sobota, 8 października 2011

Raport wakacyjny, part ford

Podbój rezerwowy

I Wyprawa na Gdańsk
zakończyła się klęską. Kłody wtaczały się pod nogi od samego rana. Na przykład taka, że za późno wstaliśmy.
Kto był temu winien? Nie udało się ustalić. Może ci wszyscy, co zaspali. A może ten jedyny, co wstał wcześnie i pytał:
- Cio to?... Cio to?...
Co gorsza, opóźniony wymarsz mało którym wyprawom sprzyja, a już na pewno nie tym, którym wypada się mierzyć z redukcją polskich (i tak, od czasów Ziemowita wystarczająco zredukowanych) dróg, co było sabotującym efektem remontów i renowacji /na mistrzostwa Europy/. W efekcie autobusy brnęły przez korki niczym czołgi z lat 20-tych.
Do Władysławowa dojechaliśmy zatem całkiem już obrabowani z puli cennego czasu.
Tu z kolei rzucono gościnnie, a serdecznie kłodą kolejną: pociąg do Gdańska miał odjechać dopiero za 90 minut. To położyło nieomal natychmiast cały piękny plan podbicia Gdańska (a chcieliśmy rozebrać spichlerz i żuraw na części) i skonfundowane dowództwo wyprawy ogłosiło przegrupowanie sił, po czym stanęło w długich kolejkach do kas. Po zwrot za niewykorzystane bilety.
Wybór padł na ogonek lewy, co sukcesu nie przyniosło. Skonfundowane dowództwo skonfundowało się jeszcze bardziej, gdy przed jego nosem okienko kasy lewej zamknięto z powodu przerwy na lunch.
Do ustawienia się na końcu kolejki prawej nikt się już nie kwapił. Morale zaczęło niepokojąco ocierać się o płytki podłogowe.
W tej sytuacji, by je ratować, zdecydowaliśmy zwiedzić metropolię konkurencyjną dla Gdańska, a zdecydowanie bardziej w zasięgu - Władysławowo.
I nawet po bilety nie musieliśmy już stawać w ogonku.
Metropolia Władysławowo jaka jest, każdy widzi.
Kiedy już tam jest. Bo przed przybyciem nie widać nawet wieży chroniącej dworzec PKS.
Oprócz wieży PKS-owej, posiada ów kurort dostęp do morza, co pozwala być mu konkurencyjnym dla takiej Pragi czy Budapesztu.
Interesującą ofertą są długie zapiekanki, które w razie gwałtownego potopu mogą służyć za canoe. Takie właśnie canoe Kuba zjadł samodzielnie, co uwieczniono fotografią.

Zwiedzanie poszło chyba nawet szybciej, niż konsumpcja canoe'ów. Najpierw - jako że metropolię Gdańsk (i w ogóle Trójmiasto) zastąpiliśmy metropolią Władysławowo - gdyńskie oceanarium zastąpiliśmy władysławowskim (władysławnym?). Oceanarium znajdowało się w domu niewiele większym od zapiekanki klasy canoe, więc kupując bilety u właściciela, pozwoliłem sobie na serdeczny żart:
- Na mieście mówią, że u pana tylko sardynki i płocie w akwariach.
Właściciel nie przyjął najlepiej tego żartu.
- Kto tak mówi? - chciał wiedzieć.
Jak widzicie powyżej, dr Marcel nawiązał kontakt z dziwnym Obcym Ciałem, grasującym w akwarium.
Tak, dr Marcel został zahipnotyzowana.
Tak, uratowałem ją-doktora.

W tle widać akwarium. Pływa w nim rekin, ten sam, który zagrał w Szczękach, gdzie kutry przewracał... Widać, jak to kino nas oszukuje.
Oceanarium okazało się czymś więcej niż wiadrem z wodą na płocie i sardynki, ale dopiero jakiś później uświadomiłem sobie, że pójść do oceanarium - tudzież kontemplować wiadro z płociami - to nic innego niż pójść do cyrku.
Do którego nie chodzę - nigdy nie zabrałem tam syna - aby nie popierać ni gestem, ni trzosem, haniebnego procederu zniewalania i musztrowania zwierząt. Które nie rodzą się po to, by fikać kozły ku uciesze homo sapiens, ani po to, by stanowić więzienne bibeloty ozdabiające akwaria.
Dlatego moje pierwsze oceanarium było ostatnim.


Tu zaś prezentacja oddziału, który wzmocniony zapiekankami canoe odbił i dobrą chwilę okupował kurort. Najważniejszy dowódca drugi od lewej. Najważniejszy doktor, od lewej trzecia. Wbrew pogłoskom szerzonym przez najemników celtyckich, romansu z doktorową nie miałem, ale kto tam wie, co w przyszłym sezonie się wydarzy.
W tym, być może, sprawę zawaliła uderzająca różnica w upodobaniu marki piwa.




Damian, nasz celtycki towarzysz, robił samodzielne zakupy. Właściwie wszystko robił samodzielnie, nawet pod prysznic nie wzywał posiłków, co cieszyło. W ciągu kilku dni w całej Karwi spotkał aż dwie osoby mówiące po angielsku lepiej od mew śmieszek. Jest to budujący wynik, zważywszy, że osób niemówiących po angielsku, oznajmiających to hienowym chichotem lub króliczym spłoszeniem, spotkał raptem kilkaset.
Jest też budujące, że na dworcu PKP w Gdańsku, przez ledwie godzinę usiłował dopaść angielskojęzycznego autochtona, by taki autochton wskazał mu środek lokomocji na lotnisko.
Budujące, w świetle przyszłorocznych mistrzostw...
Wszak jeszcze rok mają zagraniczni kibice, by polskiego - zaiste pięknego - języka się nauczyć.
Polskie owoce jadł Damian chętnie. Co nie dziwi. Deszczowe wytwory Irlandii nie wytrzymują konkurencji ze słonecznymi wytworami Polski.
Tylko jak długo? Albowiem Irlandia blokuje inwazję GMO na swoje terytorium i genotyp swych obywateli.
Polska wprost przeciwnie.



Pogoda była zmienna, przy czym z reguły ze złej zmieniała się na gorszą. Nie miało to jednak większego znaczenia. Kontakt z Bałtykiem jest mistycznym dobrodziejstwem, jako że morze jest generatorem mocy tak w sudański upał, jak w szkocki szkwał.
I wyznam z satysfakcją, że stawiałem z synem twierdze nawet w kroplach deszczu.





Niektóre wieczory/noce umilała zajmująca gra. Była to gra w grę, oczywiście. I to nie byle Pchełki, lecz słynny angielski Talisman, znany w Polsce jako Magia i Miecz. Gra jest pasjonująca, poświeciłem jej już wzmiankę w poście Magia i Miecz czyli pułapki (http://www.lwynemejskie.pl/2011/01/magia-i-miecz-czyli-puapki.html), który widoczny jest na prawej flance w dziale Popularne posty.
Ujmując rzecz w skrócie, jest ta gra zajmująca i inspirująca na tyle, że gram w nią do dziś, a pierwszą partię rozegrałem w roku 1989. Co stanowi o jej atrakcyjności? Ano to, co zawsze - wytężona rywalizacja między ludźmi z krwi i kości, nie zaś rozgrywki na ekranie commodore'a czy innego komputera. Możliwości są nieograniczone - można być Trollem i zginąć z ręki Kupca, można być Filozofem i zgładzić Minotaura. Generowane są wszelkie wartości napędzające ludzką cywilizację - napaść, oszustwo, rabunek i morderstwo. Jeńców nikt nie bierze, tylko tłucze im czaszki na miejscu - co jest bardzo uczciwe - zaś niezliczone pułapki mogą okazać się - często to robią - jedynym sędzią i egzekutorem dla najpotężniejszych, pozornie bezkarnych graczy.
To po prostu serdeczna, towarzyska, znakomita gra - dobra tak na sudański upał, jak na szkocki szkwał.
I to tyle na dziś. A już w kolejnym raporcie - part fiwer - podbój Gdańska!

7 komentarzy:

  1. No cóż - a to Polska właśnie! Rok temu byliśmy w Międzyzdrojach - wrażenia podobne i porównywalne, ale pogoda... Dzięki niej była to "podróż uczona"... Pozdrawki!

    OdpowiedzUsuń
  2. Pozdrawki odbite! ;)
    Fajnie, że wpadłeś, Robercie. Korzystając z okazji, zachęcam Gości Lwów do odwiedzenia niezwyczajnego blogu Roberta Leśniakiewicza - UFO i Ludzie Wszechoceanu (brama do tegoż szeroko otwarta w dziale Zaprzyjaźnione Blogi, na prawej flance). Polecam bardzo, a bardzo odcinkowany artykuł "O kłamstwach anty-ekologii", który - jak to u Roberta Leśniakiewicza, jest tekstem tak przenikliwym, jak bezpardonowym. I to chyba najlepsze połączenie przy tematach tak istotnych dla ludzkiego gatunku, i tak uderzająco aktualnych.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo ladne zdjecia i...... włosy!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. No nie moje, choć teraz już mam czuprynę - zwyczajowy hełm na zimę. ;)
    E, chyba nie doczepiane, nie odpadły, gdy doktora do wody ciągnąłem. ;)

    OdpowiedzUsuń