poniedziałek, 12 września 2011

Raport wakacyjny, part three*

Incydent Spartański

P
onieważ pogoda okazała się być szkocka, rozmaite poboczne roz/g/rywki umilały chwile między robieniem tego, a nie robieniem owego. Tę grę nazwaliśmy Dinozaury, bo też ze Scrabble czy Eurobusinessem miała niewiele wspólnego. Pasowałaby jej jednak klasyczna i dobrze uzasadniona nazwa Człowieku, nie irytuj się. Okazały się bowiem Dinozaury jedną z tych gier, w które gra się z mozołem dwudziestopięcioletnim, przy czym gwarancji ukończenia nikt nie zaoferuje. Nie przypominam sobie (gofry osłabiły sektor pamięciowy), komu udało się ominąć pułapki i ukończyć grę zwycięsko... Nie wydaje mi się jednak, by zdarzyło się to więcej niż raz czy dwa.




Lokal Złota Rybka jest - oczywiście - kultowy. A nawet flagowy, urzędowy i obowiązkowy. Od roku - oczywiście - 2008. Pizz (pizzew? pizzeń? pics?) zjedliśmy jeszcze więcej niż gofrów, bo tradycje się szanuje. Osobiście skonsumowałem w ciągu tego morskiego tygodnia więcej pizz (pizzew? pizzeń? pics?), niż przez cały miniony rok. Jakieś osiem razy więcej.
Bo myślę, że jedną pizzę w ciągu minionego roku jednak zjadłem.








W
ieczory
- zazwyczaj - były kulturalne. Pacholęta układały się w kąciku z upodobaną lekturą, dżentelmeni zaś zerkali z ukosa w telewizor lub na siebie. Drugiego wieczoru polscy członkowie wyprawy odkryli ponurą regułę, że deszcz przybył wraz z Damianem. Nawet, jeśli było to prawdą naciąganą, słowiańsko wygodną i zupełnie nieprawdziwą, przyjęto ją z aklamacyjną serdecznością (oczywiście pod nieobecność winowajcy).
Podobnie jak drugą regułę. Że deszcz zaczyna padać, gdy Damian Birrane otwiera usta i przemawia. A ponieważ reguła ta całkiem rzetelnie się sprawdzała, życzliwie i ochoczo obwinialiśmy naszego celtyckiego kamrata o deszczowy opad nawet, gdy nie było go z nami:
- Oho, pada, pewnie Damian z kimś rozmawia.

Ponieważ członkowie drużyny zerkali na siebie z ukosa, prowadzone były żywiołowe rozmowy na tematy wszelkie, dowolne, nieograniczone i niezastrzeżone. Było tak, jak tylko może być w ekipie idealnie, niewymuszenie skomponowanej... I takich wieczorów - oto jest prawda - nigdy w życiu, przyjacielu, za wiele mieć nie będziesz.
Lekki kwas pruski uaktywnił tylko jeden z towarzyszy wczasowych (być może podchmielony), zarzucając Mistrzowi Lee marne wykonanie ciosu jednocalowego...
Wobec takiej prowokacji skłonny byłem sam ów one-inch-punch zademonstrować, nikt jednak torsu nie podsunął, a i kwas pruski się ulotnił.


A jednak doszło i do poważnego incydentu - zapowiadanego już Incydentu Spartańskiego. W południe kupiłem synowi memu Lwu klapki klasy plastikowane wietrznikowane. Całkiem klawe, niebieskie jak morze na akwarelach. Po czym, gdy Kuba je założył, zerwałem z nich żółte kwiatuszki, mówiąc;
- Jesteśmy Spartanami, synu.
Wieczorem tego samego dnia, gdy drużyna słowiańsko-celtycka rozłożyła swój arsenał piwny, i ja wyciągnąłem na stół upodobane swe piwo. Zresztą - od roku 2008-go, tak jest. Znacie mój stosunek do tradycji...
Nagle Strony Operator zerwał się, chwycił moją puszkę i kąśliwie a druzgocąco oświadczył:
-Proszę, dziś rano Leon (to o mnie) mówił coś o Spartanach. Proszę, jakie piwo piją Spartanie: aniołki, kwiatki... Jesteśmy Spartanami, tak?
A ja lubię piwo Redd's i nie zamierzam go porzucić, choćby znów pułki perskie miały przez Termopile przejść. Przyznaję jednak, że nowy fason puszki trochę mnie zaskoczył. W poprzednim sezonie ozdobę stanowiły jakoweś motywy azteckie, nie zaś motyle i elfy roztańczone...
Do końca wakacji z kamienną miną nazywałem moje piwo Spartańskim, co przysparzało ciekawych reakcji.
- Spartańskie? - zdziwiła się barmanka w jednym z lokali, gdzie złożyłem zamówienie. - Nie słyszałam o takim. Gdyby było takie piwo, na pewno bym je znała.
- Spartańskie? - sprzedawczyni w innym miejscu zerknęła na mnie z nikłym uśmiechem, podając mi Redd'sa. - Chyba po bitwie...
Redd's... Dobre piwo. Spartańskie.


Śniadania
są przyjemnym posiłkiem, szczególnie o wakacyjnym, nadmorskim poranku, gdy organizm wstaje rześki, zregenerowany i zjodynowany. Czy jednak wszyscy wstawali aby tak przekonująco zregenerowani? A może przekroczyli dawkę jodu? Wystarczy rzucić okiem na zdjęcie, by przekonać się, że Człowiek z Papierosem vel Mad Obijany Max wciąż jeszcze śpi (lub zapadł w komę głodową), zaś doktor Marcel dosiada krzesła niczym australopitek, co się obsługi mebli uczy.



Pogoda nie sprzyjała sprzedawcom olejków i aerozoli przeciwoparzeniowych i przeciwmoskitowych - sprzyjała z kolei wycieczkom. Tu widoczna zbiórka na pierwszą wyprawę na Gdańsk. Wyprawa zakończyła się całkowitą klęską i pół-odwrotem, o czym jednak już w kolejnej części raportu, w parcie ford.


*three - czyt.: three.

11 komentarzy:

  1. To się nazywa wypoczynek: gofry, lody, tort bezowy, pizza, piwo. Ładna pogoda nie jest wtedy potrzebna. ładne dziewczyny też.
    A gdzie zdjęcie Lwa w morzu?
    Re-Eunice

    OdpowiedzUsuń
  2. Spartańskie piwo - podkreślę. Inne piwa mi nie smakują.
    Zdjęcie Lwa w morzu? Będzie coś tam w którymś z kolejnych raportów. ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. W punktacji zauważam aż dwie "histerie". I to nie dziwi: gofry, lody, tort bezowy, pizza, piwo... - każdy by tak chciał, a nie każdy może.
    Głowy do góry! Za rok Bałtyk będzie wciąż tam, gdzie jest dziś.

    No, chyba że Majowie mieli rację...

    OdpowiedzUsuń
  4. Ha...ha ..ha a jak tam z procentami...:D

    OdpowiedzUsuń
  5. Procentami czego, konkretnie? Mieliśmy na przykład 100% cukru i 23% słońca dziennie. ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. ....moja kobieta pije mocniejsze piwo:)

    OdpowiedzUsuń
  7. LECH piwo królów!!!!!proponuje do śniadania, obiadu, kolacji!!!!iiiiiiii...... pięć na sen, do tego 20 papierosów i dyskoteka gra!!!!!:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Dobra jest, wchodzę w to!
    I kilka burgerów na noc, okej?

    OdpowiedzUsuń
  9. burgery, montery, szpadery, dwa zabulgacze i wszystko skacze,.,.,.

    OdpowiedzUsuń
  10. Fajnie tekścisz! Przypominają mi się komiksy z Tytusem de Zoo. Baaardzo kultowe.
    I tu Autor przyznaje się - z dumą! - do posiadania Kolekcji Pełnej.

    OdpowiedzUsuń