czwartek, 7 lipca 2011

Wielkie Termopile małego fachowca

Pamiętacie sławetny opór 300? Rzecz jasna, 300 Spartan, nie jakichś tam, z całym szacunkiem oczywiście, Fenicjan czy Gotów. Spartanie króla Leonidasa nie mieli szans. Żadnych. Mimo to stanęli tam gdzie trzeba, wtedy, kiedy trzeba, i zrobili to, co trzeba.
I padli. Paść co prawda nie było trzeba, lecz było to nieuchronne.
Ale - zanim padli - uczynili coś, co po nieomal 2500 latach wciąż chwyta za gardło i wciąż wytycza wzory.
Co zrobili?
Ano postawili się sztorcem.
Innymi słowami?
Wzięli się za bary z wyzwaniem.
Innymi słowami?
Pokazali, że byli mężczyznami.
...
Powyższy trzykropek odczytajcie jak należy. Tak jest - chwyciło mnie za gardło. Znowu. Zawsze chwyta mnie za gardło wspomnienie 300 mężczyzn, co chwycili się za bary z wyzwaniem pod Termopilami.
Albowiem - dokładnie tak uważam - o mężczyźnie nie świadczy zwycięstwo. O, nie. Czasem wszak zwycięstwo jest zwyczajnie poza zasięgiem.
Mężczyznę czyni niezłomność. Mężczyznę czyni heroiczny bój z przeszkodą, bez względu na jawiące się szanse i ostateczny rezultat. Bo ten nie ma znaczenia, jeśli tylko wojownik nie poddał się prędzej niż jego ramiona. Duch nie powinien wyprzedzić ciała w złożeniu broni.
A ciało? Upadek wobec przygniatającej przewagi jest nie tylko usprawiedliwiony. Taki upadek jest aktem wzruszającego heroizmu.
300 Spartan wciąż wytycza wzory.
Poniżej historia o kimś, kto być może z nich korzystał.
Bo zaprawdę - długo nie pozwolił złamać się wyzwaniu, z którym chwycił się za bary...

Nadesłało: ONO Socjopatyczne








Emiliar. Złota rączka


- Mam dziś wolne, więc postanowiłem, że naprawię kran! - wykrzyczał radośnie. – Mężczyźni powinni sami naprawiać usterki we własnych domach.
- Aha... rozumiem. Jesteś pewien?
- Oczywiście. Przecież to tylko kran. Nic skomplikowanego. Naprawię kran. Pół godziny roboty. Wystarczy wymienić tę... no... jak to tam się nazywa?
- Uszczelkę – powiedziała Andżelika.
Pokiwała głową z aprobatą ale chyba nie wierzyła w moje siły. Postaram się podwójnie i wreszcie udowodnię jej, że to ja w tym domu noszę spodnie.
Wygnałem ją na zakupy. Jak wisi mi nad głową, z tą swoją wszechwiedzącą miną, zamieniam się w jakąś ofermę, której leci wszystko z rąk- pomyślał.
Mam klucz francuski i nową uszczelkę, więc zabieram się do roboty.
- Kurde no...! - krzyczał próbując, rozpakować klucz francuski ze szczelnie przylegającego do niego plastikowego opakowania. - Nożem, otworzę go nożem, Andżelika nie widzi, więc użyję tych jej ostrych, a ty mnie nie sprzedaj – powiedział do siedzącego na krawędzi stołu kota.
Nawet i kot patrzył jakoś sceptycznie.
Po piętnastu minutach rozbrajania klucza za pomocą noża, następnie noża z ząbkami, noża do ryb, nożyczek, zębów, sekatora do róż i otwieracza do konserw, opakowanie się poddało. A ręka Emiliara krwawiła w trzech miejscach
- Wiktoria! - wykrzyczał. – Mam klucz! Teraz rozkręcamy.
Po kolejnych piętnastu minutach doszedł do ładu z tym, jak posługiwać się kluczem i nawet odkręcił kran.
Teraz uszczelka i gotowe – podśpiewywał sobie. – Tylko gdzie ona jest?
Przetrzepał kieszenie od spodni, kuchenne szafki i stół. Nie znalazł.
No przecież tu była. Sama nigdzie nie poszła.
Spojrzał na kota.
- Ukradłaś mi - pokazał na kocicę palcem. – Jesteś w zmowie ze swoją panią. Oddaj uszczelkę.
Zrobił sobie kawę i usiadł, rozglądając się dookoła siebie w poszukiwaniu zaginionego kółeczka.
Minęło kolejne dwadzieścia minut. Kątem oka dojrzał, jak kocica bawi się w holu jakimś maleństwem. Wstał, dobiegł do niej i zabrał uszczelkę zanim na dobre zniknęła z nią pod szafkę.
- Mówiłem, że jesteście w zmowie!
Nałożył uszczelkę i stwierdził, że ta, która zdejmował, ta zniszczona była odrobinę większa.
Zszedł na dół do sklepu i poprosił o jeszcze inną, troszkę większą. A że nie pamiętał, gdzie położył tę starą, musiał kupić na oko.
I tak jeszcze sześć razy. Za szóstym razem, uszczelka pasowała jak ulał. Przykręcił wszystko tak, jak było.
Kran dalej przeciekał.
- Hmmm... może więcej uszczelek trzeba założyć? - mówił sam do siebie.
I ponownie rozkręcał kran. Niefortunnie siłując się z kluczem i zbyt mocno skręconym kranem, oberwał w skroń, kiedy klucz odskoczył.
Ocknął się po jakichś pięciu minutach. Teraz już nie tylko miał pozaklejane plastrami palce, ale i czoło. Rana krwawiła lekko, ale ból był ogromny.
- Nie wygrasz ze mną, kranie, o nie! - groził martwemu przedmiotowi.
Trzy uszczelki to jednak za dużo. Kran nie dał się dokręcić.
- To w takim razie trzeba wyjąć cały zlew – stwierdził po namyśle.
I jak postanowił, tak zaczął robić. Części, które dało się porozkręcać, powrzucał sobie do garnka, żeby nie pogubić. Wykręcił całą baterię i rury pod zlewem.
Zlew ani drgnął. Po chwili badania za pomocą macania, Emiliar zaczął nożem na siłę zeskrobywać sylikon, który trzymał tak mocno zlew przy szafce. Niestety, razem z farbą pokrywającą szafki.
- Andżelika mnie utłucze, jak to zobaczy, ale to dla dobra sprawy.
Żeby wyjąć ten ciężki zlewozmywak, ze sztucznego marmuru, musiał najpierw wysunąć sobie szafkę. Było ciężko, ale dał radę.
Przyjął dziwną pozycję i z okrzykiem jak jeden z 300 Spartan, podniósł do góry zlew.
Podniósł i w tej samej chwili upuścił go. Na siebie.
Leżał na ziemi. Zlew leżał na nim tylko chwilę. Jego krawędzie uderzyły o posadzkę, więc pękł na trzy części. Płytki podłogowe też popękały. Emiliar również.
Nie mógł wstać. Doczołgał się z bezwładnymi nogami po telefon. Wybrał numer i po trzech sygnałach usłyszał głos.
- Halo!
- Musisz wracać. Mamy problem.
- Uszczelka nie pasuje? - spytała ciepło, ale z sarkazmem.
- Nie. Zmiażdżyłem sobie nogi.
- Uszczelką?
- Nie, zlewem. Naprawdę, proszę, wracaj, bardzo mnie boli.
- Pięć minut i jestem – powiedziała przejęta.
I dokładnie pięć minut jej to zajęło. Gdy weszła, zamarła. Na ziemi leżał konający Emiliar, jego jasne spodnie były nasiąknięte krwią, palce poobklejane małymi plastrami. Na głowie jeden wielki opatrunek, a spod niego wyciekała krew.
- Co ty najlepszego narobiłeś?
Spojrzała dalej. Na ziemi leżał popękany zlew i rury, szafki były niemiłosiernie poobdrapywane i do tego stały na środku kuchni, i gdzieś tam, w tym całym bałaganie słychać było, że kapie na ziemię woda.
- Bo uszczelka nie pasowała. Możemy jechać do szpitala?
- Musimy.

* * *

- Teraz mi opowiedz, jak to się stało – mówiła ciepło, gładząc go po czole.
Leżeli w salonie. Emiliar od pasa po kostki w gipsie.
- No ta uszczelka nie pasowała chyba.
- Lewa czy prawa? - zapytała
- To zlew ma aż dwie uszczelki???

* * *

Miesiąc później.
Po wieczornej kolacji Emiliar szykował film na DVD, a Andżelika, jak to Andżelika, musiała pozmywać naczynia. Odwróciła głowę w stronę męża, by sprawdzić, dlaczego tak stuka dłonią w pilota oraz pilotem w dłoń.
- Nie działa pilot. Wymienię może baterie. - powiedział i ruszył w stronę szafki, gdzie trzymali baterie.
- Stop! - krzyknęła, przerywając zmywanie – Poczekaj moment.
Z innej szafki wyjęła torbę, z której na stół wypakowała po kolei żółty kask, okulary i kombinezon ochronne, rękawice i maleńkie pudełeczko z ochraniaczem na zęby.
Emiliar stał oniemiały.
- Wiedziałam, że jeszcze kiedyś będziesz chciał coś naprawić w tym domu -
uśmiechnęła się słodko.

8 komentarzy:

  1. ONO!.... dokupiłabym jeszcze na miejscu Andżeliki długie buty gumowe;)...bo kto wie..kto wie!!!....Emiliar jest coraz bardziej pocieszny!
    ONO jesteś niesamowita!

    OdpowiedzUsuń
  2. chce kupić całą książkę o Andżelice!!!!!!! prosze mi wydrukować!

    OdpowiedzUsuń
  3. Emiliar mi sie sni po nocach!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. To ja zacznę już to drukowanie. Z ziemniaków sobie wytnę literki - stempelki :) Tylko proszę o odrobinę cierpliwości. ONO S.

    OdpowiedzUsuń
  5. A te sny z Emiliarem są miłe, czy raczej takie koszmary elm-streetowe?

    OdpowiedzUsuń
  6. Odlotowe !!! oldskulowe!! seksteoretycznokrwiste!;D

    ONO... chcesz ze dwie tony ziemniaków? będzie prędzej :D

    OdpowiedzUsuń