niedziela, 2 października 2011

Księżyc, Jaskinia i plany imperialne

Moi drodzy. Lwy się rozrastają, kości im chrzęszczą, kły rdzewieją, a na wydeptanym terytorium, niczym w skąpo przydzielonym rezerwacie, zaczyna brakować pożywienia... A mówiąc bardziej serio - Autor rozszerza swą działalność, uważając, że religię tak endorficzną, jaką jest czarny humor, należy szerzyć, gdzie tylko się da. Chby i na Księżycu.
Ale to później. Póki co, Autor zaczyna publikować swoje opowiadania i nowele w znakomitej e-bookowej kompanii spedycyjnej, zwanej RW2010. Będą tam zamieszczane utwory znane stąd, ale przeważnie całkiem inne, choćby po to, by osoby pochwycone w lwie pułapki na owym portalu wydawniczym, mogły być prowadzone tutaj, na Lwy, w sensownym a pożytecznym celu.
Przeczytania nowych, nieznanych utworów, odurzenia, uzależnienia, i stania się częścią naszej szczęśliwej enklawy.
Także po to, by osoby odkrywające uroki czarnego humoru, mogły z kolei przejść wydeptaną ścieżką do wydawnictwa RW2010 i tam nasycić się kolejnymi opowiadaniami tego gatunku, nie tylko Autora zresztą.
Większość utworów dostępnych w owej oficynie będzie płatna. Tak, Autor zbiera na aeroplan trzypłatowy, i pomyślał, że może taką drogą...
Spieszę jednak z krzepiącym raportem. Po pierwsze: ceny są mikrobiologiczne, nieomal niedostrzegalne. Nowela Wpływ na Księżyc kosztuje raptem 397 forintów węgierskich.
Zdawać się to może całkiem paraliżującą kwotą, lecz nie, kiedy się jest Węgrem. Każdy bratanek do szabli i do szklanki wie, że za 397 forintów kupi sobie bochenek chleba i ser topiony z pieczarkami.
Albowiem 397 forintów to 6 polskich złotych.
Zbiór 5 opowiadań kosztuje zaś połowę tej zawrotnej sumy. Złotych polskich 3.
Forintów węgierskich niecałe 200. Trzeba by rozgryźć monetę zębami, by to równo podzielić.*
Po drugie: nikt z lwowian (lwowiaków?) nie musi opuszczać terytorium rezerwatu - to jest, chciałem rzec: strony - by wydeptaną ścieżką przechodzić do oficyny RW2010, gdzie będzie miał dostęp do psychiatrycznych dzieł Autora za ciężko zarobione forinty. Strona Lwy Nemejskie pozostaje bowiem silna, zadbana, aktywna i darmowa. Będzie na niej niezmiennie przybywać opowiadań i artykułów ku powszechnej zabawie i odprężeniu.
Lwy Nemejskie pozostaną najważniejsze, a Wy stanowicie ich mechanizm życia.
To, że Autor będzie starać się zarobić na trzypłatowy aeroplan na innym terytorium, nie oznacza - i nigdy nie będzie - zaniedbania w naszym stabilnym i przyjaznym rezerwacie. Howgh.
Już w najbliższym czasie opublikowane zostanie nowe opowiadanie, kolejny raport wakacyjny, a także ogłoszony konkurs.
Strona rośnie i nabiera mocy dla wszystkich Gości. Niech potwierdzeniem tego, że nie istnieją plany pocięcia strony piłami spalinowymi i zatopienia odseparowanych fragmentów w Rowie Mariańskim, będą ostatnie zmiany.
Zauważyliście już pewnie Jaskinię. Jaskinia będzie specyficznym zakątkiem specyficznej lektury. Wprowadzane do niej utwory nie będą na home ani publikowane, ani nawet obwieszczane. Dlatego jedynie samodzielne zerknięcia do Jaskini od czasu do czasu ujawnią coś nowego w jej mrocznym wnętrzu.
Dlaczego Jaskinia jest wydzielonym kątem i dlaczego utwory doń przeznaczone będzie wprowadzać się cichcem, niczym zwłoki owinięte w dywany belgijskie?
Albowiem, moi drodzy, utwory umieszczone w Jaskini będą lekturą wysokiego ryzyka. Każdy, kto zdecyduje się spenetrować ów mroczny zakątek, musi mieć świadomość tego, że zostanie skonfrontowany z historią o nieprzewidywalnym ładunku emocjonalnym. Wybrane opowiadanie może okazać się utworem ciężkim, pesymistycznym, albo też właśnie uskrzydlającym husarsko, porywającym w górę, ku świetlistej euforii. Może zaś najzupełniej mroczną zgrozą, ściskającą krtań i tętnice.
Wycieczka w głąb Jaskini może sprowadzić łzy, refleksje i zafrapowanie.
Jest niebezpieczna, a wyposażenie w kaski, karbidówki, oskardy, dynamit i chińskich przewodników nie gwarantuje niczego.
Dlatego właśnie penetracja tego mrocznego zakątka nie jest obowiązkowa i nie będzie do niej nawoływania na głównej stronie (home). Zresztą home jest silnikiem Lwów, a Lwy trzymają się wiernie obranego napędu: czarnego humoru, groteski, pastiszu i absurdu.
Jeśli ktoś, mimo ostrzeżeń, odważy się zgłębić Jaskinię i zazna silnego wstrząsu, powinien bezzwłocznie sięgnąć po dostępne środki reanimowania: 2-3 utwory z działu opowiadania autora powinny sprawić ukojenie i przywrócić radość życia.
Życząc wszystkim dobrych snów (o imperium, milionach forintów** i takich tam) w świetle Księżyca, zamieszczamy fragment noweli, którą opublikowano Autorowi we wspomnianym wydawnictwie. Lektura jest specyficzna - czarny humor i groteska splatają się z bardzo mocną liryką... Przyjemnej lektury lunarycznej życzą Lwy!

*Kiedyś forint dzielił się na 100 fillérów, lecz w roku 1999 wycofano je z obiegu. Zapewne nikomu nie było już do śmiechu, kiedy za bochen chleba i ser topiony przyszło płacić 39700 fillérów...
**Bądź co bądź za milion forintów można już kupić dobry adapter.


Wpływ
na
Księżyc


Szczęście jest ulotne.
Tak, to frazes. Ulotne jest wszystko. Tyle, że tej akurat ulotności przeciwstawiamy się z najwyższą determinacją, eksploatując cały dostępny arsenał. Płacąc każdą cenę.
Co czasem nie wystarczy.
Nie wtedy, kiedy popełnia się taki błąd, jaki popełniłem ja.
To smutne. Gdy piszę te słowa, jest już po wszystkim.
No, prawie. Po wszystkim będzie o świcie. Teraz siedzę przy stoliku, który wystawiłem na taras. Jest 2.20 w nocy. Wszystkie istoty, które kocham, śpią.
Ja nie mogę. Ściślej rzecz biorąc, nie zasnę już nigdy.
Pierwszy raz piszę przy świetle Księżyca. Wisi nade mną ogromny, jasny, potężny, niezachwiany.
Pierwszy raz patrzę na niego jak na wroga.
Którym jest.
*
Byłem człowiekiem niecodziennie szczęśliwym. Niecodziennie – nie tylko dlatego, że mogłem pochwalić się rodziną żyjącą w harmonii, wsparciu, przywiązaniu, wolną od trosk i zagrożeń. Przecież wiem, że wielu mężczyzn w Polsce może objawić mi to samo świadectwo szczęścia. Ja wiem. Tysiące z was ma n a p r a w d ę kochającą i lojalną nie tylko aktem, ale i nawet myślą żonę. Tysiące z was ma sprawne ciałem i zrównoważone duchem dzieci. Dzieci, które ambicją i wzajemnym wsparciem działań wspinają się systematycznie na rosnące szczyty osiągnięć i rodzinnie dzielą zasłużoną premię radości. Dzieci te nie sięgają po narkotyki, nie pragną krzywdy nie tylko bliźnich, lecz i małych, pozbawionych prawnej opieki i szansy pomszczenia stworzeń, zwanych zwierzętami. Dzieci te pielęgnują swoje cnoty b e z u c z u c i a w y r z e c z e n i a, delektując się za to satysfakcją i własną mocą.
O takiej właśnie rodzinie mówię.
I – a jakże – zasobnej przy tym w majątek, świetną reputację i perspektywy nieograniczonych zwycięstw na szlaku życiowych prób i wyzwań.
Zdrowi, zasobni, lojalni. Niepodatni na ukruszenie.
Ja, moja żona, nasza córka, nasz syn.
Przecież, na miłość boską, wiem, że nie byłem jedynym pływakiem zanurzonym w nieprzebranym potoku takiego szczęścia i fartu.
Ale czy owi inni – zwracam się tu do najszczęśliwszych z was - czy w s z y s c y z tej uprzywilejowanej karmicznie i genetycznie grupy są tak rzeczywiście świadomie szczęśliwi? Doceniający? Upojeni?
Wszak tylu już widziałem spośród tych unurzanych w szczęściu pływaków, gdy nagle, z impulsu nieodgadnionego, pozwolili swej radości zgasnąć, wychodząc z potoku na brzeg mrocznych konsekwencji. Często nieodwracalnych.
Znudzeni. Zagubieni. Zachłyśnięci.
Oszukując. Zdradzając. Porzucając.
Jak można wyjść na brzeg, gdy w potoku pozostały najważniejsze dary boskie, takie jak oddana żona i dzieci, których rozmiłowana twarz rozpala w ojcowskim sercu latarnie siły i euforii?
Dlatego właśnie powtórzę ten frazes. Szczęście jest ulotne.
Bo nie wszyscy nim obdarzeni to wiedzą. Nie wszyscy na czas.
Sztuką życiowego budowania potęgi i spełnienia jest świadomość p r e w e n c y j n a.
Ja taką miałem. Tak. To brzmi nieskromnie i trąci unikatem. Ale miałem tę zdolność, co tylko stymulowało moje poczucie szczęścia i wdzięczność dla Boga, który wręczył mi obok miłości i takie wyróżnienie. Świadomość prewencyjną.
Zdrowy, zasobny, lojalny. Niepodatny na ukruszenie. Taki właśnie byłem, co pozwalało moim oczom i mięśniom serca podwoić przydane mi szczęście.
Byłem pewien, że nigdy nie wyjdę na brzeg.
A jednak zrobiłem to. Opuściłem potok.
Przypadkiem.
No tak. Nie ma przecież przypadków. Przypadki to akty sabotażu czynione przez diabła. Teraz to wiem.
Szkoda, że świadomość prewencyjna nie pomogła mi ustrzec się tego diabelskiego aktu.
*
Wczasy spędziliśmy tradycyjnie w Karwi. To świetna, akuratna wielkością i urokiem miejscowość dla zwolenników czystej przyrody i niezbyt hałaśliwych wakacji familijnych. Gdy obok, w Jastrzębiej Górze, przelewały się tabuny dalekich od oswojenia – ba, cywilizacyjnego ujarzmienia – młodzieńców, tu, w uliczkach wypełnionych słonecznym blaskiem i aromatem zapiekanek oraz ryb, dominowały rodziny. Dla spełnionego, delektującego się familijnym spełnieniem domatora, już sam ten widok wzmacniał codziennie odczucie relaksu i wszechobecnej, wzajemnej życzliwości.
12 lipca opuściliśmy pensjonat Hellena opaleni na miarę Maorysów, napompowani energią twórczą, pozytywną i obiecującą zdrowie i triumfy na nadchodzącą ofensywę jesienną, kiedy to wróg kieruje przeciw nam z rozbrajającym, corocznym uporem, te same dywizje wirusów, wyziębień, melancholii i depresji.
Co roku rozbijaliśmy te jesienne pułki, gdyż byliśmy armią szczęśliwą, niepodatną na ukruszenie, a co istotne – w naszych połączonych sercach zawsze trwało lato.
Wczasy nad morzem silnie je utrwalały.
Ja wiem, że wielu spośród was kocha góry. Cenię to z całkowitym zrozumieniem istoty rzeczy i czystą serdecznością. Góry hartują ciało i oczyszczają duszę.
A jednak wybrałem morze na swój generator. To ono odmładza i upiększa ciało, którym badamy planetę i jej prawa. To ono – przy czym mówię tak o spacerze na piasku, jak i kąpieli w cudownie chłodnej wodzie – wręcza najbardziej obfity dar endorfiny. Wierzę, że fale morza podpływają z intencją pieszczoty?
Kąpiel w morzu jest mistyczna.
Morze jest darem.
12 lipca zostawiliśmy Karwię wdzięczni jej za wszelkie dary. Wyjechaliśmy zdrowi, zasobni, lojalni – nie mniej, niż przedtem. A jednak bardziej.
Tak to wyglądało.
A już na drugi dzień diabeł zaatakował - choć wtedy jeszcze nie wyszedłem z potoku.
13 lipca, po południu, oglądałem razem z żoną E.T. na dvd. Chciałbym powiedzieć Wam, co sądzę o tym filmie. Jest unikatem, który czyni wstrząs wszystkim sercom ludzi świadomych miłości Boga i szczodrości jego darów. To najlepszy film jaki widziałem w życiu i nie mam wątpliwości, że nie powstał bez adoracji Sił Wyższych.
Byłby obowiązkowym, comiesięcznym seansem w szkołach i więzieniach, gdyby to ode mnie zależało.
Nigdy nie podskakiwałem koźlęco z radości, gdy ktoś przerywał mi seans, zwłaszcza seans, który przeprowadza operację na moim sercu, ale oglądaliśmy E.T. po raz dwudziesty drugi i nie zmarszczyłem nawet brwi, kiedy moja siedemnastoletnia córka Malwina wbiegła do salonu.
- Nie zgadniecie, co mam! – zawołała z widocznym podekscytowaniem.
- No, no – włączyłem pauzę i pogroziłem żartobliwie palcem. – Proszę nie osądzać z góry naszej przenikliwości. Niech zgadnę... Czy może koguta francuskiego w klatce, wyćwiczonego do walk?
W rzeczywistości walki zwierząt zupełnie mnie nie bawią. Ich organizatorom dałbym szansę zmiany światopoglądu poprzez terapię filmem E.T., zaś przy jej niepowodzeniu proponowałbym bezpowrotny exodus na jakiś kontynent pokryty wieczną bielą.
- Nie – roześmiała się Malwina, trzymając ręce za plecami. – Zgaduj, mamo!
Moja żona, Ewelina, uśmiechnęła się, pocałowała mnie w trzymaną przez siebie dłoń, po czym zamyśliła się.
Chcę wam coś jeszcze powiedzieć o szczęściu. Ilu polskich mężczyzn może powiedzieć, że ich żona całuje z miłością ich ręce? Ja zaznałem tego daru. I tyle rzeknę: jest to dar bezgranicznego rozczulenia. Kocham moją żonę za 1000 darów, ale byłbym jej wojownikiem do ostatniego uderzenia serca już tylko za to.
Kobieta, która całuje ręce mężczyzny, kocha go miłością, której definicja przewyższa wszelkie ziemskie odniesienia i każe wznieść wdzięczne oczy ku niebu.
Lub w jakiekolwiek inne miejsce, w którym spodziewacie się punktu obserwacyjnego Sił Wyższych.
Zapamiętajcie to.
- Czy to jest... Jezu, znowu jakieś zwierzę ściągnęłaś z drzewa! – zawołała Ewelina z udawanym oburzeniem.
W rzeczywistości Malwina ściągnęła z drzewa tylko jednego kota, ale faktem jest, że miała fart i determinację do wynajdowania i ratowania wszelkich zwierząt wycieńczonych żarem, mrozem, głodem lub kontuzjami. W naszym domu mieszkały trzy koty, dwa psy, żbik, ryś, jenot i szop – a ja cieszyłem się z tego poddanego renowacji towarzystwa, ale z tego, że nie mieszkaliśmy gdzieś w afrykańskich sawannach, nie mniej.
To by oznaczało adopcję kotów innego rodzaju.
I mnóstwo innych zwierząt noszących na skórze ślady ich pazurów.
- No nie – wybuchła śmiechem nasza córka. Patrzyłem na nią z zauroczeniem, które miało tę samą siłę każdego dnia. Miała wiele ze swojej matki; smukłe nogi z łydkami rzadkiej urody i sprężystości, hipnotyzujący sposób poruszania się, no i poświatę bijącą z twarzy wypełnioną wdziękiem i dobrocią. – Próbujecie jeszcze?
- Gramofon – strzeliłem żartobliwie, choć z kamienną twarzą.
Ewelina poszła za tym absurdalnym strzałem:
- Panzerfaust wykopany pod Wałem Pomorskim!
Ludzie szczęśliwi przejawiają poczucie humoru, które zadziwia i frapuje.
- Ech, tam! – pokręciła głową Malwina. – Na psychiatrię z takimi pomysłami. Kalendarz mam! – wyciągnęła wreszcie ręce, w których ujrzeliśmy zrolowane kartki.
- Kalendarz? – uniosłem brwi. – I to ma być sensacja na miarę wynurzenia kontynentu Mu z głębin oceanicznych?
- Owszem. Bo to nie zwykły, „imieninowy” kalendarz, lecz k s i ę ż y c o w y.
- Księżycowy? – zaciekawiła się moja żona. – To ten, który radzi, kiedy obcinać włosy i robić głodówkę?
- Tak! Wprowadzam ulepszenie w moim życiu. Oprę się w działaniu na kalendarzu i zobaczymy, co z tego wyniknie. – Córka przysiadła się do nas na kanapie i razem z Eweliną poczęły przeglądać kalendarz.
Milczałem odprężony. Cokolwiek Malwina robiła ze swoim życiem, zawsze je ubarwiało, a uzyskana pozytywna energia wzmacniała nas wszystkich.
Fakt, że nie wprowadzała do domu lwów, na pewno nie czynił tej energii uszczerbku.
Przeciwnie.
- A gdzie Zetor? – spytała Malwina, podnosząc na mnie oczy, tak lśniące i czyste, jakby przelewał się przez nie leśny strumień.
- Na dole, w siłowni. Trenuje tricepsy i klatkę, bo ma o 7.00 randkę z brunetką poznaną na magnezja.pl.
- Aha – córka uśmiechnęła się znacząco, po czym wróciła spojrzeniem do kalendarza. – To wydruk, od Aliny. I to na razie tylko dwa tygodnie. Bo, niestety, dostała ostatni kalendarz firmy ourMoon; wykupiono wszystkie.
- Rozumiem, że inne to taka lipka raczej? – spytała łagodnie Ewelina.
- Ach, zupełna lipka. Ten kalendarz to sensacja w całej Polsce. Doradza we wszystkim i wszystko się sprawdza. Fenomen!
Fenomen, doprawdy. Słuchałem ich w milczeniu. Często milczałem, słuchając moich bliskich i patrząc na nich z refleksyjnym wyważeniem, które wcale nie stało okoniem odczuwanym jednocześnie miłości i szczęściu.
To kolejna sztuka, którą sobie przyswoiłem. Słuchać bliskich, jeśli istotnie potrzeba wtrącenia własnego głosu nie jest paląca. Z czasem tę sztukę – pozornie separacyjnego milczenia pośród rozprawiających domowników - opanował każdy członek rodziny. Nawet starszy o trzy lata od siostry Zetor, którego energia i zapał roznosiły tak, że zdawał się być blaszanym pojemnikiem wstrząsanym wewnętrznymi eksplozjami granatów.
To konfundowało wielu gości mojej rodziny. Wyobraźcie sobie kilkugodzinne przyjęcie, na którym ja albo moja żona, tudzież któreś z dzieci – ktokolwiek, bo decydował impuls chwili – jako jedyna istota zachowała nieprzerwane milczenie, delektując się obserwacją min, emocji, ruchów, opinii ukochanych osób. To jest sztuka, możecie mi wierzyć.
I zdziwilibyście się, jak silnie przydaje uświadomienia posiadanym szczęściem.
Jak wzmacnia aurę, utrwala harmonię duszy, otwiera umysł i cementuje więzi.
Zdziwilibyście się.
Spróbujcie. Zamilknijcie i patrzcie. Chłońcie.
Ja to robiłem. Mój film – dawca endorfiny i uwrażliwienia – E.T. został przerwany, ale nie poniosłem najmniejszej straty, nie wspominając o zaznaniu irytacji. Patrzyłem na najważniejsze kobiety mojego życia z uśmiechem, odnosząc zabawne wrażenie, że uśmiech ten obszedł dookoła całą głowę.
Chłonąłem.
A jednak szkoda, że nie wyrzuciłem tego kalendarza.
- Od jutra zaczynam – zapowiedziała Malwina. – A teraz idę biegać.
To kolejna rzecz, którą chcę wam podkreślić. Podkreślam wam sporo rzeczy, bo sam jestem już – kiedy to mówię - poza potokiem. Mam świadomość, że pobrzmiewam jak zgorzkniały kaznodzieja, lecz chcę wam pomóc osiągnąć uświadomienie, które mi dano, i czujność, której mi zabrakło. A zatem chcę teraz powiedzieć wam o sporcie.
Moja córka poszła biegać w ten ostatni dzień „nieksiężycowy”. Zetor trenował na dole ze spartańskim zaparciem. Ja każdego dnia ćwiczyłem z żoną tai-chi. Oto jest sedno. Trening ciała. Stymulacja mięśni, które przenoszą tlen, odnowienie, spełnienie, oczyszczenie. Aktywność ruchowa. Wy wszyscy, którzy nie jecie zwierząt, medytujecie i osiągacie wizje istoty sprawy.
W tym czasie wasze ciało obumiera w unieszczęśliwieniu.
Czując się porzucone.
Nie róbcie tego. Równowaga to najlepszy pancerz, jaki wdziewacie ruszając w bój życiowy, by odeprzeć zakłócenia i pozyskać zdobycz nieocenioną: kontrolę własnego życia.
Jeśli rozwijasz swoją duchowość – a należy to robić - w takiej samej proporcji rozwijaj ciało.
Jeśli rozwijasz ciało, daj mu dwa stany, których potrzebuje, by rozkwitnąć i wesprzeć cię ze wzruszającą niezłomnością w chwilach najcięższych prób: odpoczynek i aktywność.
Równowaga.
Moja córka poszła biegać – porywając ze sobą brata z siłowni – a ja i Ewelina wróciliśmy do E.T..
Wzruszało mnie moje szczęście.
Szczęście jest ulotne.
*
Na śniadanie podałem jajecznicę z kawałkami parmezanu. To moja specjalność, którą bez nadużycia nazwę rarytasem. Kiedyś doceniali go wszyscy. Teraz już tylko żona. Malwina jako weganka nie jadła nabiału i zaczynała dzień od surówki marchwiowej. Zaś śniadaniem Zetora była dziś miska truskawek zmiksowanych z bananami.
Moja żona i syn siedzieli już przy stole, kiedy Malwina wbiegła do kuchni z kalendarzem księżycowym w ręku.
- I co nam obwieścisz, kochana? – powitałem ją wesoło.
Wszyscy nadstawili uszu ciekawie, śledząc kątem oka jajecznicę, która wędrowała do dwóch talerzy.
- Mam nadzieję, że to dobry dzień na trening sztuk walki – mrugnął okiem Zetor. – Wieczorem mam pierwszy trening Viet Vo Dao. Zapisałem się z Hektorem i Gustawem.
Hektor i Gustaw to przyjaciele mojego syna. Ciekawi ludzie – przy czym warto tu napomknąć, że ciekawi ludzie przyciągają ciekawych ludzi, zgodnie z niepodważalną regułą towarzyskiego i emocjonalnego łączenia się ludzi podobnych cech. Hektor jest mistrzem komputera i jeśli ktoś miałby wywołać atak tajnych, hangarowych formacji USA na Mars przy pomocy hakerskiego sabotażu, to Hektor z pewnością temu by podołał. Oczywiście nigdy tego nie zrobi, bo jest wyważonym, pozytywnym człowiekiem.
I może dlatego nikomu nie przeszkadza jego babilońska broda. Tak – babilońska. Nigdy nie widzieliście człowieka z fryzurą i brodą lokowanymi z zadziwiającym pietyzmem. Babilońskim.
Z kolei Gustaw to członek Kutnowskiego Towarzystwa Rekonstrukcji Historycznych „Szarżą!!”. Mam ostrożne i nieco sceptyczne podejście do militarystów, ale Gustaw szybko mnie ujął, bo okazał się patriotą, przyjacielem zwierząt i bratem-łatą, który podzieliłby się z kamratem ostatnią koszulą.
No, powiedzmy, ostatnią paczką nabojów.
Mój syn zaś wygląda jak Spartanin wyciosany przez trudy, wyrzeczenia i fronty otwarte w co najmniej czterech kierunkach. I nie mogło być żadnych wątpliwości, że gdyby życie naprawdę otworzyłoby mu taki front, pozostałby tym Spartaninem.
Jego prezencja zdawała się surową, posępną, może nawet groźną; wielu ludzi, którzy nie mieli okazji – rzekłbym, wyróżnienia – poznania jego duszy, przerażał lub zniechęcał jako „oczywisty barbarzyńca”.
Tymczasem, gdy tylko się uśmiecha – a nie obdarza tym uśmiechem aż tak szczodre i ochoczo ludzi spoza rodziny i kręgów przyjaźni – zachodzi niezwykła metamorfoza w jego twarzy, i siłą rzeczy w całej prezencji.
Wygląda jak Ikar, wzniesiony do pozłoconych wieczornym słońcem chmur.
Ikar, Który Nigdy Nie Upadnie.
Gdy wczoraj wrócił z randki, od razu wiedzieliśmy, że będzie z tego coś więcej, bo do domu wszedł Ikar, a nie Spartanin wycofany spod Termopil .
- Był całus? – droczyła się Malwina.
Wszyscy wiedzieliśmy, że nie było. Zetor miał charakter i wolę, które zafascynowałyby rasy pozaziemskie. Nigdy nie pocałował dziewczyny, której nie kochał.
Nigdy nie pocałował dziewczyny.
- Trenowanie technik pieszczot na dziewczynach, które przeminą, uważam za żałosne i nieuczciwe. To patologiczny wytwór rozpadającej się cywilizacji. Nie poddam się temu – wyznał kiedyś. – Będę całował dziewczynę, którą pokocham.
I tyle. Nikt nie wątpił w to obwieszczenie.
Dziewczyny zabijały się o Zetora, ale on był ostrożny i wciąż szukał.
Choć może już znalazł. Kiedy Malwina zapytała o całusa, roześmiał się i mrugnął okiem.
- Wszytko ma swój czas. Ale serce i intuicja mówią obiecujące rzeczy.
- Jaka jest? – rozjaśniłem się, czerpiąc z jego szczęścia.
- Ma na imię Agnieszka. Jest piękna tak, że uderza tym pięknem jak Bałtyk falami. Jeszcze bardziej uderza dobrocią i umiłowaniem zwierząt. Jest witarianką! A jej dłonie... – syn zamruczał, sięgając po widelec. – To tyle, co na razie wam powiem.
Twarz Ikara i tak mówiła wystarczająco wiele.
Wielu z was zaprzeczy, uważam jednak, że większość zrodzonych na tej planecie kobiet marzy, by pokochał je wojownik. Wojownik to mężczyzna, którego charyzmatyczna energia wypływa nie tylko z otwartego umysłu, wielkiego serca, ale i – a jakże – wojennie zdefiniowanych mięśni.
Niezaprzeczalnie jednak wojownikiem czyni głównie gotowość mężczyzny do przeciwstawienia się wszelkim upiorom dnia i nocy, które rzucą cień na harmonię jego rodziny.
Jak powiedziałem, mój syn zdawał się niektórym barbarzyńcą. Tymczasem był witarianinem, czyli człowiekiem odżywiającym się wyłącznie surowymi roślinami. Pracował jako ratownik medyczny i połowę zarobków oddawał schroniskom dla zwierząt.
Kocham mojego syna.
Nie tylko dlatego, że z dystansu pięćdziesięciu kroków wyglądaliśmy jak bracia.
Bracia barbarzyńcy – mówiła moja żona.
Rozumiecie o czym cały czas mówię. O szczęściu unikalnego rodzaju.
- I co w tym kalendarzu? – zwróciłem się do córki. – Nadaj nam komunikat prędko, bo jajecznica z parmezanem ujmuje, ale już nie tak bardzo, gdy jest zimna.
- Nadaję, ale wy już jedzcie. Otóż, niedziela, 1 sierpnia. Bardzo pozytywny dzień. Realizują się wszelkie plany, zwierzchnicy uchylą wam czoła, niebo szeroko otworzy bramy i wszelkie plany i zamierzenia zostaną zrealizowane z zadziwiającą łatwością...
- No cudnie! – machnął łyżką Zetor.
- ...ale tylko do 9.42, bo po tej godzinie zaczyna się doba prób karmicznych. Oszustwa i obmowa będą przeszkadzać w rozwoju i twórczości, zaś praca zespołowa skazana jest na klęskę zapadającą w pamięć.
- Tak napisali? – uniosłem brwi zdumiony.
- Tak.
- Że klęską zapadającą w pamięć?
- Tak.
- Niebywałe...
- Nie przerywajcie, bo uderzę widelcem w pierwszy z brzegu obiekt organiczny.
- Oho, to we mnie – szepnął Zetor z groteskowo przerażoną twarzą.
- Lepiej nie brać udziału w żadnych przedsięwzięciach – kontynuowała Malwina. – Grożą im blokady, zdrady, a nawet akty sabotażu.
- To może zostańmy w domu – zaproponował ze śmiechem syn.
- Cicho! Jak będziesz wspierał się o kalendarz, daleko zajdziesz.
- Niewątpliwie do apteki po zioła i Prozac...
- Co dalej – głos Malwiny pobrzmiewał zafascynowaniem – możliwe kłopoty z dziećmi, dawnymi partnerami... Ktoś ma jakichś dawnych partnerów? – spojrzała po nas z ukosa, choć doskonale znała odpowiedź.
- Szczęśliwie jesteśmy łabędziami – uśmiechnęła się moja żona, kładąc dłoń na mojej. – Pierwsza miłość jest ostatnią.
Byliśmy łabędziami.
Łabędzie to istoty szczęśliwie zrównoważone.
- Rzeczywiście szczęśliwie – zgodziła się z mamą Malwina. – Niestety, konflikty także z dziećmi i zwierzętami domowym.
Mówiłem wam – dobrze, że nie żyliśmy na sawannie.
- Niezbyt pomyślna faza Księżyca – zauważył Zetor, podnosząc łyżkę do ust. – By uniknąć konfliktów, schodzę po śniadaniu do siłowni. Zobaczycie mnie wieczorem.
- Niestety – spojrzała na niego Malwina – piszą, że zbytnia aktywność może spowodować energetyczno-informacyjne zanieczyszczenie aury, a co za tym idzie, choroby i inne kłopoty.
- Ale co to znaczy „inne kłopoty” – chciał wiedzieć syn.
Pospieszyłem z domysłami:
- Najpewniej stare, upchnięte w organiczne kąty kontuzje zostaną dziś wyrwane z owych kątów i uderzą podwójną dawką bólu i zapaści. Trzeba też liczyć się z wypadkami w rodzaju zmiażdżenia krtani gryfem.
- Ależ, Mikołaju! – pokręciła głową Ewelina, nie powstrzymując się jednak od uśmiechu.
Ludzie szczęśliwi przejawiają poczucie humoru, które zadziwia i frapuje.
- I kiedy to wszystko się zaczyna? – spytał bezradnie Zetor.
- O 9.42 – wyszczerzyła zęby córka.
- To za siedem minut – uściśliłem.
- Ale to naprawdę... Pokaż mi to, bo ja po prostu nie wierzę, że... – Zetor odebrał kalendarz z rąk siostry i wlepił w niego oszołomione oczy. – A niech mnie cholera! – rzekł po chwili. – Faktycznie tak tu piszą.
- Firmie ourMoon kalendarz robi najlepszy białorosyjski astrolog i szaman, Stepan Hindyj – zaznaczyła Malwina.
- Chyba białoruski? – uśmiechnąłem się.
- Piszą, że białorosyjski.
- A.
- A – zawtórował Zetor, kręcąc głową w konfuzji.
- A... – włączyła się Ewelina - ...teraz nalewam wszystkim chętnym kawy z cykorii.
Chętni byli wszyscy oprócz Zetora, który z uśmiechem pobłażania wstał, by wrzucić do sokowirówki marchew i kilka buraków. Nie zwykł spożywać pokarmu, który nie wnosi życia w organizm.
- Dokończę jeszcze rady na dzisiaj – Malwina wciąż siedziała z nosem w kalendarzu.
- Rady czy pogróżki? – wymruczałem cokolwiek zadumany. Surowy ton księżycowego poradnika trochę mnie zaskoczył, choć raczej rozbroił niż zafrasował.
- Dziękuję za kawę, mamusiu. Zetorku, nie hałasuj teraz tym czołgiem – Malwina pogroziła swemu bratu, który zastygł posłusznie nad sokowirówką. – Otóż: zawyżona wybuchowość i grubiaństwo, podświadome, lecz ochocze prowokowanie konfliktów, uderzenia w bliskich na miarę ogona skorpiona...
- Nonono – zaprotestowała Ewelina. – Miały być rady. Może pomiń już, córeczko, te ponure
fragmenty i przeczytaj nam po prostu praktyczne wskazówki.
- Aha, no dobra! Bardzo dobry dzień na generalne sprzątanie na mokro!
- A to ci dopiero – rzekł z drewnianą twarzą Zetor. – Trzeba wykorzystać okazję.
- Niestety, straciliśmy okazję na kupno mieszkania i przeprowadzkę. Dogodny moment był dwa dni temu.
- Tragedia – pokiwała głową Ewelina. Zetor zachichotał.
- Nie żartujcie sobie – obruszyła się Malwina. – Kto słucha Księżyca, ma witalność Heraklesa i umysł Leonarda da Vinci.
- Wiecie, że da Vinci wymyślił płetwy? – Zetor wzniósł w górę palec niczym natchniony mówca helleński.
- Skądże – pokręciła głową Ewelina. – To Ichtiander wymyślił płetwy.
- Kto?
- Ichtiander. Ryboczłowiek sowiecki.
Z takimi ludźmi dzieliłem życie i przestrzeń. Żaden dzień nie był nudny. „Ryboczłowiek sowiecki”, w istocie bohater filmu sowieckiego filmu Diabeł morski z 1962 roku, rozbawił nas na tyle – Malwinę oczywiście też – że zgryźliwy ton kalendarza nie marszczył już brwi tak bardzo. Córka zaś dokończyła wesoło:
- To wspaniały dzień. W każdym razie na walkę z grzybami stóp, oczyszczanie i peeling twarzy, depilację, odchudzanie... ale ondulacji lepiej dziś nie robić.
- Dobra, ondulacji dziś nie robimy – obiecał Zetor z powagą.
- No nie wiem – wyraziłem rozterki.
Nierażona ani restrykcyjnością kalendarza, ani też naszym swobodnym dowcipkowaniem, Malwina złożyła kartki i powiedziała z przekonaniem:
- Zobaczycie, jak w ciągu kilku tygodni Księżyc zmieni nam wszystkim życie!
Rzeczywiście zmienił.
To była duża zmiana, której nikt nie przewidział.
Nikt jej też nie chciał.
Tymczasem Malwina sięgnęła po żółty kubek z kawą i potoczywszy po nas pełnym satysfakcji spojrzeniem, zapytała:
- Jesteście ze mną?
- No ba – rozłożyłem ręce.
Byliśmy zbyt silną duchem, zbyt szczęśliwą sercem rodziną, by dać się zbić z tropu pogróżkami białorosyjskiego astrologa, ponieważ jednak Malwina apelowała o rozsądek, umiar i poszanowanie jej wskazówek „dla nas wszystkich, bądź co bądź”, postanowiliśmy nie prowokować losu determinowanego przez trochę niedoceniany dotąd Księżyc.
Całą niedzielę spędziliśmy w domu, ciesząc się – w przezornym odseparowaniu - swoimi ulubionymi czynnościami, przynoszącymi satysfakcję i odprężenie. Jedni się depilowali, jedni oczyszczali twarz, co niektórzy kilkugodzinnie odchudzali.
Na ondulację – surowo wzbronioną przez Księżyc pod karą reperkusji – nie zdecydował się nikt.
Spotkaliśmy się wszyscy w jednym pomieszczeniu dopiero wieczorem, przy kolacji.
Zabawny był ten pierwszy dzień z kalendarzem księżycowym.
*
Kolejny dzień też przyniósł sporo zadziwienia i rozbawienia. Nieobecny był tylko Zetor, który musiał już podjąć pracę. Ja i moja żona w zasadzie też podjęliśmy swoją pracę; ona pisała książkę kucharską dla wegetarian, ja rysowałem komiks o wojnie Apaczów z Komanczami o prawo do lasu kaktusowego. Malwina, która miała jeszcze cały miesiąc wakacji, przerwała nam zajęcia już w południe.
- Chyba nie rozpędzacie sobie dnia bez konsultacji ze Stepanem Hindyjem? – spytała krytycznie.
- Skąd – rozłożyłem ręce – właśnie czekamy na raport, proszę pani.
- Dokładnie – zawtórowała Ewelina. – Chodźmy jednak poraportować sobie do kuchni, bo tam podają kawę z cykorii.
Raport był oczywiście restrykcyjny.
- Dziś mamy drugi dzień sierpnia. Rosną możliwości duchowe, twórcze i seksualne... – tu przerwałem córce niedźwiedzim pomrukiem, skierowanym do Eweliny. – Zwiększa się poczucie sprawiedliwości, wola, intuicja i szacunek dla dawnych wodzów.
- Co? – wytrzeszczyłem oczy. – Szacunek dla dawnych wodzów?
- No tak jest napisane – Malwina wysunęła kalendarz w moją stronę. – Nigdy nie myślałeś z szacunkiem o dawnych wodzach? Tych, co nieśli splendor Rzeczpospolitej?
- Noo, kiedyś na pewno. No, ale żeby kalendarz księżycowy obliczał takie rzeczy?
- On nie oblicza, tylko wyjawia aktualną podatność na pewne emocje. Rozumiesz, tato, sentymentalność, refleksyjność, tendencje patriotyczne i tak dalej...
- Poza tym – Ewelina podniosła filiżankę do ust – trzeba jednak pamiętać, że wpływy Księżyca, jakie by nie były, interpretuje ten białorosyjski Stepan.
- Który pobrzmiewa jak mienszewik trochę – orzekłem.
Znowu się roześmialiśmy nad kalendarzem. To był czas, kiedy jeszcze sporo się nad nim śmialiśmy.
Czas, który miał minąć szybko.
- To, że Nostradamus doczekał się tysiąca interpretacji, nie znaczy, że Stepan Hindyj popełnia błędy – zauważyła moja córka, która trochę zaskakiwała mnie nietypowym dla niej bezkrytycznym podejściem. – Jest sławny od zeszłego roku, kiedy jego kalendarz wstrząsnął Białorusią...
- Białorosją...
- Tato! Białorusią i Rosją. Poczekajcie z miesiąc-dwa z oceną. Będziecie oszołomieni. Dobrze, kochani moi? – spojrzała na nas oczami, które napełniłyby ciepłem człowieka osuwającego się w czeluść przerębli.
- Ja już jestem oszołomiony – wyznałem szczerze.
- Ale posłuchamy tego kalendarza, prawda, mój misiu? – żona wtuliła się we mnie, co nasiliło zapach jej ciała.
Potraficie odmówić czegokolwiek swojej ukochanej, gdy mówi do was czułym głosem „misiu”?
Ja nie.
Ale nawet, gdybym potrafił, to i tak bym się poddał – bo do reszty zniewala mnie zapach mojej żony. Mimo upływu lat jego wpływ nie osłabł, co było najcudowniejszym rodzajem magii, zwanej miłością.
- Będziemy korzystać z twojego kalendarza – obiecałem córce – Z Księżycem nie ma żartów.
Te słowa miały mi się przypomnieć już kilka dni później.
- Świetnie, moi kochani! Zetor został już przeze mnie ustawiony o świcie, teraz muszę was przygotować na ten dzień.
- No, brzmi groźnie trochę – zmarszczyłem brwi. – Czyżby kolejny dzień kwarantanny?
- I bez ondulacji – mrugnęła okiem Malwina. – No, dobrze, czytam dalej. Dziś należy wystrzegać się energii wojennych, które unoszą się w pobliżu i są wchłaniane przez biopole. Możliwe nieporozumienia w związkach partnerskich z powodu zazdrości i niespełnionych nadziei...
- Straszny pesymista z tego Stepana Hindyja – zauważyła zaskoczona Ewelina.
- Czyta chyba tylko z tej ciemnej strony Księżyca – zawtórowałem. – Nie spodziewałem się, że kalendarz księżycowy jest tak zastraszający.
- Noo, bez przesady – zaoponowała Malwina. – To nie straszenie, lecz życzliwe ostrzeżenia. I praktyczne wskazówki. Jak ci poszedł wczorajszy peeling, mamo?
- Faktycznie świetnie. A maseczka odjęła mi trzy lata i przydała blasku!
- Księżycowego pewnie – wymruczałem cierpko.
- Bo to był po prostu doskonały dzień na peeling! – zawołała z triumfem córka.
- Dobrze, żeśmy się wszyscy nie ondulowali...
- Tatko, słuchaj! Hindyj radzi, by nikomu nie ufać i nie wyjawiać swoich planów, bo ściągnie to ból, rozczarowanie i straty polowe.
- No co ty! – wytrzeszczyła oczy żona.
- Chyba żartujesz i dworujesz – uniosłem się na krześle rozbrojony. – Nie mów, że on tak naprawdę napisał: „straty polowe”.
- No tak napisał.
- Naprawdę jakiś mienszewik, cholera – parsknąłem, po czym obróciłem się do Eweliny i ucałowałem ją czule. Jakieś sześć razy.
Czy siedem.
Od całowania żony nawet Stepan Hindyj by mnie nie odstraszył.
- Skoro tak, to ja wam planów nie wyjawię dzisiaj żadnych! – zapowiedziała ze śmiechem Ewelina.
Po czym oddała mi te siedem całusów.
Czy też osiem.
- No i – Malwina wróciła zmarszczonym nosem do kalendarza – to dzień nadziei niespełnionych.
- Aha – pokiwałem głową. – A jak się ma kwestia ondulacji? Czy równie optymistycznie?
- Ondulacja niezalecana. Podobnie jak obcinanie włosów i farbowanie. Ale można zrobić peeling twarzy i depilację...
- Znowu? Jakże to, co dzień się tak depilować i pielić...
- Peelingować. No po prostu są to skuteczne i przyjemne zabiegi przed nowiem. Ale z pierwszym obcinaniem włosów niemowlęciu należy zaczekać do 11 sierpnia, gdy Księżyc w Wadze...
- Aha.
Ewelina zachichotała niczym umorusany Kopciuszek zawstydzony adoracją księcia.
Miała taki rozczulający, rozbrajający, unikalny chichot, który słyszało się czasem w animowanych filmach Disneya i który przydawany był tam raczej małym i nieco upośledzonym stworzeniom.
Nic mnie tak nie rozbawiało i nie napełniało serca słodyczą, jak mysi chichot mojej żony.
„Zaśmiej się jak myszka disneyowska” – prosiłem i już miałem ten chichot.
- Może zdążymy z bobasem do 11 sierpnia – wyrzekłem z kamiennym obliczem. – A jeśli nie, to obetniemy kędziorki Zetorowi.
Ewelina znów zachichotała radośnie, zaś Malwina pokręciła głową jak lekarz zadumany nad zdolnościami ulubionego pacjenta, po czym kontynuowała:
- Zetor jako Koziorożec musi wystrzegać się dziś treningów. Niewskazane.
- Jeśli Zetor usłyszy drugi dzień z rzędu, że zabrania mu się siłowni, to...
- Przecież usłyszał. Rano.
- I?
- Powiedział, że poczeka do jutra.
- O – zerknąłem zdumiony na żonę. – Nie przypuszczałbym, że nasz syn będzie się tak wielce liczył z wpływem Księżyca.
- Hmm – Ewelina spojrzała na nas filuternie. – Myślę, że raczej chodzi o wpływ tej Agnieszki...
- O, tak, tak! Całkiem możliwe – zgodziłem się skwapliwie. – A co Księżyc radzi Rakowi?
- Zawyżone, mijające się z rzeczywistością poczucie własnej wolności i wartości, euforia psychiatryczna.
Tym razem żona nie chichotała już wstydliwie, lecz po prostu śmiała się z energią bosmana, który ma szczęśliwy dzień i wyprowadza z tawerny pięć tancerek. Malwina poszła naturalnie w jej ślady, ja zaś wymruczałem zafrapowany:
- Zastanawiam się, czy nasz białorosyjski astrolog nie pisze stymulowany tak blaskiem Księżyca, jak wpływem bimbru. „Euforia psychiatryczna”... no, na miłość boską, co to z określenie?!
- Obawiam się, że pasuje – orzekła Ewelina. – Tak, mój drogi, dziś masz znowu kwarantannę! A co dla Panny, córciu?
- Niepowodzenia w próbach nawiązania kontaktu z otoczeniem..
- O właśnie, już się zaczyna! – wtrąciłem. – Jestem wyszydzany i straszony kwarantanną.
- ...zbędna impulsywność i gwałtowne ruchy, zagrożenie bójkami i wypadkami.
- Ojej! – złapała się żona za głowę, której wciąż odmawiano prawa do ondulacji.
- No to kolejny dzień kwarantanny dla wszystkich – osądziłem z satysfakcją i znów pocałowałem żonę.
- No, a Bliźnięta... – Malwina zmrużyła oczy skupione na drobnym druku. – Zawyżona samoocena, zbytnia pewność siebie... Hm, nieprawidłowy stosunek do płynów, zwłaszcza alkoholu.
Teraz ja zaśmiałem się jak bosman.
- Ten Stepan Hindyj... Myślę, że to jakiś ukryty pośród Słowian lord Sith – stwierdziłem. – Zastanawia mnie ta cała jego sława na Wschodzie i euforia, jak nadmieniłaś. Czy tam jeszcze są jacyś ludzie chętni wyjść z domu na ulicę? Przecież on szerzy terror i herezję.
- Czekaj, Mikołaju z tym wyrokiem – uśmiechnęła się Ewelina. – Malwinka na pewno nie przeczytała nam jeszcze wszystkiego
- Tego właśnie się obawiam... No dobrze, córeczko. CO DZISIAJ WOLNO?
- Pozbywać się odcisków, grzyba na paznokciach oraz pocenia się nóg...
- Ale to było już wczoraj.
- Tato, nów idzie. Teraz się robi takie rzeczy.
- Dobrze, a kiedy nów?
- Dziesiątego.
- Dziś drugi. Do dziesiątego depilujemy się i odgrzybiamy.
- I kwarantannujemy – dorzuciła ochoczo żona. – Uwielbiam się kwarantannować w domu z tymi, których kocham!
- Ja też! – wyszczerzyłem zęby radośnie. – Kwarantannujmy się do dziesiątego!
- Dziś zalecane duże pranie – zaznaczyła groźnym tonem Malwina. – Więc kwarantannujcie się w łazience. Poza tym odplamianie...
- ...generalne sprzątanie na mokro – domyśliłem się.
- ...generalne sprzątanie na mokro, mycie okien, szkła, porcelany, pielęgnacja butów, tapetowanie, malowanie, grawerowanie, wietrzenie ubrań i pomieszczeń. To co robimy? – spojrzała na nas ożywiona.
- Grawerujmy – zaproponowałem. – A tak serio, może na początek współpracy z Księżycem przewietrzmy dom. I kwarantannujmy się, bo to chyba najważniejsze. Nie chcemy bójek i wypadków. I, hm, strat polowych...
- Nie chcemy – zgodziła się Ewelina. Po czym wpatrzyła się we mnie w sposób, który podwajał objętość mojego serca. I potrajał jego wydolność. – Chcesz się ze mną pokwarantannować w sypialni, misiu?
Podniosłem się niczym kobra zachęcona przekąską.
- Sama rozumiesz, córciu – rozłożyłem ręce. – Kalendarz księżycowy to nie żarty. Trzeba stosować się do wskazówek.
- Żeby zasłużyć na ondulację – żona mrugnęła okiem i dała mi się porwać jak ta zahipnotyzowana przekąska.
Stepan Hindyj byłby zadowolony z naszej dyscypliny. Ja i Ewelina kwarantannowaliśmy się z żelazną konsekwencją przez następne kilka godzin. Malwina w tym czasie posprzątała generalnie na mokro, umyła okna, szkło i porcelanę, wyczyściła buty i pomalowała sobie szuflady w biurku.
Czas w nowiu nie musi być czasem straconym.
Co ciekawe, myślałem też trochę o dawnych polskich wodzach; królach i hetmanach.
Czy jednak myślałbym o nich, gdyby nie zasugerował mi tego kalendarz firmy ourMoon?
Nie miałem pojęcia. Tymczasem już kolejny dzień miał przynieść mniej humoru, a więcej rozterek i zamieszania.
*
Kwestia księżycowych wpływów powróciła naturalnie już przy śniadaniu. Malwina dopilnowała, by wszyscy spotkali się przy śniadaniowym stole; nie odpuściła nawet Zetorowi, który wrócił późną nocą znużony ewakuowaniem mieszkańców wsi zagrożonej eksplozją cystern z gazem.
- Nadal nów – obwieściła nam córka na dobry początek. – To jest: Księżyc zmierza w fazę nowiu. Nadal zatem będziemy czuć tego skutki: niedostatek energii, senność, dekoncentrację, ociężałość, obniżenie ciśnienia, osłabienie ciała i odporności, niepokój, przygnębienie, a nawet depresję. Osoby słabsze duchowo będę przetrząsać szafki w poszukiwaniu leków psychotropowych; zwłaszcza osoby przypisane w zodiaku Koziorożcowi, Rybom i Bykom.
- Czy ten Białorosjanin Stepan ma jakąś stronę internetową? – chciałem wiedzieć.
- Jeśli fala samobójstw, to dziś – ciągnęła beztroskim tonem Malwina.
- No to ja będę w tej fali – mruknął Zetor, zajęty jedzeniem kiści bananów. – Mam wrażenie, że dopóki nie było mi wiadome nic o wpływach Księżyca, to nawet podczas nowiu czułem się rześko i mocarnie. Może damy już sobie spokój z tym kalendarzem i zaufamy własnej sile?
- Spokojnie, syneczku – uśmiechnęła się Ewelina krzepiąc. – Już po nowiu, od 10 sierpnia, zacznie wzrastać optymizm, energia i poczucie mocy.
- Ha – Zetor pokręcił głową i zatopił zęby w bananie.
Zetor był witarianinem od trzech lat. Nie wiem, jaki wpływ miała ta dieta na jego zęby, ale było pewnym, że żadna orka nie miałaby pretensji, gdyby jej te zęby przeszczepiono.
- Słuchajcie mnie kulturalnie, dobrze? – Malwina załopotała kartkami i napiła się herbaty. – Księżyc w Byku, co oznacza, że zalecane są świeże, naturalne produkty. Należy zrezygnować z jedzenia tłustych potraw i słodyczy, bo ich wpływ niesie dziś destrukcję o nieodwracalnych skutkach zniszczenia. Możliwe zapaście, pęknięcia tętniaków i wylanie żołądka.
- I CO? – znieruchomiałem jak traszka, w którą rzucono papierową kulką.
- Wylanie żołądka, tato.
- Chryste panie... Rozumiem, że chodzi o rozsadzenie żołądka na skutek wypchania go ciężkim pokarmem?
- Bardzo możliwe – wtrąciła zaintrygowana żona. – To pewnie zwrot medyczny specyficzny dla Białorusi. Syneczku... daj mi banana. Dokończysz moje tosty, Mikołaju?
- Nie, ja też zjem banana. Nie chcę żadnych eksplozji żołądkowych. A jutro na śniadanie zjemy szejka razem, synu – spojrzałem na Zetora, który zaśmiał się cicho.
- Spokojnie, tato – podniosła dłoń Malwina. – Juto Księżyc przejdzie do Wagi, zobaczymy, co wolno, a czego nie. Na razie skupmy się na drugim sierpnia. Dziś możliwa ospałość i zaostrzenie chorób przewlekłych...No tato, nów w końcu idzie.
- Oczywiście – zgodziłem się pokornie. – Zaszyjmy się w swoich zbutwiałych trumnach i...
- Może się jeszcze pokwarantannujmy – mrugnęła do mnie Ewelina.
- Ano ba, jestem zwolennikiem kwarantanny nawet przy pełni! Zwłaszcza, że wtedy witalność rozpycha grodzie okrętu...
- No, dzisiaj to ty swoją witalność oszczędzaj, tatulu – pogroziła mi palce córka. – Jesteś Rakiem, a znaki Wody są szczególnie podatne i determinowane przez Księżyc. Czy wiesz co ci dzisiaj Stepan Hindyj przepowiada?
- Lumbago pewnie?
- I rwę, i korzonki – uzupełnił skrzętnie Zetor, chichocząc do Eweliny. – I dyskopatię.
- Otóż czytam, panowie kpiarczyki: jeśliś Raku artystą na zlecenie, odłóż dziś wszelką pracę nad dziełem, a już kategorycznie niewskazane są tobie biznesowe negocjacje, gdyż Księżyc będzie dziś hamował postęp i zwodził fałszywymi wizjami niekończonych dzieł. Ich odbiorcy nie przyjmą dziś nawet wstępnie owocu twojej pracy, co może przynieść nastrój gniewnie rozpęczniałej pychy albo upadłość depresyjną i porzucenie prac nad projektami, a nawet nad własnym artystycznym duchem. Zastanów się, Raku – czy chcesz stracić tylko jeden dzień, czy zleceniodawcę...
Pokręciłem głową.
- To herezje – skwitowałem w odprężeniu. – Na pewno nie porzucę pracy nad komiksem, kiedy wyraźnie mam ukształtowaną wizję bitwy o kaktus zwany Tu Właśnie Winnetou Zbeształ Old Wabble’a, no i jak wiedzą wszyscy artyści, wizja dziś czysta i pełna, jutro będzie już tylko nieczytelnym wyziewem z kombinatu. Za godzinę siadam za biurkiem. Proszę przeszkadzać tylko w przypadku zwycięstwa Polski w mundialu i doręczania przesyłek z krajów RWPG. Howgh!
Rodzina spojrzała na mnie z uznaniem. Choć Malwina z nieco mniejszym niż pozostali.
- To brzmiało charyzmatycznie – ocenił życzliwie syn. – Niczym komenda hetmańska przed atakiem na rokoszan. Ale skoro już podjęliśmy ten eksperyment z kalendarzem księżycowym...
- No właśnie, tato – zawtórowała córka. – Możesz chyba coś dla mnie zrobić przez kilka tygodni? Hm?
- Pewnie, że tak. Dobrze, narysuję tylko jedną stronę z bitwy, a do mojego wydawcy nie zadzwonię, okej? Będę negocjował dopiero, kiedy mi białorosyjska astrologia pozwoli.
- Dobrze. Ale nie odbieraj telefonu, kiedy zleceniodawca sam zadzwoni, bo wszystko zepsujesz. Kalendarz sugeruje, że twój projekt czeka dziś odrzucenie.
- Hmmmmmmmmmmm, no tak... A jutro?
- A, to już przeczytamy jutro przy śniadaniu. Hindyj nie zaleca zerkać w przyszłość Księżyca. „Patrz w jutro dopiero, gdy jest dzisiaj” – napisał.
- Taak... Dobrze, kochani – podniosłem złączone palce jak do przysięgi. – Dziś rysuję t r o c h ę, nie negocjuję. Nie podnoszę słuchawki, bo Księżyc patrzy.
- Brawo, tata! – zawołał Zetor. Po czym zerknął na mnie z uniesionymi brwiami. – Jak nazwałeś ten kaktus?...
- Tu Właśnie Winnetou Zbeształ Old Wabble’a. Ten komiks ma być nie tylko patetyczny, ale i zabawny.
- Ha.
- A co wolno dziś zrobić w domu? – zapytała Ewelina, siadając mi na kolanach.
Mamy dwoje dojrzałych dzieci, a moja żona waży 55 kilogramów i z gracją gimnazjalistki siada mi na kolanach kilka razy dziennie. Nie mówcie mi, że to codzienność we wszystkich domach.
- Duże pranie – ogłosiła córka. – I pranie chemiczne. No i generalne sprzątanie na mokro...
- Bardzo na nie liczyłem – rzekł Zetor z kamienną twarzą. – Będzie mi go brakowało w czasie pełni bo wtedy będzie pewnie zakazane, prawda? – spojrzał na siostrę niespokojnie.
- Tego nie wiem, ale pocieszysz się ondulacją. Co jeszcze na dziś? Mycie okien, szkła, porcelany... Grawerowanie. No i – Zetorku – dziś doskonała energia na zaręczyny i ślub.
- Dla mnie trochę za wcześnie – rozłożył muskularne ręce syn.
- Aha, lepiej unikać dziś operacji w okolicach szyi oraz leczenia dolnych zębów.
- Dolnych tylko? – zdziwił się syn. – A górne?
- Górne można.
- Osobliwe.
- Trochę pokory, braciszku. Bóg stworzył Księżyc, żeby był nam drogowskazem. Pamiętajcie, że gdy Księżyc w Byku, szczególne znaczenie ma cierpliwość i dobroć. Starajcie się w domu stworzyć miłą i przyjazną atmosferę. Unikajcie dziś wychodzenia poza mury domowej twierdzy. Na zewnątrz czyhają pokusy, pułapki i ludzie o niskich wibracjach, którzy dziś będą realizować swoje mroczne plany przeciw cywilizacji.
- Ale ja muszę opuścić fortecę o 13.00 – westchnął Zetor ze zmartwioną miną. – Mam patrol na autostradzie.
- Unikajcie mechanizmów – dokończyła przestrogę córka.
- To znaczy aut? No bo nie zrobimy patrolu na konikach huculskich raczej. To autostrada, nie rzymski deptak dla legionistów.
- Wszelkich mechanizmów.
- No, ale sokowirówka? – Zetor spojrzał po nas bezradnie.
- WSZELKICH MECHANIZMÓW.
Przez chwilę parzyliśmy na kalendarz z namysłem. Ale nikt się nie roześmiał, bo Malwina wielokrotnie zaznaczyła, że kocha nas także za to, iż szanujmy jej uczucia i wybory.
- Nie mniej – odezwałem się głosem wyrażającym najwyższy szacunek i życzliwość – chciałbym wiedzieć, czy jest w tym kalendarzu numer telefonu albo adres internetowy Stepana Hindyja... Może bowiem się okazać, że jest ten zdolny, paranormalny astrolog poszukiwany przez białorosyjskie służby policyjno-psychiatryczne.
- Tata oczywiście żartuje sobie – uśmiechnęła się żona.
Malwina spojrzała na mnie dwoma szpicami choinkowymi, które wyrosły jej nagle z oczu.
- Nie odbieraj telefonów – rzekła zimno, po czym wstała od stołu i opuściła kuchnię dumnym krokiem.
- Chyba podpadłem – domyśliłem się smętnie.
- Tak – pokiwał głową mój syn. Przybrał surową twarz inkwizytora, po czym przepowiedział: - Kalendarz cię ukarze.
I rzeczywiście to się zdarza: można wypowiedzieć coś w złą godzinę. Przy czym brak najmniejszych intencji sprawienia krzywdy nie ma tu, niestety, znaczenia nawet śladowego.
Przez chwilę siedzieliśmy zadumani, układając sobie w myślach plan dnia. Czyli strategię przetrwania, której zdawaliśmy się potrzebować do 10 sierpnia.
- Kwarantanna? – Ewelina podniosła na mnie szare oczy, które – przenoszone na mnie – zawsze nabierały rozczulającego ozłocenia.
- Kwarantanna – rozjaśniłem się natychmiast.
Nawet nie wiecie, jak bardzo kocham imię mojej żony. Kocham zresztą z tą samą magiczną siłą wszystko, co się na moją żonę składa – jakkolwiek by to brzmiało.
Ale najbardziej chyba lubię się z moją żoną kwarantannować.
Widzicie, jest coś, co z okazji tego dnia chciałem wam powiedzieć. Dawno temu, dobre już dwadzieścia lat, mój całkiem dobry kamrat Kaprikorn (takie właśnie miał imię i z dumą zresztą je obnosił) rzekł pewnego popołudnia nad szklanką kawy:
- Nie wiem, jak to będzie z tobą, przyjacielu, bo ja ci oczywiście dobrze życzę... Ale jestem już z Wandą siedem lat, no i dwa lata po ślubie. I... po prostu, już mnie nie podnieca.
- Nie? – powtórzyłem zdawkowo, bo doprawdy niewielkie jeszcze było moje życiowe doświadczenie, a i otwartość umysłu cokolwiek neandertalska. Cóż rzec na takie – smutne i krępujące - zwierzenie? Czy jest sposobny typ reakcji?
Oczywiście, że tak. Tyle że jeszcze wtedy zbyt mało pobrałem nauk od życia, by porozmawiać z moim kamratem tak, jak zrobiłbym to dzisiaj.
- Nic zupełnie – wzruszył ramionami Kaprikorn. – Na początku był ogień. Ogień zdziczenia – zaśmiał się cierpko. – Mogę powiedzieć, że seks był rewelacyjny przez pierwsze dwa lata. Potem zaczęło usychać. Kiedyś, gdy widziałem Wandę nagą, od razu miałem erekcję i żądzę działania. Dziś? Kiedy jest naga, to patrzę na nią jak na manekina w sklepie. Nie rusza mnie to już po prostu. A przecież się kochamy. Ale to jest normalne – osądził ku memu zafrasowaniu. – Facet ma w sobie wilka, który nigdy nie umiera. Kiedy już nasyci się jedną zdobyczą, to pożądanie do niej wygasa i gna go instynkt do kolejnej. Prędzej czy później ten instynkt dopadnie każdego z nas. To nasza wilcza konstrukcja. Rozumiesz, Mikołaj, testosteron, genetyka. Żądza podboju i dominacji. Jesteśmy samcami. A zresztą człowiek – nie tylko mężczyzna – jest tak skonstruowany, że nawet najsilniejszy dla niego bodziec z czasem ulega przytępieniu. Ba, może nawet zacząć odrzucać. Wszystko się nudzi. – Popatrzył na mnie. – Jak długo możesz cieszyć się jednym ciałem, przyjacielu? Rok? Pięć? W życiu nic tak nie ekscytuje jak POCZĄTEK. Początek. Bo kontynuacja już nigdy nie da tej stymulacji, zgodzisz się chyba? A jak długo może trwać początek? Po roku lub dwóch to jest już tylko kontynuacja. A to stadium bliskie stagnacji i uschnięciu. I – niestety – to uschnięcie dotyka obie strony. Kobiety też. Nudzą się męskim ciałem... nawet jeśli je kochają – stwierdził, wywołując w moim romantycznym sercu wstrząs.
- No, no – zaprotestowałem słabo. – Kobiety nie są wilkami, Kaprikornie. To istoty bardziej uczuciowe, rodzinne, stałe i wrażliwe... Myślę, że ich nie napędza podbój, tyko miłość i stabilizacja...
-Tak? – zaśmiał się gorzko. – To coś ci powiem teraz i nie zapomnij tego nigdy. Wiesz, co jest najlepszym dowodem tego, że mówię prawdę? Że mam rację?
- No...?
- Słuchaj. Miesiąc temu zdradziłem żonę. Zdrada partnera jest kwestią czasu i ja po prostu uprzedziłem cios. Nie chciałem być pierwszy jako ofiara... Otóż kochałem się w aucie z dziewczyną, którą poderwałem w kręgielni. I wiesz, co się z nią działo, kiedy zacząłem ją rozbierać?
- Co?
- D R Ż A Ł A. Mikołaj, całe jej ciało drżało i pokryte było gęsią skórką. Ona cała drżała w podnieceniu i niewątpliwym odurzeniu, które dzieliło się od razu i mnie. Trzęsła się, kiedy ją dotykałem! Chyba zdajesz sobie sprawę, jak na mnie podziałało to jej drżenie? Ta gęsia skórka? – zawiesił na mnie wzrok.
Poczułem niespodziewanie smutek. A Kaprikorn zakończył:
- Mikołaj, wiesz, kiedy moja żona drżała ostatni raz, kiedy się kochaliśmy?- przeniósł przygaszony wzrok na podłogę. – Pierwszy rok naszego związku... Dawno temu. Dawno temu... Chcesz wiedzieć, kiedy nadchodzi koniec?... Kiedy ona już nie drży pod twoimi dłońmi i ciałem.
Niewiele rzeczy w całym moim życiu przygnębiło mnie tak, jak ta rozmowa z Kaprikornem. Przez długie miesiące frasowała mnie kwestia wygaszania pożądania między kochającymi się partnerami. Czy rzeczywiście było to przesądzone? Nieuchronne? I aż tak szybkie?
Przecież seks cementuje związek. Jest jednym z kilku generatorów tej więzi, trwałości miłości i jej siły... Generatorem, który – już wtedy miałem tę świadomość – jeśli wygaśnie przed nadejściem starości, to rozbije ową więź i szansa, by inne generatory mogły ją reanimować, jest tak nikła, że właściwie zerowa...
Czy ciało ukochanej kobiety MUSI się znudzić??
Bardzo długo to zafrasowanie – no, w zasadzie nawet lęk – towarzyszyło mi osadzony na dnie serca.
Dopóki nie pokochałem Eweliny.
Miłość Eweliny jest największym darem, jaki dał mi Stwórca Życia i nawet dziś – gdy piszę te słowa nad krawędzią, w którą jutro cały ten dar przeze mnie się wtoczy – odczuwam wdzięczność, której rozmiar musicie odczytać sobie sami, bo ja jej wyrazić słowami nie potrafię.
Czy ciało kobiety, którą kochacie, musi się znudzić? Czy pożądanie musi umrzeć?
Oczywiście, że nie. Kocham się z moją żoną dwadzieścia lat. Z takim samym poczuciem szczęścia i amoku, który wykrada nas oboje z planety gdzieś w Pozaprzestrzeń. Na takie pożądanie limit czasowy nie istnieje. Nie zagraża mu żadne ograniczenie. Prawdziwa miłość nie obawia się niczego, a już na pewno tak banalnych rzeczy jak brak pożądania. Bo widzicie – przy Miłości taki rodzaj lęku jest w istocie banalnym.
Oczywiście miłość wymaga pracy – jak wszystko. Choć ta praca akurat jest uszczęśliwieniem samym w sobie. Pracy wymaga też ciało. Pamiętacie, co mówiłem wcześniej: ciało nieaktywne jest nieszczęśliwe i obumiera. Tylko ślepiec albo ignorant powie, że nie ma to wpływu na pożądanie i seks.
To ma ogromny wpływ. Ogromny wpływ na generator, który cementuje więź.
Ciało ćwiczone czuje się wolne, radosne, młode i seksowne. I takież fluidy wnosi ze sobą do sypialni.
Obumarłe, ciężkie, przygnębione ciało istoty nieaktywnej sprawia, że pożądanie usycha.
To zabija generator, który wszak większości z was jest wręcz religią.
Zacznijcie więc pracę.
Mówiłem także o treningu ducha. Duch niepoddany ćwiczeniom nie objawi mocy potrzebnej, by stymulować i prawdziwie c z e r p a ć miłość. Nie wiem, ilu z was czerpie ją prawdziwie, ale jeśli posiada się tę zdolność, NIC nie wyłączy ŻADNYCH generatorów pracujących dla miłości.
Zaufajcie mi. Nie chcę, byście opuścili potok.
Duch trenowany sprawia, że waszą pozycję i związek wzmacniają nieocenione narzędzia: pokora, wdzięczność, życzliwość, łagodność, współczucie, szacunek, zrozumienie... Mnóstwo narzędzi.
To dzięki nim unikniecie zadania sobie nawzajem ciosów, które zadają sobie kochający się partnerzy, jeśli duch nie jest trenowany. Przez dwadzieścia lat nie usłyszałem z ust mojej żony złośliwości, obelgi i wyrzutu.
Mimo wielu błędów, które popełniłem i które zawstydzają mnie do dziś.
Ciosy duchowe, które zadają sobie nawzajem partnerzy –zwłaszcza w obecności świadków - nigdy nie przechodzą bez rezonansu. Odkładają się na dnie duszy w postaci upokorzenia, rozżalenia i gniewu.
Ten osad – stale rosnący – to jeden z największych zabójców pożądania.
Jak możesz pożądać ciała kobiety, której duch zranił cię i nigdy prawdziwie nie przeprosił? Jak możesz oczekiwać uniesienia kobiety, którą upokarzałeś przy znajomych?
Ten osad niszczy generatory. Już dawno to odkryłem.
Narzędzia, które wkłada w twoje ręce trening duszy, wspomagają generator pożądania. Po niektóre bez treningu i otwartego umysłu sięgnąć bardzo trudno: myślę tu o pokorze i przebaczaniu. Bez pokory nigdy prawdziwie nie docenisz i nie wchłoniesz darów życia. Bez przebaczenia udostępnionego tak innym , jak samemu sobie – nigdy nie będziesz prawdziwie wolnym.
Oczywiście nie przeczę, że liczą się także inne czynniki. Że nawet dieta wpływa na pożądanie. My – wegetarianie – czy witarianie, jak Zetor – nie wpuszczamy w swoje ciała, a zatem i umysły – tych szkodliwych toksyn, jakie niesie mięso ubitych zwierząt. Wszystko wpływa na umysł i pracę serca.
Moje pożądanie do Eweliny stymuluje także je duma. Od lat podnieca mnie – i to bardzo – myśl, że jestem jedynym mężczyzną, dla którego jej oczy nabierają pozłocenia. Jest kobietą o wysokiej niezależności i wrodzonej rezerwie. Nie kupuje komplementów ulicznych, z androidalnym chłodem ignoruje wszelkie, choćby najmilsze zaczepki i próby poderwania ze strony innych mężczyzn. Kiedy nie ma mnie w domu – nie wpuści na kawę nawet najlepszego przyjaciela – jeśli przyszedł bez kobiety.
Nigdy jej o to nie prosiłem – nie przyszłoby mi to do głowy - ale ujmuje mnie to od samego początku po dzień dzisiejszy. Czy wasze kobiety są dumne i niezależne? Zatem doceńcie dar posiadania ich wyłącznej miłości. Moja żona jest dumna, a świadomość tego, że jestem jedynym, dla którego się rozbiera i oddaje – co czyni ze szczerą namiętnością – sprawia, że moje pożądanie i witalność wznoszą się na szczyty, które wielu po przekroczeniu czterdziestu lat traci już na zawsze.
Duma kobiety podnieca.
Wyłączność posiadania zaszczyca – i podnieca.
Jak widać, pożądanie generuje mnóstwo czynników.
Ale – zapewniam – wystarczy trening ciała i ducha, by miłość spełniła wasze największe marzenia i zadziwiła otoczenie.
Miłość i pożądanie żyją ze sobą w trwałym wtuleniu i nigdy się nie opuszczą.
Dziś porozmawiałbym z Kaprikornem inaczej.
Jego małżeństwo rozpadło się pięć lat temu.
Kiedy Malwina opuściła kuchnię, poczułem wyrzuty, że zraniłem ją tym żartowaniem z wpływu Księżyca. Poszedłem do niej i przeprosiłem. Zapewniłem, że nadal jestem w księżycowej drużynie.
- Ależ tatusiu – córka pocałowała mnie w policzek. – Chyba nie myślałeś, że się nadąsałam? W naszej rodzinie żarty, bardzo zresztą psychiatryczne, to taka codzienność, że wszyscy je wplatamy między zupełne poważne zdania i niczemu to nie przeszkadza. Kto by się tym przejmował? Nawet goście przywykli – zaśmiała się. – A tobie i tak nie pozwolę się wywinąć! Nie odbieraj telefonów.
- Tak jest – zasalutowałem.
Zdrowi, zasobni, lojalni. Niepodatni na ukruszenie.
Pocałowałem Malwinę i poszedłem do sypialni, gdzie moja żona czekała już z ofertą kwarantanny. Kwarantanna ta objęła mnie kokonem endorfiny, spod którego nie byłem skłonny wyjść przez dwie godziny.
Potem zjedliśmy drugie śniadanie. Zetor pojechał na patrol, Malwina poszła na szkolną bieżnię pobiegać, Ewelina ćwiczyła tai-chi, a ja wziąłem się za komiks.
Tu Właśnie Winneou Zbeształ Old Wabble’a. Wziąłem się za rysowanie bitwy. Kilku Apaczów, pobitych w zasadzce, miało umrzeć pod owym słynnym kaktusem w torturach zadanych przez Komanczów. Ale tych ostatnich było ledwie 100, gdy naraz konnica 300 Apaczów miała wpaść pośród nich z mściwym zacietrzewieniem, i nawet wspomagający Komanczów oddział 20 Kiowa przebranych za kaktusy nie mógł już zmienić wyniku bitwy...
Gdy zadzwonił telefon, odebrałem go zupełnie odruchowo. W chwili, gdy to zrobiłem, przypomniał mi się księżycowy zakaz. Zawisnąłem z komórką niezdecydowany, gdy z głośnika wydobywał się już głos mojego wydawcy:
- Mikołaj? Halo?
Przyłożyłem telefon do ucha. Nie zalecano mi rozmawiać dziś ze zleceniodawcą... ale efekty moich wysiłków napełniły mnie satysfakcją, która nie lubiła, by spychano ją w kąt niedocenienia.
Pomijając fakt, że mój wydawca jest ojcem mojej żony.
- Cześć, tato. Właśnie pracuję nad trzydziestą stroną.
- Aha. No, miałeś dziś właściwie ukończyć 35 stron, ale okej... Czy rysujesz bitwę o ten kaktus zwanyyy...
- Tu Właśnie Winnetou Zbeształ Old Wabble’a. Tak, jestem w połowie walk. Dodałem motyw z Kiowa.
- Z czym, przepraszam?
- Z Indianami Kiowa. Zawzięci wrogowie Apaczów. Uderzą na nich przebrani za kaktusy.
- Dobre! – roześmiał się teść. – Ale zostaną pokonani?
- Oczywiście, tato. Bo uczynię z kawalerii Apaczów jednorazowy ewenement na kontynencie amerykańskim. Odwiedził ich na stronie 26 Pułaski, pamiętasz, tato?
- Oczywiście, bardzo dobry pomysł, ciekawe, czy Polch by wpadł na to...
- No nie wiem, obaj mamy podobną kreskę, ale moje pomysły są unikalne, proszę taty.
Bogusław Polch był moim mistrzem-inspiratorem i naśladowałem jego styl z pełną premedytacją i satysfakcją. Nigdy nie przemawiały do mnie komiksy wypełnione mętnymi, niewyraźnymi rysunkami, które nasuwały mi myśl, że tworzył je człowiek nie tylko z nonszalancją odnoszący się do swoich odbiorców, ale umysłowo, a może i nawet organicznie rozchwiany. Sztuka wspiera się na dwóch filarach: kunszcie i pietyzmie. Moje stanowisko w kwestii sztuki jest jasno i twardo określone. Zamazane, plamiaste komiksy, groteskowe, zdeformowane chorobowo czy mutacyjnie rzeźby, no i te nieszczęsne polskie pomniki, w których nijak nie mogłem doszukać się piękna i majestatu – to nie jest dla mnie sztuką, lecz tylko nieestetyczną, odrzucającą manierą. W Ameryce czy Rosji - tej wspominającej carat – roi się od pomników oraz – logiczna konsekwencja - ludzi skłonnych zrobić sobie zdjęcie na ich tle. W Polsce już nie tak bardzo; majestatyczne, wyraziste pomniki krytykuje się jako amerykańskie kopie i pompatyczną tandetę, wychwala zaś trudne do identyfikacji i podziwu, ubogie materiałem i formą bryły, podobne zastygłym larwom, wyrzuconym z przelatujących statków pozaziemskich. Osobliwe zjawisko, pod którym nigdy nie złożę podpisu poparcia.
Z kolei rozbieranie się do naga i epatowanie strefami rozrodu w rzekomo artystycznym wyrazie nie tylko nawet nie ociera się o sztukę - rzekłbym: prosi się o sądowy nakaz prześwietlenia jeśli nie mózgu to przynajmniej duszy, każącej podejrzewać stłoczone frustracje i zagubienie.
Polch był moim mistrzem.
- Otóż Pułaski – kontynuowałem w odprężeniu - był trochę rozczarowany i zirytowany po tym, gdy Kongres zignorował jego apel o sformowanie przeciw Anglikom pierwszej w Ameryce kawalerii lansjerów. I w tej sytuacji formuje oddział lansjerów w armii Apaczów. Taka formacja rozbije z oczywistą łatwością piechotę kaktusów.
- Ha! Znakomite, mój synu. Indianie z lancami jak polscy ułani... Pomyślimy o podwyżce! – No i proszę. Reputacja Stepana Hindyja i Księżyca który przyświecał jego pracy, trochę mi teraz podupadła. – Czytelnicy cię pokochają. Pomysł z lansjerami-Apaczami wyszkolonymi przez Pułaskiego... no, no! Ale kiedy włączą się dragoni?
- Dragoni? – zamrugałem powiekami zaskoczony. – Jacy dragoni, tato?
- No, biała kawaleria! Chyba nie zamierzasz wypełnić komiksu samymi Indianami?
- Ale... To znaczy... No przecież jest tam Old Shatterhand, Old Firehand, Old Wabble, Sam Hawkens, Old Daddy-Long-Legs i kilku kowbojów...
- Ależ to są uszczypki.
- Co??
- Uszczypki, synu. Ledwie uszczypki białej rasy. Gdy tymczasem Indian mamy w tym komiksie cały zalew, jakby byli dominantami kontynentu, gdy tymczasem są rasą odchodzącą, uchodzącą w mgłę pogrzebania. Jeśli chcesz komiksu dynamicznego, musi pokazać rzeczywistość, a nie romantyczno-archaiczne fantasmagorie. Triumf ostateczny należy do białych. Rysujesz dla białych, prawda?
- Nie bardzo rozumiem, tato – wyznałem szczerze. Próbowałem zebrać myśli. – To komiks indiański.
- Bardzo dobrze. Indiański, traperski, przygodowy... bardzo dobrze. Ale koniec wieńczy dzieło i ja ten koniec widzę tak: Apacze toczą krwawy bój, który nie przynosi rozstrzygnięcia. Na to wpada oddział dragonów i siecze szablami Komanczów. I kaktusy Kiowa.
- Tato, ty sobie oczywiście żartujesz?
- Nie żartuję, Mikołaju! – głos mojego wydawcy pobrzmiał autentycznym, niestety, poirytowaniem. – Po prostu staję okoniem tej całej niby to antyrasistowskiej hipokryzji!
- Co takiego?... Tato, ja nie bardzo łapię... – podniosłem skonfundowany wzrok na córkę, która stanęła właśnie w drzwiach do pokoju.
- No już ci tłumaczę, psiakrew! Zauważyłeś ten trend w amerykańskich filmach, który zaczął natrętnie wypływać na przełomie lat 70. i 80., kiedy to w filmie, na przykład policyjnym, biały oficer musi koniecznie mieć partnera M u r z y n a ?
Milczałem osłupiały jak ten baran otoczony na hali przez basiory wyposzczone zimą.
Białorosyjską.
- Rozumiesz już, o czym mówię, synu? – Teść nazywał mnie synem tylko w dwóch rodzajach okoliczności; kiedy po pijanemu wyznawał mi wdzięczność za uszczęśliwienie córki, no i kiedy dawał mi do zrozumienia, że jest bliski wylania gniewu na mnie, zaś forma „syn” była tu ostrzeżeniem. Z pewnością nie dotykała nas teraz ta pierwsza okoliczność. Teść był trzeźwy, a przy tym niezrozumiale wzburzony. – Wnerwia mnie ten PRZYMUS wkręcania Czarnych na siłę w scenariusz każdego filmu, kiedy nie ma ich w wizji twórców, ale są oni w wizji propagandy rasistowskiej! Włącz jakiś film i powiedz mi, czy masz tam parę Białych, czy Białego i Czarnego! No?!
- Tato – przełknąłem ślinę – nie jesteś chyba... rasistą?
- Oczywiście, że nie jestem, do cholery! Lubię bardzo Czarnych! Eddie Murphy i Carl Weathers to moi idole po dzień dzisiejszy; wiesz, że ich postery ciągle wiszą w moim garażu. – To prawda, ciągle tam wisiały, mimo, że kiedy fala filmów video wdarła się do Polski, wyłamując socjalistyczne tamy, teść był już w zasadzie za stary na wieszanie posterów. – Lubię Murzynów i ich muzykę z lat 70., ale kiedy ktoś każe mi umieścić Murzyna w moim komiksie, bo tak jest poprawnie, to ja jestem zbuntowany, bo jestem tym samym ofiarą rasizmu!... A przecież rasistą nie jestem – dodał łagodniej.
No tak. Nie mógł być.
Jego druga żona była studentką z Kamerunu.
- Synu, kiedy tworzysz komiks i chcesz wypełnić go Murzynami, bo jest o zgodne z twoją wizją, to wszystko jest w porządku. Kiedy chcesz wypełnić go Białymi, też jest w porządku. Dla mnie. Ale instytucje zarzucą ci propagowanie rasizmu i narzucą czarny element. Co ja nazywam rasizmem i hipokryzją. I przeciw temu się buntuję! Jesteś artystą. Akceptujesz ingerencję w swoje prace?
- Nie.
- Otóż to, Mikołaju! – Już nie byłem synem, co oznaczało napływ złagodzenia.
- Tato kochany, ale co ta cała kwestia ma do mojego komiksu i n d i a ń s k i e g o?
- Albowiem – głos mojego wydawcy zabrzmiał teraz mściwą satysfakcją – wydałem wojnę tym hipokrytom. I zamierzam na siłę wypełniać moje komiksy Białymi! Howgh!!
Patrzyłem bezradnie na Malwinę. Jej twarz była bez wyrazu i raczej nie niosła odsieczy.
- Tato, w pełni popieram twoje poglądy na wolność artystyczną... ale udział białych dragonów zupełnie nie pasuje do mojej koncepcji wojny o kaktusy. Nie jest zgodny z moją wizją i...
- Synu – przerwał mi chłodny głos teścia. – Odrzucam zatem twój komiks. Zadzwoń do mnie, kiedy naniesiesz poprawki. A ilość białej kawalerii, którą sugerowałem, podwój. Ilość kowbojów także. I tych tam „Oldów”. Do usłyszenia.
Odłożyłem komórkę na stół całkowicie pogubiony w sytuacji. Mój teść nigdy wcześniej nie zdradził się z tymi przekonaniami. Dziś mówił z rozsierdzeniem o swoim buncie przeciw ingerencji w wolność artystycznej wizji. Po czym mnie samego uczynił ofiarą takiej właśnie ingerencji.
Westchnąłem ciężko i wróciłem smętnym spojrzeniem do córki.
- A Stepan Hindyj ostrzegał – powiedziała, kiwając głową jak wahadłem – żebyś nie odbierał i nie negocjował.
*
Kalendarz księżycowy stał się czymś – kimś? – w rodzaju domownika posiadającego jeśli nie prawa, to wpływy. Na pewno posiadł prawo głosu. Był to naturalnie głos interpretatora Stepana Hindyja, którego pozostało uznać z nadzieją za uduchowionego fachowca, nie zaś wpartego o bimber naciągacza. Pozostało uznać – bo byłbym jedynym pochrząkującym sceptykiem przy zjednoczonej nad kalendarzem, pełnej entuzjazmu i zaangażowania rodzinie.
Rodzinie, którą kochałem wdzięcznie i życzliwie. I może dlatego wepchnąłem odczuwane rozterki i wątpliwości pod poduszkę – gdy tymczasem najważniejsze przecież są szczerość i zaufanie, co sprowadza się do bezzwłocznego wynurzania tychże rozterek i wątpliwości.
Ale umilkłem i przestałem szydzić, by harmonia pozostała z nami.
No cóż... kolejny błąd, jak to dziś sam sobie osądzam.
Dziś patrzę na siebie z wielkim żalem, ale i nie mniejszym egzekucyjnym chłodem.
Zawsze zbierzesz to, na co zasłużyłeś. Nawet, jeśli przekracza to obszar jednej inkarnacji.
Nie ukrywam jednak, iż milczałem także i z tego powodu, że wskazówki i prognozy księżycowe zwyczajnie się urzeczywistniały. Po tym telefonie byłem prawdziwie oszołomiony i zbity z tropu, który znaczyły dotąd kpiny.
Trapiło mnie jeszcze jedno. Dopóki nie znaliśmy siły wpływu Księżyca na nasz umysł, organizm i los, nie zawracaliśmy sobie głowy czymś takim jak nów i jego ujemne oddziaływanie. Nie przypominam sobie, bym w minionych miesiącach jakoś szczególnie wyraźnie odróżniał złowrogi czas nowiu od wspierającego czasu pełni. Owszem – zawsze są dni, kiedy czujesz niemoc i brak rezonu, oraz takie, gdy poczucie siły i własnego potencjału aż cię unosi. Ale przecież nie oznaczało to dotąd takiego stresu i zagnania w kąt, by uniknąć guza.
Księżyc nas sterroryzował.
[...]

13 komentarzy:

  1. No to chyba muszę przeczytać całość. Muszę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Poproszę Cię o "zameilowanie" do mnie, Ewo.

    OdpowiedzUsuń
  3. Przeczytałam właśnie i muszę chwilkę ochłonąć, bom się uśmiała przeszczęśliwie.Ten początek to tylko rozgrzewka przed niesamowitym wyczynem. Polecam-dobre na chandrę i wszelkie inne nastroje. No i...Wbrew wesołości-głębokie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Przeczytałam właśnie i muszę chwilkę ochłonąć, bom się uśmiała przeszczęśliwie.Ten początek to tylko rozgrzewka przed niesamowitym wyczynem. Polecam-dobre na chandrę i wszelkie inne nastroje. No i...Wbrew wesołości-głębokie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo się cieszę, Ewo! Dziękuję za uznanie.
    Precz z chandrami! Ogniem i mieczem je. ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Przeczytałam jednym tchem. :) Proszę o jeszcze!

    OdpowiedzUsuń
  7. Trayi, niespodzianka! :) Wypatrywałem Cię na horyzoncie i nieboskłonie. ;)
    "Wpływ na Księżyc" jest jakoby i jakkolwiek, a nawet cokolwiek zakontraktowany dla RW2010, jednak cieszy mnie tak entuzjastyczny odbiór. Dlatego pierwszym trzem osobom, które napiszą do mnie mail, prześlę całe 66 stron tej lunarnej noweli. Z wielką przyjemnością. :)
    A trzeba się spieszyć, póki Księżyc nie zajdzie. ;-)

    OdpowiedzUsuń
  8. Mówiłam, że będę zaglądać tutaj. :) Nie da się nie zaglądać!

    OdpowiedzUsuń
  9. To wspaniała wiadomość!
    Może i bajkę jakąś mi kiedyś przyślesz? :)

    OdpowiedzUsuń
  10. bardzo ciekawe opowiadanie, czyta sie jednym tchem jestem skory by przeczytać inne...

    OdpowiedzUsuń
  11. Jestem szczęśliwy, czytając taką opinię. Zapraszam oczywiście do lektury o każdej porze dnia i nocy!

    OdpowiedzUsuń