czwartek, 4 sierpnia 2011

Japoński przekręt

Podobno w latach 30. Japończycy trochę oszukiwali, mamili i wodzili. I owijali w bawełnę - czy może raczej w jedwabniki. Wystawiali jakoby na parady - podziwiane przez anglosaskich turystów i dyplomatów - militarnie archaiczny sprzęt. Zamiast czołgów jakoweś działka na pociski z ziaren ryżu koshihikari, zamiast dział przeciwlotniczych kawalerię łuczników, zamiast śmiertelnie drapieżnych myśliwców Mitsubishi ZERO - rozdygotane trzypłaty, zrabowane z sowieckich sowchozów...
A przecież myśliwce ZERO miały już wkrótce okazać się bardzo, bardzo groźne...
Podobno japońscy strzelcy mamili i mesmeryzowali obserwatorów pokazem groteskowego zakłopotania nowoczesną bronią; wypalali z karabinów we własne piersi, bagnetami cięli ryby 河豚, bazookami próbowali rzekomo podpierać pagody... Ponoć jakiś samuraj siłą przebranżowiony na piechura liniowego, tak się zaparł, że mieczem pociął tankietkę w pasy, które - zamiast zatuszować - rozdano skwapliwie białoskórym widzom jako souveniry.
I nic dziwnego, że rozdano. Nic dziwnego, że pociął - wszak Japończycy mydlili, pienili i mglili. Zachodni obserwatorzy mieli przekonać się, że sprzęt Nipponu jest archaiczny i nadaje się tylko do muzeum szogunatu. Czołg był z papieru okiennego, czy może ściennego, zaś sfrustrowany samuraj był oczywiście zupełnie niesfrustrowanym, z azjatycka przebiegłym oficerem nowej armii japońskiej.
Albowiem Japończycy uczynili przekręt na tych wszystkich, którzy rzucali im pogróżki i upokorzenia. Zmodernizowali się.
I wyszli w pole.
Nic dziwnego, że Pearl Harbor nie było podobne Termopilom.
A po co piszę o tym przekręcie? Ano bowiem, i mnie, i memu irlandzkiemu kamratowi Damianowi Birrane'owi (pisałem o wspólnym z nim zdobywaniu Mt. Nephin w maju) też rzucono pogróżkami i szyderstwami. Całymi ich wiązkami.
Kto rzucił? Otóż zuchwalec z ziemi arabskiej,
Strony Operator. Tak, ten tu, pod palmą.

Groził i szydził, nękał, a pokpiwał. I rzucał buńczuczne, brytyjsko buńczuczne, wyzwanie.
A jak coś się rzuca z koźlęcym uporem, to w końcu to coś dolatuje.
I się to podnosi. I tak ja i Damian podnieśliśmy z torfowiska owo wyzwanie naniesione uporem i wiatrem. I może jakimś gazem. I dmuchawcem.
A skoro podnieśliśmy wyzwanie - wyzwanie do konfrontacji formy i sprawności bojowej (coś jakby strzelanie ryżem i cięcie ryb 河豚, ale nie do końca) - to zaczęliśmy przekręt japoński.
Ostre, mordercze, tajne, skryte, iluminatów-spiskowców godne treningi.
Ostre. Były wypadki, ofiary, przybywało mogił obwieszonych hełmami Sparty i Prus Królewskich.
Trenowaliśmy, ale Strony Operator otrzymywał raporty raczej przeciwnej treści. Coś o niżu barycznym, kokluszu, osteoporozie, i takie tam.
Raporty te zresztą stymulowały buńczuczność i ironię Operatora, który w e-mailach do Autora pisał tak:
[...] trenujesz chruściku? trenuj, a nie tylko kawka od rana i donaty
Tak, kawiarnia i slomiany kapelusz ci zostały leśny dziadku.

twoje kości już
kruszeją, a ciało wiotczeje, jak przebity materac dmuchany
Moglibyśmy ow
inąć Twoje udźce kilkoma warstwami kołeder i poupychac poduchy [...]
Tak pisał Operator-Prowokator. Nie do końca Dyplomator.
A może powinien był jednak milczeć, sonety układać o wierzbach i marzannach, i przeczekać w kokonie do słoty jesiennej?
W międzyczasie przebiegły nasz przyjaciel spoza wydmy, usiłował i na nas uczynić fortel, maskując swe treningi, co miało na oczywistym celu wstrząsnąć naszym jestestwem w chwili spotkania. Niecne zwody Operatora zdradziła jednak rosnąca masa ciała (obwiniał o tę żywność arabską) oraz siniec pod okiem (upiera się po dziś dzień, że natłukli mu sprzedawcy daktyli). Nic z tego. Forma jest zdemaskowana, a naprzeciw niej staje sztorcem mistyfikacja japońskiego rodzaju.
Konfrontacja, której domagał się nasz przyjaciel Strony Operator, już za dni kilka. To będzie coś jakby połączenie Termopil, Pearl Harbor i Ausculum. Branie jeńców, częstowanie waflami i kawą Anatol, czy też przerywanie walk z powodu przemarszu cietrzewi nie wchodzi w rachubę.
W przeciwieństwie do mogił obwieszonych hełmami.
Tych może się wyroić w pasie nadbrzeżnym Karwi.
Poniżej dramatyczny raport fotoplastikonowy. Należy rozważyć, czy jest sens psychiatryczno-kulturowy wgłębienia się w tenże raport. Będzie on bowiem raczej niezrozumiały dla tych, którzy nigdy nie rzucali buńczucznymi wyzwaniami spod arabskiej wydmy w kierunku klifów irlandzkich. Albo dla tych, co nie walczyli pod Wizną tudzież pod Kircholmem.
Ani dla tych, co nie gotowali w lesie parówek przy muzyce z Braveheart.
Ani dla tych, co nigdy nie pozwolili otworzyć sobie czaszki rękami doktora Setha.
Ani nawet dla doktora Setha.
Ale ten raport bardzo dobrze zrozumie brytyjsko buńczuczny Strony Operator.
Czy opuści kokon? Czy wygrzebie się z wydmy?
Czy stawi się w pasie nadmorskim Karwi?
Na to pytanie, moi drodzy, odpowiemy w specjalnym raporcie powakacyjnym, po wakacjach.

Raport fotoplastikonowy, czyli o przyjaźni polsko-arabsko-irlandzko-japońsko-brytyjskiej zdjęć kilka

Przekręt japoński.
Tak oto zawiązał się spisek, nie pierwszy zresztą, co gorsza: nie ostatni, w historii ludzkości.
Podobno spisków zawiązano w dziejach światowych więcej niż węzłów gordyjskich.
To byłyby co najmniej dwa.
Po lewej: Damian Birrane, po prawej: Autor. Japończycy, tak jest.





Oczywiście spiskowcy nie przybyli w progi podziemnego hangaru walki bez uprzedniej, skrytej, nielegalnej zaprawy. Autor sporo czasu spędził pod brzozą, gdzie oficjalnie - dla prasy arabskiej - uprawiał proso i układał treny. Nieoficjalnie trenował. Kontakt z brzozą jest jedynie pożyteczny. Prasłowianie mieli pełną świadomość, że to piękne drzewo leczy ciało. Sok z brzozy zawiera witaminę C i sole mineralne, wzmacnia nerki, serce i włosy. Z kolei z kory pozyskuje się dziegieć.
Więc może Autor postąpił trochę barbarzyńsko, obtłukując tak cenne drzewo kończynami. Ale było warto. Wedle wstępnych obliczeń współpraca bokserska z brzozą zwiększyła ilość sierpowych na minutę o dobre 0, 0000000489724679.


Widoczny po prawej Damian (nie do końca fizjonomicznie, ale całkiem rufowo) konsternował swój gaelicki klan gwałtownymi ucieczkami od stołu, wywracaniem krzeseł i komód, rozbijaniem salaterek i strącaniem puddingów na podłogę - co było wynikiem nieodpartego parcia na podciąganie się na drążku.
Albowiem Damian uznał, że ciało umięśnione może poważnie skonsternować, a nawet skrystalizować - jeśli nie strylobizować - przeciwnika atakującego z wydmy.




Autor w pełni zgodził się ze strategią trylobizacji - i również robił coś ze swoimi mięśniami. Oficjalnie: okładał je na zmianę czerwonymi mrówkami i liśćmi paciorecznika indyjskiego.
Wkrótce te mięśnie przytulą Strony Operatora. Będą mu balsamem, okładem, imadłem, potrzaskiem i bagnem biebrzańskim.
No i - niestety - nie tyle paciorecznikiem indyjskim, co barszczem Sosnowskiego.















Tak wyglądają zajęcia ludzi siejących proso, osuszających bagna i prowadzących wykopki w ramach ochotniczych hufców ZSMP. W każdym razie, o ile ufać propagandzie nowej armii japońskiej.






W przerwach między sianiem prosa, a w ekowaniem ćwikły, nie brakowało chwil swobodnego humoru, który pojawiał się na samą myśl o buńczucznym wyzwaniu rzucanym zza wydm arabskich. Proszę zwrócić uwagę na fotografię: radosny śmiech Damiana ma swoje uzasadnienie. Autor właśnie mówi:
- As You know, he's leaving his cocoon right now.



Damian postanowił przetrenować kopnięcie przebijace kokon, które wyrzuca z jego wnętrza istotę brytyjsko buńczuczną. Jak widzicie, przetrenował je solidnie, z celtyckim zacięciem. Autor został wyrwany z podłoża i wylądował dwa metry dalej z bardzo nieprzyjemnym rezonansem kręgów szyjnych.
Los kokonu i jego treści wydaje się być
przesądzony.




W przeciwieństwie do losu Auto
ra, który przetrwał serię owych prób jądrowych i po przywróceniu porządku w kręgach szyjnych wziął się za pakowanie walizki. Znalazły się w niej rękawice i suchary dla wojowników, oraz balsam wietnamski, syrop guajazyl, gencjana, olej rycynowy, płyn lugola, kołnierz ortopedyczny i pomponki na ramiona przeciw zatonięciu - dla Wszyscy Wiecie Kogo.





We are coming for You, bro! :)

Jak to Bruce Lee rzekł do O'Hary -

OUTSIDE...








11 komentarzy:

  1. Rozwijanie weny tworczej za pomoca cwiczen fizycznych najwyrazniej Autorowi sprzyja...

    OdpowiedzUsuń
  2. Doktorze Seth, wszystko jest iluzją...
    Czy też może: wszystko jest fotoplastykonem.


    Tym postem oficjalnie i serdecznie żegnam się z Państwem na 2,5 tygodnia.
    Jeśli się po tym czasie nie odezwę, to mogiły autorskiej obwieszonej hełmem husarskim, należy szukać w pasie przybrzeżnym Karwi.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wow, od rana taka dawka wstrząsajacej męskiej urody treningowej. Supeeeer!!!
    Re-Eunice

    OdpowiedzUsuń
  4. Od samego patrzenia urósł mi jakiś mięsień, tylko jeszcze muszę go zlokalizować.

    OdpowiedzUsuń
  5. Panie Semik co Pan prezentuje za styl walki?Jestem ciekaw.Wyglądem Pan może postraszyć....ale te mięśnie czy naprawdę to sama natura a może na wspomaganiu i w rzeczywistości są jak z waty?


    Jet Lee!!

    OdpowiedzUsuń
  6. Panie Jet. Te mięśnie to z waty szklanej uczyniony fotoplastykon. Dlatego reprezentuję osławiony w pobliżu Hradczan styl walki bez walki.

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie obawiam się kogoś, kto trenuje 10000 kopnięć, ale tego, który 10000 razy trenował jedno kopnięcie.

    .....

    OdpowiedzUsuń
  8. Czy Bruce Lee to ten z Man in Black ?:((

    OdpowiedzUsuń
  9. Tak, to ten sam. Ten bardziej Black.

    Do Komentatora powyżej poniższego (acz wciąż powyższego): i miał rację, Mistrz, miał rację...

    OdpowiedzUsuń
  10. .... ja muszę dodać że bardzo ladne zdjęcia i bardzo ladne mięśnie! Cieszy mnie ze na świecie są jeszcze ludzie, ktorych zainteresowania sa szerokie i nie ida tylko w jednym kierunku. Wszak pisanie i kung-fu to całkiem odmienne rzeczy! to czyni z Pana czlowieka ciekawego i godnego uwagi. Docinki takie jak te powyżej, są moim skromnym zdaniem czystym przejawem, chorej ludzkiej zazdrości, na ktorą w moim świecie nie ma miejsca!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  11. I cóż ja mogę rzec na tak piękne słowa... Domyślam się, że ich autorem jest kobieta, więc tak się wyrażę:
    Chętnie wręczyłbym w wyrazie wdzięczności bukiet kwiatów (jesiennych, co prawda), mam jednak dziwne wrażenie, że dzieli nas znaczny dystans...
    Pozostaje mi ukłonić się z tego dystansu.

    A wszechstronne zainteresowania rzecz dobra i życie umilająca. ;)

    OdpowiedzUsuń