czwartek, 21 lipca 2011

Spory małżeńskie

Po cholerę te spory, ja się pytam? Czy nie ślubujemy sobie wsparcia w okolicznościach wszelkich, na przykład epidemii dyfterytu, inwazji Mongołów, orkanu zrywającego Gonty Orła, bicia piany przez rozsierdzonego Posejdona czy plagi stonki ziemniaczanej zrzucanej przez kukuruźniki wymalowane plakatówką w amerykańskie barwy? Albo chilijskie - bo podobne, a komsomolcy nie są nieomylni.
No więc powtarzam: ślubujemy sobie wsparcie. Otuchę. Sukurs.
Czy zaprawdę warto marszczyć borsuczo brwi z powodu jakiejś skarpetki mężowskiej zabłąkanej na półce z wędlinami sopockimi, czy też o włos żony, czterdziestocentymetrowy, anakondowy, w zupie borowikowej unurzany? Czy takie banały owadziego znaczenia mają przesłonić wartość i siłę więzi? Dokonany wybór? Przyrzeczenie?
Miłość jest najważniejsza, a każde małżeństwo powinno opierać się przeciwnościom jak najpotężniejsza forteca, jak supercytadela powstała z połączenia Malborka, Akki i Masady. Z domieszką fortu Alamo. Taka mieszanka powinna stworzyć dzieło warowne i nieupadłe.
Moja rada: dużo zaufania, jeszcze więcej wsparcia, Zalew Wiślany życzliwości (twierdzę, że życzliwość jest decydująca i jeszcze raz decydująca, i to ona stanowi o człowieczeństwie).
I bardzo mało głupich, kąśliwych pytań. Najlepiej 1-2 rocznie.
No tak. Szkoda, że nie wszyscy wzmacniają swoje cytadele, zapominając, co w życiu jest darem, a co przekleństwem. Ot, weźmy tych dwoje z historii poniżej. Może trzeba było dwa razy przemyśleć sobie ruch, zanim się go wykonało?
I czy koniecznie trzeba było forsować głupie, kąśliwe pytanie?
Tak właśnie upadają Malborki i Modliny wzniesione w sercach.


Nadesłał: Stefan Ociosan









Dziwna sprawa

- Jak to wyjaśnisz? - spytałem spokojnie, wskazując na potężne, tłuste slipy, leżące na łóżku żony.
- Och... to ciekawe - wyrzekła wolno Angelika. - Czy to możliwe, że któryś z kolegów Patryka się tu przebierał po rezurekcji? Wiesz, te ich zabawy w chowanego...
I wtedy mnie poniosło. Sami rozumiecie. Takie duby smalone, psiakrew!...
Ochłonąłem dopiero po kwadransie.
- Kochanie - podjąłem łagodniej, nawet z uśmiechem. - Tamtą wersję odrzucam. Czy nie lepiej powiedzieć prawdę?
Żona, pozbawiona oka, kilku palców u stóp i jakiegoś nieokreślonego narządu, który wyrwałem z jej ciała wieszakiem na palto, westchnęła zrezygnowana.
- No, dobrze... Mam romans z Fabusiem, właścicielem masarni.
- W porządku. Cenię szczerość. Masz ochotę na lukier?
Angelika nie miała ochoty. I uwierzycie? Wniosła pozew o rozwód. Ona! Ta cholerna zdrajczyni!
Rzuciłem w nią wazonem. I wiertłami ze skrzynki.

4 komentarze:

  1. Cały Pan Ociosan. Egzekutor wszelkich konwencji.
    Zakończenie przypadło mi do gustu. Jest takie... niekonwencjonalne właśnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Taaak, pan Ociosan ma zaiste niepowtarzalny styl :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobrze,ze wiertarki nie miał ;)

    OdpowiedzUsuń