wtorek, 20 grudnia 2011

Kwestia nastroju

Za plecami słychać oddech Świętego Mikołaja, a w każdym razie któregoś z jego reniferów.
Co gorsza, słychać też oddech Grincha.
Dlatego publikacje nadesłanych historii przyspieszamy. W końcu należy zaprezentować je przed świętami, a nie 1 kwietnia.
Dziś Ewa Anhedonia raczy nas, hm... Panowie, dbajmy o nastrój Pań, które szykują potrawy wigilijne. To naprawdę ważne.
Zapraszam do lektury.

Zdjęcie też nadesłała Ewa - chyba jej psiak. ;)

Nadesłała: Ewa Łokuciejewska
Świąteczny nastrój

Za górami , za lasami… u podnóża gór, wśród lasów, w małym miasteczku na końcu Polski… Ledwo wypalą się znicze na grobach i ostatnia dynia zginie w zupie, a pożegnalne dymy z jesiennych liści rozpłyną się we mgle i już nikt nie będzie wiedział, co jest czym, wielka ciężarówka pepsi coli spływa z niebiesiech, a rumiany Święty Mikołaj śmieje się z amerykańska - „Oho, ho!”, a nie swojsko: ”Cha, cha, chi ,chi” z rozjarzonej reklamy, renifery atakują każdą wystawę, kolorowe lampki straszą zapychając wszelką dziurę i śmietnisko, a ja… zaczynam piec ciastka. Zwyczaj austriacki , ale tutaj, u podnóża gór i w lasach, nie jest to powodem do wstydu, a odwrotnie - kojarzony z Wiedniem, Franciszkiem Józefem (m.in. Herzog von Ober - und Nieder- Schlesien, von Modena, Parma, Piacenza und Guastalla, von Auschwitz und Zator, von Teschen…) porządkiem i ładem, spokojem i dystynkcją, knedlami, sznyclem strudlem i gadaniem, a więc przyjemnie- wszedł do polskiej tradycji jak nóż w austriackie masło. Od lat piętnastu moja, z dziada pradziada (bardziej z dziada), centralno- polska rodzina, tu osiadła pewnie od neolitu, wita mnie w święta, na świętym rodzinnym progu zapytaniem: „ A ciastka masz?”. I mieć muszę. Ziemia stabilnie trzyma się w koleinach orbity, słońce świeci, chmury płyną po niebie, a tradycji zadość. Więc jak tylko stearyna obeschnie- piekę. Nie! Nie można kupić… Sprzedają i owszem, wszystkie cukiernie, a nawet na targu. Jednak wzgarda, z jaką przekupki wręczają opakowane w celofan ciasteczka czeskim frajerom, którzy nie obeschli ze zgnilizny komunizmu i we mnie budzi wstręt i abominację. Podszepty diabelskie odganiam gniewnie, a Ziemia, Słońce i chmurki rzeczone oddychają z wdzięcznością. Piekę. Na początek pierniczki, jako że piernik nabiera mocy i czaru, twardnieje i mięknie w tajemny sposób, no i ma wisieć na choince jeszcze w miarę twardy. Dużo, dużo pierników. Potrójną porcję zarobionego ciasta z podwójną ilością, bo tak lubię, przypraw- cynamonu, kolendry, imbiru, goździków i gałki muszkatołowej wyjęłam z lodówki, w której siedziało przepisowe dwanaście godzin. W tym osiem godzin lekcyjnych, czyli Męki Pańskiej. O to mój stosunek do tradycji! Wstałam wczesnym rankiem, czyli po ciemku, nie wypiłam kawy, nie zjadłam śniadanka, zarobiłam ciasto i wsadziłam do lodówki. Ledwo się mieściło, ale wyszło gładko. Rozwałkowałam wykroiłam ciastusie w wersji męskiej i żeńskiej i dwie blachy wsadziłam do trąby[i]. Teraz musiałam zrobić prędko obiad, jako że, zgodnie z mądrością tutejszego ludu: ”Jak chłop głodny, to zły”, „Jak wraca z roboty- jeszcze bardziej”. No i się spóźniłam. Akurat musiałam odcedzić ziemniaki i to był ten moment, który przypalił pierwsze dwie partie.
-„Zdarza się”- mruknęłam ciężko i wyrzuciłam murzyńską wersję ciastusi do kubła.
Może to i było oryginalne, ale niejadalne… Zrobiłam następne, jeszcze piękniejsze, bo już wyrobiłam rękę. Poszłam nastawić pranie i to był ten moment… Kubeł pełen ciasteczkowych ludzików. Uznałam, że w razie czego, w kuble rozpoczęłaby się orgia, bo nie był, aż tak duży, by pomieścić piątą partię, więc zrobiłam jedną blachę zwykłych serduszek. Wpatrywałam się tępo w szybkę piekarnika i wtedy zadzwonił ktoś do drzwi. Nie na domofon, a wprost do drzwi. To znaczyło, że albo listonoszowi otworzył ktoś inny albo zalałam sąsiadów.
- Kupi pani jajka? Świeżutkie… Od kury.

- Jednej? – zapytałam idiotycznie, ale też chciałam się zmieścić w konwencji.

- No… Chyba nie…

- Dobra. Daj pan dziesięć.

Szukanie piątki zajęło mi chwilę, a i tak nie znalazłam. Okazało się jednak, że profesjonalny sprzedawca jaj ma wydać z dwudziestki. Profesjonalnymi drobniakami- teraz mogłam skoczyć z mostu bez dociążania. Spalone serca wydają okrutny swąd…

- Cóż, czyż tego nie przeczuwałam? Czujnie zrobiłam tylko jedną blaszkę… - pomyślałam niemal z satysfakcją.

Komponowały się nieźle wypełniając puste miejsca między ludzikami. Ciasta zostało na dwie blachy.

- Dobra. Koniec żartów. Dobrze by było wiedzieć chociaż, czy są smaczne…

Tym razem zrobiłam rybki, kotki, gwiazdki i prosiaczki. I nic by mnie nie oderwało od drzwiczek pieca. Nic, oprócz…

- Co tak śmierdzi? – spytał mąż schodząc z góry.

Wykąpany, pachnący, najedzony, ale nie przejedzony, gotowy… Nadchodzi czas w życiu kobiety, kiedy trzeba chwytać ulotne chwile szczęścia. No i chwyciłam… Dla szóstej i siódmej partii musiałam zmienić worek na śmieci.

- Ale przynajmniej było warto… - pomyślałam patrząc wesoło na smutne zwęglone prosiaczki i kotki ze spieczonymi ogonkami.

Wywietrzyłam kuchnię, posprzątałam, wykąpałam się i zrelaksowana postanowiłam zrobić zezworki - ciasteczka imbirowe, które po upieczeniu przypominają zastygły cement, ale w niesamowity sposób, pewnie za sprawą świątecznego nastroju, po miesiącu miękną. Już zrobiło się późno, więc nie mogłam odczekać przepisowych trzech godzin na trzymanie ich w lodówce. Wystawiłam je na godzinę, na mróz za oknem. Obejrzałam jakiś durny film, w którym wg pobieżnych obliczeń, zarżnięto tępymi i ostrymi narzędziami z trzysta osób. Rozwałkowałam, wykroiłam dwadzieścia domków i dwadzieścia półksiężyców.

- Żeby nie zapeszyć… Za dużo spalonych zwierzątek leży w śmietniku… Za dużo…

Powinny się wysuszyć, ale byłam już zmęczona i śpiąca. Zapakowałam do piekarnika i zwyczajnie - przysnęłam w cieple na kuchennym stołku. Wtedy po raz pierwszy zaklęłam siarczyście.

- Drugi worek… Jasna… Drugi, …. worek…

Nie były całkiem spalone, ale do jedzenia się nie nadawały.

- Przynajmniej ładnie pachnie, niebiańsko… Imbirem… Prażonym imbirem… - postanowiłam się pocieszać, choć opuszczały mnie nerwy.

Jestem uparta, bardzo uparta, jak żołnierski muł, ale zaczęłam się łamać.

- Zostawię resztę na jutro. Najwyżej nie wyjdą. Może się przynajmniej nie spalą… Rano muszę do pracy… Poczekam na świąteczny nastrój- podpowiadał mi rozsądek i zmęczenie.

- Do tego musi być nastrój…. Nie wolno tak w biegu i bez celebracji… Świąteczny nastrój… Musi być świąteczny, święty nastrój…

Muł zwyciężył.

- Ostatnia partia została… Ostatnia…

No i zrobiłam. Teraz patrzę na rozgrzaną szybkę i zmieniające pomału kolor ciasteczka imbirowe.

- Już są prawie czarne…

[i] Cieszyńska nazwa pieca

12 komentarzy:

  1. Tyle pracy i wszystko w kosz :P:)

    OdpowiedzUsuń
  2. :D, ale niech uważa na żeby :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale jazda! Szkoda takich przysmaków... Z drugiej strony Cieszyn kojarzy mi się z ... - nie zgadniecie nawet - z naleśnikami! Byłem w Cieszynie na praktyce w czerwcu 1977 roku, w bg WOP i GPK WOP Cieszyn - Czeski Cieszyn, a potem na Strażnicę WOP w Jaworzynce. Miesiąc luzu od wojskowego drylu. Wraz z kolegami wysmotraliśmy mały bar mleczny w okolicach Rynku - teraz już pewnie go nie ma. Oczywiście żarło tam było standardowe, jak to w PRL, ale naleśniki! To był poemat... Ich smaku nie zapomnę nigdy: z dżemem i serem, podsmażone, chrupiące, a do tego kefir albo bita śmietana. I z tym mi się kojarzył Cieszyn, no oczywiście poza bajkami Gustawa Morcinka, które nauczyły mnie kochać Beskidy. Pozdrawiam Cieszyn i Cieszyniaków!

    OdpowiedzUsuń
  4. Cieszyn jest piękny i nie tylko naleśnikami stoi...Baru mlecznego nie ma, ale jest Pepsi Cola... A pies jest mój- Pixel.

    OdpowiedzUsuń
  5. Cieszyna nie znam!
    ale pierniczków i tak szkoda :( zjadło by się ...
    Pozdrawiam piernikowo i świątecznie Pani Ewo :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Znam Cieszyn! Byłem w latach 90. - niestety za późno na słynny bar mleczny. Tak niewiele ich zostało, szkoda...
    W każdym razie naleśników PRL-owskich nic nie przebije.
    Pepsi-Cola jest... Taa.
    Pixela ściskamy i za uchem drapiemy.
    Black Swan: nie ma? To upiecz cosik. ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Szkoda, że nie ma już barów mlecznych, ale mam nadzieję, że powrócą, kiedy ludzie będą mieli dość amerykańskiego fast-goowna (za przeproszeniem obecnych tu dam) i ohydnych kremówek z Wadowic (pochorowaliśmy się po tym kleisto-karmelowatym paskudztwie). Co do Pepsi-Coli, to najlepsza jest z rumem i kostka lodu - napitek Fidela Castro...

    OdpowiedzUsuń
  8. I jeszcze jedno - pozdrowienia dla Pixela od mojego Argosa. Ściskam łapę!

    OdpowiedzUsuń
  9. Pixel odszczeknął dziarsko, bo ogólnie jest bardzo dziarski. A "Pepsi Cola" to nomen omen nazwa baru...

    OdpowiedzUsuń
  10. ŻĄDAMY BARÓW MLECZNYCH W KAŻDYM MIEŚCIE POWYŻEJ 20 000!!!

    OdpowiedzUsuń
  11. I PONIŻEJ 20.000 MIESZKAŃCÓW TEŻ!!! PRECZ Z FASTFOODAMI!!! NIECH ŻYJĄ LENIWE I RUSKIE ... PIEROGI, NALEŚNIKI, KASZA GRYCZANA, MLEKO, KEFIR I JOGURT!!!

    OdpowiedzUsuń