poniedziałek, 12 grudnia 2011

Kevin Niepokonany

W historii świata wielu wojowników przeszło do legendy. Na przykład Conan Cymeryjczyk. Albo Zawisza Czarny. Jeszcze inni? Ot, weźmy sobie takiego Ajaksa. Albo Eryka Promiennookiego.
Jeszcze inni? Musashi Miyamoto, Bruce Lee, Wagurg Brodobrody...
No dobra, Wagurga sobie wymyśliłem. Ale takich wojowników wytrząsnęlibyśmy jeszcze z kronik pół setki. Lub więcej.
Co sprawia, że do tych kronik wpadli? Na pewno niejedno - ale przede wszystkim: niepokonanie.
Nikt nie sprawił im łupnia, gdy się pięli. To i się wspięli.
Niepokonanie zawsze wiedzie na szczyt.
Dziś chciałbym napomknąć o takim właśnie małym wojowniku, co się wspiął. O Kevinie Samym w Domu, o Kevinie Niepokonanym.
Dość zabawna sprawa z tym wojownikiem. Nie tylko po miecz nigdy nie sięgnął, ni po konia, ale nawet z ekranu nie zszedł. Ba, właśnie to ostatnie decyduje o jego sławie i owym niepokonaniu (aczkolwiek jego filmowy arsenał i ruch oporu cytadelowego robią wrażenie). Telewizja polska emituje Kevina samego w domu co rok. Ta emisja jest ponoć bardziej gwarantowana niż sama Wigilia jako taka - której może przydarzyć się odwołanie z powodu awarii silosu rakietowego.
Albo zbożowego.
Tak, jak pierwsza gwiazdka na niebie - dla wielu gong wzywający do stołu - nie jest pewna (cumulusy), ani nawet pewny nie jest karp (toksyczne ścieki w zbiornikach), tak Kevin, owszem, jest. On przyjdzie na pewno. Nie miejcie wątpliwości.
Żaden cumulus go nie zatrzyma.
Tak. Sypią się gromy od lat. Na telewizję. Że ciągle i w kółko i na ukos - Kevin. Ludzie pomstują na forach, na dworach (niekoniecznie szlacheckich, tych już, cholera, nie mamy), w listach do TeleTygodnia, pod silosami... Wszędzie pomstują, że ich się Kevinem terroryzuje i zamęcza.
Coś Wam, drodzy Goście, ujawnię. Ilekroć czytam i słyszę to pomstowanie, pod nosem się uśmiecham. Pobłażliwie i dość ubawiony.
Ja bowiem - tak to wygląda - na Kevina czekam.
Co roku. Kevin stał się dla mnie częścią świąt tak samo tradycyjną, jak opłatek czy szpic na choince. Ot, i basta.
Dlaczego? Gdyż film ten nie ma wad. Jest doskonały pod każdym względem. A nade wszystko zabawny, świątecznie nastrojowy i krzepiący. Zdecydowanie endorfizujący.
A że wciąż się go powtarza? Ale co to znaczy wciąż? Co rok? Czy to takie wciąż? Wszak Wigilia też jest co rok. I Wielkanoc. I Halloween. I Prima Aprilis.
Ba, nawet lato jest co rok i jeszcze jak się bezczelnie w czasie przeciąga.
A zima to i dwa razy w roku.
A ile razy w roku jest taka sobota? I cóż, znudziła się komuś? Wycofać?
Ano tak. Kevin sam w domu jest niczym innym jak Kevinem raz w roku. To naprawdę nie jest jeszcze nawałnicą.
A poza tym nie trzeba pomstować. Można nie oglądać. Można włączyć inny spośród 77 000 kanałów.
Albo rzucić na odbiornik końską derkę i bardziej skupić się na rodzinie świętującej w blasku świec.
Ja tam Kevina w moim domu ugoszczę. Żeby nie był aż tak bardzo sam.
Ba, nawet do Nowego Jorku za nim pojadę!

Przystępujemy do świątecznych publikacji opowiadań Gości. Niektóre wniosą większy ciężar humoru, inne zaś nastroju czy refleksji. Typ humoru ONO Socjopatycznego już poznaliśmy. A jeśli nie poznaliśmy, to mamy okazję:

Nadesłało: ONO Socjopatyczne

Mikołaj


- Mikołaju, musisz wyjść. Jest dwudziesty trzeci grudnia, jutro Gwiazdka. Dzieci cię potrzebują – powiedział jeden z trzech zatroskanych Elfów.
- Nie!
Święty Mikołaj siedział od czterech dni zamknięty w szafie pani Mikołajowej. Siedział i płakał, bo właśnie te cztery dni wcześniej, gdy sprawdzał listę grzecznych dzieci i prezentów, ona weszła do jego gabinetu i sucho oznajmiła, że ma romans z Ebenezerem Scrooge'm i wyprowadza się do niego. Oznajmiła również, że zabiera ze sobą piętnaście Elfów, bo ktoś musi jej sprzątać i służyć, renifera Rudolfa, bo Mikołaj nigdy w życiu nie wyleczy mu tego kataru i czerwonego nosa, toster, mikrofalówkę oraz jedną płozę od sań, którą sama malowała zeszłej jesieni.
Po tych słowach odwróciła się na swojej czarnej szpilce i wyszła, nie zamykając za sobą drzwi.
Mikołaj zamarł z piórem w ręku, przypominającym choinkę. Trwało to jakieś dwie godziny, a z letargu wyrwał go rozhisteryzowany Elf, który wbiegł do gabinetu i zaczął wrzeszczeć, że ktoś oderwał płozę od sań i podejrzewa o to Rudolfa, bo i ten gdzieś zaginął.
- Odwołuję święta – powiedział Mikołaj, wpatrzony w róg pomieszczenia.
- A tam zaraz odwoływać, dorobimy płozę i doczepimy innego renifera – machnął ręką mały Elfik w zielonej czapce i okularach z grubymi szkłami.
Mikołaj wstał bez słowa i wyszedł jak zahipnotyzowany. Bez uśmiechu minął biurko sekretarki, halę pakowania prezentów, testowania ich oraz produkcję. Wyszedł na zewnątrz. Jedyne o czym myślał to to, dlaczego tak się stało. Gdzie zawinił? Gdzie popełnił błąd?
Przecież pracował tylko jeden miesiąc w roku, resztę czasu spędzał w domu. Poczuł jak oczy napełniają mu się łzami, a gdy już się napełniły, zaczęły ściekać po czerwonych policzkach i osadzać się na brodzie. Wpadł do mieszkania i nie ściągając butów ani czerwonego kubraka, pobiegł prosto do sypialni i tam skrył się w pustej już szafie pani Mikołajowej.
I tak minęły te cztery dni. W dzień wsłuchiwał się w dobiegające go dźwięki kolęd, dzwoneczków i tuptających po skrzypiącym śniegu, zapracowanych Elfów, które mimo kryzysu, nie zaprzestały swoich prac. Nocami wsłuchiwał się w ciszę i wtedy było mu najtrudniej.
Tęsknił.
- Mikołaju, prosimy, wyjdź już z tej szafy – błagał najstarszy z rady Elfów, Teodor, prawa ręka Mikołaja.
- Nie chce ci się siku? - zapytał nieśmiało drugi.

- Cicho, ty się lepiej nie odzywaj! – szturchnął go Teodor i szeptem zakazał odzywania się.
- Nie będę sikał – oznajmił naburmuszonym głosem Mikołaj – nie będę nic robił. Umrę tu.
- Tak nie można – próbował psychologicznie przekonać Mikołaja Teodor. – Musisz się pozbierać do kupy, wyjść z szafy i zacząć dalej żyć. Masz zobowiązania wobec ludzi, którzy liczą na ciebie. Po świętach będzie czas na smutki i przemyślenia. Twój świat się zmienił, ale nie skończył. Zrozum, Mikołaju, na pani Mikołajowej świat się nie kończy.
Ostanie zdanie Teodor bardzo mocno zaakcentował.
Po chwili ciszy, drzwi od szafy lekko się uchyliły i wyjrzało z nich zaczerwienione od płaczu oko. Tylko jedno oko, ale Elfy i tak uznały to za wielki postęp.
- Jak to na Mikołajowej? - spytało owo oko. - Przecież mi chodzi o mój toster.

***

16 komentarzy:

  1. he he, nie ma jak toster :)Dobre :D:D

    OdpowiedzUsuń
  2. Proponuję złożyć się na ten cholerny toster, bo święta MUSZĄ być.

    OdpowiedzUsuń
  3. A niech to... Dobra, ale jaki? Myślę, że Mikołajowi byle gruchota nie sprawimy chyba?
    Może Philips? To ja wykładam pierwsze 10 złotych.
    Plus czerwony pompon z bambosza, na nos nowego "Rudolfa".

    OdpowiedzUsuń
  4. Jest! Jest!!! "Kevin w NY" w Święta!!! Huuuuuuurrraaaaaaaaaaaa!!! Święta ocalone... :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Normalnie - święta a sprawa tostera. Normalnie tak się czuję skołowana, że chyba rozprawkę napiszę. ALE NAJPIERW BRAWA DLA ONO. BRAWA!! ;-)))
    Re-Eunice

    OdpowiedzUsuń
  6. R.K.L już masz program świąteczny?? Telegrafowałeś na Biegun, przyznaj się. ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Jak nie będzie tostera to Wam Kevin nie pomoże...

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie ma tostera - nie ma prezentów. Lipa trochę.

    OdpowiedzUsuń
  9. Była zajawka programu świątecznego POLSAT'u.
    Opowiadanie jest odlotowe, czekam na dalej. :) Pozdrawki!

    OdpowiedzUsuń
  10. No i obsmarował Mikołaja...:)))

    OdpowiedzUsuń
  11. Ono bardzo dziękuje za miłe komentarze:-)))))

    OdpowiedzUsuń
  12. "Nie będę sikał"-A święci sikają?

    OdpowiedzUsuń
  13. Tam do kata, chyba nie? Nie wypada im w końcu. Czy wyobrażacie sobie Świętego M., gdy w co piątym-szóstym domu, w którym zostawia prezenty, prosi (lub robi to cichcem) o skorzystanie z toalety? No nie wypada mu. Ja mu odmówię.

    OdpowiedzUsuń
  14. Albo sichcem cicha

    OdpowiedzUsuń
  15. To drugie jest szczególnie niepokojące.

    OdpowiedzUsuń