niedziela, 18 grudnia 2011

Świętogościnnie

...jest wciąż pośród Lwów. Dziś publikujemy następną z historii, które dzięki Gościom inkrustują lub piernikują lwie progi. Podoba mi się ta niczym nie skrępowana różnorodność: niektóre historie kryminalizują, niektóre erotyzują, inne aromatyzują, jeszcze inne bawią, a znów kolejne refleksjonują...
A wszystkie one niczym kamienie w celtyckim obwarowaniu, fortyfikują siłę i wpływ klimatu tych świąt. Świąt, które zawsze będę wspominał także w związku z tymi bezcennymi kamieniami, którymi mur wspólnie wzmocniliśmy.
To jeden z niewielu murów, których nie ma potrzeby rozbierać.
Dziś zapraszam do przezabawnej historii autorstwa niezawodnej Ja to ja.
Opowiadanie już znam - czytałem osiem i pół raza - i sprawiło mi mnóstwo endorfiny, którą nikt wszak nie pogardza.

Sztab pochylony nad mapami wigilijnymi zadowolony. Choinka już w pełni rozkwitu i ozdoby. Dwa Lwy - mały i duży - ubrały ją dziś w tempie, które zdeprymowałoby druidów.
I entów.
Może zresztą mamy enta pod tym przybraniem, kto wie. Ale nie ma ent z nami źle - jeśli przymknąć oko na łowy kotów na bombki. Poimy enta i fluorescenzujemy.
No i przez chwilę będzie jedynym posiadaczem stosu prezentów. Kto by nie chciał być magnatem choć przez moment.
Operacja Beetleyem dobiegła końca. 78% celów zrealizowanych. Być może nie będzie już sztormu przed Wigilią. Sztab kontent i świętuje.
Zapraszam do lektury.

Nadesłała: Ja to ja
O Mikołaju

Mój ojciec, po dwudziestu latach mówi mi:

Synu, Mikołaj nie istnieje. Wszystkie prezenty jakie otrzymywałeś, były od nas.

Co ty, aż tak?

Gorzej, bo mówił dalej:

Niepotrzebnie złościłeś się na niego, kiedy zamiast samochodu na baterie, o jakim marzyłeś, przyniósł Ci model do sklejania, bo to nie on, tylko my.

Gadasz, tak Ci powiedział?

Ale to jeszcze nie koniec:

Synu – kontynuował ojciec – serce mi się krajało, kiedy w 1988, zamiast dać Ci wymarzoną kolejkę, zabraliśmy Cię przed świętami do sklepu, abyś mógł na własnej skórze doświadczyć, czym są prawdziwe kolejki. Nie mogłem patrzyć jak się wiłeś na śliskiej powierzchni, nie mogłem słuchać jak płakałeś, bo już nie miałeś siły z nami stać po kilo cukru... Ale wiedz, że Mikołaj już wtedy nie istniał, a my nie mieliśmy pieniędzy na kupienie kolejki, bo twój amerykański wujek nie przysłał nam dolarów, choć zarzekał się na wszystkie świętości, że to zrobił.

Ale wiedz synu, że to był pomysł Twojej matki. Kobiety są takie złe i brutalne.

Hardkor...

Ale to nie wszystko.

Synu – mówił dalej ojciec – przepraszam Cię za to, że w 1993 roku, po przeczytaniu twojego listu, który wysłałeś do nieistniejącego świętego Mikołaja, zamiast kupić ci to, o co poprosiłeś kupiłem Ci kolejkę. Zgubiłem tamten list, a o tym co napisałeś zapomniałem. Tym razem to była moja wina, pomyliłem ten list z tamtym, z 1988 roku.

Nieźle...

Ale to jeszcze nie wszystko, bo on mówił dalej, a ja słuchałem w skupieniu jak na syna przystało.

Synu, przepraszam Cię za to, że w każde święta dostawałeś to, czego akurat nie chciałeś. Ale to znowu matka. To on wyznawała zasadę, że dziecko nie musi mieć wszystkiego, czego tylko zapragnie.

Twoi rodzice byli okrutni.

Wiem, ale moja historia się jeszcze nie kończy.

Na koniec ojciec powiedział:

Wybacz mi, że nie poznałeś prawdziwej dobroci Mikołaja.

Wybacz mi, że kazałem Ci wierzyć i mieć nadzieję w to, że on w końcu okaże łaskę wobec Ciebie. Matce zaś wybacz to, że oczerniała nieistniejącego Mikołaja, aby zagłuszyć własne i moje wyrzuty sumienia. Wybacz nam te potknięcia wychowawcze, ale musieliśmy znaleźć kozła ofiarnego, a Mikołaj zdał się nam dobrą osłoną dymną.

I co, wybaczyłeś?

Tak, ale postawiłem warunek.

Jaki?

Też poprosiłem o wybaczenie.

Ty, dlaczego?

Kiedy ojciec skończył gadać i powiedział, że mi wybaczy, ja zacząłem swoje przemówienie

( oczywiście pisemnie poświadczył, że wybaczy i nie wydziedziczy):

Ojcze, wybacz mi, że przez te wszystkie lata udawałem, że wierzę w Mikołaja. Przepraszam, że zechciałem samochód na baterie, tak naprawdę chcąc model do sklejania, ale wiedziałem, że jeśli zechcę coś drogiego, to dostanę jakieś gówno, a wtedy właśnie gówno zapragnąłem mieć.

Przepraszam za kolejkę i ten cyrk przed sklepem, ale musiałem jakoś skupić uwagę innych, aby Krzysiek zabrał tamtemu dzieciakowi - który pod pachą trzymał pociąg i robił jakieś głupie miny - kolejkę. Wiedziałem, że mi jej nie kupicie, bo matka to sknera, a ty pantoflarz i nie przeciwstawisz się matce za żadne skarby świata i nawet dla dobra dziecka. Musiałem zatem sam sobie poradzić, tzn. z pomocą Krzycha. Więc i kolejkę zdobyłem i dolary od wujka przechwyciłem.

I wiesz co stary, wybaczam Ci tę drugą kolejkę. Przydała się, gdy zepsuła się ta kradziona i gdy dolary się kończyły i już nie miałem za co kupić nowej.

Dzięki Ci też, za to, że pokazałeś mi jakie okrutne bywają kobiety, dzięki Tobie pokochałem Mikołaja... i uwierzyłem w niego, co więcej poznałem prawdziwą jego łaskę.

Poważnie, tak mu powiedziałeś? I co on na to?

Wściekł się, kazał oddać dolary i wydziedziczył mnie...

I co, oddałeś?

- Przecież wydałem.

- A tak w ogóle to dużo straciłeś?

Choinkę, prezent, dwanaście dań, kolędy. Dach nad głową, leżankę starego i kilka butelek po piwie.

Sporo, a coś zyskałeś?

Tak, niebo gwiaździste nade mną i laskę ( rózgę) prawdziwego Mikołaja :)

***

8 komentarzy:

  1. Świetny tekst: nic nie jest takie, jakm się wydaje ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj, przewrotne to było! A ja całe życie chciałem mieć kolejkę elektryczną - od rodziców dostałem rakiety - takie na wodę i książki. I w sumie nie żałuję. Pociągami wyjeździłem się do upojenia, a co do książek - no cóż - czytałem je siedząc w wagonach. I raczej wyszło mi to na dobre. :)))

    OdpowiedzUsuń
  3. Pewnie!
    A ja miałem znakomitej jakości kolejkę NRD-owską PIKO, która wytrzymała wszelkie eksperymenta 20 lat! Spróbujcie utrzymać dziś choć przez 2 lata kolejki chińskie...
    Ba, chyba i prawdziwa polska kolej gorzej się miewa po 20 latach. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja też miałam kolejkę. Bardzo ją lubiłam i była bardzo solidna. Tekst świetny, przewrotny i zastanawiający. ;-)
    Re-Eunice

    OdpowiedzUsuń
  5. DOSKONAŁY jest ten tekst!!!
    ... hi ...ale ja i tak wierzę w ŚWIĘTEGO :)
    ...bo przyniósł mi gitarę :P

    OdpowiedzUsuń
  6. Gdyby tak mnie przyniósł gitarę i talent...ho ho
    Też bym uwierzyła hi :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. Wierzę w Santiego, odkąd przyniósł mi figurki Muppetów.

    OdpowiedzUsuń
  8. Muppety...super... mnie przyniósł lokomotywę z NRD..była piękna i dawała radę jakieś naście lat..
    Tekst przewrotny i jakże życiowny...
    pozdrawiam ewa

    OdpowiedzUsuń