piątek, 2 grudnia 2011

O grudniu i Hitchcocku słów kilka

Grudzień wszedł sobie przez progi. Bez pytania o zgodę, bez pochrząkiwania w drzwiach, nie mówiąc już nawet o wycieraniu butów o wycieraczkę.
Co się dziwić. Grudzień to arystokrata, kalendarzowy król.
To nie my zaszczycamy tego króla, lecz on nas.
O czym dobrze wie.
Idą zatem święta i ich energia powoli wypełnia kuchnie, salony, umysły, serca - i listy budżetowe.
Przyznam jednak, że jeszcze tego nastroju świątecznego najmocniej nie odczuwam. Jestem wciąż w klimacie listopadowej słoty i zmierzchu, co czyni nastrój mniej fajerwerkowy, mniej brokatowy, a bardziej, cóż, mroczny. Czytam sobie kryminał - Colette Alicji Minickiej, i Hitchcocka co noc, przed zaśnięciem oglądam. Taki nastrój.
Hitchcocka nie muszę chyba nikomu przedstawiać. To mistrz ironii i czarnego humoru. W związku z czym ma silną pozycję na Lwach i kilka wyimaginowanych z pietyzmem pomników.
Przyznaję się do posiadania kolekcji (Alfred Hitchcock przedstawia).
Co wieczór oglądam, bo mimo grudnia nastrój wciąż listopadowy.
Niektórzy jednak ujawniają zaskakujący dynamizm z tym wejściem w sferę świątecznego brokatu. Na balkonie moich sąsiadów - notabene Polaków - ujrzałem choinkę już 27 listopada.
Naprawdę dynamizm, co się zowie.
Nie wątpię, że obraz choinki porządnie utrwali się w siatkówkach ocznych tych sąsiadów.
Ja zaś wciąż jeszcze oglądam Hitchcocka. Przedwczoraj nie ja jeden to robiłem zresztą. Mój mały kot, Lila, położył mi się w nogach, by zasypiać ze mną na salonowej kanapie. Z Hitchcockiem.
Gdy w pewnej chwili rzuciłem na Lilę okiem, ujrzałem widok pocieszny. Z głową wspartą o moje kolano, spokojnie, acz z wyraźnym zainteresowaniem, oglądała Hitchcocka.
Gdy pół godziny później znów na nią zerknąłem, wciąż śledziła kryminał.
A za kolejne pół godziny to nie wiem - zasnąłem.
Przypuszczam jednak, że Lila zna zakończenie historii.
Mam też nieodparte przekonanie, że moje nurzanie w zbrodni też szybko się skończy. Wszak grudzień jest królem, faraonem kalendarza, cesarzem roku. Z pewnością już marszczy brwi nad moją nonszalancją i brakiem doń szacunku. Lada moment chęci hitchockowe zimno-zimowym tchnieniem mi odbierze, i zniewoli pełnym zauroczeniem świętami.
I dobrze. Niech żyje król!

Uwaga. Moi drodzy. Strona Lwy Nemejskie powstała w oczywistym celu odrywania Gości (acz i twórców tejże) od trosk i kłopotów życiowych. Dlatego celowo unikamy zamieszczania tu postów przygnębiających i dramatycznych - aby Czytelnik miał gwarancję relaksu i rozrywki. Są jednak sprawy, na które jestem wyczulony szczególnie. Takie jak traktowanie zwierząt. Których to spraw nie zmilczę. W związku z coraz szerzej ujawnianym barbarzyństwem władz ukraińskich, dokonywanym na zwierzętach, napisałem artykuł, z którym Czytelnik może się zapoznać (i zająć stanowisko zgodne z własnym sumieniem). Artykuł można przeczytać (i moje stanowisko poznać) tutaj:
Cień nad stepem
Uprzedzam: ta lektura nastroju nie poprawi.

2 komentarze:

  1. Lwie! - szacun za "Cień nad stepem"! Uważam, że autorów tej masakry należałoby przesunąć na wiek - wieków w Krainę Wiecznej Hańby! I pomyśleć - są w Polsce politycy, którzy chcieliby wchodzić w paragon z tą dziczą i z tymi mordercami...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja dziękuję za przesłanie mi informacji, która sprężyła mnie do roboty!
    Tak, rzeźnikom na pewno nie sprzyja dziś fakt, że Internet jest poza kontrolą, a ludzie czerpią z niego wiedzę... I poszerza się w nich świadomość spraw.

    OdpowiedzUsuń