wtorek, 8 listopada 2011

Dohorrorowanie wampira czyli zamykamy konkurs kociołkowy

Bić w kociołki za bardzo nie będziemy, bo dohorrorowania przyszły raptem dwa... ale za to bardzo zabawne i rozbrajające. No cóż: starzy wyjadacze-obśmiewacze,tacy jak dr Marcel i ONO Socjopatyczne, trenów i przemów prezydenckich zwykli nie pisać. Bawić - owszem.
I ja szczerze te zakończenia polecam.
Jeśli zaś o zwycięzcę chodzi, któremu przypadły karmelki irlandzkie, to sędziowski kot Liliana zdecydowanym, bezwahaniowym (bezwahannym?) rzutem wybrał los z imieniem dr Marcela. Gratulujemy, doktorze z pięknymi włosami!


Polowanie na wampira [wersja dr Marcela]

Zacząłem wchodzić po schodach. Mieszkałem na ostatnim piętrze kamienicy - wciąż tkwiły w niej dwie bomby z 1939, pozostawiono je jednak jako skarb narodowy i jedyny rzeczywisty wspornik konstrukcji - dlatego nie byłem skłonny wychodzić po zakupy sześć razy dziennie.
Dwa-trzy - to jeszcze miało sens. Joggingowy.
By oddalić od siebie ryzyko sześciokrotnego zejścia do sklepu mieszczącego się w suterenie kamienicy, a należącego do pruskobokobrodatego pana Szwindla-Johanna, wprowadziłem pewne procedury. Otóż schodząc w dół, powtarzałem sobie głośno listę zakupów, wchodząc zaś z powrotem... robiłem to samo. Po prostu sprawdzałem, czy niczego nie zapomniałem.
Co miało sens.
Po pierwsze - unikałem wielokrotnej wspinaczki, a w życiu nie zdobyłem góry większej od śnieżnej zaspy na dziedzińcu.
Po drugie - nie było szczególnie miło wysłuchiwać piosenek Hitlerjugend, które pan Szwindel-Johann śpiewał od świtu do zmierzchu.
Po trzecie - dostawać w łeb od żony też nie było miło.
A Rokoszana nie pobłażała. Wystarczyło wziąć dwanaście plastrów sera Edamskiego zamiast czternastu plastrów Pułtuskiego. I już łomot.
Wspinałem się po schodach, wzdychając i mamrocząc:
- Edamski, plastrów 12, jest... Tylżycki, plastrów 8 cieńszych, jest... Salami z grubym pieprzem, plastrów 14, jest...
Na wysokości drugiego piętra poczułem silny zapach czosnku.
- Ciekawe, czy ktoś nabył ten sztuczny chiński, czy też nasz, wolny od modyfikacji - wymruczałem sarkastycznie.
Byłem sarkastyczny. Ludzie, którzy schodzą z czwartego piętra po zakupy, które codziennie umila im pieśń Hitlerjugend, i którym co drugi dzień umila życie łomot od żony - tak, oni bywają sarkastyczni.
- Serdelków 70% wieprzowiny-30% drobiu, sztuk sześć, jest... Sos borowikowy, sztuk...
Zapach czosnku nasilił się i odruchowo zmarszczyłem nos. Przyszła też myśl, że to musi być jednak polski czosnek, a zaraz po niej... Zaraz niej nie przyszły żadne myśli, przez kilka sekund wystąpiła czarna luka oszołomienia i zgrozy w mym umyśle.
Co sprawił wielki czarny koc, który rzucono mi na głowę. Poczułem też jak wprawne, zaprawdę wprawne ręce, których mogło być dwie, ale mogło być i dwieście - rolują mnie w tym kocu i obwiązują uczyniony tłumok liną.
- Mamy wampira, psiakrew!
Swąd jakim zaszczycił mnie dany koc na mojej głowie, ranił nozdrza, oczy piekły niemiłosiernie. Zapach czosnku, którym to zapewne wysmarowano całą tę narzutę, był tak intensywny, że aż zakręciło mi się w głowie i w końcu straciłem przytomność.
Wydawało mi się, że przespałem wieki. Tymczasem zegarek na moim ręku pokazywał, że było to tylko 45 minut. Obudziłem się w małym ciasnym pokoju; nie było tam okna i tylko mała czerwona lampeczka robiła romantyczny półmrok. Zgłupiałem, gdy zobaczyłem, że cały obwieszony jestem warkoczami śmierdzącego czosnku. Wtedy też przypomniały mi się te śmieszne słowa: "Mamy wampira"!!... Zacząłem rechotać ze śmiechu. Rechotałem tak głośno i tak długo, że w końcu ktoś przyszedł.

Wysoki, szczupły mężczyzna o piegowatej gębie, przyglądał mi się badawczo. Tuż koło niego, swoim przenikliwym wzrokiem przeszywała mnie niska, ale również szczupła brunetka. Na pewno nie wyglądali na takich, którzy poczęstują mnie szklanką gorącej herbaty. Co najwyżej - ząbkiem czosnku.
- I co - mamy cię. Tyle czasu tu grasowałeś, ale w końcu przyszła kryska na Matyska...
- Przepraszam, na kogo??
- Milcz, krwiożercza bestio! Nie przerywaj mi. Nie wiem, czemu ten czosnek jeszcze cię nie zabił i nie mam pojęcia, dlaczego nawet ranki na tobie nie zostawił, ale i tak cię wykończymy! - krzyczał, patrząc mi prosto w twarz. Brunetka cały czas milczała.
- Przepraszam, ale ja nie jestem, żadnym wampirem! Dobre sobie żarty! Kim wy jesteście, u licha??
- CBW - Centralne Biuro Wampirołapaczy! - szybko i niepewnie wyjaśniła dziewczyna.
- Udowodnię wam, że nie jestem wampirem!! - wykrzyczałem jej prosto w twarz i nagle, jak w amoku, zacząłem zjadać cały ten czosnek. Pchałem do buzi całe główki, gryzłem i gryzłem, aż poczułem niemiłosierne pieczenie w ustach gardle, pić cholera, pić!!!
- Masz tu wodę, hi hihih, to go zabije! - powiedział niby do mnie, niby do dziewczyny mężczyzna, podając mi duży kielich z wodą.
Wychyliłem na raz. Gdybym tylko mógł mówić, zapewne błagałbym na kolanach o więcej.

Bałem się, strasznie, okropnie się bałem... Przecież Rokoszana czekał na zakupy!... Tak się bałem jej gniewu, już tyle czasu mnie nie było, musiała szaleć ze wściekłości! To była ostatnia osoba, którą chciałem tam zobaczyć. A że biednemu zawsze wiatr w oczy, nagle ujrzałem rozwścieczoną twarz mojej żony! Włosy miała potarmoszone, oczy jak by się jej paliły, a rękoma machała tak, jakby miała ich ze sto tysięcy par! Mężczyzna oberwał pierwszy. Padł jak długi. Brunetka, widząc to, schowała się w kącie, ale nic to jej nie dało; oberwała i ona. Rokoszana złapała mnie za ramiona, uniosła do góry i grubym wściekłym głosem powiedziała:
- Gdzie są moje zakupy, ty nierobie śmierdzący!!
Gdy ciągnęła mnie za nogę, płakałem jak dziecko, wołając, prosząc piegowatego dryblasa, żeby mnie tak nie zostawiali, żeby mi pomogli. Nadaremno.
Stanęliśmy na ulicy. Mogłem już sam iść do domu. Rokoszana spojrzała na mnie i delikatnym już, kobiecym głosem powiedziała:
- Żeby mi to było ostatni raz!
Wtedy też w świetle latarni zobaczyłem w jej jamie ustnej dwa małe, lśniące kły...
***

Wampir [wersja ONO Socjopatyczne/go/]

Zacząłem wchodzić po schodach. Mieszkałem na ostatnim piętrze kamienicy - wciąż tkwiły w niej dwie bomby z 1939, pozostawiono je jednak jako skarb narodowy i jedyny rzeczywisty wspornik konstrukcji - dlatego nie byłem skłonny wychodzić po zakupy sześć razy dziennie.

Dwa-trzy - to jeszcze miało sens. Joggingowy.
By oddalić od siebie ryzyko sześciokrotnego zejścia do sklepu mieszczącego się w suterenie kamienicy, a należącego do pruskobokobrodatego pana Szwindla-Johanna, wprowadziłem pewne procedury. Otóż schodząc w dół, powtarzałem sobie głośno listę zakupów, wchodząc zaś z powrotem... robiłem to samo. Po prostu sprawdzałem, czy niczego nie zapomniałem.
Co miało sens.
Po pierwsze - unikałem wielokrotnej wspinaczki, a w życiu nie zdobyłem góry większej od śnieżnej zaspy na dziedzińcu.
Po drugie - nie było szczególnie miło wysłuchiwać piosenek Hitlerjugend, które pan Szwindel-Johann śpiewał od świtu do zmierzchu.
Po trzecie - dostawać w łeb od żony też nie było miło.
A Rokoszana nie pobłażała. Wystarczyło wziąć dwanaście plastrów sera Edamskiego zamiast czternastu plastrów Pułtuskiego. I już łomot.
Wspinałem się po schodach, wzdychając i mamrocząc:
- Edamski, plastrów 12, jest... Tylżycki, plastrów 8 cieńszych, jest... Salami z grubym pieprzem, plastrów 14, jest...
Na wysokości drugiego piętra poczułem silny zapach czosnku.
- Ciekawe, czy ktoś nabył ten sztuczny chiński, czy też nasz, wolny od modyfikacji - wymruczałem sarkastycznie.
Byłem sarkastyczny. Ludzie, którzy schodzą z czwartego piętra po zakupy, które codziennie umila im pieśń Hitlerjugend, i którym co drugi dzień umila życie łomot od żony - tak, oni bywają sarkastyczni.
- Serdelków 70% wieprzowiny-30% drobiu, sztuk sześć, jest... Sos borowikowy, sztuk...
Zapach czosnku nasilił się i odruchowo zmarszczyłem nos. Przyszła też myśl, że to musi być jednak polski czosnek, a zaraz po niej... Zaraz niej nie przyszły żadne myśli, przez kilka sekund wystąpiła czarna luka oszołomienia i zgrozy w mym umyśle.
Co sprawił wielki czarny koc, który rzucono mi na głowę. Poczułem też jak wprawne, zaprawdę wprawne ręce, których mogło być dwie, ale mogło być i dwieście - rolują mnie w tym kocu i obwiązują uczyniony tłumok liną.
- Mamy wampira, psiakrew!

***

Obudziłem się zwinięty w kłębek ze strasznym bólem głowy. Pewnie dostałem. Rozejrzałem się dookoła siebie, choć związane ręce i nogi ograniczały moje możliwości. Pomieszczenie było całe obłożone wiankami z czosnku.
- Mamy wampira? - przypomniałem sobie ostatnie słowa, które słyszałem - Co do cholery się tu...
Otworzyły się drzwi.
Do pomieszczenia weszły trzy postacie. Ku mojemu zaskoczeniu, bardzo znane mi postacie. Byli to trzej synowie pana Szwindla- Johanna - Adolf, Josepf i Heinrich. Trzy upasione, śmierdzące serdlami diabły, które torturowały mojego kota.
- Dość tych żartów, gnoje. Niech no ja tylko powiem to waszemu ojcu! - wykrzyczałem.
- To co? - zaśmiał się chrumkając Joseph.
Chyba to był Joseph. Wszyscy trzej są do siebie podobni. Małe knury.
- Dość! - krzyknął stanowczo Adolf, dając krok do przodu - mamy niezbite dowody, że pan jest wampirem, panie Petrescu.Przyznaje się pan do tego?
- Jakie na Boga? - zapytałem, ciągle nie wierząc w to co się dzieje.
- Ma pan rumuńskie nazwisko. A w Rumuni są podobno wampiry. Czy pana żona, Rokszana Petrescu również jest wampirem?
Adolf trzymał ręce z tyłu swojego ciała. W czasie całej naszej rozmowy chodził od ściany do ściany, patrząc w ziemię i co chwilę przytakując swoim własnym myślom.
- Nie, nie jest. To znaczy, ja też nie jestem. Głupie żarty, małe potwory. Proszę natychmiast mnie stąd wypuścić.
- Nie jest, no dobrze. - Adolf najwyraźniej zignorował moje groźby. - Wrócimy do pana po obiedzie.
Wyszli. Drzwi zamknęły się na cztery różne zamki. Wiem już, że nie jestem w piwnicy mojej kamienicy, bo słyszałem jak te sześć tłustych nóżek wychodzi z budynku.
Dziś już nie wrócili. Ja przez całą noc próbowałem się wyplątać z lin, krzyczeć o pomoc, tłuc nogami w ścianę i myśleć o mojej biednej Rokszance, która już pewnie odchodzi od zmysłów. Może wezwała policję? Może już zaczęli mnie szukać? Pewnie niedługo mnie znajdą.
Zapomniałem. Jeszcze się modliłem. Ale to też niewiele dało.
Drugiego dnia małe diabły przyszły przed szkołą.
- Przyznaje się pan do bycia wampirem, panie Petrescu? - zapytał poważny Adolf.
- Nie, nie jestem żadnym wampirem - wykrzyczałem.
Odwrócili się i wyszli.
Pomyślałem, że może gdybym się przyznał, że nim jestem, puściliby mnie wolno. Przecież to tylko dzieciaki.
Kilka godzin później wrócił sam Adolf.
- Przyznaje się pan do bycia wampirem, panie Petrescu?
- Nie.
- Ale my i tak swoje wiemy. Wrócimy jak odrobimy lekcje, wtedy sobie porozmawiamy.
Przyznam się bo widzę, że mój upór i ich upór tylko przedłuża cały ten koszmar.
Byłem już bardzo głodny. Przypomniałem sobie o serze, salami i serdelkach i aż mi ślinka pociekła. Gdy złapali mnie, torba z zakupami wyleciała mi z ręki. Pewnie Rokszana je znalazła i po tym poznała, że coś mi się stało.
Ciągle nie wierzę w to, co mnie spotkało. Nie wiem kiedy stąd wyjdę, co te potwory ode mnie chcą i nie wiem jak to się wszystko skończy. Te dzieci spaliły kota. Czy mogłyby zrobić krzywdę człowiekowi? Zranić? Zabić? Sam nie wiem...
Przyszli. Joseph rzucił mi jak psu kawałek kiełbasy. Była z ziemi a smakowała mi, jakby była podana na talerzu z luksusowej zastawy.
- Przyznaje się pan do bycia wampirem, panie Petrescu?
- Dlaczego uważacie, że jestem wampirem?
- Ma pan rumuńskie nazwisko, jak już mówiłem - Adolf jak zawsze był głosem i mózgiem całej tej trójki. - Nigdy nie kupuje pan czosnku i marszczy nos na jego widok, unika pan częstego wychodzenia z domu i jest pan nieśmiertelny.
- Nieśmiertelny? - powtórzyłem.
- Tak. Obserwujemy pana od ponad trzech miesięcy z drzewa naprzeciwko pana mieszkania...
I w tym czasie z rąk Heinricha wypadło coś co przyprawiło mnie o dreszcze i łzy w oczach. Naostrzony kołek. Taki, jakim w filmach przebija się serca wampirom.
Przestałem myśleć o tym, by przyznać się do mojej "winy".
- Co to ja mówiłem? - zaczął po chwili Adolf - Tak, od trzech miesięcy. I wyliczyliśmy, że dostaje pan od żony po głowie około 14 razy dziennie. To duża kobieta, więc i pewnie uderzenia są silne. Zwykły śmiertelnik pewnie już dawno by wyciągnął kopyta od tylu ciosów dziennie.
- To absurd. To wszystko jest absurdalne, dziecinne i głupie. To nie są żadne dowody - mówiłem przerażony.
- A więc, Panie Petrescu? Jest pan wampirem?
- Nie jestem, Adolfie. I błagam cię, wypuść mnie stąd. Jesteś dobrym i mądrym chłopcem a to co robicie, to zwykłe okrucieństwo.
Adolf bez słowa odwrócił się i wyszedł. Reszta podążyła za nim.
Myślałem całą noc o sobie, o życiu, rodzinie, żonie. O tym co mi się udało, a co nie. Na koniec przeraziłem się myślą, że robie sobie rachunek sumienia. Jak przed śmiercią. Czyżby moja intuicja podpowiadała mi, że już czas na takie przemyślenia. Czy śmierć się zbliża?
Kolejnego dnia nie przyszli przed szkołą ani zaraz po szkole. Przyszli wieczorem. Wiedziałem, o co zapytają zamiast powitalnego "dzień dobry".
- Przyznaje się pan do bycia wampirem, panie Petrescu?
- Nie.
- Umrze pan tu z głodu, jeśli się pan nie przyzna - powiedział przywódca.
- A jak się przyznam?
- Głód łamie nawet najsilniejszych - wysyczał z szyderczym uśmiechem Adolf.
To siedmioletni chłopak, najmłodszy z całej trójki, a ja nie wiedziałem co mam mu odpowiedzieć.
- Wypuść mnie - poprosiłem po raz kolejny.
- Pytam po raz ostatni, przyznaje się pan do bycia wampirem, panie Petrescu?
Patrzyliśmy sobie prosto w oczy. Nie wiem jak długo, ale zobaczyłem w nich całe piekło i zło tego świata.
- Tak, przyznaję się! - wykrzyczałem przyznając się do tego irracjonalnego oskarżenia.
I stało się to, czego się nie spodziewałem.
Całe to zło z tych małych oczek zamieniło się w strach. Strach małego, przerażonego dziecka.
Cała trójka zaczęła piszczeć i w panice przepychać się, któremu pierwszemu uda opuścić się ten "wywiad z wampirem".
Uciekli w popłochu. Drzwi się zatrzasnęły. Hałas zamykanego jednego z zamków. Tupot trzech par nóg i pisk. To ostatnie dźwięki ze świata zewnętrznego, jakie usłyszałem. Potem już tylko cisza. Cisza, która po jakimś czasie stała się tak głośna, że aż bolały od niej uszy i głowa.
Umarłem z głodu po miesiącu. Na szczęście. Bo ta cisza była nie do zniesienia.
***

10 komentarzy:

  1. szczerze mówiąc nie jestem w stanie powiedzic które jest lepsze! Oba bardzo mi sie podobały, rozbawily mnie i oba zasługują na te slodkości, które byly nagrodą! gratuluje uczestniką!

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak zawsze - odlotowe. :) 6 za pomysł 5+ za wykonanie. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. hip hip....HUUUUUUUURRRRRRAAAAAA!!!!!!!dostane precelki Irlandzkie, czy jak to tam;-) duma mnie rozpiera! Mądry kot!

    OdpowiedzUsuń
  4. Karmelki, doktorze, karmelki.

    OdpowiedzUsuń
  5. karmelki, precelki, bąbelki....

    OdpowiedzUsuń
  6. Karmelki, doktorze, karmelki.

    OdpowiedzUsuń
  7. fajnie ze tak dwa zupełnie inne te opowizdania, nie podobne do siebie

    OdpowiedzUsuń
  8. Na dniach ogłoszę werbunek pod opowiadania świąteczne - już teraz do udziału zapraszam. :)

    OdpowiedzUsuń