienacka położyła obie ręce na głowie Sabiny i z trzaskiem skręciła jej kark. Po chwili, gdy rzucona jak worek kartofli Sabina leżała już na ziemi, postać dziewczynki powoli się rozwiała.

2 komentarze:

  1. wakacje przyszły i trochę sie tu pusto zrobiło:( ale oby do września;) a za opowiadanie duży salucik!!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Bibi, poklon w podziece bije, roztlukujac glowe o posadzke kostnicy:)

    OdpowiedzUsuń