wtorek, 27 września 2011

Jesienny powrót Andżeliki z zesłania letniego

Tak! Pytano, krzyczano, domagano.
Domagano - się, oczywiście. Krzyczano sobie, a pytano mnie.
O Andżelikę. I o Emiliara. Czy jeszcze żyje, czy też ona już go... prawda, ciach.
Z radością obwieszczam, że ciachu jeszcze nie było, sławetny mąż-dżentelmen, tarcza i wabik*, Emiliar żyje. I wciąż kulturalnie, szarmancko a heroicznie zbiera cięgi.
Z radością obwieszczam powrót Andżeliki.
Sam się o nią dopytywałem. Krzyczałem i domagałem.
I oto jest.
Moi drodzy. Dzisiejsza historia jest wyjątkowo dramatyczna. Tak, wiem - każdy odcinek Andżeliki jest wyjątkowo dramatyczny... Ale sami zobaczycie.
Bo jestem przekonany, że taki horror, jaki spadł pewnej nocy letniej na żonę Emiliara**, przeżył każdy z nas...
Ja nawet traumę mam.
Miłej lektury!
PS - dziś wprowadza się obowiązek przeczytania opowiadania z kamienną twarzą Wapiennego Konfucjusza. Trudne? Bardzo! Ale niech każdy sam sobie objawi prawdę, co czeka go, gdy pewnego dnia ujrzy Marsjan w sercu Zabrza. Albo będzie Konfucjuszem, albo popadnie w krzyki i trwogę; będzie wrzeszczał o czułkach, laserach i inwazji i... i tyle go widzieli, jak ambulans podjedzie.
Przećwiczcie Konfucjusza na tym opowiadaniu.
Kto ani razu nie zachichocze, nie parsknie, nie bulgotnie, nie pisknie - jest bezpieczny. Pełna władza nad ciałem i umysłem.
Kto zaś dźwięki podejrzane uwolni - niech się choć przyzna!

*Tarcza na ciosy (od żony), wabik na kłopoty (dla żony).
**No tak, na Emiliara także. No siłą rzeczy, prawda...



Nadesłało: ONO Socjopatyczne









Andżelika.
Wielka wojna



Bzzzzzz.....
- Emiliar, miałeś wytłuc komary! - powiedziała Andźelika.
Byli już w łóżku.
- Przecież wytłukłem – odpowiedział, wybudzony ze snu.
- No przecież słyszę jak lata mi nad uchem. Nie zasnę. Wstań, proszę.
Emiliar zwlekł się z łóżka, zapalił światło i zaczął rozglądać się po ścianach i suficie, przechadzając się po pokoju.
- Nie ma - stwierdził po chwili.
- Jest. Musi być. Słyszałam to przeklęte bzyczenie.
- Nie widzę go.
- Nie wpuszczę cię do łóżka, dopóki go nie znajdziesz. Nie zasnę z komarem w pokoju.
- Wiem, że nie zaśniesz. Powtarzasz to co chwilę - powiedział, lekko poirytowany tym, że to właśnie on musiał opuścić łóżko i polować na komara - ale ja go nie widzę. Może wyleciał na korytarz, albo...lecąc w ciemności walnął głową o ścianę i padł trupem.
Emiliar zgasił światło i położył się z powrotem do łóżka.
Bzzzzzzz....
- Słyszałeś? - zapytała cichutko.
- Co?
- No bzyczenie.
- Nie, nie słyszałem. Dasz mi już spać?
- Głuchy jesteś i do tego totalnie nie można na tobie polegać! - powiedziała Andżelika.
- To tylko komar. Mały, chudy komar.
- Komar, którego dorwę i wyrwę mu ten wstrętny chudy dziubek! - wykrzyczała, wstając z hukiem z łóżka.
Zapalając po drodze wszystkie światła, poszła do kuchni i ze stołu wzięła najgrubszą gazetę, jaką znalazła. Zwinęła ją w rurkę i wróciła do sypialni. Obeszła cichutko wszystkie kąty, poruszyła każdą napotkaną rzecz, szukając komara.
- Jesteś, draniu! - wycedziła przez zęby, dostrzegając go na jednym elfie z kolekcji.
Zamachnęła się. Jednak w porę oprzytomniała, by uzmysłowić sobie, że nie może uderzyć tak ciężką gazetą w sam środek elfiej społeczności. Delikatnym ruchem jedynie go zgoniła. Komar usiadł o jednego elfa dalej. Gdy sytuacja powtórzyła się kilkanaście razy, Andżelika straciła cierpliwość. Trzymając gazetę dwoma rękoma, zamachnęła się zza głowy i z całej siły uderzyła w małe, równiutko ustawione, kolorowe figurki.
- Co ty robisz?! - Emiliar aż podskoczył na łóżku.
Andżelika nawet nie zwróciła na niego uwagi. Podążała wzrokiem za sprytnym owadem, któremu jednak udało się uniknąć śmierci.
- Andżelika, opanuj się, to tylko...
- Cicho siedź! Dorwę go za chwilę.
Pobiegła do kuchni po krzesło. Komar umiejscowił się na szafie, za kwadratowym wazonem ze sztucznymi kwiatami.
Andzelika przystawiła krzesło, weszła na nie i przyglądała się mu, medytując nad tym, jak może go zabić. Pchnęła z całej siły wazonem w ścianę. Roztłukł się w drobny mak, a komar przefrunął na stojące obok szafy lustro.
Nie chcąc tracić takiej okazji, skoczyła szybko z krzesła, na tyle chaotycznie, że runęła na podłogę jak kloc.
- To już jest wojna, kolego. A ze mną wojen się nie zaczyna - powiedziała, podnosząc się i wskazując palcem na intruza.
Ponieważ gazetę zostawiła na szafie, złapała to, co akurat miała pod ręką - laptop Emiliara.
- Nieeee... - zdążył jedynie bezsilnym głosem powiedzieć Emiliar, gdy laptop uderzył w wielkie lustro.
Andżelika zamarła. Zrobiło się cicho. Uśmiechnęła się z triumfem. Zbyt szybko.
Bzzzzzz....
Zaczęła łapać co popadło i rzucać w to małe, latające stworzonko. Leciały książki, wazoniki, świeczki i kubki po wieczornej herbacie, którą wypili w łóżku.
Emiliar nie miał jednak odwagi wstać i powstrzymać swojej rozwścieczonej żony. Schował się pod kołdrę.
Komar nie wiedząc już, gdzie ma uciekać, przedostał się cudem na korytarz, a stamtąd wprost do salonu. Andżelika biegła za nim wyklinając pod nosem, jak nigdy wcześniej jej się nie zdarzyło.
- Tu cię dorwę! - wykrzyczała.
Pobiegła do łazienki po lakier do włosów, a z kuchennej szuflady wzięła zapalniczkę.
- Spalę cię, mały potworze! - darła się, biegając po salonie i próbując spalić komara. Zasłonki zajęły się ogniem. Gdy skończył się lakier do włosów, rzuciła w niego pustym pojemnikiem.
Emiliar w tym czasie biegał z dzbankiem z wodą i gasił ogień. Co chwilę wpadali na siebie.
- Nie kręć mi się tu! Tu jest wojna! - krzyczała z obłędem w oczach.
Emiliar złapał ją za ramiona i porząsnął bardzo mocno.
- Opanuj się! Podpaliłaś mieszkanie – wołał przerażony.
Andżelika jedynie wodziła wzrokiem po ścianach i suficie.
Dostrzegła go. Usiadł na telewizorze.
- Mam go - wyszeptała.
Wyrwała się z uścisku Emiliara. Rozejrzała po pokoju i po cichutku podeszła do telewizora, po drodze chwytając za kulę do kręgli.
- Mam cię! - wykrzyczała, rzucając ową kulą w telewizor.
Znów nastała błoga cisza. Andżelika nasłuchiwała. To nie był jednak koniec.
Bzzzzzzzz.....
Jej twarz zrobiła się czerwona. Złapała za szczotkę na kiju i zaczęła tłuc na oślep po meblach. Niestety, trafiła też w Emiliara, który padł na podłogę, zamroczony jednym z uderzeń.
Zdemolowała cały salon. Pozrywała karnisze i porozbijała szyby. Komar wciąż żył.
Usiadła na ziemi i zaczęła płakać.
- Ja nie zasnę, ja nie zasnę, ja nie zasnę... - cedziła przez łzy, siedząc skulona na dywanie obok zamroczonego Emiliara.
Bzzzzzz...
Poczuła, że komar usiadł jej na czole. Lewą ręką z całej siły przywaliła sobie w czoło.
Poczuła ulgę.
Wróg nie żył.
Nie wierząc jeszcze w swoje zwycięstwo, poszła do łazienki, by dokładnie obejrzeć małe zwłoki rozgniecione na czole.
Teraz dopiero usmiiecheła się triumfalnie. Wzięła to, co z niego zostało w palce i powiedziała :
- Mówiłam, że ze mną się nie zaczyna wojen, komarku.
Wrzuciła go do toalety i spuściła wodę. Obmyła twarz wodą i wróciła do salonu.
Już świtało.
Szybko zakleiła wybite szyby dużymi torbami na śmieci, a nieprzytomnego męża zaciągnęła za nogi do łóżka.
Położyła się. Była tak zmęczona, że dosłownie po sekundzie zaczęła odpływać. Sen się zbliżał. Zasypiała szczęśliwa.
Szczęśliwa i zwycięska.
Już prawie...
Bzzzzzzz...!

9 komentarzy:

  1. No i nie ma happy-endu. Jak w amerykańskim horrorze i słowiańskim melodramacie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zwracam się z prośbą o podanie przykładów słowiańskich melodramatów. To pilne.
    Polska - Komarowo
    Re-Eunice

    OdpowiedzUsuń
  3. Biały Bim-Czarne Ucho.
    Traumę mam.
    Nigdy tego nie wybaczę Rosjanom.

    OdpowiedzUsuń
  4. Konfucjusz poczekałby, aż siądzie mu na nosie i się napije spokojnie, albo...strzelił sobie w nos ze skutkiem śmiertelnym, podwójnym.

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo smutny, jeśli zważyć, że ten heroiczny komar wyraźnie się na końcu podłożył...

    OdpowiedzUsuń
  6. tak sadystycznie zabic komara to poprostu nie zrozumiale! bo bzyczał!!!! wy baby parszywe, nie raz trajkoczecie dziesiec razy gorzej i MY mamy tez cheć pacnąć was raz na zawsze jednak w nas litość jeszcze drzemie- wy bezduszne, zimne głazy lodowe, spędzacie sen z powiek, psujecie każdy mecz w waszym towarzystwie, obrażacie nasze mamusie!!!! zbieram armie komarów i ide na was, bom jest już zerzaty waszym jadem.....

    OdpowiedzUsuń
  7. Ho, to już nie przelewki, nie przelewki...
    Podobno szerszenie można kotraktować na wyprawy wojenne niedużym kosztem. Nie wiem tylko, czy są skłonne wyprawiać się przeciw kobietom-zabójcom moskitów.
    A ten biedny komar, cóż, zasłużył na grobowiec marmurowy. W końcu nie poszłoby aż tak dużo materiału...

    OdpowiedzUsuń