niedziela, 4 września 2011

Raport wakacyjny, part tfu

Gofry i berbecie

Tradycja spożywania codziennej (codziennie niejednorazowej wręcz) porcji gofrów w Karwi stała się naszą tradycją kilka lat temu. Bodaj w roku 2008. Jest więc tradycją wiekową, taką prasłowiańską.
I jak tu z taką walczyć?
Wszak nie jesteśmy Germanami-Hodonami.
Na Swaroga.
Na zdjęciu widzicie mój pierwszy gofr w tym sezonie (dał początek niezbyt krótkiej serii tuzina gofrów). Owszem, w całej drużynie to ja zamawiałem największe gofry. Ktoś musi przecierać szlak... nawet, jeśli to szlak do samozagłady.

Pierwsza kąpiel nie wygląda może przekonująco jako symbioza małego człowieka i wielkiej wody - ale później Kuba dosłownie wrósł (wtopił się? wbąblił?) w Bałtyk, którym się zauroczył.
Bałtyk też wyglądał na zauroczony.
I była symbioza.
Mojego syna nie było łatwo wyciągać z wody.
Zważywszy, że nie dysponowaliśmy arkanami tatarskimi tudzież ciągnikami New Holland.

A to nie kto inny, jak sam doskonale znany Wam doktor Marcel. Mi znany jest jeszcze bardziej doskonale.
Tak, doktor Marcel jest piękny. Jest w końcu jakaś przyczyna w tym, że tak wiele opowiadań doktora Autor tu zamieszcza...
Autor, ten bardzo podstępny i siedmiolicowy człowiek, znienacka, a raptownie, zaprawdę błyskawicznie, pocałował doktora Marcela. Ten pocałunek wstrząsnął bardzo obiema stronami, ale żadna się do tego nie przyznaje.
Zaś ta mała berbeciowa istota obok doktora, to, cóż, berbeć doktora. Kiedy przyjrzycie się prawej części korpusu berbecia, ujrzycie aż dwie prawe dłonie. Spieszę uspokoić: jedna z nich należy do doktora. Nie ma tylko pewności, która.
W każdym razie berbeć ma na imię Jacek i nie jest oktopusem.
Berbeć Jacek wiele zresztą wniósł w nastrój wyprawy. Pewnego ranka o godzinie 6.00, niech tam będzie, że 7.o0, otworzyłem oczy, słysząc zaciekawiony głos Jacka:
- Cio to?... Cio to?... Cio to?... Cio to?... Cio to?...
Zasnąłem więc szybko.
Obudziłem się o 7.00, być może o 8.00. Ściślej rzec biorąc obudził mnie zaciekawiony, lecz monotonny raczej głos:
- Cio to?... Cio to?... Cio to?...
Niestety, nie udało mi się już zasnąć.

Mecze cymbergaja były codziennością, zresztą też są starosłowiańską tradycją.
W każdym razie od roku 2008.
Na lewo Strony Operator (na bardzo lewo). Jak widać, udało mu się opuścić kokon. Jest też wyraźnie człowiekiem (choć z tego rzutu bardziej pasującym jednak urodą do hufców Hodona niż Piasta), a nie ćmą trupią czaszką...Wbrew dziwnym plotkom z okresu wiosny.
Strony Operator grał najlepiej w cymbergaja w całej drużynie.
Acz piastowskiej. Gdy przybył z Irlandii Damian Birrane, z celtyckim zuchwalstwem zmasakrował w tej grze wszelkie piastowskie gniazda oporu.

Na tym familijno-sielankowym zdjęciu widzicie znaczą część drużyny. Być może zastanawiacie się, kim jest człowiek z papierosem, który przypomina twarzą Mad Maxa w chwilach, gdy go obijano. To drugi berbeć doktora Marcela.
Mniej więcej.
W każdym razie tej wersji się trzymamy.
Pierwszy biwak na plaży trwał około pięć minut (niektóre źródła twierdzą, że całe 11 minut, ale są to niepewne źródła ussuryjskie). Dlaczego tak krótko? Albowiem wydarzył się Incydent Meteosocjopatyczny. Otóż na niebie pojawił się nagle ciemny obłok i Strony Operator zarządził błyskawiczną ewakuację z plaży. Jeszcze nie doszliśmy do kwater, gdy obłok rozwiał się niczym obłok i na błękitnym niebie zaświeciło słońce. Nastąpiła wyraźna konfuzja Strony Operatora, który być może spodziewał się ciosu kołkiem osinowym ze strony ewakuowanych lub wideł spadających nań z nieba (zamiast deszczu).
Być może słusznie się spodziewał.
Oczywiście incydent nikomu nie popsuł humoru ani instynktów morderczych nie obudził.
Zresztą wszelkie kołki osinowe były poza zasięgiem.
A poza tym był to ledwie jeden z wielu incydentów. Już za chwilę miał zdarzyć się kolejny. Ale to już w raporcie three*.
*czytaj: three.

13 komentarzy:

  1. Pobudka urzadzona Autorowi przez Berbecia Jacka wstrznasnelaby mna rownie mocno...Natomiast co do Incydentu Meteosocjopatycznego, Autor, jako, ze zamieszkuje na Zielonej Wyspie, do Incydentow takowych powinien byc STANOWCZO przyzwyczajony:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tort bezowy stanowczo i mocno działa na moją wyobraźnię. Po prostu tracę rozsądek. A raczej jego resztki. :-)))
    Re-Eunice

    OdpowiedzUsuń
  3. Re-Eunice, kto raz zakosztuje tego tortu, do końca życia będzie toczyć dramatyczną walkę z Cukrem.
    Sr Seth, 5 lat to za mało, żeby przywyknąć do meteosocjopatii. Potrzebyję 50-ciu.

    OdpowiedzUsuń
  4. Doktor Marcel jest KOBIETĄ????????!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  5. witam wszystkich i całuje gorąco!!!!! bierzemy sie teraz do roboty!!!

    OdpowiedzUsuń
  6. ja walcze z cukrem juz od 30lat! jak natazie walka przegrana! kilogram mi starcza na daw dni? wam też????????

    OdpowiedzUsuń
  7. Brawo, Bibi, takich słów nam trzeba! Sam nie poradziłbym sobie z tymi pajęczynami, co Lwy porosły!
    Tak, dr Marcel jest kobietą. Spieszę jednak donieść,że romansu nie było. Człowiek z Papierosem stanął na przeszkodzie.
    Do Komentatora powyżej: ta walka mniej więcej tyle trwa: od 20 do 70 lat. Zwycięstwa Cukru są nieprzebrane.
    Ale czy ktoś zjadł kiedykolwiek 12 snickersów do jednej kawy?...
    Ja zjadłem.
    Do dziś moja trzustka patrzy z pewną podejrzliwością na to, co robię. Ona w tę wojnę z Cukrem nie uwierzy jeszcze przez jakieś 10 lat.

    OdpowiedzUsuń
  8. Kochany Lwie walcz mężnie z cukrem dalej i dawaj przykład ludowi.
    Re-Eunice

    OdpowiedzUsuń
  9. Walczę mężnie już 22 dzień. Kapitulacja jest przewidywana na Wigilię.

    OdpowiedzUsuń
  10. doktor Marcel jest kobietą??????:-0

    OdpowiedzUsuń
  11. W zasadzie nie jest to ostatecznie potwierdzone. Jeden podstępny całus nie może być dowodem.

    OdpowiedzUsuń
  12. Dr.Marcel...jest kobietą ?!;D ...oooo...
    a się domyślałam ...hi hi hi ... strzałka >> Marcelino!:)))

    OdpowiedzUsuń