wtorek, 18 października 2011

Jesienny dreszczowiec

To chyba jesienne szarugi i celtyckie wiatry sprawiają, że Autor utkwił w nastroju wisielczym, mrocznym, nieomal beznadziejnym...
Jakby w kociołek wpadł.
Wydostać się z niego nie będzie łatwo.
Może uda się 24 grudnia.
A już na pewno pierwszego dnia wiosny - w Irlandii to już pierwszy lutego.
Póki co - szaruga i kociołek.
Najwyraźniej skłania to do pisania o nocnych upiorach i zagrożeniu, bo znów ten posępny temat wraca...
Dziś - prawdziwa zgroza. Dla ludzi o mocnych sercach.
Najlepiej - zakochanych.

Gobliny

To się stało rok temu.
Rok temu.
I ja się wciąż zastanawiam.
Już cały rok.


Był początek października; ciepły i suchy.
Pamiętam, siedziałem wtedy nad VII księgą Tytusa, Romka i A’tomka. Mam całą kolekcję Tytusów. To jedyna kolekcja, jaką mam, ale nie dlatego traktuję ją z nabożną czcią. Komiksy Papcia Chmiela czytam od siódmego roku życia i nic nie zapowiada zakończenia tej upodobanej czynności. Po pierwsze – połowa serii ma unikalny, bajeczny klimat PRL i przypisanego mu dzieciństwa. Po drugie – ironia Papcia Chmiela jest fantastyczna. Po trzecie – mam oryginalne wydania, nie jakieś „sztuczne” reprinty, choć te są i tak o niebo lepsze od wersji „modernizowanych”, gdzie krótkofalówkę zastępuje komórka. Jeśli taka księga VII była wydana w roku 1970, to tylko oryginalny twór z tego roku mógł się w moim zbiorze znaleźć.
Pachnący przeszłością. PRL –em.
Magiczny relikt wycięty z dzieciństwa.
Siedziałem przy stole w kuchni z takim wyrazem twarzy, który zazwyczaj zdradzał żonie już z daleka, że czytam właśnie Tytusa, a nie publikację o mordowaniu polskich jeńców w sowieckich obozach.
Coś jakby błogo rozciągnięty pysk barana odurzonego wiosennymi ziołami.
Jadłem kanapki z szynką i serem, popijałem czarną herbatą z cytryną. Herbatę piłem oczywiście ze szklanki podejmowanej ze spodka. Jeśli czyta się relikt PRL-owskiego dzieciństwa, to należy dopełnić i innych rytuałów.
Herbatę pić po PRL-owsku. To stymuluje nabożeństwo.
Tkwiłem więc w swoim - jak to żona zwykła określać – PRL-owskim mikroklimacie – z całkiem baranim uszczęśliwieniem, i wydawało mi się, że nic nie zakłóci mi tego mikroklimatu.
Wydawało mi się tak aż do strony 12, po czym padł cień.
To miał być długi cień.
Długie cienie wypierają mikroklimaty, dawno już to odkryłem.
Szkoda.
Przy stronie 12 księgi VII, do kuchni weszła moja żona Paulina.
- Ahoj – rzekłem ciepło, sięgając po szklankę.
Nie oderwałem oczu od komiksu ani by się napić herbaty, ani by powitać żonę.
Nabożeństwo, jak powiedziałem.
Szybko jednak się skończyło.
- Musimy porozmawiać – odezwała się żona.
Głos był smutny, a nawet ciężki. Przeniosłem na nią zaniepokojony wzrok i natychmiast podniosłem się z krzesła. Wargi żony były spuchnięte, oczy podkrążone, ramiona zaś… ramiona zaś pełne sińców.
Poczułem jak topór wycięty z płonącej lawy rozcina mnie od kości ogonowej do czaszki.
- Co się… Co ci… Co…? – To tyle, co zdołałem wykrztusić.
Paulina pokręciła głową i podeszła do stołu.
- Siadaj – rzuciła półgłosem.
Oboje osunęliśmy się na krzesła.
Patrzyłem na nią w sposób godny mężczyzny. Godny mężczyzny w takich okolicznościach – moja twarz była nieomal kamienna, tylko oczom nadałem odrobinę ciepła wymieszanego z zatroskaniem. Moje serce trzepotało strwożone, a większość narządów miażdżyła nieznana siła i pierwszy raz w życiu p o c z u ł e m, że te narządy rzeczywiście mam.
Ale twarz zachowałem kamienną.
Trudna, trudna sztuka, gdy niczym skazaniec czekasz na wykopnięcie krzesła spod nóg i wyprężenie liny.
Gdy czekasz, aż twoja żona, twoja miłość, powie ci, że ktoś ją…
- Goblin do mnie przychodzi.
Zapadła dłuższa cisza.
Paulina nie zmieniła wyrazu twarzy. Była tak samo smutna, jakby umęczona i zrezygnowana.
Ja zaś pogubiłem trochę tę kamienną twarz. Spodziewałem się słów strasznych; o gwałcicielu czy rabusiu skłonnym przywalić kobiecie w ramach prewencji, by policji nie wzywała, nie wiem – może o szantażyście, co zdobył kilka z tych zdjęć, których sobie setki napstrykaliśmy…
Tak, spodziewałem się słów strasznych, ale…
Padły całkiem groteskowe.
Nie wiedziałem, co powiedzieć, więc nie powiedziałem nic. Czekałem na jakieś potwierdzenie, że słowa, które opuściły spuchnięte słowa żony, były właśnie tymi, które zeszły z jej mózgu do krtani. Że nie nastąpiła dziwaczna pomyłka, co przecież w stresie…
- Goblin do mnie przychodzi, Andrzeju. Nocami.
Kamienną twarz utraciłem. Byłem raczej tym baranem, co robi głupie miny istoty, u której funkcjonuje tylko 3-4% mózgu.
Tyle, co trzeba, by odróżnić żwir od trawy i by nakazać organizmowi błogie skubanie i przeżuwanie.
- Wiem, jak to brzmi – westchnęła, obniżając smętny wzrok na VII księgę. – Ale wiesz… Możesz rozważać halucynacje raz czy dwa, nie zaś dziesięć…
Zakrztusiłem się herbatą, którą podniosłem do ust, co zrobiłem bardziej z nerwów niż rzeczywistej ochoty.
- Przychodzi, kiedy jesteś na dole – uzupełniła.
Na dole. W gabinecie piwnicznym, jak to ja zwykłem nazywać.
Jestem pisarzem. Piszę o strzygach, wampirach, chupacabrach.
Tak, nie są to historie dla siedmiolatków. Ci powinni zaczynać raczej od Tytusa.
Piszę horrory.
O goblinach też piszę.
Nie przypominam sobie, by jakikolwiek opuścił moją książkę, ani żadną inną zresztą.
Nieomal każdego wieczora schodzę do gabinetu piwnicznego, gdzie pośród czerwonych cegieł - sprowadzonych nielegalnie z ruin krzyżackiego zamku, pośród osiemnastowiecznych kandelabrów - wykupionych nielegalnie od rumuńskich przemytników, pośród dwustuletnich portretów starych polskich hetmanów i magnatów – kupionych całkiem uczciwie – piszę grozę.
Cegły, świeczniki, portrety. Taki tam mikroklimat. Nabożeństwo innego rodzaju.
Wena nigdy mnie nie opuszcza.
Siły niestety tak. Zdarzało mi się padać nad rękopisem – nie wyobrażam sobie innej formy tworzenia horroru z klimatem – w starym, muzealnym krześle, wywiezionym nieco przestępczo z Petersburga albo w stojącej w kącie kanapie.
Uwiezionej ze Lwowa.
Bywało, że przespałem pełne noce w piwnicy.
Nie narzekałem – sny piwniczne sprowadzały natchnienie; pomysły, wizje, zakończenia, nad którymi pół dnia się głowiłem.
Paulina, owszem, narzekała. Była zmarzluchem – i boi-dudkiem.
A teraz okazuje się, że w czasie tych snów piwnicznych moją żonę nawiedzał goblin.
Goblin.
Udało mi się nie roześmiać.
Zresztą byłem szczerze wystraszony i zdenerwowany.
Nadeszła pora, by się zebrać do kupy i zebrałem się. Głupkowate lico barana zostało strącone z głowy, a na jego miejscu pojawiła się badawcza, silna i władcza twarz hetmana tudzież magnata.
Mniej więcej.
- Co masz na myśli, mówiąc goblin – odezwałem się spokojnie.
Skrzywiła usta.
- Andrzej, nosz... – To „nosz” oznaczało, że w ostatnim momencie wycofała określenie „do cholery” lub coś podobnego w wyrazie. – Piszesz o goblinach, sam wiesz, że z pandami nie sposób je pomylić… - Pokręciła głową, zbierając myśli. – Jest jakiś… obły, twardy, masywny… taki, hm, jakby niezdarny, toporny… ale silny i szybki.
- No tak, do pandy to nie pasuje, ale już taki goryl, co uciekł z zoo na Królewskiej…
- Andrzeju. To potwór. Ma twarz Hurona, łeb jakby pałkami stłuczony i wypalony, oczy szare, ale błyszczące, skórę jak nosorożec, a kiedy na mnie wchodzi, to chrząka i…
- Kiedy c o? – wykrztusiłem piskliwie.
To nie było za bardzo hetmańskie. Niestety.
Podniosła na mnie zrezygnowane oczy.
- No, wchodzi. Przywala mnie.
Skamieniały czekałem na dalsze słowa.
- I dusi mnie. Ściska za ręce albo szyję. Grozi.
- Grozi?? – mimo wszystko odetchnąłem, że goblin nie był zainteresowany krzyżowaniem gatunków.
Nie za bardzo też wierzyłem, że goblin był goblinem. Postanowiłem przerzucić wiadomości, być może faktycznie goryl, może całe ich stado – zbiegło i włamywało się do domów za strawą i namiastką terroru. W zemście za kraty i wrzucone przez nie batony psujące zęby.
- To jest goblin, kochanie. Grozi mi takim dziwnym językiem. Nie sposób zrozumieć słów, ale komunikat jest czytelny… Mam milczeć, bo mnie rozszarpie. Tak to pojęłam.
- Ale co on robi w sumie? – chciałem wiedzieć.
- Dusi i przygniata. I trochę podjada z lodówki.
A jednak.
- I podpija z barku.
Przetarłem twarz dłońmi.
- Każdej nocy?
- Każdej, gdy tylko zaśniesz na dole.
Kobieta, którą kochałem, była krzywdzona przez goryla zbiegłego z zoo.
Rabowano też moje alkohole. To nie liczyło się równie mocno, ale też miało swoje znaczenie. Podjąłem hetmańską decyzję.
- Dopadnę go – oświadczyłem stanowczo.
- Ale nie zawiadamiaj policji – poprosiła wystraszona.
Zastanowiłem się.
- Groził, że mnie rozerwie, gdy to zrobisz.
Rzeczywiście dziwną musiał być istotą nocny przybysz. Niezrozumiały język przekazywał zaskakująco jasne treści.
- Sam go załatwię – wycedziłem.
Podniosła się, kiwając głową.
- Dobrze, kochanie… Tylko musisz jedną rzecz zaakceptować.
- No?
- Że to jest GOBLIN.
Milczałem.
- Goblin. Goblin. Nie cietrzew, jenot, ryś… Goblin.
Nadal milczałem. Zastanawiałem się, czy moja żona właściwie dobierała słowa, jeśli chciała mnie zmobilizować i wzmocnić przed wojną.
- Goblin – powtarzała tonem mrocznym, wręcz beznadziejnym. – Który ma ciało odporne na cios noża rzeźnickiego i potrafi rękami oderwać głowę człowieka.
Zasapałem.
- Paulino, proszę cię… „Ciało odporne na cios noża rzeźnickiego i potrafi rękami…” to przecież cytat z mojej książki. Z Nocnego uduszania.
- Tak? – zamrugała oczami. – No, ale przecież to pasuje. Przecież to goblin. Uważasz mnie za idiotkę, która nie rozpozna stworzenia wchodzącego na jej ciało?
- Oczywiście że nie – żachnąłem się. – Tylko… No wiesz – złagodziłem ton – gobliny występują w horrorach. Sam wprowadziłem je do czterech moich książek…
- Powiedziałeś, że się ich boisz – przypomniała, przeszywając mnie wzrokiem.
- Oj… No tak… Ale każdy, kto pisze lub czyta horrory w środku nocy, w ciszy, w świetle kandelabrów, odizolowany, trochę się boi… To jednak raczej umiejętność wczuwania się w nastrój powieści, czy też zanurzanie we własnej wyobraźni, natomiast…
- Powiedziałeś, że gdyby goblin przyszedł do twojego domu, umarłbyś ze zgrozy.
No tak. Tyle w kwestii pokrzepiania i mobilizacji.
Przełknąłem ślinę.
- Tak – przyznałem po chwili milczenia. – To prawda. Gdybym był sam, pewnie nawet widok bezpańskiego wilczura zdusiłby mi serce… Ale kiedy COKOLWIEK zagraża mojej żonie, sytuacja jest inna. Zupełnie inna – zakończyłem twardo.
Bo czyż właśnie tak nie jest? Gdy jesteśmy sami w domu, nawet przybliżenie się do uchylonego okna o północy budzi jakieś szmery w sercu, tworzy dziwne cienie wokół; nagle okazuje się, że nieskrzypiąca podłoga skrzypi, że bezgłośna lodówka osobliwie pomrukuje, pobrzękuje…
A kiedy staniesz nad żoną albo dzieckiem, lęku nie ma wcale.
Wyjdziesz naprzeciw setce goblinów uzbrojonych w kły, włócznie i ręce urywające głowy, jeśli zagrożą twoim bliskim.
Tak to już jest.
Mój strach, jeśli nawet gdzieś tkwił, to skurczony, ściśnięty, zamknięty w odległym kącie duszy.
Byłem wystraszony raczej niedolą kobiety, którą kochałem.
A przede wszystkim byłem zły, bardzo zły.
Nikt i nic nie będzie unieszczęśliwiać mojej żony.
Ani spijać z mojego barku.
Byłem zmobilizowany i gotów do walki. Wstałem i położyłem dłonie na ramionach Pauliny.
- Dopadnę stwora, czymkolwiek jest – powtórzyłem.
I nawet wyszedł mi hetmański głos.
Patrzyła na mnie dużymi oczami. Były szare i błyszczące, lecz nie sądziłem, by goblinom dane było mieć podobne. W moich książkach patrzyły na świat szarymi krzemieniami pozbawionymi źrenic. Te szare krzemienie paraliżowały ludzi, a ręce o skórze nosorożca rozrywały ich na części.
Czy przyszło mi zmierzyć się z czymś takim?
Mój przyjaciel Tobiasz powtarzał:
- Nie pisz horrorów. Przerzuć się na komedie rodzinne albo szkolne perypetie, jak u mistrza Niziurskiego. Albo wykup licencję na Tytusa od Papcia Chmiela. Albowiem wszystko, co piszesz, co mówisz, co – w gruncie rzeczy – kreujesz, przekuwa się w rzeczywistość. Prędzej czy później. Każdy z nas sam odpowiada za projektor swego życia. Zapamiętaj to, brachu. Projekcja. Ameryka wkrótce strasznie beknie za te swoje katastroficzne filmy. Poczekaj jeszcze z rok czy dwa. Już po nich.
Projekcje…
- To jest goblin – powiedziała Paulina ponurym głosem.
Potrząsnąłem głową odsunąłem ją i podszedłem do telefonu.
- Kochanie, daj spokój – słyszałem za plecami. – Nie chcę, żeby cię rozerwał… Poświęcę się dla ciebie… Andrzej…
W słuchawce słyszałem sygnał. Lubiłem ten dźwięk. Zwłaszcza w sytuacji takiej jak ta. Jest kilka takich rodzajów dźwięków, które znamionują siłę i prężność cywilizacji. Podkreślają, że my, ludzie, poszliśmy już bardzo do przodu. Że wampiry i chupacabry nie staną nam w progu. Telefony otwierają bramy do potężnych armii cywilizacyjnego wsparcia: do policji, pogotowia, psychoterapeutów…
Lubiłem sygnał telefoniczny.
Kiedy go słyszysz, wiesz, że nie jesteś w środku kniei zdany na los trolli i południc, lecz w środku miasta, w rzeszy prężnej, racjonalnej rzeszy ludzkiej.
Kiedy go słyszysz, to w zasadzie już wiesz, że pomoc w drodze.
- No co tam, brachu – usłyszałem ciepły głos.
Głos, który – co tu dużo mówić – uczynił dużo więcej w kwestii mobilizacji niż słowo goblin, które moja żona powtórzyła tuzin razy w katastroficznym tonie.
Tobiasz był moim jedynym przyjacielem, ale też byłem skłonny uwierzyć w regułę, że im mniej masz przyjaciół, tym bardziej sprężona jest ich lojalność i moc oddziaływania na twoje życie. Tobiasz pracował w laboratorium kryminalistycznym, jednak nie to było pasją, która nas zbliżyła.
Podobnie jak ja, pisał książki. No – powiedzmy: zaczął je pisać. Wydał raptem jedną – Księgę upiorów planetarnych co do jednego, a drugą dopiero posłał wydawcy – pamiętnik 111 ciał osobiście kredą obrysowałem.
Tak, człowiek, który przestrzegał przed projektowaniem grozy, sam ją pisał.
- Dobrze cię słyszeć – powiedziałem szczerze i z wdzięcznością.
Zaśmiał się w sposób, który zdradzał, że wieczór spędzał w swój ulubiony sposób (jeśli nie pisał i nie obrysowywał ciał): oglądał serial Napisała: morderstwo w towarzystwie whisky.
Bardzo serdeczne towarzystwo, którego też jakoś nagle zapragnąłem.
- Wpadnij na malucha – zaproponował.
- Nie bardzo mogę.
Faktycznie, nie bardzo mogłem. Zapadał zmierzch, a wraz z nim zapadało się bezpieczeństwo mojej żony i nietykalność barku.
- A co tam? – spytał wesoło.
Nie wyglądało na to, by miał jakieś kłopoty z goblinem w ostatnim czasie.
A ja szczerze mu życzyłem, by przypadło mu wkrótce obrysować kredą ciało szare, obłe, toporne, z nosorożcowatą skórą.
Myśląc tak owego wieczoru, ani przypuszczałem, że tak właśnie się stanie.
- Mój drogi kryminalisto – rzekłem, przełamując blokadę – moja żona jest, hm, nachodzona…
- Nachodzona, nie nawiedzona? – sprecyzował od razu.
- Yhm. Dokładnie. Coś nachodzi ją w nocy.
- O. – Milczał kilka sekund. – Ale nie duch?
- Nie.
- I nie ty?
- Nie ja. Niestety.
- Okej. A co by to miało być.
- No… twierdzi, że goblin.
- Że goblin?
- Tak.
- Okej.
I tyle. Po prostu okej. Żadnych tam „zwariowałeś”, „powtórz, proszę”, czy „stary numer, kawalarzu”. Cały Tobiasz, mój przyjaciel. Moja kawaleria.
- I jakie pytanie chcesz mi zadać? Namyśl się, a ja sobie chlapnę, dobra?
Namyśliłem się szybko.
- Jesteś?
- Jestem, brachu.
- Napisałeś Księgę upiorów planetarnych co do jednego, prawda?
- Oczywiście, druhu mój – potwierdził tonem, który zdradzał, że w istocie sobie chlapnął.
- No tak, no tak – wymruczałem. – Napisałeś we wstępie, który omawiali tydzień temu na TVN…
- No…
- …że wszystkie potwory ujęte w spisie były lub wciąż są autentycznymi członkami populacji planety. Że udowadniają to przekazy, raporty, stare archiwa Platończyków, groby i szkielety, a nawet ludzka logika…
- „Nade wszystko zaś ludzka logika” – poprawił mnie.
- No właśnie… Na liście są wilkołaki, wampiry, smoki chińskie, nordyckie, słowiańskie, indiańskie… Bazyliszki, chupacabry, Człowiek-Ćma, Kuba-Skoczek…
- No…
- …i gobliny.
Zapadła cisza. Pomyślałem, że Tobiasz się zafrapował, ale przestałem tak myśleć, gdy usłyszałem chlupot rozlewanej whisky.
- Andrzejku, druhu mój. Chcesz, bym ci teraz jasno i ostatecznie wyznał moje stanowisko w tej sprawie? Czy wierzę, że gobliny istnieją naprawdę?
- Tak…
- Nie wierzę. Żadnego z nich nie złapano, jak się wydaje.
Zagryzłem wargi.
- No, ale pisałeś, że… A nawet zawsze mówiłeś…
- Mówiłem, bo lubię wkręcać. A pisałem… I ja, i ty, piszemy to, co ludzie chcą czytać. Ludzie lubią strach. Czy też dokładniej: lubią uwalniać swój wrodzony strach, nadawać mu imiona. Rozumiesz. Takie jak Olgoi-Khorkhoi tudzież goblin właśnie. A my dzięki temu jeździmy mercedesami zamiast zaporożcami.
- Hm… Jesteś pewien, że nie ma czegoś takiego jak goblin? Opisałeś go bardzo dokładnie…
- No. Wziąłem ten bardzo dokładny opis ze znakomitej książki Nocne uduszanie. Słyszałeś o takiej?
- Hmm… Więc gobliny nie istnieją.
- Nie bardziej niż te prosiaki z włóczniami, co Jabbie na zamku służą.
- Uff… Ale coś nawiedza moją żonę mimo wszystko.
- Sen. Zdarzają się wielotygodniowe serie koszmaru. Niech przestanie czytać twoje książki na jakiś czas. Daj jej Tytusa w Bitwie Warszawskiej. Albo też… to jakiś goryl. Rozumiesz: uciekinier z cyrku czy zoo na Królewskiej. To się zdarza.
Pokiwałem głową pełen zmieszanych, niejasnych myśli. Chciałem jeszcze coś rzec, lecz usłyszałem kroki za sobą i odwróciłem się.
Paulina stała ze smutną miną i z dużą książką w rękach.
Księga upiorów planetarnych co do jednego.
- Kończę, brachu – rzekłem spokojnie do słuchawki. – Dam znać, co i jak. Dzięki za pokrzepienie.
- Nie ma za co. Wpadnij na malucha, kiedy już rozłupiesz goblina.
Rzeczywiście kilka dni później miałem wpaść na malucha. Pretekstem do tej wizyty miało okazać się jednak coś, o czym w tym momencie nawet bym nie pomyślał.
Absolutnie nie.
Odłożyłem słuchawkę. W czasie tego odkładania Paulina zdążyła już otworzyć książkę na właściwej stronie.
- Gobliny istnieją – powiedziała z miną, którą dobrze znałem od dziewięciu lat. To była mina, której nie powstydziliby się konkwistadorzy i jezuici stojący w rozkroku nad Indianami czworakującymi tak cieleśnie, jak duchowo. – Czytam. Jeszcze w XVIII wieku istniało sześć szczepów goblinów; na ich redukcję miały wpływ epidemie, wojny światowe oraz tajne misje eliminacyjne Opus Dei. Dziś bezsprzecznie egzystują dwa szczepy: górski i podmiejski. Ten ostatni jest szczególnie niebezpieczny. W przeciwieństwie do zielonoskórych goblinów górskich, które skupiły się na strategii unikania ludzi i potrafią przybierać postać drzew i kamieni, podmiejskie okazują dużo większą zuchwałość, a nawet agresję. Wszystkie żyją pod miastami, których liczba ludności przekracza 50 000. Występują w Ameryce Północnej, na Wyspach Brytyjskich, w Niemczech i Skandynawii, oraz na terytoriach Zachodniej Słowiańszczyzny. W roku 1999 dwa spite alkoholem gobliny pochwycono w Gnieźnie, w podziemiach katedry, jednak po decyzji prałata Ulbensteina incydent zatuszowano. Gobliny unieruchomiono sarkofagami z betonu morskiego i wymieniono z Amerykanami na drobiny z krzyża Pańskiego.
Podmiejskie mieszkają w kanałach i zarośniętych, częściowo zagrzebanych bunkrach dużych miast. Jako jedyne gobliny nie boją się ludzi, co jest o tyle kłopotliwe, że mają zadziwiającą siłę ramion i wysoką odporność na zranienie. Raporty jezuity Louisa de Carpedienta z XVII wieku mówią, że ich skóra nie poddaje się kłuciu szpady i kulom z muszkietu.
Liczebność goblinów podmiejskich jest niełatwa do oszacowania, skoro nigdy nie wychodzą z ukrycia w zwartych oddziałach, a oficjalne urzędy stanowczo zaprzeczają ich istnieniu. Zastanawia jednak uwaga prałata Ulbensteina, który najpierw obśmiewał przed dziennikarzami „fantastyczne debaty nad fikcyjnym incydentem”, by odwracając się do odejścia, rzucić dziwną cokolwiek uwagę, że „niech się zajmą lepiej pisaniem o patologicznych dzieciach z rozpadających się kamienic, a nie dwoma tysiącami upiorów z kanałów”… Całkiem sprecyzowana liczba, jak się wydaje.
Jeśli w podziemiach Gniezna żyje 2000 goblinów, to wypada zafrapować się nad ich całkowitą liczbą tak w Polsce, jak w całym cywilizowanym jakoby świecie. Dlaczego nie wychodzą gromadnie na mord i plądrowanie? Prawdopodobnie wstrzymuje je lęk przed konfrontacją z armią uzbrojoną w samoloty szturmowe i transportery. Wiedzą, że miast ludzkich nie da się ani zasypać, ani zalać – co z kolei można uczynić z podziemiami.
Pozostaje natomiast cały stos raportów o nocnych wizytach pojedynczych goblinów. Które mówią o pobiciach, rabunkach, straszeniu, a nawet gwałceniu kobiet… - Paulina oderwała oczy od tekstu i podniosła je na mnie. Były to frapujące, całkiem jezuickie oczy. – No sam widzisz. To napisał twój przyjaciel Tobiasz. Po dziesięcioletnim studiowaniu źródeł.
- Właśnie rozmawiałem z Tobiaszem. Napisał o goblinach po to, by jeździć mercedesem, a nie zaporożcem.
- Posłuchaj opisu goblina podmiejskiego. Masywny, topornie ciosany, z daleka może wyglądać niczym stos gontów dachowych lub desek sosnowych, zwłaszcza gdy znieruchomieje. Taki kamuflaż pozwala mu unicestwić omamionego człowieka nieomal zerowym nakładem sił. Przy czym i tak przypisuje mu się siłę trzech, a nawet czterech ludzi klasy drwal. Goblin podmiejski jest szary, a jego skóra podobna nosorożcowej, gruba, sztywna, niemiła w dotyku i zniechęcająca do walki wręcz. Oczy mogą mieć własności hipnotyzujące, z całą zaś pewnością przerażają, co owocuje zwiotczeniem mięśni ofiary i wygasaniem oporu.
Podmiejski opuszcza siedziby nocami. Pojedynczy osobnicy, ewentualnie dwu-trzyosobowe oddziały, poszukują słabo zabezpieczonych sklepów i mieszkań, by rabować meble, żywność i alkohol. Zdarzają się przypadki gwałcenia, a nawet porywania kobiet żyjących samotnie lub słabo bronionych. Zanotowano dwa incydenty, w których mężczyźni usiłujący ochronić swoje partnerki zostali rozerwani i częściowo skonsumowani… - Uniosła brwi i popatrzyła na mnie znacząco.
Trochę już zdenerwował mnie ten sposób na mobilizację. Bądź co bądź byłem jedynym jej obrońcą. Człowiekiem narażonym na rozerwanie tudzież dekapitację.
I częściową konsumpcję.
Czego wszak nie trzeba było podkreślać aż tak bardzo.
Bo zacząłem liczyć się z tym, że istotnie czeka mnie konfrontacja właśnie z goblinem.
Nie jakimś tam bananowym rabusiem, co z zoo czmychnął.
Być może Tobiasz nie powiedział mi przed chwilą prawdy… Może chciał mnie wzmocnić przekonaniem o konfrontacji z istotą ludzką.
Paulina nie kwapiła się do podobnych zabiegów pokrzepienia.
Nie zbeształem jednak mojej żony. Owszem, zniechęcała mnie do oporu, podkreślała marne me szanse i marny los w przypadku podjęcia walki. Zamiast okazać wdzięczność i wiarę w moje siły, a przynajmniej w moją determinację, podkreśliła tylko moc przeciwnika, podkopując moją. Ale czyż nie była w silnym stresie i lęku? Niewątpliwie bała się tak samo o mnie, jak o siebie. Tak to jest w miłości.
Objąłem ją, odbierając książkę.
- Kocham cię nad wszystko na tym świecie – wymruczałem jej w ucho. – Nic mnie nie odstraszy… i nic nie pokona. Może to goryl, a może i goblin z kanałów. Zatłukę go, czymkolwiek tam jest. Plan jest taki. Zejdę teraz do piwnicy, by z godzinę czy dwie popisać. Przepraszam cię, ale jeśli zakończę Oko w szufladzie w ciągu trzech dni, otrzymamy bonusowy czek na 5000.
- Oczywiście, miśku…
- Ale najdalej za dwie godziny wracam do ciebie. Najdalej. I będziemy spać w sypialni razem. Spleceni jak węże. Do tego czasu oglądaj w salonie telewizję – najlepiej komedie, żadnych tam dreszczowców – w otoczeniu wszelkich świateł. Myślę, że gobliny z podziemi nie garną się do świateł.
- Dobrze…
Pięć minut później schodziłem na dół z kubkiem zielonej herbaty, którą zaparzyła mi Paulina.
Miałem zamiar napisać możliwie dużo, może nawet zakończyć powieść – wszak nastrój grozy panował wyjątkowo teraz silny. Jak nigdy dotąd.
Miałem zamiar zakończyć Oko w szufladzie nawet dużo bardziej krwawo i mrocznie niż wcześniej zaplanowałem.
I wyrobić się z tym w godzinę.
Miałem szczery zamiar wrócić po tym na górę i spleść się z żoną.
Naprawdę. Takie właśnie miałem zamiary.
Tyle, że ani nie zakończyłem horroru, ani nie splotłem się z żoną.
Nawet herbaty nie dopiłem.
Zasnąłem.

Obudziłem się o 8.00 rano zdrętwiały i nie bardziej przytomny niż stworzenie skupione na misji skubania i przeżuwania. Jasność myśli i gotowość mięśni wróciły jednak w sekundy po tym, gdy przypomniało mi się o goblinach, co z kanałów wychodzą, by rabować i gwałcić.
Pomknąłem na górę z ciężkim sercem winowajcy, przy czym ciężar strachu nie był jakoś wcale mniejszy.
Paulina żyła. Siedziała w kuchni przy stole, wsparta o łokcie i tępo wpatrzona w VII księgę Tytusa. Rzuciłem się do niej nieomal skrzecząc ptasio z przejęcia. Uniosła głowę i spojrzała na mnie szarymi oczami, dla których zrobiłbym wszystko.
Na przykład teraz wybatożyłbym siebie i wciągnął na konar dębowy.
Zawiodłem haniebnie.
- Przepraszam – wyszeptałem przez ściśnięte gardło. – Zasnąłem… Nie wiem, jak…
Skinęła głową. Przesunąłem strwożonym wzrokiem po jej ciele. Rękaw piżamy był naderwany, obnażone przedramię ujawniało nowe, duże sińce.
- O, Boże – wybełkotałem, ledwo powstrzymując się od wsparcia o krzesło. Co nie byłoby hetmańskie. – Dzwonię na policję…
- NIE! – prawie krzyknęła. – Tego nie wolno ci zrobić. Nie wolno – powtórzyła z naciskiem. – Obiecaj mi tę jedną rzecz. Tylko bądź przy mnie.
Wykrzywiłem szczękę nie do końca pod kontrolą.
- Czy on…
- Nie – pokręciła głową. – Tylko mnie podusił. Pogniótł trochę…
Tylko mnie podusił. Pogniótł trochę.
Tylko. Spróbujcie przyjąć takie słowa ze strony żony, zachowując postawę hetmańską.
- Dobrze – wydusiłem bardzo nieszczęśliwy. – Dziś go pochwycę i zabiję. Nie pójdę na dół ani na minutę. Poczekam tu i zabiję.
Wstała i wtuliła się we mnie.
- Jeśli nie zejdziesz na dół, on nie przyjdzie – szepnęła po chwili. – Musisz zejść do gabinetu. Tylko mi wróć. Proszę…
Szkoda, że dodała to „proszę”. Zabrzmiało niczym wyrzut, przypomniało o zbrodni, jaką popełniłem w nocy i rozorało serce hakiem krzemiennym jak oczy goblina.
- Wrócę – rzekłem twardo, mimo rozpaczy. – Wrócę do ciebie i rozerwę go na części.
Mówiąc to naprawdę byłem przekonany, że to zrobię. Że mam w sobie takie siły, by rozerwać stwora niezależnie od tego, czy był goblinem, czy gorylem, czy nosorożcem.
Wierzyłem tak bardzo, że – myślę z pełnym doprawdy dziś przekonaniem – zrobiłbym to rzeczywiście.
Rozerwałbym go.
Gdybym tylko znów nie zasnął.


- Był? – spytałem nieswoim głosem. Nieswoim, bo nie jestem skłonny uznać za swój głos dźwięku, który pasuje rysiowi szarpiącemu się we wnykach, ale zupełnie nie pasuje hetmanowi toczącemu wojnę z goblinami.
Ale takim właśnie głosem mówiłem. Byłem przytłoczony kolejną klęską.
Której nie potrafiłem sobie wytłumaczyć. Jak można zasnąć w chwili, gdy zło nadciąga ku ukochanej kobiecie?
No nie można.
A jednak zasnąłem.
Jak można zasnąć drugi raz?
Nie można.
A jednak zasnąłem.
Ten konar dębowy. Bóg stworzył go dla takich jak ja.
- Był.
- Czy...?
- Jeszcze nie.
Jeszcze nie.
Jeszcze nie. Jeszcze goblin nie wziął się za krzyżowanie gatunków. Ale jakoś nie wątpiłem, że to kwestia czasu. Krótkiego. Że weźmie się za to być może już kolejnej nocy.
Której moja żona może nie przeżyć.
Albo po prostu zniknie.
Uniesiona w podziemny świat.
Dwie minuty zbierałem się, żeby wymówić trzy bardzo trudne słowa. Musiałem uspokoić rytm serca i udrożnić krtań, żeby wypowiedzieć trzy wyjątkowo trudne słowa. Co w końcu się udało.
- Dziś nie zasnę.


Tobiasz miał bardzo poważny głos i z całą pewnością nie towarzyszyła mu whisky.
- Andrzej, druhu mój. Powiem ci wszystko, co o tym myślę, tak jak to mam w zwyczaju: szczerze i prawdziwie. Okej?
- Pewnie, stary. Właśnie to w tobie cenię. Ładuj.
- Tak… Myślałem nad tym całą noc. Zacznę może od Pauliny. Tu trzeba wziąć pod uwagę dwa warianty. Pierwszy jest być może lepszy niż drugi – a być może gorszy. Nie mnie to oceniać. Otóż wariant pierwszy to intruz. Goryl czy goblin, w każdym razie intruz. Intruz, którego musisz zwalczyć. Jeśli chcesz rady przyjaciela, a nie urzędnika, to powiem krótko: zatłucz gada.
- Taki mam zamiar…
- Hmm.
No tak, Tobiasz po prostu chrząknął. Mógł powiedzieć coś w rodzaju „Ale ty przesypiasz te zamiary”, okazał jednak typowy dla siebie takt.
Chrząknąłem i ja.
- A wariant drugi?
- No cóż… Trzeba wziąć pod uwagę, że Paulinka krzywdzi się sama.
- Co proszę??
- To się nazywa autoagresja. Czy używając innych słów: wołanie o pomoc. Albo – mniej dramatycznie – „Andrzejku, miśku mój, tu jestem, zauważ mnie, zostaw pisanie, zostaw piwnicę, kochaj mnie.”
Milczałem oszołomiony. I całkiem zresztą skrępowany.
- Nie wiemy – przełamał ciszę Tobiasz, kontynuując tym samym, spokojnym, łagodnym tonem. – W każdym razie co ja tobie bym radził, to zamknąć piwnicę na trzy-cztery klucze mosiężne i zająć się żoną w całej pełni, której być może potrzebuje. Cokolwiek się z nią dzieje, konfrontacja jest nieunikniona; jest to twój czas wojownika.
Mój czas wojownika? Może śpiącego rycerza rodem z Giewontu?
Milczałem jeszcze chwilę. Wariant z autoagresją zaskoczył mnie i zdeprymował. W ogóle nie przyszło mi to do głowy.
- Tak, brachu – rzekłem w końcu. – Trzeba skupić się tylko na Paulinie. To jedyna rzecz, która liczy się w tej chwili.
- No właśnie – podjął Tobiasz. – Teraz przejdźmy do ciebie… Chyba… Chyba wiem, dlaczego zasypiasz.
Czekałem z bijącym sercem. Nic chyba tak nie męczy serca jak rytm narzucony przez mieszaninę strachu i zawstydzenia. Pewnie wolałoby maraton na 42 kilometry.
- Tu też mamy dwa warianty, Andrzeju. Niestety, żadne cię nie napełnią dumą.
Ostatnio niewiele mnie nią napełniało.
- W sytuacji, gdy większość… Hm, przepraszam, w i e l u mężczyzn nie potrafiłoby zasnąć z powodu silnego stresu – Tak, ten cały takt Tobiasza. Słowem stres zastąpił adekwatne określenie strach o ukochaną osobę. – …otóż u ciebie występuje jakieś wyładowanie. Prawdopodobnie mobilizacja duchowo-organiczna jest tak gwałtowna i wysoka, że wypala ci systemy w ciągu minut, dosłownie minut. I wiotczejesz. Gdyby intruz nadział się na ciebie w ciągu owych minut wzniesienia, pewnie nabiłbyś mu guza wielkości Kanczendzongi. Tyle, że on przychodzi później. Dużo później – kiedy nie jesteś już na Kanczendzondze, tylko dużo, dużo niżej, powiedzmy…
- W piwnicy – dokończyłem głosem z drewna.
Co tu dużo mówić.
Byłem w piwnicy nie tylko cieleśnie; moja mobilizacja i sprawność bojowa dokładnie na tym samym poziomie leżały. Już niżej nie można.
Hetmanom mógłbym tylko szable polerować.
Tobiasz nawet się nie zaśmiał.
- Tak to wygląda – potwierdził spokojnie. – Może to specyfika psychiczna, może organiczna… Ale jest coś jeszcze. Wariant drugi.
Westchnąłem smutno.
- Musimy też przyjąć, Andrzej, że to twój instynkt, wbrew pragnieniom idealistycznej duszy, zabezpiecza twoje przetrwanie…
- Co? Nie rozumiem…?
- Andrzej. Różnie jest z instynktami. One nie liczą się za bardzo z ego i nie czytają też książek Amicisa. One współpracują z podświadomością, a nawet nadświadomością. Kapujesz?
- Jeszcze nie.
- Jeśli twój instynkt ma dostęp do pod- czy nadświadomości, przy czym faktycznie COŚ atakuje Paulinę, to twój instynkt wyłącza cię z akcji – usypia cię – bo WIE, że nie możesz wygrać tej walki. Instynkt samozachowawczy zabiega o zachowanie życia wszelkimi środkami. Rozumiesz.
Tak, teraz rozumiałem. Przygnębiające było to oświecenie. Mój instynkt wiedział – czy po prostu zakładał sobie – że jestem zbyt słaby na pokonanie potwora z kanałów – i nie bacząc na moje uczucia miłości, lojalności, czy wręcz honoru męskiego – wyłączał mnie.
Odkładał na półkę niczym naiwnego napoleończyka z ołowiu odlanego.
Żałosne.
I przerażające.
Bo Paulina liczyła na mnie.
A to, czego mogłem być pewnym, to że napoleończyk z ołowiu odlany nie miał żadnej szansy uratowania jej przed gwałtem, porwaniem czy zamordowaniem.
- Jezus Maria – powiedziałem.
Odkładałem słuchawkę ciężką jak nosorożec.
Tyle właśnie waży słuchawka telefonu w dłoni ołowianego żołnierzyka.


- Nie zejdę na dół – powtórzyłem.
Miała łzy w oczach.
- Jeśli nie zejdziesz, on nie przyjdzie. Przeczeka. Wróci w chwili, gdy będę sama…
- Nigdy nie będziesz sama.
- Będę i to szybko. Choćbyś wstrzymywał sen, to zapadniesz w niego prędzej czy później. Oboje to wiemy. I wiemy też, że im później w niego zapadniesz, tym bardziej będzie to sen podobny komie. Nic cię z niego nie wyciągnie. Na pewno nie moje wołanie o pomoc, gdy goblin będzie zabierał mnie do kanału.
Zapadła przerażająca cisza, co jest zwykłym następstwem przerażającej argumentacji.
Nie miałem już nic do powiedzenia. Nic, co mogłoby storpedować siłę rażenia słów mojej żony.
Byłem przerażony do głębi.
W wyobraźni widziałem wielkiego goblina unoszącego Paulinę, przestępującego nad uwaloną na podłodze nieprzytomną kukłą zaciskającą ręce na wyostrzonym trzonku miotły.
Kukłą, która miała być hetmanem, ale która nigdy nim nie będzie, bo nie potrafiła zapanować nad własnymi instynktami…
Paulina miała rację. Musiałem zasnąć prędzej czy później. Lepiej jest spać regularnie i czujnie.
Ale mógłbym chyba zawalić jedną noc, prawda?... Jedną, jedyną…
- Dobrze – rzekłem twardo. – Zróbmy tak. Zejdę na dół. Na dwie godziny. Ale przedtem zaparzysz mi kawę. Sypany Jacobs z czterech łyżeczek.
- Kawa? Na noc? – wypaliła odruchowo.
Spojrzałem na nią nie jak na osobę, która mówi głupstwa.
Spojrzałem na nią z prawdziwym żalem, jak na osobę, która jest tak zastraszona i zagubiona, że całkowicie zatraca jasność myślenia.
Ostatni raz miałem tak na nią spojrzeć.
Kiedy schodziłem do gabinetu piwnicznego, w lewej ręce trzymałem dzidę uczynioną z miotły, w prawej zaś kawę, która zabiłaby nosorożca.
Może nawet goblina.


Obudziłem się o dziesiątej rano.
Nie, nie zerwałem się, nie chwyciłem za dzidę. Nie rzuciłem się ku schodom.
Ze pustą twarzą kukły siedziałem nad biurkiem, czekając na pełne wybudzenie mózgu.
Zabrało to pół godziny.
Potem chwilę pomyślałem. Drugie pół godziny skrywałem twarz w dłoniach.
Potem wyciągnąłem z kieszeni komórkę i zadzwoniłem do Tobiasza.
Wysłuchał mnie tak, jak tylko przyjaciel potrafi wysłuchać. Nie przerywał, nie pognębiał, nie wyśmiewał.
I tylko na końcu z najwyższą szczerością rzekł:
- Jezus Maria.

Patrzyłem na Paulinę.
- Wyrzuć mnie z domu – powiedziałem chrapliwie. – Odejdę, jeśli chcesz. Powiedz tylko słowo.
Jej twarz mogła zadziwiać. Naprawdę mogła. Nie było na niej ani cienia wyrzutu. Co więcej, nawet zmartwienia i lęki jakoś się rozeszły. Była spokojna i uśmiechała się ze smutkiem.
- Nigdy cię nie wygonię – powiedziała miękko. – Jesteś mężem, którego potrzebuję.
Te słowa zabrzmiały tak szczerze, że rozproszyły wszelkie wątpliwości.
- Starałeś się – ciągnęła. – Ale takie widać nasze przeznaczenie.
Nie spytałem czy goblin ją zgwałcił. Teraz nie miało to już większego znaczenia.
Odwróciłem się i wyszedłem z domu.


Tobiasz otworzył mi drzwi. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem smutek na jego twarzy.
- Jezus Maria – rzekł.
I podał mi kopertę.


- Z ilu łyżeczek jest kawa? – spytałem.
- Z sześciu – odrzekła smutno Paulina.
- Doskonale… Doskonale.
Zaciskała zęby przez kilka sekund.
- Boję się o twoje serduszko – wyszeptała.
Wierzyłem jej.
Dlatego gdy zszedłem do gabinetu, stanąłem nad studzienką i wylałem w nią całą zawartość kubka.
Potem chwyciłem za dzidę i zamarłem.
Na dwie godziny.


Czy człowiek może stać się zwierzem drapieżnym? Cichym, skradającym się z żądzą uśmiercenia?
Oczywiście, że tak.
Ja sam stałem się właśnie takim zwierzem, gdy wspinałem się po schodach piwnicznych.
Byłem takim właśnie zwierzem, gdy stanąłem w drzwiach sypialni.
Bywają w życiu takie progi, które rozpraszają ostatnie wątpliwości. Owej nocy w takich to progach stanąłem.
Stałem przechylony, drapieżny, z wysuniętą w przód włócznią, i patrzyłem na goblina, który krzyżował gatunki.
Moja żona krzyczała.
Może faktycznie te krzyki nie wyrwałyby kukły z komy.
Ale ja nie byłem w komie.
Nie byłem też kukłą.
A mój wrzask przebił wszystko.
Skoczyłem ku nim, nim jeszcze krzyżowanie gatunków uległo zakłóceniu.
Paulina zwróciła ku mnie wstrząśniętą twarz.
- Andrzej!! – krzyknęła z przerażeniem.
Goblin oderwał się od niej i zwrócił brzydki, kanciasty łeb w moją stronę.
Kilka dni wcześniej ten widok pewnie sparaliżowałby mnie i uczynił żałosną ofiarą.
Goblin był rosły, toporny, masywny, w słabym świetle lampy korytarza w istocie zdawał się być stosem gontów dachowych.
Całkiem dużym, i całkiem ruchliwym stosem, który rozłożył ręce bardzo zdziwiony moim widokiem.
I chyba całkiem wystraszonym.
Bo zrobił rzecz, która mogłaby niejednego zdziwić. Kiedy już dopadałem go z dzidą, nie rzucił się z wielkimi rękami rozrywacza do mojej głowy, tylko sięgnął nimi do własnej krtani.
Pasowałoby to do okazania zafrapowania, całkowitego zagubienia.
I tyle. Nie zrobił nic więcej.
Nic ponad to, co może zrobić stworzenie skłute dziesięciokrotnie dzidą w brzuch, płuca i szyję.
Zwalił się w drgawkach, by umrzeć.


Policja przyjechała szybko. Wezwała ją Paulina.
Ja cały czas siedziałem nieruchomo nad martwym goblinem.
Ściskałem dzidę i tkwiłem w czymś w rodzaju komy.
Chyba dobre pół godziny. Nie było mi łatwo.
Potem wyszedłem z tego, gdy policjant stanął nade mną i położył mi łagodnie dłoń na ramieniu.
- Jak się pan czuje?
- Źle – odparłem szczerze.
Wokół mnie krzątali się ludzie i błyskały flesze, co trwało od dłuższej chwili, lecz do mnie dotarło dopiero teraz. Nigdzie nie zauważyłem żony.
- Niestety, muszę to panu powiedzieć – chrząknął policjant.
Skinąłem głową z rezygnacją.
- Zabił pan sąsiada. Artura Liczyńskiego. Miał pan oczywiście pełne prawo… Skrzywdził pańską żonę… No i to przebranie… Nic panu nie grozi – zapewnił. – Żonie też już nic. Pojechała do szpitala. Ale wszystko w porządku.
Zagryzłem wargi, a potem bardzo powolnym ruchem uniosłem głowę i spojrzałem mu w oczy wzrokiem umęczonego, rozbitego człowieka.
Tak często patrzy człowiek, który zabił człowieka.
- Czy… mogę pójść do łazienki? – spytałem z wysiłkiem.
- Oczywiście – pomógł mi się podnieść, po czym delikatnym, ostrożnym ruchem rozbroił mnie z dzidy.
Nie oglądając się za siebie, poczłapałem do łazienki.
Zamknąłem za sobą drzwi i spojrzałem w lustro. Spodziewałby się kto, że odbije się w nim twarz umęczonego, rozbitego człowieka.
Tymczasem była tam całkiem odprężona twarz człowieka wyraźnie z siebie zadowolonego.
Twarz, która porozumiewawczo mrugnęła okiem.
Widzicie, są dwa rodzaje goblinów. Jedne to takie, które nie ściągają masek. Nie ściągają, bo ich nie noszą – są prawdziwymi goblinami, które wychodzą z podziemi niepokoić ludzkie barki i sypialnie.
I jest drugi gatunek. To ludzie, którzy noszą maski goblinów. Noszą je w podobnym celu – by posiąść majątek oraz kobiety, które nie należą do nich.
Gwałtem.
Lecz nie tylko.
Jeszcze kilka dni temu płakałbym nad losem mojej żony. Bez względu na stan ducha i ciała po dokonaniu egzekucji, pojechałbym natychmiast do szpitala, by czuwać u boku mojej żony.
Teraz ani mi to było w głowie.
Nie po tym, jak Tobiasz - moja jedyna kawaleria - zbadał próbki herbaty i kawy, które oddałem mu do ekspertyzy.
Tak, być może są instynkty, które wyłączają organizm najdumniejszego wojownika.
Aby przetrwał. Aby uniknął oczywistej klęski.
Nie wierzę jednak – już nigdy nie uwierzę – że jakikolwiek instynkt mógłby uczynić kukłą mężczyznę zakochanego w kobiecie.
Może to jednak zrobić końska dawka barbituranów i metakwalonu.
Ekspertyza Tobiasza zmieniła sytuację.
Na przykład pozwoliła mi uznać, że mój instynkt nigdy mnie nie wyłączył – bo też nigdy nie miał ku temu powodu.
Usypiano mnie, by sobie baraszkować.
Rozumiecie już. Ja zrozumiałem dzień wcześniej. Bolesny rodzaj oświecenia.
Namiętność z sąsiadem i wygodne, luksusowe życie z mężem. Boję się o twoje serduszko – powiedziała. Wierzyłem jej. Gdyby pękło moje serduszko, czeki i zaliczki wyschłyby jak rzeki zasypane wiatrem pustyni. Mój majątek nie był już mały, ale wielki dopiero miał się stać. Miałem zamówienia na jedenaście książek, a w drodze dwa niebywałe kontrakty.
Nie było mi spieszno do śmierci i z całą pewności Paulina też mi jej nie życzyła.
Boję się o twoje serduszko.
Kiedy Tobiasz zadzwonił z wynikami, ustalenie, kto jest goblinem, nie zabrało już wiele czasu.
Wyostrzenie trzonka miotły także nie. Było już jasne, że wróg nie ma skóry nosorożca.
Moja żona i sąsiad zatracili się. Cóż, nie oni jedni. Taki jest ten świat.
Gdy na ciele Pauliny zaczęły pojawiać się sińce, sytuacja stała się dla nich dość trudna. Wtedy moja żona wymyśliła goblina. Wzięła go z książki Tobiasza.
Pasował idealnie.
Idealnie – bo był nocnym intruzem. Gwałcicielem.
Idealnie, bo przecież sam kiedyś powiedziałem, że gdyby goblin przyszedł do mojego domu, umarłbym ze zgrozy.
Może umarłbym, gdyby Artur Liczyński był prawdziwym goblinem. Tyle, że prawdziwy goblin wyciągnąłby ręce do mojej krtani, a nie do własnej. Liczyński w trwodze próbował ściągnąć maskę, by ocalić życie. Nie udało mu się. Nie pozwoliłem na to, zabezpieczając własną pozycję przed procesem.
Otrzymał dziesięć ciosów, z których każdy miał swój osobny powód. Jeden, bodaj pierwszy, padł za rabowanie barku. Inny za znikanie wędlin z lodówki. Kolejne za zuchwalstwo, oszustwo, upokorzenie...
Pchnięcie w krtań było szczególnie święte. Zadałem je za krzyki żony, które bynajmniej nie były krzykami strachu i rozpaczy.
Zabiłem goblina.
Oboje bardzo starali się, bym w niego uwierzył. On przychodził w przebraniu – na wypadek, gdybym ich nakrył. Paulina zaś programowała we mnie wersję z goblinem i strach przed jego siłą. Bardzo liczyła na ten mój strach.
Na tym właśnie oparła swoją strategię. Założyła, że tak bardzo boję się goblinów, że lęk mnie sparaliżuje. Cały czas podkreślała siłę goblina, podkreślając tym samym słabość jej męża.
Zabroniła też wzywać policję, stawiając na szali swoje życie.
Sprytne.
Acz nie aż tak bardzo. Nie ma bowiem potwora na tym świecie, który skłoni do odwrotu mężczyznę zakochanego w kobiecie.
Gdy Paulina w końcu to zrozumiała, zaczęła mnie usypiać.
Wcale mi się nie spieszy do szpitala.


To się stało rok temu.
Rok temu.
I ja się wciąż zastanawiam.
Żyję z żoną jak dawniej. Jest prawie tak samo. Prawie. Szczególnie jest tak wtedy, gdy siedzę nad otwartą księgą Tytusa. Kiedy podnoszę znad niej wzrok, nastrój trochę się psuje...
Ale żyjemy. Tak, jak przepowiedział policjant, nic mi nie zagroziło ze strony sądu. Niewątpliwie i Tobiasz miał w tym swój udział, gdy podnosząc się znad 112 ciała, które obrysował, z kamienną miną rzekł:
- Obrona własna, obrona domu. I ja bym zadał tuzin ciosów.
Moja kawaleria.
Tę kamienną twarz trzyma Tobiasz do dziś. Paulina nie domyśla się zimno zatwierdzonej egzekucji, nigdy też nie dowiedziała się o ekspertyzie. Jest bezpiecznie i stabilnie.
A jednak wszędzie unosi się dziwny smutek. W kuchni, w sypialni, w piwnicy...
Taki tam mikroklimat, którego wcześniej nie znałem.
I ja wciąż zastanawiam się.
Jak wiecie, są dwa rodzaje goblinów. Te, które ściągają maski, i te, które ich nie ściągają.
Do mojej żony przyszedł ten pierwszy typ goblina.
I ja się zastanawiam.
Już cały rok zastanawiam się – czy to lepiej, czy to gorzej.

22 komentarze:

  1. Ot i nadeszła ta chwila, gdy nie zaskoczyło mnie zakończenie. Wręcz perwersyjnie je przewidziałem.
    Może czas poszukać innej jaskini bo ta zaczyna być za bardzo znajoma...

    A Paulina to wredna suka!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  3. Z punktu widzenia goblina to całkiem do rzeczy babka. ;)

    Gratuluję przenikliwości. Jest dla mnie oczywistym, że nie da się wyrolować Czytelnika za każdym razem - czyż autor piszący przewrotne historie nie jest w zasadzie... przewidywalnym? ;)
    Sam zresztą często domyślam się zakończeń utworów i filmów - co jednak nie odbiera mi przyjemności ich czytania/oglądania. Kiedy piszę, zawsze liczę się z przenikliwym Czytelnikiem, który przewidzi zakończenie. Dlatego piszę w taki sposób, by go zabawić samą treścią/dialogiem, zafrapować refleksjami, porównaniami, pomysłami. To jest zawsze ciężar główny, zaś przewrotny finał stanowi ozdobny szafir - który błyśnie albo i nie.
    Przewidziane zakończenie nie jest absolutnie porażką. Natomiast jeśli Czytelnik nie odniesie przyjemności z samego czytania - tak, to jest porażka, do której uczciwie muszę się przyznać.

    OdpowiedzUsuń
  4. Przyjemność z czytania niewątpliwie jest!
    I powiem jeszcze, że lepszy nachodzący nocą goblin, niż na przykład jakieś Socjopatyczne Ono. Goblin to facet, wiadomo po co przychodzi nocą, a takie dziwne Ono nie wiadomo czego chce:-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziękuję, przyjemność z czytania to priorytet.
    A może ONO ujawni, czego chce nocami?

    OdpowiedzUsuń
  6. To jest odlot... Przeczytałem 1 (jednym) tchem. NB, ja też lubię Papcia Chmiela i jego książeczki. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  7. Aha, i jeszcze jedno - zapraszam na bloga http://hyboriana-air.blogspot.com/. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  8. zapraszam na pierwszą miłość od poniedziałku do piątku o 18 w polsacie!!!! Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  9. Jestem po pracy i po północy. Często mi się zdarza takie połączenie... I tyle tylko rzeknę, że po takich komentarzach z pewnością żadne gobliny snu mi nie zakłócą!...
    Bibi - no, ba, przecież że skorzystam. Mam Polsat. ;)
    Robercie - całą kolekcję mam, trzymam niczym Arkę Przymierza. ;)
    Oczywiście pierwsza rzecz przy jutrzejszej kawie to będzie wyprawa na blog AiR. Dziękuję za zaproszenie! I to bez opłat tak? ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. To znaczy "zacofany","pogański". Jakiś, cholera, bezczelny termin konkwistadorów lubo dragonów Waszyngtona...

    OdpowiedzUsuń
  11. Tak, lecz w sensie kulturowym, nie gimnastycznym.
    Kulturowym.
    Jakoby.

    OdpowiedzUsuń
  12. Noo!
    A gdzie doktor był, zbłądził w laboratoriach, katakumbach? Ludzie listy piszą, o przepis na włosy pytają...

    OdpowiedzUsuń
  13. przeprowadzałem właśnie nowe badania, na temat przyspieszenia porostu włosow. Udaly się. Większość pacjentów na których, były przeprowadzane eksperymenty, wygląda jak Kuzyn Coś, ale chyba o taki efekt chodziło, nie???

    P.S Moje to doczepiane!!!

    OdpowiedzUsuń
  14. Jak to doczepiane? To już nawet szarpać kobiet za włosy nie można?!
    Co by na to powiedzieli Australopitkowie??

    ;-)

    OdpowiedzUsuń
  15. Dawno - i to jest niedopuszczalne po prostu. Niedopuszczalne.

    OdpowiedzUsuń
  16. A dyby i łamanie kołem będą?... no i łaskotki do utraty tchu też by się przydały :D

    OdpowiedzUsuń
  17. Najpierw łamanie, potem przyjemności.

    OdpowiedzUsuń
  18. Hello, i think that i saw you visited my web site thus i came to
    “return the favor”.I am trying to find things
    to improve my site!I suppose its ok to use a few of your ideas!!


    my web blog :: leki opinie

    OdpowiedzUsuń