niedziela, 24 lipca 2011

Urlop czyli dookoła świata z potworami

Strony Operator uzmysłowił mi rzecz istotną. Otóż Strona Nemejska nie pospieszyła na przedwiośniu z ostrzeżeniem urlopowo-wczasowo-kolonijnym. Większość z nas wybiera się przecież na jakieś wakacje nieco dalej, niż na sąsiednie podwórze. /Spóźniony/ raport ostrzegawczy kierujemy do tych z Was, którzy w ramach urlopu zamierzają opuścić granice Polski. Wyjazd na obcy teren oznacza (oprócz dobroczynnego zderzenia z klimatem, który oszołomi organizm, kulturą, która wpędzi w tarapaty, czy składem chemicznym wody, który upokorzy toaletowo) także pewne, mniejsze lub większe, zagrenia.
Ja namawiam do odbycia podróży zagranicznej ściśle wewnątrz polskich granic. Polska ma najładniejsze lasy i plaże, najsmaczniejszą żywność, a i całkiem spora część unikalnej architektury oparła się wojnom. Co przede wszystkim jednak - polskie niebezpieczeństwa są nam dobrze znane, przewidywalne i w gruncie rzeczy w zasięgu samoobrony. Okazuje się, że nawet zagrożenie może być swojskie.
Co natomiast przyniesie zuchwały wypad poza granice Rzeczpospolitej? Ano niebezpieczeństwa nieoswojone i znacznie trudniejsze do zneutralizowania. Bo gdzie byście chcieli wyruszyć w celu jakoby bezpiecznych, kojących, odprężających wczasów?
Może do Anglii? Oby nie do Londynu, w którym grasują tacy psychopaci jak Kuba Rozpruwacz czy Kuba Skoczek. Pierwszy z pewnością jest Wam dobrze znany i nie muszę jego manier i wprawy chirurgicznej szerzej odsłaniać. O drugim, przypuszczam, nie wszyscy słyszeli. Oto i on na ilustracji uczynionej przez świadka, który niekoniecznie przeżył. Kuba Skoczek - przerażająca istota w pelerynie transylwańskiego fasonu, ze spiczastymi uszami, zakrzywionymi szponami i wyłupiastymi oczami podobnymi szklanym kulom, potrafił zionąć czerwonym lub błękitnym ogniem. Najbardziej wstrząsała Anglikami jego zdolność przesadzania murów i domów jednym skokiem (stąd przydomek). Pierwszy atak - fakt! - zanotowano w roku 1837 w Londynie, ostatni zaś w 1904 w Liverpoolu. Czy to jednak może oznaczać, że ten skoczny potwór umarł i rozsypał się trocinowo? Ja założyłbym rozsądnie, że tylko wplątał się podczas długiego susa w sznury na pranie i zwisa na nich po dziś dzień w oczekiwaniu na silny powiew wiatru.
I zrezygnowałbym z wyjazdu do Anglii.
To może do Szkocji, wszak niewiele dalej? Czyżby? A co z tym całym Nessie? Dlaczego wciąż nie zapadła ostateczna decyzja co do jego istnienia lub nieistnienia? Mnie się wydaje to podejrzane i nasuwa wniosek wcale logiczny. Nessie istnieje, a jego obecność i działalność są tuszowane - sprowadzają się bowiem do porwań, zatopień i konsumpcji nieroztropnych turystów. A skoro tak to wygląda, to dlaczego mielibyśmy wykluczać, że podobne stwory grasują i w innych szkockich jeziorach? Czy to oznacza trafny wybór wczasowy?
Pomijam już fakt, że Szkoci na widok turystów wpadają w niepowstrzymany amok, co owocuje masowym rzucaniem drewnianych bali. Ilu turystów padło pod takimi klocami w ziemi szkockiej?...
W tej sytuacji zwiedzanie ojczyzny Williama Wallace'a stanowczo odradzam.
Hm, a gdyby przerzucić się w obszar amerykański? Ktoś to rozważa? Może kupił już bilety? Ale gdzie konkretnie? Do Kanady na przykład? Wszak tam na ludzi poluje kilkusetletnio nieuchwytny Sasquatch, zwany inaczej - a nie bez powodu - Bigfootem. Jest to coś w rodzaju goryla, tylko odpowiednio większe i silniejsze. Wiadomo też, że nieprzyjemnie śmierdzi, natomiast przypuszcza się - chyba roztropnie - że Sasuatch jest potworem wszystkożernym. Zatem nie tylko marchwiożernym, nie tylko sałatożernym.
Także turystożernym.
Przemyślcie tę Kanadę.
Ale nie myślcie, że obniżając się w dół, podniesiecie swoje szanse na przetrwanie wakacji aż tak bardzo. Bo czego oczekujecie po Stanach Zjednoczonych? Marzy Wam się jakieś swobodne przemierzanie tego pięknego kraju, niczym w kinie drogi? Sądzicie, że epoka napadów na dyliżanse już przeminęła? Cóż, ta sprawa może się wręcz nasiliła. USA są przepełnione, przepchane wręcz hordami masowych morderców - co najdziwniejsze, bardzo przy tym kultowych, takich jak Michael Myers, Freddie Krueger i Leatherface. Najbardziej niebezpiecznym byłby jednak dla Was chowający się za żółtą maską hokejową Jason Voorhees, który zdecydowanie wiedzie prym jako zabójca wczasowiczów, szczególnie tych umiłowanych w przyrodzie. Nie mniej przerażają prawdziwe potwory amerykańskie w rodzaju Boogeymana czy czarnoskórego - tak, tak - Candymana, który to wcale, ale to wcale cukierkowy nie jest. Boogeyman atakuje z szafy, gdy tylko gasną światła (motelowe? pensjonatowe?), zaś Candyman wychodzi z lustra (hotelowego? kwaterowego?) i używa zastępującego mu dłoń haka w taki sposób, że słynny kapitan Hak zdaje się być już tylko leciwym spacerowiczem zbłąkanym na promenadzie zdrojowej.
To może jeszcze niżej z tą mapą? Może do Meksyku? Cóż, ani trochę lepiej. W Meksyku grasują potwory nieziemskiej wręcz urody - cupacabry, a coraz liczniejsze raporty i fotografie nie pozwalają już pokpiwać z ich krwawej działalności. Jeśli mimo przestrogi uprzecie się, by zwiedzać Meksyk, a przed sobą ujrzycie istotę takiej oto urody...











...to bierzcie nogi za pas, i to prędko.
W dodatku po uroczyskach Meksyku i Ameryki Łacińskiej błąka się demoniczny pies-ludobójca, zwany Cadejo.
Czy koniecznie trzeba aż tak bardzo oddalać się od Europy? Na Alasce trzeba będzie zmierzyć się z dziwnym poczuciem humoru autochtonów i zagrożeniem hibernacji. W Australii na pochopny krok piechura-wagabundy czyhać będą węże, pająki i krokodyle, z których tylko jeden Dundee obróci sprawę w żart. Powszechnie znane jest też ryzyko zbłądzenia w tym wielkim kraju, szczególnie, gdy rusza się z Alice Springs - wtedy trafia się donikąd.
W Indiach podróżnych osaczają nie tylko straszne zwierzęta, ale i fanatyczni wyznawcy bogini Kali. A może i ona sama.
W Japonii łatwo popełnić nietakt, co może sprowadzić wizytę ninja do wynajętych pokoi, co gorsza, terror sieją tam powłóczyste, czarnowłose dziewczęta, wychodzące ze studni - co ma związek z jakąś klątwą...
W Arabii o nietakt jeszcze łatwiej, zaś reprymendę może przynieść na ostrzach zakrzywionych szabel lokalny odpowiednik ninja - asasyni słynnego Raszida ad-Din Sinana, zwanego Starcem z Gór.
W Egipcie w każdym odkopanym sarkofagu lub hotelowym kufrze na pranie możecie natknąć się na mumię rozsypującą kilkutysięczne mikroby. Jeśli dorzucić do tego klątwy faraonów, skorpiony i gorączkę nilową, to może warto już teraz zacząć rozpakowywać walizkę?
W Tybecie w śnieg wgniata yeti, natomiast nieprzemyślana ekspedycja na Ziemię Królowej Maud (wschodnia Antarktyda) może narazić Was na bolesną konfrontację z ewakuowanymi hitlerowcami. Rozwinęli oni na tyle technologię w założonej tam skrycie nowej ojczyźnie, że już w roku 1947 dowodzący amerykańską interwencją admirał Byrd dostał ciężkie bęcki, stracił 100 żołnierzy, a wkrótce po odwrocie został
uznany za psychicznie chorego...
W Mongolii też niezbyt bezpiecznie - ponoć co drugi mieszkaniec jest potomkiem Dżyngis Chana, a to przecież nie był samarytanin, co się ostatnim pieczywem dzielił. Co jednak wprost fatalne, ma i M
ongolia swego strasznego potwora - Olgoi-Khorkhoi. To wielki pustynny wąż-robak, o którym pierwszy raport pochodzi z roku 1926. Jest czerwonej barwy, dochodzi do półtora metra długości, a urodą przypomina... jelito grube. Przy czym to jelito grube potrafi zagrzebać się w piasku, a nieuważnego kozła, konia czy turystę porazić ze sporej odległości wypluwanym jadem bądź ładunkiem elektrycznym.
Jeśli jeszcze dodać, że i Mongołowie mają swojego Yeti, zwanego Almasem, to chyba chrapka na przemierzanie tego państwa już Wam przeszła?
Jeśli nazwa pustynnego pędraka wydaje się komuś zabawna, to co powie na strasznego stwora z Chin, który zwie się nie inaczej jak Ja-Ju. Ja-Ju pobrzmiewa zabawnie, ale wygląda całkiem serio; to demon o ciele węża, głowie smoka i ludzkiej twarzy, który pożera ludzi. Z pewnością nie gardzi turystami.
Którzy powinni też zdawać sobie sprawę, że Chiny to macierz kung-fu i trzeba liczyć się z wyzwaniami nie do odrzucenia ze strony lokalnych wojowników. A przecież mało kto z Was boksuje jak Yip-Man, jak przypuszczam... Wakacje w Chinach byłyby aktem nierozwagi, stanowczo należy porzucić tę fanaberię.
Może powróćmy jednak do bliższej nam Europy. Czy jest aby bezpieczną i przyjazną turystom? Hm, w Hiszpanii po ulicach galopują byki, a dezorientację turystów powiększa salwa z pomidorów. W Niemczech pełno złośliwych duchów i stworów. Choćby koboldów. Nie lepiej z duchami, które będą plątać nam tak nogi, jak linki namiotu. Słowo poltergeist nieprzypadkowo jest pochodzenia niemieckiego...
We Francji bezkarne przestępstwa czyni zimny, cyniczny potwór-morderca, znany jako Fantomas. W samym Paryżu należy wystrzegać się frankijskiego odpowiednika Kuby Rozpruwacza - Alchemika.
W Grecji autochtoni rzucają pod nogi talerze, a w morzu czają się straszne meduzy, no i zawsze trzeba się liczyć z gromami od Zeusa.
W Holandii też mi się nie uśmiecha. Najpierw mnie czymś nafaszerują w cukierni, potem wsadzą na stary kuter, wypchną w morze, a tam, we mgle, czai się Latający Holender głodny staranowania... W Finlandii grasuje Buka, w Czechach golem, w Rumunii Drakula...

Ja Wam szczerze radzę, wybierzcie się w rozsądną podróż zagraniczną.
Tak jak ja. Już za 2 tygodnie lecę zagranicę na wymarzony, swojsko niebezpieczny urlop.

Do Polski
.

5 komentarzy:

  1. szczęśliwie udanch i słonecznych wakacji!!!!FANKA

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja tam kocham pomidory i byki:))
    Słońca w Polsce i cudownych wakacji!:)...życzę z całego serca Dużym i Małym Lwom!...wracajcie wypoczęci,opaleni i z sercem pełnym radości...pa pa pa >>> chlip...

    OdpowiedzUsuń
  3. Wszystkie Lwy z całego serca dziękują za tak piękne życzenia. :))
    Wkrótce wrócą, a wraz z nimi nowa dawka humoru, absurdu i grozy.

    OdpowiedzUsuń
  4. odpoczywać odpoczywać!!!! ja jutro zaczynam swój urlopik i lece sie trochę poopalac bo tu u nas to w tym roku chyba same biale pupki będą:) hihihi

    OdpowiedzUsuń
  5. No to przyjemności. Aby nie do Transylwanii. ;)

    OdpowiedzUsuń