niedziela, 23 października 2011

Tajemnice rodzinne

Powoli w progi domowe - o cmentarnych nie wspominając - wkracza ponury, posępny, a pomroczny nastrój halloweenowy. W związku z tym nastrojem, zapraszam do nadsyłania - i to raczej błyskawicznego, jak - powiedzmy - błyskawice, co Frankensteina ożywiły - wszelkich prac, traktatów, postów, historii, wspomnień, skarg a zażaleń - na tematy halloweenowe właśnie.
Warto dzielić się lękami.
Wtedy jest weselej.
Póki co, Halloweenu jeszcze nie ma, toteż poniżej zamieszczam nie tak upiorne jeszcze, acz całkiem przestrogą będące opowiadanie. Rzecz dotyczy bowiem sekretów rodzinnych. Kto z Was nie padł ofiarą takich to zatajeń, niedomówień, manipulacji ze strony bliskich? A kto - pytam - sam nie dokonał szwindla tego posępnego rodzaju na członkach rodziny?
Niech pierwszy rzuci kamieniem taki, co zarzeka o pełnej uczciwości...
Tak, tak, my, ludzie, mamy genetycznie zaprojektowane - być może przez przybyszy z Syriusza - skłonności do mamienia, oszustw i mesmeryzmu.
Uprawianych nawet na krewnych.
Być może przede wszystkim na krewnych.
I potem nie ma co się dziwić, że szok, wstrząs i zgroza, ucieczki z domu, podpalenia poddaszy, wysadzenia piwnic. Przecież nic tak nie wstrząsa jak kłamstwo i zatajenie wręczone od istot, które się kocha.
Czyż nie?
Bo czy można przejść do piknikowej miary porządku dziennego nad tym, że nasz bliski, który całe lata opowiadał o męstwie swym w chorągwi króla polskiego, okazał się tak naprawdę szpiegiem teutonowym??
Albo nad tym, że piękna żona, którą na rękach się nosiło jako złotowłosą Słowiankę, zdradziła się nagle burzowej nocy z tym, że jest ubranym w skórę słowiańską cyborgiem ze złowrogiego układu Zeta Reticuli?
No nie można.
No nie.
A czy można przejść do porządku nad tym, że...
Przeczytajcie zresztą i sami odpowiedzcie.

Tajemnica ułana

Mój ojciec umarł w tajemniczych okolicznościach. Miałem wtedy trzy lata i z całej tej dramatycznej sprawy zapamiętałem tylko płacz matki i wuja, który w rozpaczy uderzał głową w abażur lampy. Tamtego dnia z domu zniknął i ojciec, i abażur.
Mijały lata. Nim zdołałem przemóc strach i zapytać matkę o ponurą śmierć ojca, matka zmarła. Na serce.
Potem na kolejnych kilka lat popadłem w rezygnację i odrętwienie. Żyłem w przekonaniu, że nad moją rodziną z nieznanych przyczyn zawisło fatum, cień jakiejś śmierci nieodpartej, i dopiero skończywszy lat osiemnaście, zebrałem się w garść.
Mieszkałem wówczas w starym barokowym dworku, z wujem, bardzo zgorzkniałym już dziwakiem.
Dziwakiem, który pół dnia opowiadał mi o wzniosłych czynach mego ojca podczas wojny z Rosją bolszewików, a drugie pół spędzał na polerowaniu tuzina szabli ułańskich i pomrukiwaniu o potrzebie wymarszu na Kijów, by sprawy wyprostować.
Tydzień po urodzinach zaczepiłem wuja ostatecznie zdeterminowany. Byłem przekonany, że traci on z wolna rozum i wkrótce może być za późno na wyciągnięcie z niego sekretu ojcowskiego.
- Powiedz mi prawdę o ojcu – zażądałem.
Wuj spuścił głowę wyraźnie zaskoczony i chyba spłoszony.
- O biciu bolszewików? – spytał głupio.
- Wujaszku! O jego śmierci. Co zabiło mego ojca, gdy był tak młody?
Podniósł na mnie błękitne oczy i westchnął.
- Dobrze, Eugeniuszu. Usłyszysz całą dziś prawdę. Wiedz jednak, że prawda o śmierci twego ojca jest prawdą o jego życiu. O tym, skąd przybył, kim był, co mu zagrażało… i co go zabiło.
Rozłożyłem ręce.
- Tym lepiej – rzekłem krótko.
Chwilę później siedzieliśmy w salonie przy stole herbacianym. Służąca podała nam ciasto kokosowe i herbatę ze sklepu kolonialnego.
Patrzyłem na wuja niecierpliwie, lecz w grzecznym milczeniu. Miał odsłonić mi prawdę. Doceniałem to. Szanowałem też ciężar, który od tylu lat dusił mu serce.
Najpierw kiwał głową i cicho mruczał coś do siebie. Potem spojrzał na mnie jakby wzruszony.
- Mów, wujaszku – zachęciłem.
- Eugeniuszu mój drogi – przemówił w końcu cichym, zafrapowanym głosem. – Oto prawda o twoim ojcu. Oto jego tajemnica. Otóż ojciec twój wykluł się z pączka ziemniaczanego, po czym, nim nabrał sił, został zaatakowany przez chrabąszcza majowego, który zadał mu silne ugryzienie. Co gorsza, tego chrabąszcza wspomógł chrząszcz biegacz, który też gryzł. Gonił ojca i bił skrzydłami. Ojciec twój ledwo się wyrwał z matni i schronił pod liściem buraczanym. Spod liścia też zresztą musiał czmychać nieomal natychmiast – bo otaczać zaczęły go kwieciaki jabłkowce. Takie całkiem silne i harde chrząszcze, które nie lubią obcych pod swoimi liśćmi, rozumiesz. One też poturbowały ojca, który zaczął się czołgać. Kiedy tak się czołgał, dostrzegł biały dom z kolumnami. Białe kolumny wziął jako znak nadziei i czołganie bardzo sobie przyspieszył. Niestety, nim dopadł progów, bardzo silnie uderzył go w plecy borecznik rudy, co zbiegł z sosny. Ojciec, ranny już poważnie, ledwo zdołał wspiąć się na parapet okienny. Tam o mały włos dopadłoby go kolejne nieszczęście; na parapecie trwało przegrupowanie wiosenne zbrojców dwuplamych, takich, wiesz, drapieżnych pluskwiaków, które przybyły zza oceanu na wojnę ze stonkami. O mały włos… Już cień czułków padał na szyję twojego ojca, gdy wtem pochwyciły go czyjeś litościwe palce i zabrały do wnętrza domu, co ocalenie przyniósł. Te palce należały do mojej wspaniałej siostry, a twojej cudownej matki, Eugeniuszu. Ojciec był twardy, bo zrodzony z pączka ziemniaczanego. Szybko doszedł do siebie, a już pół roku później odbyło się wesele. Za kolejny rok Rzeczpospolitej narodził się kolejny ułan, imieniem Eugeniusz. Zaś twój ojciec, któremu mundur wyszyto z liścia miętowego, siedział na moim ramieniu i żadnej szarży nie odpuścił, kłując bolszewików lancą z wyostrzonej zapałki... Tak wygląda tajemnica życia twego ojca, kochany chłopcze. A tajemnica śmierci? Tej może jużeś się domyślił… Twój ojciec starał się olejkami i wodą źródlaną przedłużyć swój szlachetny żywot. Ale przecież musiało przyjść to, co nieuchronne. – Wuj skrył na moment twarz w dłoni. Zaraz jednak dokończył twardszym tonem: - Twój ojciec zgnił. Wszak był ziemniakiem.
Przez chwilę panowała cisza. Wyjątkowo przykra cisza.
Potem wstałem i bez słowa odszedłem.
Zrozumiałem, że się spóźniłem. Wuj oszalał pod ciężarem sekretu.
Już nigdy więcej nie spytałem wuja o tajemnicę śmierci ojca. Już nigdy więcej nawet nie przemówiłem do niego ni jednym słowem. Jedynie sprowadziłem mu dwie zakonne siostry do opieki.
Rok później wuj zmarł ze zgryzoty.
Zmarł, zabierając ów straszny, niewyjawiony sekret do grobu, który w złości sprawiłem mu całkiem lichy, niczym furmanowi.
Bo też byłem bardzo zły i rozczarowany.
Każdy syn chciałby poznać tajemnicę życia i śmierci własnego ojca. Zwłaszcza takiego, przed którym bolszewicy uciekali, gubiąc szable i konie. Tak okrutne kpiny wziąłem litościwie za objaw choroby umysłu, którą ściągnęła na wuja tęsknota i wyrzuty sumienia. I tylko dlatego nie wyrzuciłem go z domu pokłutego szablą.
Pięć lat po śmierci wuja odkryłem tajny schowek w sekretarzyku, w dawnym gabinecie ojca. W skrytce leżało dziewięć szabli odebranych bolszewikom. Pod nimi zaś list napisany ręką ojca.
…i wiem, synku mój piękny, że pewnego znajdziesz ten list, taką bowiem prośbę, u progu śmierci przeczuwanej, przekazałem Bogu, władcy archaniołów, co Sowietów pobić nakazali ulubionemu ludowi. Urodziłem się z pączka ziemniaczanego. Zaraz po tym mój pierwszy wróg, chrabąszcz majowy, ugryzł mnie silnie i bardzo osłabił. Tym trudniej było tedy uciec przed chrząszczem biegaczem, toteż i…
Nie myślicie chyba, że poczułem się winny nad tym listem, i że przebaczyłem wujowi?
Przeciwnie. Mój gniew nasilił się srodze. Tyle bowiem lat zmarnowałem na dumanie uciążliwe nad tajemnicą mojego ojca, tylko dlatego, że ów dureń wuj nie potrafił przekazać mi jej we właściwy, wiarygodny i przekonujący sposób!

28 komentarzy:

  1. No i to jest poważny problem. Nie jest ważne jaką historię masz do opowiedzenia. Ważne jak ją opowiesz... No i muszę się poważnie zastanowić, jak ja, kurcze, omawiam "Glorię victis"?

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale tam wiatr rozmawia z dębem! Jak ja mam to zrobić?

    OdpowiedzUsuń
  3. Cokolwiek mówi - jest intuicja towarzyszem wyjątkowo szczerym a wiernym.

    OdpowiedzUsuń
  4. No i tak się teraz zastanawiam nad pochodzeniem... dwóch kartofli.
    ------------
    Lubię takie teksty. Nawet jeśli może moje myśli wybiegają w kierunkach, których nie ma na żadnej uczelni. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Włodku,
    cieszą mnie obie części komentarza - pierwsza, bo wyznaję, że jeśli brać życie zawsze i wszędzie z powagą śmiertelną, to biada nam i mroki.
    Druga - bo Gość z elastycznym myśleniem i świata widzeniem to swój Gość. :)

    A propos dwóch kartofli... Przy dedukcji można sporo ustalić. Podobno. ;)

    Ewo,
    czyli którego? Ułańskiego?
    A może, hm, o mnie? Bo ja już się zastanawiam i frapuję...

    OdpowiedzUsuń
  6. Próbuję sobie wyobrazić kartofla na koniu i ze skrzydłami husarskimi Twojej postury, ale mi nie wychodzi.

    OdpowiedzUsuń
  7. W dobie modyfikacji genetycznej, padającej mrocznym cieniem na żywność naszą... niczego wykluczyć nie można.

    OdpowiedzUsuń
  8. Kartofeln kartoflnem,(ten był mniejszy i nie tak umięśniony) ale co do meritum- wydaje się, że są kupy, których nie da się dobrze opisać, jak np. wspomnianej Orzeszkowej.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja już od dawna zająłem wygodne stanowisko, że jeśli coś niespecjalnie da się opisać dobrze, albo i niespecjalnie chce się to opisać mnie - to zostawić, machnąć ręką, zrolować, w wiewiórczą dziuplę wepchnąć... I tyle.

    OdpowiedzUsuń
  10. Fajne! Jak ja kocham takie opowieści halloweenowe! Przypomina mi się historie, które opowiadali moi krewni, kiedy spotykaliśmy się w dzień Wszystkich Świętych. W cieple pieca, przy herbacie z ciastem Mamy słuchaliśmy z wypiekami na policzkach opowieści dziadków i cioć, wujków i pociotków o tajemniczych wydarzeniach, które rozegrały się z ich udziałem... Chyba kiedyś to opiszę, jak zdrowie i talent pozwoli.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ba, musi pozwolić! A i Lwy nalegają. A żeby tylko pomył wypalił i sił na spisywanie nie zabrakło, podeślą Lwy skrzyń kilka z olejkami, syropami i termoforami! ;)

    A tak poważniej - takie właśnie spotkania rodzinne i opowieści w klimacie świątecznych wieczorów wspomina się całe życie.

    OdpowiedzUsuń
  12. Jako tfurca mogę wolna być, jako odtwórca niestety nie, bo Orzeszkowa jest w programie do matury...Ale chyba zacznę ją omawiać jak sf.

    OdpowiedzUsuń
  13. Szukałem materiału na biologię o kotach afrykańskich ale tu też jest zajebiście ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. To się bardzo cieszę! :) Chyba specjalnie robimy taki sabotaż - coś jak promień ściągający z Niszczyciela Imperium - żeby ludzie poszukujący wiedzy o rysiach, gepardach, i LWACH - wpadali tutaj. Ale to dobry rodzaj pułapki. ;)

    OdpowiedzUsuń
  15. polecono mi tą strone...... i kąpletnie dostałem na głowe!!!!co tu sie dzieje, chorzy doktorzy! zdrowi pacjenci! W Y CZ E S!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  16. No właśnie, cholera, wszystko poplątane... Dlatego doktorzy przeważnie tkwią w pasach i tylko z takiej pozycji leczą. ;)
    Mam nadzieję, że okazji do śmiechu nie zabraknie - rury nam popękały i ze szczelin spływają strumienie absurdu i groteski...
    Chociaż z okazji Halloween, z taśmy schodzi właśnie całkiem mroczny horror...

    OdpowiedzUsuń
  17. A co z moim ulubionym kapitanem Kavior, który tak zawładnął moją wyobraźnia i połaskotał moje serce? Już tak długo czekam na jego powrót. ;-)))
    Re-Eunice

    OdpowiedzUsuń
  18. Kapitan Kavior? Możliwe, że jeszcze wróci...
    Przecież to szaleniec, i to niepokonany.

    OdpowiedzUsuń
  19. Super! Już zaczynam czekać na tego wspaniałego szaleńca. :-)
    Re-Eunice

    OdpowiedzUsuń
  20. Całkiem możliwe, że kapitan Kavior zmierzy się z nowym wyzwaniem - ucieczką ze stalagu...

    OdpowiedzUsuń
  21. To klawo !!:D ..też lubię kapitana Kaviora:)

    OdpowiedzUsuń
  22. O, a ja sądziłem, że tego śmiałka lubią tylko Re-Eunice i ja!

    OdpowiedzUsuń