wtorek, 20 grudnia 2011

Akcent refleksyjno-uczuciowy w "Wysokiej północy"


Publikacje nadesłanych utworów powoli dobiegają końca. Ostatni post pojawi się w czwartek, po czym autorski lap-top zostanie owinięty dywanem i wyniesiony na poddasze. Na banicję co najmniej pięciodniową.
A dziś zapraszam do lektury o spokojnym tonie.



Nadesłał: Daniel Laskowski
Wysoka północ (fragment powieści)

24 grudnia, popołudnie-wieczór
Słońce zapadało się powoli za górami krasząc resztki chmur żółcią i karminem. Stałem w oknie z kubkiem kawy i patrzyłem na ten olśniewający spektakl Natury. Pogoda wyrabiała się i w nocy można się było spodziewać mrozu. Wreszcie zapadło gdzieś nad Krowiarkami i tylko wielokolorowa zorza płonęła wciąż na niebie. - Zaraz zabłyśnie pierwsza gwiazdka – pomyślałem. Trzeba będzie się zbierać do siostry. Otworzyłem Argusowi drzwi, by wyszedł i pobiegał po podwórzu i polach, a sam usiadłem do „Kasandry”. Wysłałem ostatni e-mail i wyłączyłem komputer.
I wtedy usłyszałem pomruk silnika samochodu. Potem szczeknięcie Argusa – jedno. Zazwyczaj takie, jakim wita znajomych i gong do drzwi. Zdumiony do najwyższych granic podszedłem do drzwi i otworzyłem je na oścież i… W polu widzenia miałem dwa samochody. Pod wiatą stał mój fiat, a obok ciemnozielone audi. A w drzwiach stała Krystyna, zza której wyzierała zadowolona psia morda Argusa.
- Czy… - zaczęła niepewnie – Czy mogę wejść?
- Oczywiście – odsunąłem się od drzwi. Argus skorzystał z okazji i też wpadł do domu obskakując Krystynę, która stała rozpinając długi, srebrzysty pikowany płaszcz z kapturem.
- Świąteczna niespodzianka – uśmiechnąłem się do niej. – Przyznaję, że masz styl. Weszłaś równo z pierwszą gwiazdą…
Wydawało mi się, że odetchnęła z ulgą. Powiesiłem jej płaszcz na wieszaku. Miała na sobie niebiesko-biały sweterek i niebieskie dżinsy. Stopy obute w ciepłobrązowe botki, które zsunęła i postawiła koło moich buciorów. Miała białe, sportowe skarpetki. Przypatrywaliśmy się jej a Argusem zachłannie. I czekaliśmy na jej słowa jak sępy na padło.

- Czy mogę wiedzieć, co za wiatry cię tu przygnały? – zapytałem. – Ale czekaj – najpierw choć, dostaniesz coś do picia. No i zostaniesz na wieczerzy wigilijnej. Kawalerskiej! – zaakcentowałem to słowo, bo nie miałem zielonego pojęcia, co jej podam. Argus miał żarcie, ale ja na dwie osoby nie… - nie licząc mrożonej pizzy i innych fastfoodów, których nie cierpiałem, ale w końcu one były dla gości.

- Może być jakakolwiek – odpowiedziała. – Od ciebie przyjmę każdą.

- OK., w takim razie przygotuj się na… hmmm – na dość niecodzienną wieczerzę – powiedziałem z uśmiechem, bo już wpadłem na pomysł, co będziemy jeść, by tradycji stało się zadość, a co można przygotować w krótkim, no stosunkowo krótkim czasie.
- Jaką? – zapytała ze zdumieniem.
- Zobaczysz – zaciągnąłem ją do kuchni – a jak zobaczysz, to się zdziwisz. Wyciągnąłem malakser i dużą patelnię. Potem poszedłem do piwnicy po wiadro ziemniaków. Kiedy wróciłem, na widok ziemniaków Krystynie zabłysły oczy.
- Już wiem! Placki kartoflane!
- Jeden zero dla ciebie – odparłem.
- Obiorę, a ty tymczasem przygotuj wszystko do smażenia.
Przygotowałem. Po kwadransie płukałem obrane ziemniaki i pokrojone wrzucałem w paszczę malaksera. Patrzyłem ukradkiem na Krystyną – powoli opuszczało ją zdenerwowanie, a rutynowe czynności przywracały jej spokój i pewność siebie. Kiedy pierwsze placki z patelni wylądowały na paterze jej spojrzenie było takie jak zawsze – spokojne, a w oczach błyszczały wesołe ogniki. A kiedy ostatni został zdjęty z patelni, uśmiechnęła się.
- Gdzie jemy? – zapytała.
- Tylko w kuchni, zaraz nakryję stół i możemy zaczynać.
- OK. – daj jakiś obrus, świece, nakrycia i – no sam wiesz co – powiedziała niecierpliwie i zaczęła się krzątać.


Stół wyglądał wspaniale. Królowała na nim złotobrunatna góra placków ziemniaczanych, cukiernica, kubki na maślankę i świecznik, w którym płonęły świece. Otworzyłem paczkę opłatków i złożyliśmy sobie życzenia. A potem zabraliśmy się do spożywania darów Bożych.
- W najdzikszych snach nie wyobrażałem sobie, że to będzie taka Wigilia – powiedziałem.
- Ja też – przyznała cicho.
- Jak się tutaj znalazłaś? – zapytałem, bo po burzliwym zakończeniu naszego letniego romansu nie mieliśmy ze sobą żadnego kontaktu.
- Nieciekawa to historia, ale… - nabrała powietrza, jak przed skokiem do wody - … i tak muszę ci ją opowiedzieć, ale po wieczerzy, dobrze? Daję ci słowo honoru, że zaspokoję twoją ciekawość. No, a poza tym masz prawo wiedzieć, co się działo – to ja ci się zwaliłam na głowę w wieczór wigilijny, a nie ty mnie.
- Jasne. Ty nie jesteś duchem Bożego Narodzenia, a ja nie jestem skąpcem Scrooge – roześmiałem się, ale nie było mi do śmiechu. – Mamy dużo czasu, noce są teraz długie – zacytowałem ulubioną myśl mojego byłego szefa.

Posprzątaliśmy i pomyliśmy naczynia. Wstawiłem wodę na herbatę i poczekałem, aż się zagotuje. Zaparzyłem w filiżankach i zmieniliśmy miejsce – z kuchni przeszliśmy do salonu. Usiedliśmy na poduchach naprzeciwko siebie. Krystyna w migotliwym świetle świec wyglądała uroczo. Za oknami tężał mróz nocy wigilijnej. Argus położył się na swym legowisku i zasnął. Pociągnęliśmy pierwszy łyk gorącego, aromatycznego napoju. - Niechaj będzie błogosławiony ten, kto wynalazł herbatę – westchnąłem. - Rzeczywiście, masz może Tea For Two w swej płytotece?
- Znajdzie się – wstałem z mojej poduchy i po chwili z głośników popłynęła znajoma piosenka.
- Obiecałam ci coś, więc posłuchaj mnie – Krystyna zaczęła niepewnie swą opowieść. – Wracałam wtedy z łzami w oczach z żalu ze nie usiłowałeś mnie zatrzymać tak bardzo liczyłam na to patrząc w lusterko jak oddalam się od Ciebie i miałam taką małą nutkę nadziei, że zawołasz mnie abym się zatrzymała, – ale nic takiego podobnego nie uczyniłeś, więc przez całą drogę jadąc czułam jak mi łzy spływają po twarzy z tęsknoty za Tobą…
- Ale przecież pojechałaś? – zaoponowałem.
- Owszem, bo czułam, że muszę. Po powrocie do Chorzowa wzięłam szybko natrysk, aby się odświeżyć i czym prędzej pobiegłam do szpitala, ale kiedy stanęłam w drzwiach szpitalnej sali gdzie mój były mąż leżał, dostałam kolejnego ciosu. Zobaczyłam mojego Karola w objęciach swojej nowej dziewczyny - przynajmniej dziesięć lat młodszej ode mnie. Stanęłam jak wryta, ale bardzo szybko się wycofałam tak, więc nawet mnie nie zauważyli. A może i zauważyli, to i tak już nie ma znaczenia… - westchnęła i umilkła, jakby zbierając siły do dalszego ciągu swej opowieści..
- Wracałam pieszo do domu a z moich oczu napływały nieustannie łzy, ale nie z tego powodu że byłam świadkiem tej całej sceny miłosnej, ale miałam uczucie że utraciłam Ciebie bezpowrotnie. Był piątek popołudniu, więc nie musiałam się martwić, że idę jutro do pracy, bo w weekendy nie pracowałam, więc bardzo się ucieszyłam, że nie będę musiała gdziekolwiek wychodzić domu i tak uczyniłam. Nie odbierałam telefonów zachowywałam się tak jakby mnie nie było w domu… - uśmiechnęła się smutno. – Oczywiście liczyłam na to, że może zadzwonisz do mnie przynajmniej pytając jak się czuję - ale niestety weekend minął, a od Ciebie nie było żadnego telefonu. więc chcąc czy nie musiałam się wziąć w garść i żyć dalej nie było to już takie życie jak miałam do tej pory, bo wciąż czułam bardzo dużą pustkę po Tobie, więc po powrocie z pracy zamykałam się w domu i marzyłam o tym, aby Cię jeszcze, kiedykolwiek spotkała w swoim życiu No oczywiście wspominając nasze rozkoszne chwile, i tak upływało moje ziemskie życie.
- A jak się tu znalazłaś?
- Postanowiłam odszukać ciebie i … znalazłam. Trochę to trwało, ale przyszłam do ciebie w tą magiczną noc… - uśmiechnęła się.
- I co masz zamiar zrobić?
- To zależy tylko od ciebie. Przepędzisz – pójdę sobie. Zostawisz – będę przy tobie zawsze i wszędzie, do grobowej deski – powiedziała to spokojnie, ale ze zdecydowaniem w głosie. – Wiem, wiem! – powiedziała jakby chciała uprzedzić moje protesty – to nie jest łatwa decyzja i musisz się z tym oswoić. Nie chcę niczego ci narzucać i zrobisz jak uważasz za stosowne. Jeżeli powiesz mi zostań, to w twoim i moim życiu zmieni się wszystko. Do Chorzowa nie wrócę, nie mam po co. Mieszkanie dam którejś siostrze czy wnukowi, a sama zostanę z tobą.
- Aha, i będziesz dzielić ze mną życie emeryta? – powiedziałem ze sceptycyzmem w głosie.
- Jeżeli trzeba będzie, to tak – Krystyna powiedziała to znów ze spokojną determinacją. – W moje kolejne urodziny postanowiłam, że cię odnajdę i powiem ci to wszystko. I w ogóle obiecałam sobie zmianę życia, bez względu na to, co ty powiesz na moją propozycję dalszego wspólnego życia.
- No to trochę poczekasz. To nie jest takie proste, jak to się wydaje – odparłem.
- A czy ja powiedziałam, że to jest takie proste? – uniosła brwi. – Mamy oboje czas. Dużo czasu. Odnalazłam ciebie i niczego od ciebie nie chcę poza tym, byś mnie kochał. Czy żądam za wiele?

[...]

9 komentarzy:

  1. Placki ziemniaczane na trzynastą potrawę :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Tylko z cukrem ostrożnie. Nie więcej niż półtora kilograma na placek. ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. A może ze dwa? No tak z racji świąt :P

    OdpowiedzUsuń
  4. A najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że akurat ta sytuacja wydarzyła się naprawdę! I bardzo mile to wspominam... Oczywiście wtedy oboje byliśmy wolni, bez przejść i baaaardzo w sobie zakochani. Placki były bez cukru, ale... - sami rozumiecie, jak nam było słodko!

    OdpowiedzUsuń
  5. Prawdziwa historia ma podwójną wartość!
    To i klimat zrobiła podwójny...

    OdpowiedzUsuń
  6. Prawdziwe i jakie piękne ! mmmm :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Prawda. I bije od tego pokrzepiająca energia.
    Myślę zarzucić na autora jakiś arkan tatarski, żeby już od Lwów nie czmychnął.

    OdpowiedzUsuń