poniedziałek, 21 listopada 2011

Hong King Kong

Dzisiejszy dzień przyniósł kilka pozytywnych incydentów, którymi mam chęć się podzielić. Wszak zalecane jest dzielić się energią pozytywną i radosną.
Z czym nie wszyscy sobie radzą. Na przykład poważny z tym kłopot mieli Krzyżacy na Żmudzi.
Mniejsza z tym jednak. Do pozytywnych odsłon dnia zaliczam fakt, że nieokiełznana, niepowstrzymana i jedynie słuszna energia czarnego humoru uaktywniła się w miejscu tak egzotycznym, a w każdym razie tak niesłowiańskim, jak Hongkong.
Na co wskazuje licznik flag.
Satysfakcji swojej nie będę aż tak bardzo ukrywał i tłamsił po kieszeniach ogrodniczek - których zresztą nie noszę - bo jest ona spora choćby z tego względu, że Hongkong jest ojczyzną Bruce'a Lee i Yip Mana. Tego drugiego w znaczeniu adopcyjnym - do przenosin z chińskiego Foshan (wymawiaj: 佛山) do brytyjskiego Hongkongu zmusiła go agresja bardzo w owym czasie zwariowanych Japończyków.
Japończycy wydają się być całkiem stale zwariowani, ale wtedy byli już poza wszelką kontrolą farmacji.
I zdaje się, zapomnieli, co to medytacja i spędzanie czasu na origami.
Bruce Lee i Yip Man, mistrzowie kung-fu Wing Tsun, nie byli może specjalnie znani z objawiania czarnego humoru, z kolei mnóstwo stłuczonych przez nich ludzi zdradzało humor wisielczy.
Jest to więc chyba całkiem niezły wkład w humor światowy, który wchłania atmosfera i stratosfera, i wokół kuli roznosi.
Mniejsza z tym jednak. Przejdźmy do kolejnego pozytywnego incydentu dnia.
Przyczynił się do tego program Mam talent!4 na TVN, który mam częstą przyjemność oglądać. Otóż zazwyczaj kibicuję tam ludziom roztaczającą dwa typy aury: aury wrażliwości i takiego do rany przyłóż od pierwszego wejrzenia lub aury nietuzinkowego, inteligentnego, elastycznego humoru. Dziś także kibicowałem pewnemu uczestnikowi, mianowicie magikowi Marcinowi Muszyńskiemu.
Magik ten zwyciężył (brak dowodów na omamienie jury czarem rzuconym w twarz), co ucieszyło mnie tym bardziej, że ujął mnie posiadaniem obydwu wspomnianych typów aury.
Co codziennością w kraju Wiślan i Mazowszan podobno nie jest.
I z całą pewnością fakt, że u boku imponującego magika błyszczała dziewczyna równie czarownej aury, oraz urody i gracji nieprzeciętnej (no, nieprzeciętnej, no) nie zaszkodził ani jego marszowi po zwycięstwo, ani memu serdecznemu kibicowaniu.
Mniejsza z tym jednak. Przejdźmy do kolejnego incydentu. Do meritum.
Meritum stanowi dar sił boskich zwany kotem. Całkiem niedawno w progi mego domu wniesiono kolejnego kota, mniejszego w tym uroczystym momencie od pięści Yip Mana.
Koty są czymś, co czczono i podziwiano, pielęgnowano i adorowano, w kraju tak mądrym i determinującym losy planety, jak Egipt. Już sam ten fakt powinien frapować, intrygować, upokorniać i pchać naukę białego człowieka do napisania osobnej księgi o fenomenie kota.
Jakoś nie oczekuję kroku tak bystrego ze strony nauki białego człowieka.
Są na tym świecie ludzie, którzy kotów nie lubią. Są na tym świecie ludzie (być może to koboldy przebrane za ludzi), którzy głoszą, że koty nie okazują przywiązania i wdzięczności.
Zastanawiam się nad systemem obserwacji i wnioskowania takich ludzi.
Nad sercem nie - z pewnością musi być mniejsze od pięści Yip Mana.
Dużo mniejsze.
Nad systemami się zastanawiam. Coś wyraźnie je zakłóca.
Może gazy z pobliskiej kopalni uranu?
Może świsty i brzęczenie z balonu meteorologicznego?
Może ich oczy i umysł oślepia światło z Wenus?
A może kiedyś ktoś gdzieś oszukał ich, wmawiając, że miłość zwierzęcia objawia się pokornym tłuczeniem czaszką o posadzkę u stóp pana swego.
Że miłość zwierzęcia to jego niewolniczy status.
Jak to można zwichrować systemy ludzkie.
I zmumifikować tym ich serca.
Ja żyję z kotami całe życie. Moje systemy są w pełni sprawne, a informacje z nich płynące czyste i rzetelne. Koty odwzajemniają miłość, okazują wdzięczność, chronią dom (przed agresją astralną), uzdrawiają, zapraszają ludzi do zabawy i uznają ich za członków swej rodziny.
Gdy się ich do tego nie przymusza.
Koty czerpią prawdziwą, demonstrowaną radość z dzielenia przestrzeni z ludźmi.
Trzeba tylko zaakceptować, że nie przyłapie się ich na biciu pokłonów i tłuczeniu czaszkami w posadzkę.
Miliony Egipcjan nie mogły się mylić.
A ludzie zmumifikowani na sercu i umyśle nie odkryją zbyt wiele nie tylko o fenomenie kotów - oni nie odkryją nawet fenomenu życia.
W moim domu żyje drugi kot. Widzicie go na zdjęciu. Pierwszy starszy jest o rok. Proces akceptacji właśnie dobiegł końca. Wszyscy razem stanowimy szczęśliwy klan, w który żadna mumia wideł nam nie włoży.
A incydenty?
Dziś były dwa.
Po pierwsze: mały mój kot przechwycił kromkę chleba pszennego i zjadł dobre jej 4%.
Po drugie: mały mój kot napadł na gazetę i poszarpał całe jej 7%.
Incydenty potwierdzające czyjąś radość z życia i tego życia towarzyszów to incydenty pozytywne.
Mój mały kot to całkiem duży, całkiem charakterny King Kong.
Szczęśliwy King Kong w szczęśliwym klanie.
Zapraszam do lektury.

Słupnicy odłamek szósty

- Niech pan uderza, słoniu.
- Sam? - zdziwiłem się raczej nieprzyjemnie.
- Naturalnie. Ja, niestety, pozostanę tutaj. Co więcej, muszę pana zamknąć w strefie. Sam pan rozumie, kolego Turublent - jeśli pana wytną... nadal pozostaną pod kontrolą. Dwóch dostawców bobu zaginęło bez śladu, więc zainstalowaliśmy kamery. Daje to nadzieję, że ciała kolejnych zaginionych odnajdziemy, choćby jakieś ich części... I proszę nie zabawić w korytarzu zbyt długo. Kręci się tu dziwne robactwo. Dość napastliwe.
Chciałem oświadczyć coś zawadiackim tonem, lecz zamiast tego... z a t r z e s z c z a ł e m tylko. Dziwne, nie miałem pojęcia, że moje struny głosowe potrafią zdobyć się na trzeszczenie. Skonsternowany zerknąłem na Wyssaka. Przyglądał mi się zaskoczony.
Nagle coś uderzyło z głuchym łomotem w żelazne drzwi.
Od wewnątrz.
- Co to było? - poruszyłem się niespokojnie.
- To uczniowie. Niecierpliwią się, gdy nauczyciel się spóźnia. Wie pan, kolego, to tak, jakby zaciął się taśmociąg.
- Taśmociąg?
- Taśmociąg z wiadrem krwi. Do krypty wytłoczonej wampirami. - Nie byłem pewien, czy matematyk kpi ze złośliwym ubawem, czy też żartuje względnie serdecznie, czy może przekazuje mi uczciwie pozbawiony zapór z lukru obraz sytuacji. Jego głos był beznamiętny, a ledwo widoczna twarz zdawała się z wapienia wycięta. - Proszę już iść. - Cofnął się o krok i dodał: - Niech pan nie dotyka ścian. Robactwo.
- Od czego mam... - wycharczałem. - Na czym stanął program?
- Czasy piastowskie. Wszystko znajdzie pan w segregatorach na biurku w kantorze. Oto klucz - wręczył mi coś, co wziąłem za klucz tylko dlatego, że przedmiot ten podano mi z tą nazwą.
Bez tej wskazówki ciężar i wielkość kierowałyby moje skojarzenia na brzeszczot, i to pamiętający czasy więzienia celtyckiego.
- Dziękuję...
- Mam nadzieję, że nie jest pan zbyt pewny siebie, kolego. Jak, powiedzmy... Napoleon. To nie była najszczęśliwsza decyzja z tą inwazją na Rosję. Proszę uważać na Arakorna. On tam dowodzi. Dwa tygodnie zwodził Mackę. Poddawał się, zawstydzał wyraźnie własną niewiedzą. Nieśmiało prosił o daty. Ale Macka był długo nieufny. Pamiętał przecież o losie Brontoroga i Skorupca, którego zmumifikowano... Arakorn grał dalej. Słaniał się, falował...
- Falował?
- Chorobowo falował. Macka w końcu pękł. Uwierzył. Wszyscy mamy swój punkt pęknięcia. Skoro bunkier w Kętrzynie go miał, to my mamy tym bardziej. Macka pękł zatem i pełen wiary, wzruszenia i dobrej woli wziął Arakorna do odpowiedzi. Żeby przebudzeniem lidera odciąć "nieliczne już głowy rokoszan", jak to napisał na marginesie dziennika.
- I co?
- Arakorn stanął przed tablicą i natychmiast przestał falować. Prosto w twarz wykładowcy krzyknął, że bitwa pod Grunwaldem odbyła się w 1973 roku na Atlantyku, w Rowie Kajmańskim, i tylko dlatego wygrali ją Szoszoni, że Holendrom potopiły się rydwany. Fala uderzeniowa wypchnęła Mackę z klasy.
- Jaka fala? - wybełkotałem.
- Śmiechu klasy - odrzekł niecierpliwie Wyssak, po czym pchnął mnie lekko i z hukiem zatrzasnął za mną drzwi. Rozległ się chrobot przekręcanego klucza.
Chrobot na miarę brzeszczota z celtyckich czasów, rzecz jasna.
Zostałem sam.
Na kilka sekund w zupełnych ciemnościach, bowiem lampy zamigotały pesymistycznie i przyćmiły się na moment. Nie ukrywam, że ja też się trochę przyćmiłem.
Coś zabzyczało w mroku. Wydało mi się, że dostrzegam na ścianie coś jakby nieświeżą plamę marmolady, lecz gdy zachowawczo wyciągnąłem do niej rękę, plama drgnęła. Okazała się żywą konsystencją kolonialną, która chyżo odmaszerowała w bardziej ciemny obszar. Pomyślałem o "dość napastliwym robactwie" i ruszyłem w stronę drzwi.
Z pewnością nie byłem jako ten kamień w Drwęcy, ale samą Drwęcą już się trochę czułem. Falowałem, drżałem i raczej płynąłem, niż szedłem, stęchłym korytarzem. Z kolei moje serce mogło być już kamieniem, czułem w nim bowiem frapujący chłód, a nawet tężenie.
Tak, bez wątpienia znajdowałem się w odrobinę trwożliwym nastroju, do czego po prawdzie Wyssak - mój ostatni kontakt z cywilizacją - wydatnie się przyczynił. Nazywając mnie słoniem - cokolwiek chyba pospiesznie i nie wiadomo, czy szczerze - nie uczynił ponadto nic, by mnie duchowo podbudować. Zamiast tego - świadomie lub nie - lawiną strasznych faktów rozkruszył mój pancerz i rozładował generator pola siłowego.
Odebrał radość z zatrudnienia.
Skutkiem tego, zamiast wznosić chełpliwe okrzyki godne hoplity, sunąłem bez porządku i energii jak egipski niewolnik, wycieńczony wznoszeniem piramidy i oczekujący litościwego przebicia włócznią.
Westchnąłem ciężko. Gdyby moja żona Zapaścia ujrzała mnie w tak żałosnym stanie demobilizacji i nie uznała tego za podstępną grę pozorów wobec wrogów, być może nadszedłby moment, w którym zaczyna się piękne lata małżeńskie wspominać, a nie przeżywać.
I pewnie przestałaby szeptać do mnie przy zasypianiu:
- Dobranoc mój Conanie Niszczycielu, Annapurno Mięśni, Kapitanie Ameryko, Ścinaczu Głów, Heraklesie i Herkulesie, Aztecki Pożeraczu Serc, Hulku na Obcej Planecie, Katapulto Sekwoi, Hamilkarze Balkasie, Toporze Czteroręczny, Jasonie z Crystal Lake, Candymanie z Lustra, Predatorze w Europie, Komorniku Dekompresji, Abbasie I Wielki, Gotfrydzie z Bouillon, Solomonie Kane, Hannibalu po Alpach, Amerykański Wilkołaku w Londynie, Bogusławie X-ty... - zawsze zasypiałem, zanim skończyła.
Co tu dużo mówić, przywykłem do tej kołysanki. Zupełnie jak maluch do ukochanej mruczanki Puchatka. Każdy rodzic wie, jaki dramat towarzyszy odcinaniu dziecka od ulubionego przeboju.
Nie chciałem być odcinany.
Wszystko, co stonowany głos wtłacza ci w ucho, gdy przysypiasz, jest pochłaniane przez podświadomość i pokrzepia całe jestestwo pozytywnym oprogramowaniem.
Każdego ranka wstawałem z siłą Hulka i energią Hannibala po Alpach.
Nie chciałem być odcinany.
Właściwie mogłem to przerwać już teraz. Telefon komórkowy w kieszeni zapewniał pewne możliwości działania - zakładając, że głębiny piwniczne nie zdusiły zasięgu, co... bałem się jeszcze sprawdzić.
Ale mogłem to już skończyć, jeśli zasięg był. Bo przecież na kukiełki teatralne nie miałem już co liczyć. Kukiełki nie mogłyby raczej zadać ciosu drzwiom. Z wyraźną siłą.
Jeśli nie furią.
Mogłem wezwać policję.
Albo synów.
A Gwyndelf i Euforyk przybyliby prędko, o to byłem spokojny. Zawsze przybywali prędko, gdy wietrzyli nikłą choćby szansę przeprowadzenia szranków.
Z drugiej strony wciąż nie miałem pewności. Czy to aby koniecznie uczniowie uderzyli w te drzwi?
Równie dobrze mogła stoczyć się z półki jakaś bulwa z powodu przegnicia. Albo zbłąkany szczur strącił figurkę napoleońskiego oficera z konia...
W podziemiach mógł także błąkać się jakiś nietrzeźwiejący od kilku tygodni woźny.
Czy higienistka.
Ludzie piją.
A pijący błądzą.
Wiem, brakowało mi ognia w muszkiecie i udawałem, że brak mi pola do szarży. Ale to nie było takie proste. Moje dzieci nie pochwalały odwrotom, lecz pochopne interwencje ganiły równie skrzętnie. A mówiąc wprost: nie pochwalały bezpodstawnej prośby o wsparcie.
Mogłoby się takie naciągnięte wsparcie nie skończyć tak polubownie, jak rok wcześniej u wuja Balwierza na wsi. Sierpniową nocą wracałem sam z popijawy.
Sam - gdyż nieskłonna do spaceru i flirtu Zapaścia odłączyła się ode mnie po tym, gdy niechcący wyrzuciłem ją z rąk na stół zastawiony wieprzowiną. Może zresztą słusznie się odłączyła, bo w sutannie tłustego sosu nie zachęcała zbyt do dalszych tanów...
Do domu wracałem więc sam, jakieś cztery godziny po niej.
Mimo wszystko byłem całkiem wesoło upojony. Halucynacje dopadły mnie przy stawie. Półprzytomny i rozchwiany, wziąłem szuwary rozrosłe wzdłuż drogi za półkole Tatarów.
Bełkotliwy telefon do chłopców z trudem przekonał ich, że jestem otoczony i bronię się resztkami sił, by uniknąć losu janczara. W końcu przybiegli z cepami w rękach.
Wciąż widziałem Tatarów i nie pozwoliłem sobie tego odebrać, mimo, że synowie podsuwali mi je pod nos krzycząc coś o honorze i zimnej krwi. Wreszcie odpuścili i dla świętego spokoju zmasakrowali szuwary w promieniu dwudziestu metrów. Dzielnie i bez skargi nieśli mnie do domu.
Dopiero nazajutrz, gdy wytrzeźwiałem, obrócili cepy przeciwko mnie.
Najpierw pomstowałem, chciałem ich powywieszać - przejęty wuj Balwierz pojechał po konopne sznury na jarmark w Swędzi.
Potem odczułem dumę, bo przecież sam ich tego nauczyłem. Byliśmy rodziną zjednoczonych wojowników, którzy idą sobie w sukurs w biedzie, i którzy srogo piętnują akty sromoty we własnym szeregu.
Ośmioletniego Euforyka zdarzyło mi się zamknąć za karę w gołębniku, sądziłem bowiem, że zjadł ciasto przeznaczone dla gości. Wyjdziesz, kiedy się przyznasz - obiecałem.
Oferta została odrzucona, co zrobiło wrażenie na krewnych, w tym gościach, którzy czuli się oszukani.
Gdy po kilku dniach nieprzytomny z głodu Euforyk stoczył się po drabinie jak taki bezgłowy cietrzew, co w nocy lisa gościł, poczułem się dumny. To była niezłomność! Ojcowska satysfakcja wzrosła, kiedy okazało się, że malec rzeczywiście ciasta nie zjadł, ciocia Janina dopiero kończyła układać przepis i w ogóle goście mieli być za tydzień, nie, Balwierzu?
Takich wychowałem twardzieli.
Więc rozumiecie już. Gdybym ściągnął ich desperackim telefonem, po czym okazałoby się, że nikt i nic mi nie zagraża, poza upiorami własnej wyobraźni - innym rodzajem Tatarów-szuwarów...
Nie skończyłoby się na burknięciach ratlera, którego z kanapy usunięto.
Oni wciąż pamiętali mi to i owo.
[...]

19 komentarzy:

  1. ciekawie napisane:) serdecznie pozdrawiam(tacjanna)

    OdpowiedzUsuń
  2. Te retrospekcje nasuwają podejrzenie, że autor wręcz boi się pisać o uczniach i specjalnie odwleka ten moment...

    OdpowiedzUsuń
  3. Wciąż nie wiadomo, czy istnieją w ogóle jacyś (podziemni) uczniowie...

    Dziękuję, Tacjanno, czytaj do woli, pamiętaj, by kawę sobie co jakiś czas zaparzyć. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. A ten kotek jest sklejany z dwóch? albo i więcej?

    OdpowiedzUsuń
  5. "Albo i więcej". Zdecydowanie. Myślę, że z trzech to na pewno. W umaszczeniu zauważa się strefy płowe, kremowe, kasztanowe, podpalone, pogaszone, kakaowe, kawozbożowe, rdzawe i... i wciąż odkrywamy kolejne.

    OdpowiedzUsuń
  6. Pozdrawiam King Konga 4 razy za chleb(nawiasem pisząc, niech zacznie spożywać więcej, bo może nie wiedzieć, ale anoreksja, jak i otyłość, plagą naszą jest:) ), i 7 za gazetę :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Między otyłością, a anoreksją jest złoty środek, który, zdaje się, zawsze był trudnym celem...
    Choć może głównie dla ludzi; większość kotów trzyma się tego środka z imponującą swobodą - jeśli nie (w pełni zrozumiałą!) nonszalancją...
    Oczywiście bezzwłocznie przekażę tak doskonale obliczone pozdrowienia. :))

    OdpowiedzUsuń
  8. A robi Matrixa jak mój? Tzn. skacze z podłogi na ścianę i z tej ściany na inną? Moja Mysz(tak nazwałam kota)kiedyś takim pięknym Matrixem zlądowała przez okno z czwartego piętra!

    OdpowiedzUsuń
  9. Starsza kotka wykonuje olśniewające skoki pionowe wzdłuż ściany, przy czym osiągana wysokość robi chyba jakiś pohybel podręcznikom fizyki.
    Młodsza wciąż zdobywa coraz wyższe punkty. Dziś pierwszy raz dotarła do zlewu kuchennego - co było dla niej czymś w rodzaju wyprawy himalaistycznej, zwieńczonej sukcesem.
    To jest: piciem świeżej wody z kranu.
    Nie od dziś wiadomo, że koty taką preferują. :)

    OdpowiedzUsuń
  10. To prawda, moja też sobie każe odkręcić kran, a potem krople spija z łapy. Królewna jedna...

    OdpowiedzUsuń
  11. To ten jeden, być może jedyny rodzaj królewny, któremu chce się radośnie służyć. ;)
    Ale też - nie są to królewny pozbawione wdzięczności.

    OdpowiedzUsuń
  12. Lubię koty - są bardzo sympatyczne i mądre zwierzęta. Niestety mam już psa i wolę nie ryzykować, ale za to dokarmiam bezdomne kociaki w zimie, a i moja piwnica jest dla nich otwarta...

    OdpowiedzUsuń
  13. A ja mam psa i kota od lat, a kocica była w takiej żałobie po starym psie, że musiałam jej kupić nowego...

    OdpowiedzUsuń
  14. Łapą po pysku no i od razu lepiej...Zaczęła jeść. Miłość kwitnie.

    OdpowiedzUsuń
  15. Życie nie pozwala się zamknąć w klatce. Nawet, jeśli jest to klatka ciężka od smutku.
    A przyjaźń psów z kotami też w domu miałem. :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Ten kot "KOTOSZREKUJE" OCZY :)

    OdpowiedzUsuń