czwartek, 15 grudnia 2011

Szczepienia grudniowe

Zasadniczo w święta należałoby kumulować wysiłki na przytulaniu domowników, starając się przy tym nie opuszczać ugiętego pod jadłem i świecznikami stołu bez ważnej przyczyny.
Na pewno nie jest polecane w tym czasie strzelanie ze sztucera z celownikiem optycznym do hałasujących sąsiadów.
Tudzież z rusznicy do niedźwiedzi podkradających kartofle z piwnicznych zapasów.
Ani wyprawy do banków w towarzystwie rajstopowo-rajtuzowo zamaskowanych znajomych.
Ani podpalania łąk.
Czego zresztą i wiosną nie pochwalam.
Wszak Boże Narodzenie, które zresztą korzenie ma pogańskie bardziej niż się to wydaje, jest czasem odprężenia i ściskania nawet takich wrogów, którym tydzień wcześniej - lub tydzień później - podrzucilibyśmy granaty przeciwpancerne do kieszeni surduta. Gdyby tylko była okazja.
Gdyby tylko mieli jaki surdut.
Przypuszczam, że w ciągu dwóch ostatnich tygodni grudnia ludzie podekscytowani świętami, obdarowywaniem i wybaczaniem (a jakże), wytwarzają i emitują w przestrzeń tak pozytywnie wibrującą energię, że ma ona niezbadany jeszcze - ale prawdopodobnie silny wpływ na losy naszej planety. Przynajmniej te kilkutygodniowe. Ale może i znacznie dłuższe.
Przecież każde słowo i każda myśl, które uwalniamy, jest energią.
Żadna energia nie jest bezwpływowa.
I kto tam wie, czy Ziemia już dawno nie rozleciałaby się w trociny - zgodnie z niejedną przepowiednią - gdyby nie ów reanimujący zastrzyk grudniowej energii, wyprodukowany przez skumulowaną masę milionów ludzi.
Kto tam wie.
Może to Boże Narodzenie jest naprawdę istotne dla nas wszystkich. Nawet dla takich beduinów czy Indian Nawaho, co być może nie odróżniają Wigilii od Nocy Długich Noży.
Przecież zastrzyk reanimujący Ziemię ratuje ich wszystkich.
Inna sprawa, że to tylko jeden - co prawda końskiej miarki - zastrzyk rocznie.
A gdyby ich było więcej? Gdyby skumulowane miliony uwalniały energię szczęścia i serdeczności każdego dnia - a przynajmniej raz w tygodniu - życząc wszystkim harmonii, miłości i dobrobytu?...
To mogłoby pchnąć planetę do zaskakujących zmian.
Mogłoby.
Najwyraźniej jednak nie dysponujemy adekwatną liczbą strzykawek.
Albo siłą woli i wyobraźni.
Póki co, cieszmy się to masową grudniową szczepionką, jedyną zresztą którą popieram.
Wracając do strzałów ze sztucera i podrzucania granatów. Chwilowo te popularne czynności są zakazane, lecz dopuszczalny jest kryminalny wariant w rozrywce. W literackim i telewizyjnym entertainmencie. Osobiście obejrzałem rok temu świąteczne wersje kryminałów: Monka i Columbo w scenerii bożonarodzeniowej. A jednak i zbrodnia potrafi wpisać się w tę wigilijną endorfinę.
I dobrze. Przynajmniej nie zapomnimy tak do końca, że żyjemy jednak na Ziemi, gdzie w społecznym targu używa się sztucera i granatów, nie zaś na K-PAX, gdzie demonstracja siły sprowadza się do poczęstunku owocem.
Wszystko, co komponuje nam nastrój i klimat, jest dozwolone, zalecone i rekomendowane przez kardiochirurgów.
A skoro tak, to zapraszam na świąteczny kryminał, nadesłany przez AiR.
Uwaga: na Lwach zasadniczo cenzura nie dopuszcza do publikacji utworów zawierających treść erotyzowaną (choć czasem aromatyzujemy herbatę). Tak się złożyło, że uchwalając statut, kodeks i konstytucję Nemei, Lwy omyłkowo chwyciły w zęby jezuicki regulamin czytelni z XVII wieku - co treści erotyzowane skazało na wieczne odtrącenie.
Trudno, skoro już się jezuicki regulamin chwyciło, no to konsekwentnie... Akcentów erotyzowanych nie ma zatem u Lwów - możecie nazwać je konserwatystami, a nawet konserwantami - i nie będzie. Jezuicki regulamin, na szczęście i o dziwo, dopuścił mordy, egzekucje, kpinę, obłęd i przewrotność. To będzie zawsze.
W drodze wyjątku dziś ma jednak miejsce publikantum opowiadania, które zdławiłoby krtanie i szyszynki jezuickich cenzorów (nie korzystamy z ich usług, po prawdzie). Opowiadanie AiR jest (nieco) erotyzowane, i owszem. Dlaczego zatem czynimy ten wyjątek? Z trzech powodów:
1. Lwy szczerzą kły na rutynę (a zatem i statuty, hm, zatem i na jezuitów), toteż czasem ulegają żądzy przegryzienia jej ścięgna Achillesa.
2. Podobno erotyzowane powietrze i erotyzowana lektura dziesiątkują pneumokoki i wszelkie prątki, które pod gród podchodzą. Pod gród immunologiczny, ma się rozumieć.
Jak wiadomo, pneumokoki i wszelkie prątki w grudniu uderzają drugą falą inwazyjną (po fali październikowej), może warto więc potraktować je bez litości bronią chemiczną (erotozolem), aby nikomu na święta się nie padło, bo to sromota i pohybel.
A wiem co mówię, bo byłem jedynym zdrowym człowiekiem w domu podczas ostatnich świąt i wspomnienie to odcisnęło się na mnie ciężką, ołowianą traumą. Widzę je w każdej bombce choinkowej. Powiadam Wam: źle jest, kiedy siedzi się nad sasko od jadła ugiętym, lecz w pełni bezludnym stołem, wodząc osowiałym wzrokiem od ekranu telewizora do kanap i foteli, na których nieprzytomne ciała zalegają.
Naerotyzowany układ immunologiczny będzie z pewnością silniejszy dla wirusów, a trzeba dodać, że kolejna szansa na erotyzowane treści u Lwów prędko się nie zdarzy. Może za rok.
Statut rzecz święta.
No i nie chcemy drażnić jezuitów.
3. Opowiadanie Gdzieś pod Dry Pine Mountain... jest /nie/zwyczajnie bardzo dobre, dojrzałe, profesjonalne - jak wszystko autorstwa AiR, co więcej, ujmuje ciepłym tonem stylu, a jednocześnie twardą niekiedy ironią, i zaskakuje bogactwem i wielowymiarowością treści, umilając czytanie inteligentnymi odniesieniami do wielu znanych postaci i wydarzeń, w tym całkiem aktualnych... a przynajmniej mocno prawdopodobnych.
A i sam akt erotyzujący taki, że... do rany przyłóż.
Zapraszam do lektury.


Nadesłał: AiR
Gdzieś pod Dry Pine Mountain...

I

Potężne lokomotywy ciągnące za sobą sznur wagonów powoli zbliżały się do wylotu doliny Pine River. Huk ich ogromnych diesli niósł się na wiele mil. Nocny pociąg ekspresowy – jeden z tych, których prekursorem był słynny transkontynentalny Wabash Cannonball – toczył się z prędkością 50 mil na godzinę z Portland w Oregonie do Boise w Idaho. Nie mógł więcej, bo trasa wiodła pod górę na jedną ze stromych przełęczy Gór Błękitnych i Płaskowyżu Columbia.

Czarny konduktor podniósł się ze swego miejsca i spojrzał za okno. W świetle księżyca widać było wyraźnie ciemniejące lasy na tle śnieżnej bieli oraz ostro odcinające się sylwety oświetlonych księżycowym blaskiem górskich szczytów. Pociąg znów zwolnił pnąc się pod górę, a diesle dwóch lokomotyw zawyły w nagłym przypływie mocy. Gdzieś w przedzie pojawiły się światła największego miasta okręgu Dry Pine Mountain County. Za parę minut pociąg wtoczy się na stację węzłową, na której będzie miał 10 minut postoju. Diesle znowu zawyły i w tym momencie do konduktora dobiegł niegłośny huk, który wtopił się niemal w odgłos pracy silników. Odruchowo spojrzał na zegarek – była za piętnaście pierwsza.
Pociąg wtoczył się na stację w Dry Pine Mountain i zahamował z sykiem i zgrzytem. Rozległ się świszczący otwieranych drzwi pneumatycznych i kilku pasażerów wyszło niosąc swe bagaże. Konduktor z przyzwyczajenia spojrzał na nich – byli to nafciarze i górnicy z kopalni w okolicach Portland jadący na urlopy. Cały okręg słynął ze swych bogactw naturalnych, więc siłą rzeczy przyciągały one ludzi z całych Stanów, i dwóch pozostałych krajów NAFTA, a co za tym idzie często słyszało się tutaj hiszpański i francuski.
Oraz równie często rosyjski, bowiem Rosjanie coraz częściej za chlebem przyjeżdżali z rejonu Seattle i San Francisco… Nawet teraz, w czasie kryzysu z czarnego września 2008 roku wydawało się, że recesja ukatrupi tutejszy przemysł wydobywczy i skończy się prosperity. Ale nie – pociągi kursowały jak zawsze, ludzie jeździli jak zawsze, długie pociągi towarowe wywoziły urobek kopalni na wszystkie strony świata… Przynajmniej tutaj wszystko było po staremu.

Konduktor rozejrzał się – na peronie pozostał tylko jeden człowiek, który sprawiał wrażenie, że na kogoś czekał. Rozglądał się niecierpliwie i wreszcie podszedł do konduktora. Miał około czterdziestki i widać było, że jest nietutejszy.
- Czy to pan jest kond
uktorem? – zapytał.
- Tak, w czym mogę panu pomóc? – odpowiedział konduktor. – Szuka pan kogoś?
- Właściwie czekam na kogoś, kto miał przyjechać tym pociągiem – odpowiedział mężczyzna niepewnie. – Pewnie zaspał, w końcu jest po pierwszej w nocy…
- Mamy jeszcze siedem minut – odpowiedział konduktor – jak mi pan poda nazwisko osoby, na którą pan czeka, to może uda się ją znaleźć przed odjazdem.
- O, doskonale – ucieszył się czterdziestolatek – czekam na panią Bertę Reintfeld. To moja żona.
- No to zaraz sprawdzimy – konduktor podszedł do terminalu swego komputera i wystukał imię i nazwisko pasażerki. Po sekundzie miał odpowiedź. - Wagon numer 4 miejsce 63, proszę poczekać, zaraz sprawdzę, co z nią… - konduktor ruszył w kierunku wskazanego wagonu i wszedł do środka. Doszedł do szóstego przedziału i zapukał do drzwi. Odpowiedziało mu milczenie. Otworzył drzwi. W przedziale było ciemno, nie świeciło się nawet nocne światło.
- Pani Reintfeld! – zawołał półgłosem.
Odpowiedziała mu cisza. Tknięty złym przeczuciem usiłował zapalić światło główne – także bezskutecznie. Teraz miał absolutną pewność tego, że stało się coś złego. Bardzo złego. Wyjął z kieszeni ołówkową latarkę i zaświecił. Dwa łóżka były wolne. Konduktor kierował swe kroki w stronę trzeciego, na którym widać było leżącą postać.
- Pani Reintfeld! – zawołał – niech się pani obudzi!
Leżąca kobieta nie poruszyła się. Konduktor oświetlił jej twarz i zrozumiał, że Berta Reintfeld już nigdy nie wstanie sama z tego łóżka. Jej twarz była posągowo piękna, o regularnych, delikatnych rysach, okolona naturalnymi jasnymi włosami. Szeroko otwarte niebieskie oczy patrzyły nieruchomo w sufit. Pomiędzy nimi czerwieniała niewielka okrągła dziurka.
- Jasna cholera! – przeleciało mu przez głowę. Pokonując irracjonalny lęk dotknął wypielęgnowanej kobiecej dłoni. Była lodowano zimna tym przeszywającym chłodem śmierci. To było oczywiste, ale wolał mieć pewność. Niepotrzebnie.
Wyciągnął rękę i dotknął jej szyi. Była zimna, a pod gładką skórą nie wyczuł pulsu.
- Cholera, taka kobieta! – pomyślał – co za skurwiel ją zabił?
Sięgnął po radiotelefon i ustawił jego częstotliwość na kanał dyżurnego ruchu.
- Konduktor Jones z ekspresu Błękitny Ptak do centrali, over!
Powtórzył to jeszcze dwa razy, zanim odpowiedział mu zdyszany głos dyżurnego.
- Centrala do Błękitnego Ptaka, co tam jest - over?

- Mamy poważny problem – powiedział – over!

- Jak poważny? – zapytał facet z centrali – czyżby to…? Over!

- Niestety tak – Jones otarł pot z czoła – tym razem to kobieta. Jej mąż czeka na zewnątrz. Wychodzę i zamykam przedział, over!

- OK., Jones – usłyszał w odpowiedzi – wzywam ambulans i gliny. Wstrzymujemy odjazd – over i out.
Konduktor wyszedł z przedziału z uczuciem ulgi. Zamknął go dokładnie i wyszedł z wagonu zastanawiając się, co powie oczekującemu na nią mężowi. Lodowate powietrze cięło skórę na twarzy. Budził się wiatr.
- Może to chinook? – pomyślał.
Rozejrzał się dookoła – peron był pusty. Faceta nie było, a przecież dałby głowę, za to, że stał tam jeszcze kilka minut temu.
- Panie Rientfeld? – zawołał mając słabą nadzieję, że wyjdzie z wagonu czy ukaże się na peronie. – Gdzie pan jest? Panie Reintfeld!
Rozejrzał się jeszcze raz bezradnie po peronie i zlustrował okna pociągu, jakby stamtąd spodziewał się znaleźć odpowiedzi na nurtujące go pytania. Nie znalazł.
Od strony przejścia podziemnego na peron szło kilka osób. Dyżurny ruchu z latarnią w ręku, naczelnik stacji i dwóch funkcjonariuszy Agencji Ochrony Transportu – STA. A za nimi zastępca szeryfa. Podeszli do niego.
- Co się tam stało Moses? – zapytał jowialnie naczelnik stacji Don Paugh. – Czy to prawda, że…?
- Niestety tak, szefie – Jones pokiwał głową – kobieta, młoda i ładna. Gdzieś tutaj był jej mąż, ale…
- Ale co? Gdzie on jest? – zapytał zastępca szeryfa Jack Prendergast. – Nie widzę go tutaj?
- Znikł – konduktor wzruszył ramionami – parę minut temu tu jeszcze był…
- Może poszedł do kibla i zaraz wróci – powiedział jeden ze strażników kolejowych. – Pójdę go poszukać. Jak on wyglądał?

- Koło czterdziestki, wysoki, włosy ciemne, oczy też. Wyglądał jak Mulat. Czarny wełniany płaszcz, długi czarny szal i czarny kapelusz… - jednym słowem facet w czerni, jak z „Archiwum X” – uśmiechnął się mimowolnie.
- OK. – strażnik odwrócił się i ruszył w stronę budynków stacyjnych.
Naczelnik odprowadził go wzrokiem, a potem odwrócił się do konduktora.
- Prowadź Moses – rzekł z westchnieniem – chciałbym to już mieć za sobą…

II

Nie lubię Bożego Narodzenia. Odkąd zostałem sam, te święta straciły dla mnie cały swój czar. Kiedyś to lubiłem, tą przedświąteczną krzątaninę, ale z biegiem czasu, kiedy moi najbliżsi odeszli już do lepszego świata, wszystkie święta stały się niepotrzebnym balastem. Jeszcze jednymi nudnymi dniami, z którymi nie wiadomo, co zrobić… Teraz właśnie zbliżała się ich pora, co widać było po ruchu w supermarkecie, w którym robiłem cotygodniowe zakupy. Światła, choinki i całe tuziny Santa Clausów wywrzaskujących swoje „ho! ho! ho!!!”, Elfy i renifery z kolorowymi nosami. Dzieciaki i dorośli z obłędem w oczach biegający od stoiska do stoiska. Terror konsumpcyjny XXI wieku. Ameryka prowincjonalna. A jednak taka najbardziej mi odpowiadała.

Zadzwoniła komórka. Odebrałem połączenie w nikłej nadziei, że to pomyłka. Nie miałem ochoty na rozmowę. Spojrzałem na czytnik telefonu i westchnąłem.
- Słucham szefa – powiedziałem w mikrofon.

- Bob? – usłyszałem – gdzie jesteś?

- Robię zakupy, szefie – powiedziałem uprzejmiej – a co się stało?

Jason Quayde był redaktorem naczelnym lokalnej szmaty, z którą współpracowałem podrzucając jej od czasu do czasu artykuły o tematyce ekologicznej czy popularnonaukowej albo kryminalnej. Z czasów, kiedy pracowałem jeszcze w STA.

- Redakcja „Jordans Hill Observer” ma do ciebie prośbę – Jason zrobił dramatyczną pauzę – wpadnij do mnie na chwilę, OK.?

- No dobrze – westchnąłem – wpadnę…

- A zatem czekamy na ciebie – Jason odłożył słuchawkę.
Jasonowi się nie odmawiało. Gazeta była szmatą w której lwią częścią była kronika towarzyska, ale płacili nieźle, więc od czasu do czasu dostawali ode mnie jakiś ekstra materiał, bardziej ambitny, niż wyliczanki, kto, gdzie, z kim i kiedy…
Zapłaciłem za sprawunki i wyszedłem na zewnątrz. Zapadał wczesny zimowy zmierzch. Na parkingu panował też przedświąteczny ruch. Od strony Catsville nadciągały śnieżne chmury. Skądś dobiegała mnie „White Christmas” w starym dobrym wykonaniu Binga Crosby’ego… Nie chciało mi się wracać do pustego domu. Przypomniałem sobie o prośbie Jasona i skierowałem swoje kroki do budynku redakcji JHO.
Jason powitał mnie w swoim gabinecie. Na mój widok zamknął klapę laptopa i podniósł się z fotela. Był wysokim, szczupłym mężczyzną o trójkątnej, lisiej twarzy i błyszczących inteligencją stalowych oczach.
- Witaj Bob! – powiedział wskazując na fotel – siadaj i czuj się jak u siebie.

Usiadłem, wyciągając nogi na całą ich długość.

- Co wielki człowiek i laureat Pulitzer Award chce się dowiedzieć od emerytowanego funkcjonariusza Agencji Ochrony Transportu? - zapytałem z ironią – oraz rzecz jasna doktoranta geologii Uniwersytetu Stanowe
go w Portland.
- Jest do ciebie sprawa – Jason przeszedł bez ogródek do sprawy – chodzi mi o kolejne morderstwo w Błękitnym Ptaku.
To było coś nowego.
- Ou, nic nie wiedziałem – oznajmiłem – kiedy…?
- Dzisiaj w nocy.
- OK., ale co ja mam do tego? – zapytałem zdumiony.
- Jak to co? – zapytał unosząc jedną brew jak Clark Gable. – Jesteś byłym pracownikiem STA, więc to twoje środowisko…
- Moje byłe środowisko – położyłem nacisk na słowo „byłe” – poza tym mam niemiłe wspomnienia z Dry Pine Mountain.
Bo miałem. Kilka lat temu złodzieje kolejowi przestrzelili mi kolano. Lekarze nie poskładali mi go do kupy, bo skurwiel, który to zrobił używał pocisków dum-dum. Wszczepiono mi endoprotezę i chodziłem utykając. Niestety, nie mogłem już pracować w STA, i przeszedłem na wcześniejszą emeryturę. Jeszcze w szpitalu odeszła Cathy.

- Mam dość takiego życia z tobą – powiedziała wprost i wyjechała do Seattle.
Spotkaliśmy się tylko raz na sprawie rozwodowej, w kilka dni później wyszła za mąż za jakiegoś sklepikarza czy dealera… To mnie już nie interesowało. Zajmowałem się potem oprowadzaniem wycieczek po tutejszych górach, w których znajdowało się mnóstwo opuszczonych kopalń i cała infrastruktura z nimi związana. Udało mi się pozyskać fundusze stanowe i stworzyć coś w rodzaju skansenu geologiczno-górniczego. Poza tym miałem bronić pracy doktorskiej i miałem pewne plany – zamierzałem rzucić wszystko do diabła i przenieść się do pracy w USGS – Krajowej Służbie Geologicznej. Od dziecka interesowały mnie wulkany, więc…
- I co? Bierzesz ten temat? - Jason patrzył na mnie pytająco. – Pokręcisz się tu i ówdzie, pojeździsz koleją, oczywiście redakcja zwraca ci wszelkie koszty… No?

- OK., biorę – rzekłem – ale pod warunkiem, że napiszę ci większy materiał i pójdzie w świątecznym wydaniu. Nie pożałujesz.
Zastanowił się na chwilę.
- Well, zgadzam się – powiedział – ale to ma być superhit.
Uśmiechnąłem się.
- Będzie – odparłem. – Ale to kosztuje trzy stówy więcej.
Wyraźnie mu ulżyło, nawet się nie targował. Musiało mu na tym wściekle zależeć.
- Ale, ale – zapytał mnie nagle – czemu ty nic o tym nie wiesz?

- O czym nie wiem? – zapytałem.

- O tych seryjnych zbrodniach – odparł – to jest trzecia kobieta zamordowana w ciągu ostatnich dwóch miesięcy…

Wzruszyłem ramionami.
- Przecież wiesz, że byłem w Europie – powiedziałem z przyganą w głosie – w takim śmiesznym kraiku, który się nazywa Polska. Trochę większa od naszego stanu. Nasi montują tam tarczę antyrakietową na Ruskich i innych nie kochanych przez Wuja Sama. A Polacy? – nie lepsi ani gorsi od innych. My God, ale oni tam piją! – i to taką harę, przy której nasza whisky, to słabiutki sikacz… Choć nie piję, to byłem tam o dwa litry od delirium… - a wróciłem dopiero tydzień temu.

- No to możesz nie wiedzieć – rzekł Jason – w listopadzie mieliśmy jednego trupa. W grudniu już dwa. A wszystkie w Niebieskim Ptaku

- Jasne, daj sobie spokój, i tak dowiem się wszystkiego od chłopaków z STA – mruknąłem, nie spodziewając się, jak szybko to nastąpi.

Porozmawialiśmy jeszcze trochę o tym i owym. Przypomniałem sobie, że mam jeszcze coś niecoś do zrobienia, więc pożegnałem go i opuściłem budynek redakcji. Skierowałem się do parkingu przed supermarketem. Niebo było ciemne i zaczął padać śnieg. Doszedłem do samochodu i sięgnąłem po kluczyki. Otworzyłem drzwi i już miałem wejść do środka, kiedy poczułem, że ktoś łapie mnie za kaptur mojej parki.
- Przepraszam – usłyszałem za sobą męski głos.
Odwróciłem się powoli. Za mną stała para dość niezwykła sądząc po wyglądzie. Byli młodzi, może dwudziestopięcioletni, nie więcej. Oboje wysocy i dobrze zbudowani. – Gliny czy federalni? – pomyślałem.
- Słucham was – odezwałem się.
- Pan Robert Daniels? – zapytał mężczyzna – Inspektor Robert Daniels?
- To ja – odpowiedziałem – ale jeżeli już inspektor, to emerytowany – dodałem.

Ucieszyli się.
- Nasz szef pana bardzo prosi o kilka minut rozmowy – powiedział mężczyzna, a kobieta dodała – Zna go pan, inspektorze, to nasz komendant, nadinspektor Ulisses Stanley…
Uśmiechnąłem się mimo woli.
- Nie mogliście powiedzieć od razu, że jesteście z STA? – zapytałem – i w ogóle po co ta cała konspiracja?
- Polecono nam jak najdalej idącą ostrożność i dyskrecję – odezwała się kobieta cały czas rozglądająca się na boki.
Zachciało mi się śmiać.
- Oczywiście – powiedziałem sarkastycznie – i przyjechaliście po mnie służbowym samochodem STA.
- Pojedziemy pańskim wozem, bo mamy po drodze – powiedziała kobieta – a potem wrócimy na nogach…- Zatem zapraszam – otworzyłem im drzwi.
Wsiedli i ruszyliśmy skroś
śnieżnej zamieci.

III


Wysiadłem na wewnętrznym parkingu personelu stacji. Komendant wyszedł mi na spotkanie.
- Bob Daniels, nasza legenda – zaczął od komplementu na powitanie. – Jakże miło cię widzieć na starych śmieciach!...
- A i ty niewiele się zmieniłeś – odparłem kłamiąc obmierźle, bo Ulisses wyglądał nieciekawie. Postarzał się i roztył. Wprawdzie przy jego wzroście sześciu stóp i pięciu cali nie widać tego było, to jednak poszarzała twarz i zaczerwienione oczy mówiły same za siebie.
- Jaja sobie robisz – odparował robiąc do mnie oko. – Chodź, pogadamy przy kawie.
Przeszliśmy do jego biura, które pachniało jak zawsze – tytoniowym dymem, kawą i atmosferą oczekiwania. Zamówił dwie kawy i wskazał mi fotel po drugiej stronie biurka.
- Siadaj – rzekł – jak ci leci na emeryturze?
- Całkiem nieźle – odpowiedziałem – ale chyba nie ściągnąłeś mnie w trybie alarmowym i wielkiej konspiracji, by mnie wypytywać o moją emeryturę? Nie mylę się?
- Nie, nie mylisz się – warknął – jesteś nam potrzebny.
- No pewnie – mruknąłem – jakoś dzisiaj wszyscy mnie potrzebują. Niech zgadnę: sprawa morderstw w Błękitnym Pta
ku? Nie mylę się?
- Nie – spojrzał na mnie wzrokiem zbitego psa – nie mylisz się.
- Dlaczego ja? – zapytałem.
- Bo tylko ty jesteś w stanie to rozwikłać – westchnął głośno – gliny połamały sobie na tym zęby. Pusser odpuścił – on zawsze był dobry do ścigania drobnych opryszków, a ta sprawa go przerosła.
Dave Pusser był tu szeryfem. On i Prendergast stanowili dobraną parę typowych G-manów z czasów prohibicji. Byli anachronizmem, jak James Bond w XXI wieku.
- A co na to federalni? – zapytałem mając na myśli FBI.

- Prowadzą dochodzenie, ale im nie idzie – odpowiedział. – Chłopie! Zrozum, to jest kompletna zagadka! Żadnych śladów, żadnych podejrzanych! Trzy kobiety zamordowane strzałem z małokalibrowego pistoletu w głowę. Damn it! Zupełnie jakby morderca wszedł do przedziału, strzelił im w głowę i niepostrzeżenie wyszedł.

- Samobójstwo? – poddałem mu myśl.

- Aleś wymyślił – rzekł z przekąsem – też tak myśleliśmy, ale dlaczego one nie zostawiły żadnych listów? Samobójcy zawsze zostawiają jakąś wiadomość dla bliskich, krewnych czy policji, która wyjaśnia powody ich czynu. Nie, nic z tego. Poza tym…

Zamilkł sapiąc.

- Co poza tym? – zapytałe
m.
- A tym, że tych kobitek właściwie nikt nie znał.
- Jak to nie znał? – zapytałem – miały lewe dokumenty? Pracowały dla którejś ze służb specjalnych?
- E, nie – pokręcił głową – bardzo rzadko przebywały w miejscu zamieszkania i nie miały nikogo. Były samotne, niezależne, piękne… Klasyczne bizneswomen. Firmy pracowały bez zarzutu.
- I te samotne, niezależne i piękne skończyły niepięknie z kulą w głowie. Pięknie – mruknąłem. – A co wiadomo o broni, z której je zabito?

Znowu wściekle sapnął.

- Kaliber prawdopodobnie 4,25 mm, albo jak wolisz .167…
- Nie rozumiem, dlaczego prawdopodobnie? – zadałem pytanie, bo nie mieściło mi się w głowie, że nie można było nie określić kalibru broni.
- No właśnie, nie da rady, bo pociski są z cholernie miękkiego stopu – wyjaśnił. – Po uderzeniu w kość czaszki tak grzybkują, że zamieniają się w niekształtne bryłki metalu i pozostają w czaszce. I co ciekawe – rana wlotowa jest praktycznie tak zniekształcona, że kaliber można określić tylko w przybliżeniu!
- Cwany skurczysyn – pomyślałem z uznaniem.
- .167? – odezwałem się – to niemiecki Liliput.
- Może być także austriacka Erika – też 4,25 mm – powiedział – potem francuskie rewolwery Lefacheaux i Kolibri – 5 mm i 3 mm, jeszcze jeden pistolet, niemiecki Bergmann – 5 mm no i belgijski FN Veledog – 5,75 mm…
- Albo jakiś cholerny samodział – zaproponowałem – jakiś pistolet sportowy czy obrzyn choćby z polskiego KBKS… To mieści się w granicach 4,5 mm czyli .18, a ich pociski są wykonane z ołowiu. Francuskie rewolwery możemy wykluczyć. Produkowano je i używano w XIX wieku, a amunicji do nich też już się dawno nie produkuje. Jest nietypowa.
- Może masz rację – skinął głową – federalni badali to mikroskopem elektronowym, ale…
Zrozumiałem. Niczego nie znaleźli…
- A w jakich firmach pracowały? – zadałem kolejne pytanie.
- Własnych. I to takich, które nie mają wiele wspólnego z kompleksem zbrojeniowym czy kosmicznym. Z elektroniką i informatyką też nie. To przede wszystkim poszukiwania geologiczne, wykopki archeologiczne i tak dalej. Pierwsza z nich – Anna Davies, lat 33, doktor geologii prowadziła firmę Davies & Davies Geological Researches Ltd. Druga – Jane Auten, lat 35 pracowała jako sekretarka w firmie przeprowadzającej pomiary w terenie – jacyś geodeci czy coś takiego. Trzecia – Alexis Cartwright, lat 34, była szefową firmy wykonującej prace ziemne. Wiesz – wykopy, rowy, melioracja, i tak dalej, i temu podobnie…
- Znały się? – zapytałem, bo zaświtała mi pewna myśl.


- Osobiście na pewno nie. Davies mieszkała w Portland, Auten w Clearwaters a Cartwright pod Seattle, ale jej firma działała głównie w Oregonie. A czemu pytasz?
- One są podobne w pewien sposób do siebie – rzekłem w zamyśleniu – młode, ładne, pracoholiczki…
- Myślisz o motywie seksualno-erotycznym?
- Możliwe… - wzruszyłem ramionami – wyobrażam sobie jakiegoś świra, który umawia się z nimi w ekspresie z Portland do Boise i tam je morduje… Kobiety w takim wieku są spragnione miłości, chcą mieć partnera i zdają sobie sprawę, że ich zegar biologiczny tyka coraz szybciej. Wtedy stają się nieobliczalne. I bardzo często stają się ofiarami oszustów, łowców posagów czy seryjnych gwałcicieli albo morderców. Aha, i byłbym zapomniał – wszystkie je zabito we śnie! Ofiary nie stawiały oporu…
- A zatem chcesz poszukać seryjnego mordercy pracoholiczek?

- Żebyś wiedział – rzekłem – wydaje mi się, że to może być ten właściwy trop…

IV

Przyjechałem do domu w Jordans Hill z pragnieniem, by ten dzień jak najszybciej się skończył. W swej głupocie zgodziłem się na misję karkołomną, na której połamało sobie zęby tyle umysłów o wiele sprawniejszych ode mnie. Cały problem ze mną polega na tym, że nie potrafię odmówić. Jadąc do domu wśród zamieci zacząłem żałować, że się w to wpakowałem. Ale teraz karty zostały rozdane i musiałem podjąć tę grę, bez względu na wynik…

Otworzyłem lodówkę i zapakowałem do niej przywiezione wiktuały. Spojrzałem na kuchenkę, ale odechciało mi się jeść. Jak zawsze, kiedy bierze we mnie górę ciekawość. Podszedłem do komputera i załadowałem dysk do kieszeni odtwarzacza DVD. Po minucie miałem przed sobą trzy foldery dotyczące trzech ofiar tajemniczego mordercy. Pierwsza – Anna Davies była drobną rudawą blondynką o zielonych oczach i jasnej nieco piegowatej cerze. Dziewczęca twarz, pociągająca i przyciągająca wzrok. Mogłaby uwieść każdego. Typowo hollywoodzka uroda. Mogłaby śmiało grać w jakimś tasiemcu w rodzaju „Moda na sukces” czy czymś podobnym…
Druga ofiara – Jane Auten była wysoką szatynką o ciemnych, lekko skośnych oczach Ameroazjatki. Jej matka pochodziła z Hawajów, a jej nazwisko panieńskie brzmiało Hiroi. Długie włosy spadały na plecy. I ona także była bardzo ładna. Miała szczupłe i wysportowane ciało oraz prezencję sportsmenki. I faktycznie, uprawiała tenis, biegi i pływanie. Rola w jakiejś produkcji filmowej zapewniona. A jednak rezultaty i sukces osiągnęła na niwie biznesu.
Trzecia zamordowana kobieta – Alexis Cartwright była podobna do swej poprzedniczki, z tym że jej włosy miały kolor pszeniczny i oczy były dziecięco niebieskie. Tak samo szczupła, wysportowana sylwetka eleganckiej i kompetentnej menedżerki. Nowoczesna kobieta XXI wieku. Generał przemysłu w spódnicy. A wszystkie trzy razem reprezentowały amerykańskie ideały…

- A jednak komuś zalazły za skórę tak, że je zamordował – pomyślałem.
Potem przejrzałem zeznania świadków. Niewiele tego było. Zwłoki dwóch pierwszych znaleziono w Boise, na bocznicy kolejowej i wypowiadała się obsługa pociągu, która zresztą nic nie wiedziała. Zwłoki trzeciej znaleziono w czasie postoju ekspresu na stacji w Dry Pine Mountain. Tutaj też miał miejsce dziwny przypadek – do konduktora zwrócił się jakiś mężczyzna twierdząc, że czeka na żonę, która miała przyjechać Błękitnym Ptakiem. Podał jej nazwisko: Berta lub Bertha Reintfeld. Konduktor – 53-letni Moses Jones udał się do wagonu, którym jechała i wszedł do przedziału, w którym zastał ją już zimną. Powiadomił o tym kierownika pociągu i dyżurnego ruchu. Tymczasem tajemniczy pan Reintfeld znikł. Konduktor opisał go jako młodego Mulata ubranego na czarno. I niewiele mógł o nim powiedzieć. Nieboszczkę zidentyfikowała dopiero policja. Pomyślałem, że byłby to niezły punkt zaczepienia dla śledztwa. Ciekawy byłem, czy gliny poszły tym tropem. Bez wątpienia tak, więc mogłem to sobie darować. Na razie.
Z westchnieniem zamknąłem laptopa. Sprawa wyglądała beznadziejnie. Gdyby nie szczelny knebel nałożony przez federalnych na sprawę, to może udałoby się znaleźć jakiegoś świadka, a tak… Mogłem równie dobrze szukać wiatru w polu. I z tą myślą położyłem się spać.
Na dworze szalała zamieć.

* * *

Ranek powitał mnie słońcem. Wstałem z wrażeniem, że świat jest odnowiony i nie ma na nim kolejowych seryjnych morderców, tajemniczych Mulatów i małokalibrowych pistoletów z supermiękkimi pociskami. Zrobiłem sobie owsiankę i kanapki, które pochłonąłem popijając paskudną kawą. Po europejskim jedzeniu wszystkie tutejsze potrawy, a szczególnie fast-foody smakowały mi jak dobrze przegotowana proteinowa dykta. Człowiek szybko przywyka do dobrego, ale odzwyczaić jest się trudno…

Umyłem się i ogoliłem, a potem pojechałem do redakcji. Szybko zająłem miejsce przed wolnym komputerem i zabrałem się za poszukiwania. Przez całe przedpołudnie katowałem komputer, by dowiedzieć się jak najwięcej o trzech ofiarach. Niewiele tego było. Wyglądało na to, jakby wszystkie trzy kobiety w ogóle nie istniały pozazawodowo w Internecie. Nie było ich na portalach towarzyskich i koleżeńskich. A jeżeli nawet, to zawsze chodziło o kogoś innego. Nie było o nich wzmiankach w kronikach towarzyskich gazet lokalnych, stanowych i krajowych. Pisano o nich tylko w periodykach specjalistycznych. I tylko tam. Około południa totalnie zniechęcony po raz ostatni klepnąłem w klawisze i oparłem się o oparcie krzesła. Spojrzałem przez okno, jakby tam miało znajdować się rozwiązanie.
Zmełłem przekleństwo w ustach, bo zadanie okazało się trudniejsze, niż mi się wydawało. Naraz przypomniałem sobie sugestię o ich samotności i konsekwencjach, jakie mogło przynieść poszukiwanie partnera. Wróciłem do komputera i wystukałem adres stanowego portalu samotnych serc – www.matchmaker.com. Wprowadziłem dane Anny Davies i umieściłem ją w określonym przedziale wiekowym. Po chwili wyszukiwarka wyrzuciła mi na monitor cztery pozycje ze zdjęciami kandydatek na żonę czy partnerkę. Pudło. Ale myśl była właściwa, więc spróbowałem na www.adult.finder.com. Znowu pudło, ale coś mi mówiło, że to jest ten kierunek. Wystukałem kolejny adres – WWW.lonelyhearth.com i wklepałem dane kobiety, jakiej poszukiwałem. Z zapartym tchem patrzyłem na rozwijający się ekran.
- Bingo! – zawołałem.
Z monitora patrzała na mnie twarz Anny Davies i kilku innych kobiet. Szybko przebiegłem wzrokiem tekst pod jej zdjęciem. Miała nick jesienna róża i poszukiwała… - kobiety o podobnych zainteresowaniach. Lesbijka? To tłumaczyło wiele.
- Amy! – zawołałem koleżankę – pozwól na chwilę!
Amy Lancon była chodzącym bankiem informacji, bazą danych i wszystkich plotek z całego stanu.
- Słucham cię mon tresor – uśmiechnęła się do mnie życzliwie, a jej twarz zajaśniała jak czarne słońce – jak cię znam, to chodzi o coś ekstra?
- Owszem Amy – powiedziałem zgodnie – potrzebuję znaleźć kilka lesbijek. W necie oczywiście.
- O, czyżbyś…? Wreszcie się zainteresował kobietami? – uśmiechnęła się życzliwie – mało ci wolnych kobietek u nas? Choćby taka Christie Forster…
- Nie, chodzi mi o te trzy ukatrupione facetki z Niebieskiego Ptaka – ostudziłem jej zapędy do swatania mnie.
- To były lesby? – Amy uniosła brwi – hmmm… - prawdę powiedziawszy miały taki wygląd. One mają coś takiego w spojrzeniu, to się czuje, a nie widzi… Poczekaj chwilę…

Jej palce przebiegły po klawiaturze. Na ekranie pojawiły się kolejne twarze.
- Ciekawe… - mruknęła.
- Ciekawe, co??? – zapytałem.
- Zobacz – powiedziała – włamałam się do ich bazy danych. I popatrz, co my tu mamy?
Na ekranie znajdowały się trzy twarze i jedno puste miejsce: trzy znane mi już kobiety i jeden szary prostokąt. Pod zdjęciem Anny Davies widniał znany mi już nick jesienna róża. Jane Auten była zimową różą, zaś Alexis Cartwright – trzecia ofiara była letnią różą
- Brakuje mi zatem wiosennej róży – powiedziałem.
- Faktycznie – potwierdziła Amy. – One dobierają się parami, trójkami lub czwórkami. W tym przypadku mamy czwórkę. Cztery róże, jak widzisz…
Naraz poczułem przypływ natchnienia.
- Zdaje się, że wiem, jak wygląda ta czwarta – powiedziałem z niewzruszoną pewnością – to będzie jasna lub platynowa blondynka z zielonymi oczami!

V


Amy spojrzała na mnie z zaciekawieniem w oczach.
- Skąd wiesz? – zapytała ostrożnie – znasz ją?
Roześmiałem się.
- To elementarne, mój Watsonie – rzekłem – przyjrzyj się im i spójrz na ich nicki.
Amy wlepiła wzrok w monitor.
- Damn it – mruknęła – chyba masz rację…
- A widzisz? – zatryumfowałem – Anna ma kolory jesieni: złota czerwień włosów i zieleń oczu; Jane jest ciemna, jak zimowe dni i noce, zaś Alexis ma kolory lata – błękit oczu i złoto włosów. A zatem ta czwarta powinna mieć kolory wiosny – zieleń oczu i złoto włosów...
- Rozumowanie bez zarzutu – Amy uśmiechnęła się – ale może być druga możliwość.
- Jaka? – zapytałem zaintrygowany.
- Na przykład Afroamerykanka, albo Mulatka… - no nie?

- No tak, może masz rację – powiedziałem po namyśle – i to nawet by pasowało do tego schematu. Afrykańska wiosna? – a czemuż by nie?

Roześmialiśmy się.


Następnie pojechałem do naszej komórki w Dry Pine Mountain, gdzie pogadałem z chłopakami z STA, którzy mieli służbę tej nocy, kiedy znaleziono martwą Alexis Cartwright.
- I co, znaleźliście w końcu tego Mulata? – zapytałem.
- Nie, facet ulotnił się tak, jakby wyparował – strażnik sapnął wściekle – ta historia w ogóle mi się nie podoba.
- Czemu? – zapytałem – przecież ten facet mógł po prostu wsiąść do pociągu.
- Nie – odparł – bo byśmy go znaleźli. Pojechaliśmy do Catsville i przeczesaliśmy cały pociąg. Nie było go w nim, a zatem musiał zostać w Dry Pine…
- A może pamiętasz, kto wtedy był w poczekalni? – zapytałem, bo tknęła mnie przewrotna myśl.- Owszem, pamiętam, bo to były same kobiety – trzy czy cztery. W tym jedna bardzo ładna, jasna blondyna w czerwonym płaszczu. Zwracała na siebie uwagę. Taka facetka nie pasowała do pociągu – mogłaby jeździć Rollsem
Po południu pojechałem do Catsville, by spotkać się z Mosesem Jonesem, który znalazł ostatnią ofiarę i rozmawiał z tajemniczym mężczyzną.
- Dziwny był ten facio – powiedział na zakończenie relacji o spotkaniu z tajemniczym mężczyzną.
- Dlaczego?
- Taki jakiś… - Jones szukał właściwego określenia – zniewieściały…? Może jakiś pedryl? Niewiele się od niego dowiedziałem. Właściwie nic. Ciekawa była jego wzmianka o ostrym trzasku, który wziął za odgłos wystrzału. Usłyszał go przed wjazdem na stację w Dry Pine Mountain. Ale nie był to wystrzał, który uśmiercił Alexis Cartwright, bowiem ta nie żyła co najmniej od czterech godzin, co znaczyło, że zamordowano ją zaraz po opuszczeniu przez nią Portland. Morderca mógł być w wagonie, i mógł równie dobrze wysiąść na pierwszym postoju… Mógł wysiąść w Dry Pine Mountain i udać, że jest troskliwym i czułym mężem czekającym na żonę… Możliwości było wiele. Ale byłem pewien, że to jest ten właściwy trop. Moje podejrzenia się skrystalizowały.
Postanowiłem tedy poszukać Mulata o niemiecko brzmiącym nazwisku – Reintfeld lub Rheintfeld. Nie było to takie trudne – poszukałem w książce telefonicznej okręgu. Było tylko pięć osób noszących to nazwisko. W tym jedna Bertha. Bertha Rheintfeld. Jak dotąd wszystko się zgadzało – mieszkała sama, ani śladu w Internecie. Znów wszedłem na portal samotnych serc, wystukałem dane oraz interesujące mnie parametry wprowadzając je tak, jak pouczyła mnie Amy… i zobaczyłem jej twarz. Pięknej, zielonookiej platynowej blondynki o krótko, niemal po męsku przystrzyżonych włosach. Nick brzmiał wiosenna róża. Jej karnacja była ciemna, ale to była raczej opalenizna od promieni sollux’u, a nie górskiego czy nadmorskiego słońca. Przy niepewnym świetle mogła uchodzić za Mulatkę czy Kreolkę.
- Bingo – pomyślałem. – Czy była morderczynią? Mogła być, ludzie zabijali się z bardziej błahych powodów, niż zdrada miłosna partnerki czy partnera seksualnego. Spojrzałem na adres – mieszkała w Catsville. Sięgnąłem po telefon i zadzwoniłem do niej.
Czekałem kilka sygnałów i już miałem odłożyć słuchawkę, kiedy odezwał się jej głos.
- Słucham, kto mówi? – zapytała. Przysiągłbym, że w jej głosie drgał strach.
Przedstawiłem się.
- Czego sobie pan życzy? – zapytała swym wylęknionym głosem.
- Prowadzę prywatne dochodzenie w sprawie śmierci trzech kobiet w Błękitnym Ptaku, które zamordował najprawdopodobniej seryjny morderca.
Westchnęła.
- Chciałbym pani zadać kilka pytań, ponieważ pani znała wszystkie jego ofiary – powiedziałem spokojnie.
Znowu westchnęła.
- Zgoda – powiedziała zrezygnowanym głosem – niech pan przyjedzie do mnie…
Przyjechałem do niej po godzinie. Mieszkała w luksusowej, parterowej willi z basenem okolonej szpalerem ciemnych świerków kanadyjskich, które odseparowywały jej posesję od ciekawskich oczu. Postawiłem samochód na ulicy. Wysiadłem i skierowałem się do furtki. Zadzwoniłem i zostałem zlustrowany przez elektronicznego judasza.
- Inspektor Daniels – przedstawiłem się do oka kamery.
- Czy może mi pan pokazać odznakę? – zapytała.

Pokazałem. Elektromagnetyczny zamek zabrzęczał i furtka otworzyła się wpuszczając mnie do środka. Wszedłem poza obręb szpaleru świerków i podszedłem do przeszklonego wejścia. Drzwi były otwarte, więc wszedłem do środka.
- Halo! – zawołałem – pani Rheintfeld?
- Niech się pan odwróci, ale powoli – usłyszałem za sobą.
W tonie jej głosu było coś takiego, co kazało mi się mieć na baczności. Odwróciłem się powoli i stanąłem oko w oko z trzydziestopięcioletnią kobietą mierzącą do mnie z rewolweru.
- Dziewiątka – oceniłem w myśli.
- Niech pani to odłoży – powiedziałem spokojnie – jeszcze sobie pani zrobi krzywdę.
Odłożyła.
- Niech pan siada – wskazała mi ratanowy fotelik – co pana tu sprowadza?
- Śmierć pani przyjaciółek – odpowiedziałem. – Annie Davies, Jane Auten i Alexis Cartwright.

VI


- Sugeruje pan, że to ja je zabiłam? – zapytała z ironią w głosie, patrząc na leżącego na stoliku dziewięciomilimetrowego policyjnego Bulldoga.
- Nie – odparłem – ale wyglądało to podejrzanie.
- Dlaczego nie? – zapytała.
- Nie z tej spluwy – odpowiedziałem z flegmą – to dziewiątka, sprawca używał broni o małym kalibrze.
- Jeżeli idzie o moje alibi, to mam – odpowiedziała, odgadując moje następne pytanie.
Wzruszyłem ramionami.
- Wiem, że pani ma alibi na tamte dwa morderstwa, a co z trzecim?
Spojrzała na mnie niemal wrogo.
- Nie muszę odpowiadać na pańskie pytania – warknęła.
- Oczywiście – zgodziłem się łagodnie – nic pani nie musi. Zresztą i tak wiem, gdzie pani wtedy była.
- Tak? – wycedziła – no to gdzie byłam?
- Na stacji w Dry Pine Mountain – strzeliłem w ciemno, bo stuprocentowej pewności nie miałem. – Robiła pani za Mulata. Dwustronny długi płaszcz, kapelusz, czarna męska peruka… Uciekła pani do toalety i tam się przebrała. Dlatego strażnicy nie mogli pani znaleźć.
Uniosła brwi a jej oczy rozszerzyły się lekko. A zatem wszystko się zgadzało. Westchnęła, a na jej policzkach naraz zabłysły łzy.
- Kto je zabił? – zapytała pociągając nosem. – Czy to też pan wie?
- Nie wiem – odparłem – i dlatego właśnie przyszedłem się dowiedzieć tego tu i teraz. Od pani.
- Ale ja nic nie wiem – znowu chlipnęła.
- Ale morderca, a raczej morderczyni tego nie wie – powiedziałem to specjalnie wolno i w miarę dobitnie – i jest pani automatycznie kolejną ofiarą. Jej ofiarą, bo to musi być ktoś z pani – że tak się wyrażę – kręgu zainteresowań, a nie ma w nim mężczyzn.
Strzelałem na oślep, ale okazało się, że znowu trafiłem.
- Tak – potwierdziła – jestem…
Skinąłem głową.
- Skąd…? – zapytała.
- Z waszego portalu internetowego – odpowiedziałem – z jego bazy danych.
- Ale…? Jak to było możliwe? Przecież skasowałyśmy…
- Owszem – skinąłem głową – ale w bazie danych te wasze namiary zostają. I co więcej, ktoś się nimi bawił.
Opowiedziałem jej, jak doszliśmy do nich poprzez shakowanie banku pamięci ich serwera.
- Czyli nasze dane są tajemnicą poliszynela? – bardziej stwierdziła niż zapytała.
Skinąłem twierdząco głową.
- OK., zatem wszystko sobie wyjaśniliśmy poza jednym – podsumowałem naszą dotychczasową rozmowę.
- ???

- Motyw. Co takiego stało się z wami, że ktoś chce was wszystkie przenieść do lepszego świata? Zastanawiała się przez minutę milczenia. Zazdrość? Konkurencja?
Pokręciła głową. Nie, nic z tych rzeczy. Ale przecież ktoś je zamordował…
- A może przydarzyło się wam coś niezwykłego? Jakaś rzecz niecodzienna? Nietypowa? – pytałem dalej.
- Nie… chociaż… - ożywiła się na moment – może ta książka…?
- Jaka książka? – zapytałem zdumiony zmianą tematu – czekowa?
Zmiażdżyła mnie spojrzeniem.
- Nie czekowa. To jest jakiś inkunabuł, pierwodruk, czy jak to się nazywa – odrzekła wzruszając uroczo ramionami.
I opowiedziała mi historię o tym, jak pod koniec września w czasie pikniku w górach znalazły jakąś jaskinię, w której przez przypadek odkryły przemyślnie zrobioną skrytkę. Znajdowały się książki. Stare księgi, z XVI i XVII wieku. Wydania opisane cyframi rzymskimi, nie arabskimi. No i nie były napisane po angielsku, tylko chyba po łacinie, włosku i francusku. Rzecz w tym, że nie dały się odczytać, bo napisano je bardzo archaicznym językiem.
- Paliła nas ciekawość, bo te książki musiały mieć ogromną wartość historyczną – powiedziała z coraz większym zapałem – już sam fakt, że znaleziono je w Oregonie i w tutejszych górach był historyczną sensacją. I to taką, która nadawała się na pierwsze strony „Science” czy „Scientific American”… Najpierw chciałyśmy dowiedzieć się, z czym właściwie mamy do czynienia. Nie znałyśmy nikogo, kto byłby w stanie to przeczytać. Wreszcie pod koniec października dałyśmy ogłoszenie w Internecie. Nie wdając się w szczegóły mniej więcej opisałyśmy znalezione książki i rzeczywiście – po kilku dniach zgłosiła się do nas młoda kobieta, która twierdziła, że jest w stanie przetłumaczyć te księgi.
- Kto to był? – zapytałem dla formalności, bo nie sądziłem, by miało to jakieś większe znaczenie.
- Niejaka Jo Kowalsky z Chicago. Miała dyplom uniwersytetu stanowego i znała doskonale łacinę. Dałyśmy jej kserokopie pierwszych dwudziestu stron z najgrubszej księgi. Po dwóch dniach odesłała nam przekład. Jakieś brednie nie trzymające się kupy.
- Jaki był tytuł tej księgi? – zapytałem z głupia frant.
- LIBOR IVVONIS czy jakoś tak… - wzruszyła ramionami.
- Jak??? – niemal wykrzyknąłem – jak to brzmiało?
- „Libor Ivvonis”, a co? – zapytała zdumiona moją reakcją.
Poczułem, jak robi mi się zimno.
- Nie wie pani, co to jest? – wykrzyknąłem.
- Nie… - jej oczy wyrażały zdumienie.
- Czytywała pani książki Howarda Philipsa Lovecrafta?
- Nie.
- A może Sturlese’a?
Zaprzeczyła.
- A może Humberta Eco?
Pokręciła przecząco głową.
- No to faktycznie może pani nie wiedzieć – powiedziałem łagodnie – wydaje mi się, że zetknęłyście się z najbardziej niebezpieczną książką świata i wszechczasów. Z legendarnym „Necronomiconem”!

VII


- Co to za Necro-coś-tam? – zapytała ze zdumieniem. – I dlaczego jest niebezpieczny?
Ochłonąłem.
- Jak widać jest niebezpieczny, skoro zastosowano wobec jego posiadaczek regułę domina – powiedziałem chłodno – i je morduje bez litości i dania racji. Dawniej Inkwizycja paliła za nią ludzi na stosach. Kim jest ta cała Jo Kowalsky?
- Josephine. Już mówiłam, absolwentka uniwersytetu stanowego w Chicago.
- A gdzie pracuje? – pytałem nadal.
- E… no… - zamyśliła się, a jej oczy stały się okrągłe – no… nie wiem… A do diabła, nie mówiła nigdy, gdzie pracuje…
- A gdzie mieszka?
- W Chicago…
- Na litość, to prawie trzymilionowa aglomeracja miejska! – wybuchnąłem – ma pani jej adres?
- Nooo… mam tylko jej adres e-mail – powiedziała niepewnie.
- Damn it! – nie wytrzymałem – jak mogła pani być tak nieostrożna! W ogóle jak to się stało, że tak jej zaufałyście???
- Myślałyśmy, że jest jedną z nas… - szepnęła cicho.
- I nawet nie zapytałyście jej, gdzie mieszka czy co robi?
- Po trzydziestce, niezamężna…
- No tak – westchnąłem – bez obrazy, ale jak się okazuje, to nie tylko faceci tracą głowy z miłości czy pożądania…
- Czym jest ten Necro…? – zapytała ponownie.
- To jest diabelska księga swego czasu będąca na indeksie Inkwizycji – wyjaśniłem – i nie tylko, bowiem prześladował i tępił ją zarówno kościół wschodni, prawosławny, jak i zachodni – reformowany, protestancki. „Necronomicon” według teologów jest bramą do Piekieł. Po grecku znaczy to tyle, co „maska śmierci” czy też według innych autorów „księga imion zmarłych”, bo jest tytuł do greckiego przekładu tego dzieła, które w arabskim oryginale nosi tytuł „Al-Azif”. To nic innego tylko nocne odgłosy owadów pustyni. Kwidesencja chaosu. Ewangelia Szatana. Apokryf diabła umieszczony na indeksie ksiąg zakazanych przez Grzegorza IX.
- Kto go napisał, jakiś Arab? – zainteresowała się.
- Owszem, to był szalony arabski poeta Abdul Al-Hazred, który pisał ten utwór przez dziesięć lat na Karmazynowej Pustyni Al-Dahna. Zamordowano go w 738 roku. Na grekę przełożył ją ponoć Theodorus Philetas z Konstantynopola, dzisiaj Istambuł. A za greki na łacinę przełożył ją dr John Dee zwany Deviusem. To chyba z tym egzemplarzem miałyście do czynienia i to chyba dlatego was ktoś morduje. To przeklęta księga równie tajemnicza jak Manuskrypt Voynicha czy…
- Zaraz – przerwała mi podrywając się z miejsca – a skąd ty o tym wiesz?
Trzymała w obu rękach rewolwer celując między moje oczy. Była przerażona.
- Przeszliśmy na ty? – zapytałem chłodno. – A skąd wiem? – a z książek my dear, bo w przeciwieństwie do ciebie czytam coś więcej, niż brednie na internetowych portalach dla lesbijek, poradniki kosmetyczne i ckliwe romansidła…
Celowo użyłem szorstkiego tonu. To ją otrzeźwiło. Odłożyła rewolwer.
- Przepraszam – powiedziała cicho. – Boję się… - dodała szeptem.
- Gdzie masz te książki? – zapytałem. – Nie ukradła ich?
- Nie.
- A zatem musisz się liczyć z odwiedzinami – stwierdziłem.
- Josephine zapowiedziała swój przyjazd na pojutrze… - powiedziała z przerażeniem w głosie.
- No to tutaj nie możesz zostać – powiedziałem stanowczo – masz gdzie się podziać? Rodziców? Przyjaciółki? – czy w ogóle kogoś, komu możesz zaufać?
Pokręciła przecząco głową. – Pięknie – pomyślałem.
- No to nie masz wyjścia – powiedziałem – albo zostaniesz tutaj, albo zabieram cię do mnie. A nade wszystko złożysz zeznania na policji. Muszą dopaść tą całą Kowalsky na lotnisku w Portland. Bo jeżeli nie, to nie daję za twoją skórę funta kłaków…
- Nie chciałabym angażować w to glin – powiedziała – ona…
Uniosłem brwi.
- Co ona? – zapytałem.
- Ona ma ogromne wpływy. A to może mi zaszkodzić, rozumiesz mnie chyba? Mam poważną firmę i nie chcę, by nas ze sobą wiązano.
- Skąd wiesz, że ona ma wpływy? – zapytałem.
- Chwaliła się, że ma powiązania z jakimś polskim biznesmenem mieszkającym w Paragwaju czy może Urugwaju, nie pamiętam. A ten z kolei jest sponsorem dla jakiegoś wysokiej rangi duchownego z gigantycznymi wpływami politycznymi w jednym z krajów środkowej Europy. On jest przywódcą duchowym i czymś w rodzaju drugiego papieża. Ale przede wszystkim w grę wchodzą ogromne pieniądze i wpływy polityczne.
- Nie wiesz, gdzie?
- Chyba w Polsce, ale nie jestem pewna. O, i może jeszcze coś, co może mieć znaczenie!
- Co takiego? – zapytałem.
- No właśnie przypomniałam sobie, bo to wydało mi się dziwne – powiedziała powoli i z namysłem. – Ona miała taki dziwny tatuaż, tutaj, pod prawą pachą.
- Jaki? Co tam było – zapytałem, bo sprawa była coraz dziwniejsza.
- Takie dwie błyskawice i grupa krwi. Ona ma A Rh-. Nawet się śmiałyśmy, że nie będziemy mieć dzieci… - zaczerwieniła się naraz.
- I jakoś to wyjaśniła? – zapytałem czując, jak po raz któryś tego dnia robi mi się zimno.
- Powiedziała, że w razie wypadku lekarze nie będą musieli jej robić badania krwi na grupę, tylko od razu mogą jej przetoczyć właściwą… I jeszcze coś, ona miała wytatuowaną małą czarną kropkę pod lewą piersią. Powiedziała, że to jest znak rozpoznawczy jej przyjaciółek. To ciekawe, bo w czymś takim spotkałam się po raz pierwszy…
Westchnąłem. Sprawa była czarniejsza niż mi się zdawało.
- Jedziemy na policję – powiedziałem stanowczo – albo wezwiemy ich tutaj. Jak ci pasuje?
- Pojedziemy – odpowiedziała – nie chcę, by tu widziano jakiś radiowóz. To psuje reputację.
- OK., w takim razie jedziemy do Dry Pine Mountain i to do federalnych. Z tego, co powiedziałaś, to jest ich sprawa – i w odpowiedzi na jej zdumione i przerażone spojrzenie dodałem – mam wrażenie, że mamy do czynienia z czymś gorszym od 9/111 i masakr w Madrycie, Londynie i Bombaju razem wziętych. Módl się, żebym się mylił.
Wyszła z pokoju by się przebrać, a ja sięgnąłem po komórkę i wybrałem numer. Po tamtej stronie długo nikt się nie odezwał i już miałem się wyłączyć, kiedy coś trzasnęło i rozległ się przyjemny męski głos.

- Halo?

- Cześć Daniel – powiedziałem półgłosem – jak się masz?

- Cześć Bob – odpowiedział – kopę lat cię nie słyszałem. Co się z tobą dzieje? Siedzisz wciąż w tej dziurze w Oregonie?

- Siedzę – powiedziałem – ale nie o tym chcę z tobą rozmawiać. Gdzie w ogóle jesteś?

- Na Florydzie.

- Proszę, jeżeli możesz, przyjedź do nas jak najszybciej. Wydaje mi się, że Hydra z Lerne znowu podniosła głowę…

Przez chwilkę po drugiej stronie panowała cisza. To, że użyłem umówionego hasła musiało nim nieco wstrząsnąć.

- OK., Bob – Daniel Laskowski powiedział to zmęczonym głosem – postaram się tam być jutro przed południem. Zaraz wsiadam do helikoptera.

I rozłączył się.

Odetchnąłem z kolosalną ulgą.

VIII

- Jedziemy? – usłyszałem za sobą głos Berthy Rheintfeld.
Skinąłem głową i ruszyłem w kierunku wyjścia.
Wsiedliśmy do mojego wozu, bo mniej rzucał się w oczy. Miałem standardowe auto GMC, ale w środku parę ciekawych bajerów, które niejeden raz mi pomogły ocalić skórę. Ruszyliśmy i wjechaliśmy na międzystanową.
- Do kogo dzwoniłeś? – zapytała mnie znienacka.

- Do starego przyjaciela – odparłem. – Może nam być bardzo pomocny w tej przygodzie.

- Kto to taki?
- Poznasz go – odparłem – oryginalny facet. Jest mniej więcej w moim wieku, zajmuje się takimi ciekawymi sprawami, jak twoja.
- Jak moja? Czy to znaczy, że miał do czynienia z taką… Takimi ludźmi, jak Jo Kowalsky?
- O ile wiem, to tak. Całkiem niedawno, w Afryce. Znalazł tam jakieś Zaginione Miasto i usiłowano go tam zamordować. Jego i jego przyjaciółki też. Zresztą sam ci opowie, bo jutro tutaj będzie.
- O, to ciekawe… - zamyśliła się na chwilę. – A ty kim właściwie jesteś? Bo nie jesteś tylko inspektorem STA, tego jestem pewna.
- Jestem także doktorantem geologii na uniwerku w Portland – skinąłem głową.
- I przyjacielem jakiegoś Indiany Jonesa… - powiedziała z lekką ironią w głosie. – Skąd się znacie?
Daniela Laskowskiego poznałem na Florydzie, w firmie jego wuja. Załatwiałem właśnie kontrakt z moją byłą firmą, a on ze swoją ekipą powrócił właśnie po zakończeniu jednej ze swych operacji na Karaibach.2 Zacząłem z nim rozmawiać, w wyniku czego spędziłem weekend na pokładzie jego jachtu Atlantis MMII. Przegadaliśmy całe dwa dni. W rezultacie czego zostałem zwerbowany do amerykańskich struktur Komitetu Dziewiętnastu… I właśnie dzisiaj odezwał się sygnał alarmowy, który powinien postawić ten Komitet na nogi.
- Powiedzmy, że z wojska – odpowiedziałem, bo to była niemal prawda – poza tym mamy hmmm… - wspólne zainteresowania.
- Jak „Necronomicon”? – zapytała z nagłym zaciekawieniem.
- Też… - uśmiechnąłem się lekko.

* * *


Przesłuchiwano nas do dziewiątej wieczorem. Okazało się, że federalni nie mieli niczego na pannę Kowalsky, nawet jej istnienie było dla nich zaskoczeniem – nie sądzili, że mordercą może być kobieta. Kompletnie wymęczeni wyszliśmy z budynku FBI. Powietrze było rześkie a na granatowym niebie lśnił księżyc. Lekki mróz ścinał kałuże wody z roztopionego w dzień śniegu. Szliśmy główną ulicą Dry Pine Mountain, minęła nas grupka młodzieży, która wyszła z krytej pływalni. Mijały nas samochody i autobusy. Nad jezdnią świeciły kolorowe girlandy lampek. Było tak normalnie, a jednocześnie podświadomie czuliśmy iluzoryczność tego, co nas otaczało. No i sama świadomość tego, że gdzieś w tym labiryncie ludzi, aut i budynków czai się morderca, który nie zawaha się ani chwili, by zabić nie działała na nas budująco.
- Masz gdzie pojechać? – zapytałem.
Pokręciła przecząco głową.
- Nie – odrzekła. – Hotel czy motel odpada. Mogłabym ewentualnie przespać się w biurze firmy, ale nie mam na to ochoty, poza tym ona wie, gdzie to jest i by mnie tam dopadła.
- Zgadza się – potwierdziłem – jeżeli moje podejrzenia są słuszne, to Jo Kowalsky czy jak ona się tam zwie, jest członkinią komanda skrytobójców na usługach IV Rzeszy z Twierdzy Andyjskiej.
- Czemu im tego nie powiedziałeś? – zapytała.
- Bo oni w to nie wierzą – wzruszyłem ramionami – widziałaś, jak reagowali na twoje rewelacje. Niedowierzaniem. Mają nas za lekko stukniętych, dlatego też powiemy to wszystko komuś, kto jest w stanie coś z tym zrobić.
- Z Danielem Laskowskim?
- Dokładnie. Przylatuje jutro przed południem. Po stanach lata helikopterem, więc to trochę potrwa. Mieszka na Florydzie, więc sama rozumiesz, że to trochę potrwa…
Skinęła głową.
Podeszliśmy do samochodu. Otworzyłem jej drzwiczki. Wsiadła i ja też zająłem miejsce za kierownicą.
- Gdzie mam cię zawieźć? – zapytałem.
- Nie wiem – westchnęła.
- Jeżeli ci to nie przeszkadza, że jestem facetem, to jedziemy do mnie – zaproponowałem.
- A mam jakieś wyjście? – zapytała.
- Masz – mruknąłem – możesz wrócić do siebie, możesz zatrzymać się tutaj w jakimś pensjonacie czy motelu.
- To już wolę do ciebie – machnęła ręką – gdzie ty właściwie mieszkasz?
- Pod Jordans Hill – odpowiedziałem.
- Niech i tak będzie – westchnęła z rezygnacją – jedźmy. Zimno mi i jestem głodna…
Włączyłem silnik i pojechaliśmy. Po pół godzinie wjeżdżaliśmy do garażu mojego domu – ostatniego na State Street.Weszliśmy do saloniku, i od razu zabrałem się za zapalenie ognia na kominku. Bertha poszła do kuchni i usłyszałem, jak bobruje w lodówce. Zwyczajne czynności chyba ją uspokoiły, bo po chwili usłyszałem, jak pogwizduje jakiś modny kawałek. Na kominie zapłonął ogień, zrobiło się ciepło i przytulnie. Zgasiłem górne światło i zaświeciłem dwie pachnące świece.

- Bob! – usłyszałem jej wołanie – chodź jeść!
Dawno nie słyszałem takiego wezwania i nie dałem jej długo na siebie czekać. Z kuchni dobiegał przyjemny zapach jedzenia. Uświadomiłem sobie, że jestem potwornie głodny i właściwie cały dzień biegałem o suchym pysku.
Nie wiem, co to było, w każdym razie było dobre i zmiotłem swoją porcję z talerza w ekspresowym tempie.
- Co to było? – zapytałem wycierając usta serwetką – cokolwiek to było, było naprawdę pyszne.
Uśmiechnęła się.
- Potrawka z kurczaka po meksykańsku – przepis mojej mamy.
- Pyszne - pochwaliłem jeszcze raz – pochodzisz z Meksyku?
- Nie, z Kalifornii, ale to o rzut beretem do Tijuany – uśmiechnęła się do swoich wspomnień – jeździliśmy tam na wakacje. Dlatego może tak bardzo lubię Tijuana Brass i stratosferyczną trąbkę Herba Alperta…
- Tak jak i ja… - uśmiechnąłem się do swoich wspomnień – „Smak miodu”, „Tijuana TAXI” czy „Autostrada nad brzegiem Pacyfiku” i inne równie słodziutkie. Też mam miłe wspomnienia.
- Może spotykaliśmy się tam na wakacjach? – podsunęła Bertha.
- Nie, to jest bardziej intymne wspomnienie. To było w latach sześćdziesiątych. Byłem wtedy chłopakiem. Lubiłem leżeć w swoim pokoju z widokiem na góry i wschodzący nad nimi księżyc. Miałem małe radio nastawione na lokalną stację i słuchałem muzyki. No i TJB była wtedy na fali i co chwila puszczali coś z ich fonoteki…
- Masz coś w swojej płytotece – Bertha wskazała wzrokiem na zbiór płyt w kącie saloniku.
- Coś się znajdzie – wstałem i poszperałem na półce. Po chwili znalazłem płytę i wsunąłem ja w szczelinę odtwarzacza. Po kilku sekundach zabrzmiała orkiestra Herba Alberta i zrobiło się słonecznie, zapachniał kurz meksykańskiego miasteczka i od oceanu nadleciała orzeźwiająca bryza. „Grek Zorba” na trąbki, to było zawsze coś, co mnie powalało…
Przesłuchaliśmy w milczeniu resztę płyty. Spojrzałem na zegarek, była jedenasta. Szybko posprzątaliśmy, a potem pościeliłem jej w moim pokoju na górze, zaś sam przygotowałem sobie spanie na rozłożonej wersalce w salonie. Powiedzieliśmy sobie „dobranoc”, a potem Bertha poszła na górę. Usłyszałem jak poszła do łazienki i po chwili stuknęły drzwi do pokoju. Rozebrałem się i wsunąłem pod kołdrę. Zamierzałem czuwać nad naszym bezpieczeństwem, ale po chwili uśmiechnąłem się ironiczne w mrok i zamknąłem oczy. W uszach jeszcze brzmiały mi meksykańskie rytmy. Zasnąłem.
Nad Jordans Hill lśniły lodowato gwiazdy.

IX


Obudził mnie huk silników i wizg turbin dochodzący z ogrodu za domem. Wyskoczyłem z łóżka i nago podbiegłem do okna. W odległości dwustu jardów od domu siadał na śniegu potężny helikopter Bella. Spojrzałem na zegarek – była dziewiąta.
- Co się dzieje? – usłyszałem za sobą głos Berthy.
- Mamy gości – odpowiedziałem odwracając się.
Stała za mną ubrana tylko w jedną z moich koszul, miała ładne długie nogi, a jej drobne bose stopy tonęły w puchatym dywanie. Krągłe, pełne piersi napinały materiał.

- Liczyłam na śniadanie we dwoje – powiedziała patrząc na mnie z uznaniem. – No, jak na pięćdziesięciolatka, to jesteś całkiem, całkiem…
- Dobra, może kiedyś zbadasz to dogłębniej – powiedziałem – a teraz ubieramy się i robimy coś do żarcia.
Wskoczyłem w ciuchy. Bertha pognała na górę. Śmigła helikoptera kręciły się coraz wolniej, wzbity przez nie śnieg powoli opadał. Otworzyły się jego drzwi i na lód wyskoczyło dwoje ludzi – Daniel i jakaś kobieta, w której poznałem Krystynę. Byli ubrani w dżinsy i kolorowe puchatki.
Otworzyłem im drzwi i oboje weszli wnosząc zapach śniegu i świeżego powietrza. Na zewnątrz było mroźnie. Od Kanady wiało chłodem. Nad Forest Hills gromadziły się ciężkie chmury. Zapowiadała się kolejna śnieżyca.
- Jesteście wreszcie! – powitałem ich w drzwiach – witajcie w Jordans Hill!

- Cześć! – uściskaliśmy się. Krystyna cmoknęła mnie w policzek. – Wydaje mi się, że przybyliśmy nieco za wcześnie…
- A ja jestem Bertha Rheintfeld – usłyszałem za sobą jej głos. – Przyczyna tego całego… zamieszania.
- Miło panią poznać – przywitali się z kolei z nią. Była już ubrana w swój mundurek rzeczowej i konkretnej bizneswoman. Wzbudzała zaufanie i respekt.
Pozostawiłem ich w saloniku w którym błyskawicznie zaprowadziłem jaki taki porządek. Tymczasem z kuchni poczułem zapach świeżo parzonej kawy i smażonej jajecznicy. Bertha czuła się tutaj jak u siebie. Po kwadransie weszła z tacą na której znajdowały się talerze z parującą zawartością. Skoczyłem do kuchni i przyniosłem z niej imbryk kawy i kubki.
- Przepraszam cię – powiedziałem do Berthy – i odszczekuję to, co powiedziałem.
- Eeee…, że co??? – zdumiała się.

- Jesteś o wiele lepsza w kuchni od czytelniczek lesbijskich portali – powiedziałem ze skruchą w głosie.

- A, o to ci chodzi – powiedziała i jej oczy uśmiechnęły się – kiepski z ciebie detektyw… Powinieneś mnie rozszyfrować od pierwszego spojrzenia! – i cmoknęła mnie w policzek. Zrobiło mi się ciepło.
Zabraliśmy się za śniadanie.
- I co zrobiliście w tej sprawie? – Daniel zapytał mnie, kiedy skończyliśmy jeść.
- To, co mogliśmy – rzekłem – złożyliśmy zeznania FBI i powiadomiłem moich byłych przełożonych z STA. I zabezpieczyłem potencjalną ofiarę.
- Widzę. A gdzie jest ten „Necronomicon”? – zainteresował się Daniel.
- Jest w skrytce jako depozyt bankowy w Dry Pine Mountain – odparła Bertha.

- Z tego, co powiedzieliście wynika, że właściwym celem nie jest którakolwiek z was, tylko właśnie ta książka. Czy pamięta pani, z którego roku ona była?

Bertha zamyśliła się.
- Chyba z XVII wieku, nie pamiętam, bo to było napisane rzymskimi cyframi: MDCIV albo MDCIX, czy jakoś tak…
- No tak: 1604 albo 1609, to wyjaśnia zainteresowanie naszych przyjaciół tą książką – Daniel potoczył po nas wzrokiem – to jest pierwodruk i to przetłumaczony z greckiego, zanim jeszcze jego latynoscy translatorzy nie oddzielili z niego czegoś, co uważali za magiczne zaklęcia i tym sposobem powstał „Kodeks szmaragdowy”…
- Więc to jednak jest prawda? – zapytałem – wszystkie późniejsze wydania „Necronomiconu” są zubożone właśnie o to, co zawiera „Kodeks…”?
- Dokładnie! – Daniel skinął głową. – Nowy Hitler i jego akolici poszukują tej książki, bo im się wydaje, że jest ona kluczem do jakichś bram Piekieł… Oglądaliście film „Dziewiąte wrota” Romana Polańskiego? Otóż Polański zrobił ten film właśnie o hiszpańskim wydaniu „Necronomiconu” przełożonego przez Andreę Torchiniego w 1666 roku.
Bertha uniosła brwi.

- Zaraz, moment – powiedziała z zaciekawieniem w głosie – ale w filmie mówi się o innej książce, o ile dobrze pamiętam to było „Dziewięć wrót do Królestwa Cieni” czy jakoś tak…

- Przecież ta książka jest wciąż na indeksie! – Krystyna odezwała się po raz pierwszy – a Polański jest Żydem, a na dobitkę wtedy papieżem był Polak, wyjątkowo ortodoksyjny w tych kwestiach – słowem nie mógł, rozumiecie? – po prostu nie mógł nazwać pewnych rzeczy po imieniu… Wikipedia pisze o „Necronomikonie” dosłownie tak: „Necronomicon” to fikcyjna, mroczna księga, wymyślona przez Howarda Philipa Lovecrafta na potrzeby swoich opowiadań. Fenomenem jest fakt, iż wielu ludzi na całym świecie jest przekonanych o istnieniu kilku egzemplarzy tej księgi, pomimo tego iż sam Lovecraft w listach przyznawał się, iż jest ona wytworem jego wyobraźni. A przecież spotkał się z nią nawet doktor House!...

Parsknęliśmy wszyscy śmiechem, a Krystyna kontynuowała:

- W wykreowanym przez tego pisarza świecie napisał ją szalony Arab Abdul al-Hazred w 730 r. pod nazwą „Kitab Al-azif” (co oznacza nazwę stosowaną do określenia dziwnych nocnych szmerów owadów, które Arabowie przypisywali demonom), po czym została przetłumaczona na grekę w 950 r. przez Teodorusa z Filetu, mieszkańca Bizancjum, który właśnie nadał jej tytuł „Necronomicon” co oznacza „rzeczy odnoszące się do zwyczajów lub praw umarłych” (necros-umarły, nomos-prawo lub zwyczaj) bardziej poetycko "Księga Umarłego Prawa". Księga opisuje różne rytuały magiczne i jest uznawana za kamień węgielny czarnej magii. Najbardziej znanym cytatem z tej księgi jest "Nie jest umarłym ten który spoczywa wiekami, nawet śmierć może umrzeć wraz z dziwnymi eonami" Cytat ten odnosi się do Cthulhu a w przekładzie dosłownym oznacza "To, co ma zdolność wiecznego istnienia nie jest martwe. Z dziwnymi eonami nawet śmierć może umrzeć". Wymienia ją często w swoich dziełach Lovecraft opisując mitycznych Wielkich Przedwiecznych. W „Necronomiconie” zawarte są tajemnice o pradawnych bóstwach, które kiedyś rządziły Ziemią i teraz czekają na moment, aby wrócić. Jednym z Wielkich Przedwiecznych jest Cthulhu - bóstwo śpiące na dnie oceanu.
3 Ile w tym prawdy – widzicie sami…
- OK., a zatem czymże jest ta księga i co ona zawiera? – zapytałem.

- Zaklęcia – z absolutną powagą powiedziała to Krystyna.
- To jakiś żart? – zapytała Bertha nieswoim głosem.
- Bynajmniej – Daniel podniósł się z fotela i podszedł do okna.
Spojrzeliśmy na nich, jak na nienormalnych.
- Przecież zaklęć i czarów nie ma, a historia Harrego Pottera to tylko bajeczka pani Rowling… - Bertha patrzyła to na mnie, to na Daniela i Krystynę – przecież nie powiecie mi, że to prawda?Daniel roześmiał się niewesoło.
- My też na początku tak myśleliśmy, ale czas pokazał, że się myliliśmy...

X


Zapadło milczenie.

- Nie powiecie mi, że te bajeczki o Tych Dawnych i Śpiących Bóstwach to prawda…? – Bertha wzięła długi łyk kawy, ale w oczach miała przerażenie.
- Nie, tak nie jest – rzekł Daniel – ale nie wiem, czy to dobra wiadomość.
- A jest jakaś dobra? – zapytałem.
- Dobra jest ta, że niewielu o tym wie, oczywiście poza pomyleńcami z Twierdzy Andyjskiej – rzekła Krystyna.
- Co takiego jest w tej księdze, że wszyscy się jej boją, a jednocześnie jej pragną? – zapytałem.
- Już powiedzieliśmy – uśmiechnęła się Krystyna – zaklęcia. A właściwie formuły rozkazów wydawanych automatom obronnym, które zbudowali i użytkowali Atlantydzi… To jest coś w rodzaju leksykonu rozkazów i komend. Pewną jego odmianą są księgi „Ha-Zohar”. Stąd się wzięły bajeczki o potędze imion i o smokach. To właśnie między innymi smoki były takimi automatami, ale i nie tylko one…
- Jak to? – zapytałem zdumiony – smoki i co jeszcze…?
- Na przykład roboty złożone z pyłów zdalnie kierowanych, które mogłyby przemieszczać się w postaci na przykład chmury, a po przybyciu do punktu docelowego zamieniać się w narzędzie do wykonania określonej czynności. Czytaliście „Niezwyciężonego” Stanisława Lema? Jak myślicie, skąd on wziął pomysł rozumnej chmury? Właśnie z arabskich baśni z tysiąca i jednej nocy…
Przyznaję, że o tym nie pomyślałem i naraz wszystko zaczęło się układać w logiczną całość…
- Ale… No nie – Bertha zdębiała – przecież Atlantyda została zatopiona 12.000 lat temu!
- Ponad 20.000 lat – łagodnie sprostowała Krystyna – sto dwadzieścia wieków temu poszła na dno Poseidia, której resztkami są Azory.
- Muszę jechać do miasta na większe zakupy – powiedziałem – Bertha, ty zostaniesz tutaj i nikomu się nie pokazuj. Najlepiej niech wszyscy myślą, że cię nie ma. Wprawdzie zagrożenie zacznie się jutro, ale diabeł nie śpi. Podejrzewam, że nasza przyjaciółka zjawi się już dzisiaj i to w nocy. Oczywiście nie sama, tylko z całym komandem morderców.
Daniel skinął głową.- No to trzeba się przygotować do zabawy – mruknął wyciągając spod swetra szarego, dwudziestostrzałowego Glocka. Jego towarzyszka zrobiła to samo. Poszperałem w szufladzie i wyciągnąłem swoją ulubioną wojskową jedenastkę.
- Zawsze lubiłeś duże numery i formaty – Daniel uśmiechnął się szeroko – czterdziestka piątka?
Skinąłem głową.
- Ma to do siebie, że w przypadku trafienia w łeb odpada on wraz z płucami – powiedziałem z powagą.
- No to jesteśmy gotowi na przyjęcie gości – powiedziała Krystyna sprawdzając zapasowe magazynki – a zatem czekamy na orde de batalie

* * *


Plan był prosty – postanowiliśmy zaczekać na naszych nieprzyjaciół w domu Berthy. Liczyliśmy się z tym, że dojdzie do demolki, więc zawczasu przygotowaliśmy się do niej przez cały dzień znosząc co cenniejsze rzeczy do piwnicy. Obawialiśmy się tego, że przyleci tutaj całe komando morderców i może powtórzyć się historia z Tanis4 i dojdzie do strzelaniny, w czasie której może oberwać się sąsiadom Berthy. A to było coś, czego sobie absolutnie nie życzyliśmy. Tak więc zanocowaliśmy w jej domu. Przyjechaliśmy do niego pod osłoną nocy i zainstalowaliśmy się w pokojach nie zapalając światła. I czekaliśmy.
Bertha kręciła się po domu sprawiając wrażenie, że wszystko jest w porządku. Oczywiście była to szopka dla ewentualnego obserwatora. Mieliśmy nadzieję, że Andenkorps czy jak się to neohitlerowskie stowarzyszenie zawodowych morderców nazywało, nie użyje przeciwko Bercie jakichś pocisków rakietowych czy sterowanych bomb laserowych, a będzie chciało ją zlikwidować cicho i bez śladu.
Błękitny Ptak przyjechał punktualnie o wpół do czwartej. Opuściło go kilkoro pasażerów i napięcie sięgnęło szczytu. Po kilku minutach rozległ się dzwonek domofonu. Bertha blada jak śmierć na wakacjach podeszła do aparatu i wdusiła przycisk.
- Kto tam? – zapytała.
- To ja, Jo! – usłyszała w odpowiedzi wesoły kobiecy głos.
Skinąłem głową by ją wpuściła. Bertha przycisnęła drugi przycisk i podeszła do drzwi.
Po chwili otworzyły się i stanęła w nich przystojna trzydziestolatka w czarnym skórzanym płaszczu, puchatej czapce i eleganckich botkach. Trzymała w ręku niewielką walizeczkę, mała czarna torebka zwisała jej przez ramię.
- Bertha, kochanie – zawołała na jej widok – jak ty wyglądasz?
Objęła ją i pocałowała serdecznie w oba policzki, a potem wycisnęła jej na ustach gorący pocałunek. Nim zdążyłem cośkolwiek powiedzieć, za jej plecami zmaterializował się Daniel.
- Sorry kochanie – powiedział ciepłym głosem, poczym z najzimniejszą krwią i dużą wprawą zdzielił ją pałką w głowę. Jo osunęła się w jego ramiona tylko po to, by zostać skutą kajdankami i położoną na fotelu.
- Dobra robota – powiedziałem.
- Krysiu, zrewiduj ją – powiedział Daniel otwierając walizkę.
Krystyna zręcznie przeszukała jej kieszenie. Po chwili cicho gwizdnęła wyjmując z kabury na udzie niewielki pistolecik, niemiecki Liliput i płaski magazynek. Na jego widok Bertha zrobiła wielkie oczy.
Krystyna obejrzała go ze wszystkich stron. Powąchała wylot lufy.
- Wyczyszczony i naoliwiony – powiedziała.
- Czy ona miała to przy sobie kiedy się spotykaliście? – zapytałem.
Bertha była tak blada, że biała ściana wydawała się być przy niej rumieńcem.
- Nie, nigdy – powiedziała drżącym głosem – widziałam ją nieraz, jak się rozbierała, ale nie widziałam, by miała tą kaburę i w ogóle jakąś broń…
- OK., - rzekł Daniel – później ją będziemy obrabiać.
Powiedział to takim tonem, że poczułem gęsią skórkę. Widziałem niejedno, ale w głosie Daniela czuło się nienawiść do odwiecznego wroga – metodyczną, wyrafinowaną, zimną i stężoną jak paliwo do rakiet. Kończył rewidować walizkę. Wyjął z niej laptop. Położył go na stole i włączył. Ekran zajarzył się niebieskawym światłem.
- Wy filujcie, czy nie idą jej kumple – powiedział – a ja zobaczę, co ciekawego tam mamy.
I zabrał się za przeglądanie plików znajdujących się na dyskach i w folderach. Pogwizdywał przy tym niefrasobliwie jakąś piosenkę, ale to był pozór, bo był tak niespokojny jak kot przeskakujący nagrzany słońcem murek. Ruszyliśmy w stronę schodów wiodących na pięterko.

XI


Wyszedłem z Berthą na górkę, by mieć lepszy widok na ulicę i najbliższe otoczenie domu. Noc była pochmurna i dziwnie ciemna. Zbierało się na kolejną śnieżycę.
- Widzisz coś? – zapytała Bertha – bo ja nic.
- Zaraz tu będzie biała ciemność – powiedziałem wskazując jej na niebo czarne od chmur, które oświetlone lampami miejskimi emanowały ponure łuny tuż nad horyzontem. Idzie śnieżyca.
- Boję się Bob – szepnęła cicho i przytuliła się do mnie. Objąłem ją ramieniem, drżała ze strachu. Nie dziwiłem się jej.
- Nie bój się – pocałowałem jej włosy – ten koszmar wkrótce się skończy. Oni wiedzą, że się boisz i na to liczą, że cię to może załamać.Podniosła twarz do góry i oddała mi pocałunek w usta.
- A co będzie z Jo? – zapytała ze smutkiem w głosie.
- Trzy morderstwa to w tym stanie jest trzy razy dożywocie – wzruszyłem ramionami – nie wyjdzie z pudła do końca swego życia. W Teksasie byłby stryczek. Ale ty też będziesz musiała się ukrywać. Na razie u mnie, a potem się zobaczy. O ile wiem, to neonaziści nie odpuszczą, póki nie zabiją ciebie i nie zdobędą „Necronomiconu”…
- Straszne jest to wszystko – szepnęła cicho. Naraz jej oczy rozszerzyły się. – Spójrz tam!Jej ramię wskazywało na coś za oknem.
Odwróciłem się i spojrzałem po linii jej wzroku. Od strony pól podchodziło kilka sylwetek w białych ochronnych kombinezonach. Naliczyłem osiem sylwetek, a po chwili dołączyły do nich jeszcze dwie.
- Powiedz Danielowi, że już tu są – powiedziałem i popchnąłem ja w stronę schodów.
Bertha szybko zbiegła na dół i po chwili usłyszałem charakterystyczny trzask wystrzałów z automatów H&K, brzęk tłuczonego szkła i uderzenia pocisków o ściany.
- Nie strzelać – czekać! – rozległ się z dołu głos Daniela.
Zrozumiałem – czekał, aż Niemcy wystrzelają swoje magazynki, by potem wystrzelać ich jak kaczki. Nastąpiła przerwa w ostrzale i z zewnątrz rozległ się charakterystyczny trzask zmienianych magazynków.
- Teraz! – rozległ się głos Daniela.
Pchnąłem okiennicę i wypróżniłem magazynek celując do trzech Niemców stojących przy furtce wiodącej na pola. Jeden padł, pozostali znikli mi z pola widzenia, ale weszli w pole widzenia Daniela i Krystyny. Rozległy się dwa szybkie strzały.
- No i wyrównaliśmy szanse – oznajmiła Krystyna.
Ledwie ją słyszałem, tak dzwoniło mi w uszach od huku wystrzałów w zamkniętej przestrzeni.
Zrozumiałem różnicę pomiędzy nami a Europejczykami w sposobach prowadzenia walki. Nasi zasypywali przeciwnika gradem kul mając za sprzymierzeńca rachunek prawdopodobieństwa, Europejczycy strzelali pojedynczo, ale celnie. I to strzelali tak, by zabić. Wokół sylwetek leżących na śniegu czerwieniały kałuże krwi. Pozostali Niemcy wycofali się poza żywopłot w celu przegrupowania się.
- Jaki wynik? – zapytałem.
- Pięciu mniej – odpowiedziała Krystyna.
- No to została połowa – powiedział Daniel – ale straciliśmy atut zaskoczenia.
Zszedłem na dół. Od wybitych okien ziało chłodem, ostry zapach górskiego powietrza mieszał się ze smrodem spalonego kordytu. Od strony miasteczka słychać było jodłowanie policyjnych syren. Lada chwila mogli się tu znaleźć ludzie szeryfa. Albo federalni…
- Co z nimi? – zapytałem.
- Wygląda na to, że uciekają – stwierdziła Krystyna.

- Pogonimy ich? – zapytałem Daniela.
Pokręcił przecząco głową.
- Odradzam – powiedział zmieniając magazynek. – Jest ich pięciu, ale mają przewagę ognia. Te spluwy są dobre, ale na odległość do pięćdziesięciu jardów. Potem albo trafisz, albo nie. A oni ciebie mogą zawsze trafić z odległości cztero- czy nawet pięciokrotnie większej.
- No tak, Heckler & Koch… - mruknąłem skonfundowany.
- Yhm… - przytaknął Daniel.

Po kilku minutach przed domem zatrzymały się dwa samochody z których wysypali się ludzie uzbrojeni po zęby. Chłopaki ze SWAT. Na czele biegł Prendergast w nie dopiętej kamizelce z kevlaru.
- Gdzie oni są? – zapytał rozglądając się dookoła.
- Uciekli – odparłem – jest ich dziesięciu, z czego kilku unieszkodliwiliśmy – powiedziałem wskazując na plamy krwi na śniegu.
- W którą stronę? – zapytał znowu.
- W kierunku lasu – powiedziałem.
- No to możemy ich pocałować w dupę – Prendergast nie ukrywał wściekłości – w lesie ich nie znajdziemy. Jasno będzie dopiero około ósmej… No i idzie śnieżyca.
- Mają fart – warknąłem.
- Raczej przewidzieli problemy – odparł Prendergast. – Aha, macie gości specjalnych.
- Takich, jak kwadrans temu?
- Nie, ze specjalnego wydziału FBI – parsknął śmiechem – nie myślałem, że Archiwum X istnieje naprawdę…
Przed furtką zatrzymał się czarny samochód, z którego wysiadła para agentów specjalnych zaanonsowanych przez Prendergasta. Ona była szczupłą rudawą, niebieskooką blondynką, on wysokim szatynem. Podeszli do nas.
- Agenci specjalni Gardner i Archer, wydział dochodzeń specjalnych FBI – powiedział mężczyzna machając nam przed nosami legitymacją. Wyglądał bardzo sympatycznie, szczególnie w zestawieniu z Prendergastem, który przypominał buldożera. Bardzo wkurzonego buldożera.
- Miło mi – odparłem – nazywam się Daniels. Bob Daniels.
- Panie Prendergast – odezwała się Archer chłodnym tonem – zdaje się, że pańscy chłopcy ze SWAT mają panu coś do powiedzenia…
Zastępca szeryfa warknął coś pod nosem i poszedł do antyterrorystów.
Agentka Archer spojrzała na nas i jej wzrok spoczął na mnie.
- Czy kogoś zatrzymaliście? – zapytała.
Skinąłem głową twierdząco.

- Proszę za mną – powiedziałem kierując się do domu.
Ludzie ze SWAT zaczęli zwijać manatki i ładować się do samochodów. Coś mnie tknęło. Przekazałem agentów Danielowi i Krystynie, którzy zajęli się nimi, zaś sam podszedłem do Prendergasta.
- Co to za jedni? – skąd ich znasz? – zapytałem.
- To nie wasi znajomi? – Prendergast uniósł brwi – dzwonili do mnie, że jest strzelanina w Catsville i że zamierzają się tam udać… Powiedziałem im, że zabieram drużynę SWAT i jadę na rekonesans.
- Czyli ich nie znasz? – zapytałem ponownie.
- Nie, ale oni są z Waszyngtonu… - Prendergast zwołał swoich ludzi.
- Co zamierzasz zrobić? – zainteresowałem się jego dalszymi poczynaniami.
- Rano skoczymy w las i poszukamy śladów… - spojrzał naraz poza mnie i na jego twarzy odmalowało się niesamowite zdumienie.
Odwróciłem się i sam zdębiałem ze zdziwienia.

Nad lasem ukazała się łuna czerwonawego światła. Naraz w tą łunę podniosły się jasno świecące czerwone i białe światełka, których kontur przypominał odwróconą miskę z kopułą na wierzchu.
- Oh, bullshit – wyjąkał Prendergast – nigdy nie wierzyłem w istnienie UFO…
- No to teraz uwierzy pan z całą pewnością – usłyszeliśmy głos Daniela.
- Co to bierze? – zapytał Prendergast ważąc w ręku służbowego Colta.
- W Tunezji ludzie z UNACO rozwalili takie coś czterema rakietami klasy powietrze – powietrze – powiedział Daniel. – Niestety nie mamy tutaj tego zacnego sprzętu…

Tymczasem pojazd podniósł się i powoli odleciał w kierunku południowym.
- Co to jest UNACO? – zapytał Prendergast.
- Agenda ONZ do walki z przestępczością zorganizowaną. Sami młodzi ludzie. Pamiętam dowódcą tych, co nas wtedy uratowali była młoda dziewuszka – Daniel uśmiechnął się jakby do szczególnie miłego wspomnienia – miała na imię Mira. Ależ oni się tam bili, to było wręcz koncertowe!... Wytłukli te klony niemal co do nogi!
- Uciekli – mruknąłem rozczarowany. Wyobrażałem sobie raczej, że wydadzą nam walną bitwę, a oni postrzelali i dali dyla.
- Panie szeryfie – rozległ się głos agenta Gardnera – bierzemy waszą zatrzymaną do nas. To sprawa federalna.
- A bierz pan ją do diabła – mruknął Prendergast – niech mi tylko jutro dadzą na ją papier, i będzie wszystko OK.
Jo Kovalsky stała blada pomiędzy nimi. Miała skute ręce na plecach, agentka Archer niosła jej rzeczy.
- Życzę miłej podróży – powiedział Daniel ze swym uśmieszkiem i pomachał im ręką. – Nie podobają mi się – dodał szeptem po chwili.
- No to mamy ich z głowy – powiedziałem – możemy trąbić odbój.
Prendergast także wsiadł do samochodu i nie żegnając się z nikim odjechał.
Zostaliśmy wreszcie sami.

XII

- A zatem co zrobimy z tak cudownie rozpoczętym dniem? – zapytała Krystyna. – Idziemy spać czy pogadamy przy kawie do świtu?

Spojrzałem na zegarek – dochodziła szósta rano. W powietrzu zawirowały pierwsze płaty śniegu i po chwili świat za oknem znikł z białych tumanach. Cały czas odnosiłem wrażenie, że coś mi tutaj nie pasowało. Coś się nie zgadzało, ale mój zaczadzony potężną dawką adrenaliny umysł nie potrafił jeszcze zanalizować wypadków, których stałem się uczestnikiem.
- Proszę zróbcie kawę – poprosiłem – a my tymczasem wstawimy prowizoryczne okna.
Mury domu Berthy wytrzymały ostrzał, ale okna wyleciały od gradu pocisków i trzeba było wstawić nowe szyby i zakleić dziury w ścianach, a potem zamalować je. A jak na razie zaklejaliśmy okna płachtami folii ogrodniczej, którą znaleźliśmy w piwnicy. Ta praca i porządkowanie całego bałaganu powstałego wskutek ataku zajęła nam całe przedpołudnie. Potem poszliśmy na lunch do miejscowej knajpy i zamówiliśmy szklarza. Cały czas pilnowaliśmy się – Niemcy mogli obserwować nas z ukrycia i uderzyć w najmniej spodziewanym momencie.
Ale do wieczora obeszło się bez wydarzeń.

Na noc zabrałem całe towarzystwo do siebie. Daniel z Krystyną poszli od razu spać, Bertha poszła do mojej sypialni, a ja rozłożyłem wersalkę w salonie, pościeliłem sobie kładąc moją jedenastkę pod poduchę i poszedłem pod prysznic. Słyszałem jak Bertha krząta się na górce i idzie do swego pokoju. Otworzyłem wodę i po chwili masowałem całe ciało pod ciepłymi strumykami. Naraz usłyszałem, jak otwierają się drzwi łazienki i ktoś wszedł do środka. Podstawiłem twarz pod sitko prysznica i zmyłem pianę z szamponu z oczu.

- Pozwolisz? – usłyszałem głos Berthy.
Odwróciłem się. Stała zupełnie naga, oparta o framugę drzwi do kabiny prysznicowej. Na jej wargach igrał zagadkowy uśmiech, półprzymknięte oczy taksowały mnie uważnie, ale pełne, krągłe piersi falowały w takt oddechu. Usta otworzyły się zapraszająco. Stanęła przede mną dotykając mnie tymi ślicznymi piersiami. Cofnąłem się o krok.
- Chodź – powiedziałem wprost. – dobrze, że jesteś, umyjesz mi plecy.
Stanęła w brodziku i strumyki ciepłej wody chlusnęły na jej twarz i włosy. Woda spłynęła kaskadą pomiędzy jej piersiami i rozlała się po brzuszku i wygolonym podbrzuszu. Uśmiechnęła się i znowu podstawiła twarz pod strumyki.
- Ładna jesteś – powiedziałem z uznaniem. – Mogłabyś robić za modelkę.
- Kiedyś nią byłam, a i tobie też nic nie brakuje – znów otaksowała mnie wzrokiem.- Dziękuję – powiedziałem.
- No to odwróć się – zakomenderowała sięgając po pojemnik z żelem pod prysznic. Posłusznie odwróciłem się, a ona zakręciła wodę i zaczęła smarować mnie chłodną, pachnącą galaretą. To było bardzo przyjemne. Wysmarowała mi plecy, pośladki i nogi. Na koniec wcisnęła mi pojemnik do ręki.
- Teraz ty – powiedziała gorącym szeptem.
Starając się dotykać ją jak najdelikatniej wysmarowałem jej plecy i zgrabną pupcię. Przyklęknąłem i oboma rękami, kolistymi ruchami wysmarowałem jej uda i podudzia. Odwróciła się, a ja delikatnie smarowałem jej piersi i brzuszek.
Zamruczała rozkosznie. Sięgnęła po pojemnik i równie delikatnie wysmarowała mnie. Poczułem jak robi mi się gorąco.
- Chyba przydałby się mi zimny prysznic – szepnąłem.
- Mnie też – powiedziała cicho zarzucając mi ręce na szyję i po chwili nasze usta połączyły się w gorącym i namiętnym pocałunku. Przylgnęła do mnie całym ciałem, a ja objąłem ją mocno. Jej prawa ręka opadła na kurek i ciepłe strumienie wody opadły na nas zmywając żel z naszych ciał.
- Chyba zwariowałam – szepnęła – zakochałam się w tobie...
- Hmmm… trochę ci się dziwię – odpowiedziałem – myślałem, że jesteś…
- …lesbą? – zapytała i uśmiechnęła się – nie, nie jestem. I nigdy nią nie byłam.
Uniosłem pytająco brwi.
Zamilkliśmy oboje.
Wyszliśmy spod prysznica i wytarliśmy się nawzajem wielkimi ręcznikami. Położyłem się do pachnącej pościeli. Bertha usiadła w nogach wersalki owinięta ręcznikiem, już się nie uśmiechała, a jej oczy były poważne. Poczułem jak moje podniecenie opada i myśli znów stają się jasne i precyzyjne. Ale jednocześnie poczułem, że coś mnie wiąże z nią i że nie jest to tylko ochota na seks. Teraz, kiedy opadł jej strach, to stała się wreszcie sobą – wesołą, uroczą, miłą i sympatyczną kobietą. Nie to, co Cathy, wiecznie marudząca, wiecznie niezadowolona…
- Nie chcę dzisiaj spać sama – powiedziała stanowczo. – I już nigdy więcej.
- No to na co czekasz? – zapytałem. – Miejsca jest dosyć dla nas dwojga.
Położyła się obok mnie. Uniosłem się na łokciu patrząc w jej twarz.
- Pytaj – zachęciła mnie.
- Skąd wiesz, że chcę cię o coś zapytać?

- To się wyczuwa – odrzekła – no dobrze. Nie nazywam się Rheintfeld, to jest nazwisko mojego byłego. Nazywam się Mac McLaughlin. Zostawiłam sobie nazwisko Arona tylko dlatego, że lepiej brzmi w sferach biznesowych. I nie Bertha, tylko Roberta. Roberta Mac McLaughlin.
Na moment mnie zatkało. Czym jeszcze dziś zaskoczy mnie ta kobieta?
- Ano tak! – klepnąłem się w czoło – Aron Rheintfeld & Co.
- No właśnie – Roberta uśmiechnęła się niewesoło – to Co. to właśnie ja. Na początku było nam bosko, a potem on coraz później był w domu… Okazało się, że ma romans z dwudziestodwuletnią sekretarką. Ale o tym dowiedziałam się jak zwykle w takich przypadkach jako ostatnia. Kiedy przysłał mi do podpisania papiery rozwodowe.
- I potem zjawiła się Jo Kovalsky? – zapytałem.
- Nie, powiedziałam sobie, że już nigdy nie zrani mnie żaden mężczyzna. I zwróciłam się do trzech dziewczyn, które szukały czwartej – tak zostałam wiosenną różą
- I jak ci było z nimi?
Uśmiechnęła się.
- Cudownie. Początkowo oczywiście miałam opory, a potem… - sam wiesz. No men around. No dicks, no boys. I faktycznie tak było. Bawiłyśmy się wspaniale. Żadnych bachorów, żadnych zobowiązań, żadnych durnowatych facetów, którym w głowie tylko kasa, alkohol i seks – dokładnie w tej kolejności. Byłyśmy młode, piękne i niezależne. I za to chyba ludzie tak nienawidzą lesbijek. Za niezależność. Spotykałyśmy się parami, dojeżdżałyśmy pociągami. To nie zwraca specjalnej uwagi – stąd takie trudności w śledztwie. To obróciło się przeciwko nam…

Westchnęła. Objąłem ją ramieniem, a ona przytuliła się do mnie. Miło znów było poczuć przy sobie ciepłą, pachnącą obecność kobiety…

- I co było dalej?

- A dalej już wiesz. Sielanka trwała dwa lata, a potem znalazłyśmy te cholerne księgi i sprowadziłyśmy sobie na kark tą Kovalsky…
- I zaczęły się kłopoty?
- Yhm, i zaczęły się kłopoty… - westchnęła. – A potem zjawiłeś się ty…

XIII


Pogłaskałem ją po policzku. Rzuciłem kolejne polano do kominka i położyłem się obok niej.
- Chcę ci coś zaproponować – powiedziała cicho – i nie musisz mi odpowiadać od razu.
- Słucham – odpowiedziałem przeczuwając słowa, które zaraz padną.

Wzięła głęboki oddech, jakby miała skoczyć do lodowato zimnej i głębokiej wody.

- Oboje jesteśmy sami. Ja potrzebuję mężczyzny, a ty kobiety. Po co mamy dalej szukać, skoro już się znaleźliśmy? Ja chcę cię mieć, po prostu potrzebuję kogoś takiego jak ty. Chcę kogoś kochać i ty chyba też. Będę dobrą żoną. Przeżyłam zdradę i wiem, jak ona strasznie boli. Dlatego cię nie skrzywdzę. Myślę, że to jest uczciwa propozycja.

- Tak postawiona sprawa wymaga przemyślenia – powiedziałem – ale… masz rację. To, co powiedziałaś brzmi rozsądnie, więc się zgadzam.
- Naprawdę? – upewniła się.
- Naprawdę Bertie – pocałowałem ją, a ona przylgnęła do mnie mocno całym ciałem.

Poczułem jaka jest gładka i ciepła. Zapragnąłem jej, jak żadnej innej kobiety w życiu. I naraz ogarnął nas jakiś szał. Nasze usta przywarły do siebie w namiętnym pocałunku. Moje dłonie znalazły jej piersi i zaczęły je delikatnie dotykać, zrazu wokół sutek i różowych aureolek. Pieściłem je dłońmi i ustami coraz intensywniej, a ona podniosła się i usiadła na moim udzie ocierając się gorącą i coraz bardziej wilgotną muszelką. Nasze oddechy przyspieszyły. Jej piersi z nabrzmiałymi sutkami falowały w ich rytmie. Odchyliła głowę do tyłu i z jej gardła wydobył się cichy jęk rozkoszy. Rozgrzewaliśmy się oboje – Bertie położyła się na mnie i poczułem, jak wchłania mnie jej gorące, wilgotne wnętrze. Usiadła na moich biodrach wpuszczając mnie do środka. Po chwili zaczęła poruszać biodrami, a szybki oddech przeszedł w spazmatyczne łkanie.
Znowu położyła się na mnie, a ja rozchyliłem językiem jej wargi. Otworzyła swe usta wpuszczając go coraz głębiej. Potem ja zrobiłem to samo. Usiadła pieszcząc moją pierś i delikatnie ssąc i przygryzając sutki. Jej biodra były nieruchome, a ja pragnąłem, by nimi poruszyła. Uśmiechnęła się i pieściła wargami mój tors, szyję, usta, policzki…

A potem ruszyła biodrami – powoli, zmysłowo. Ujęła moje dłonie i docisnęła je do pościeli. Jej piersi delikatnie ocierały się sutkami o moje futerko. W ciepłym półmroku widziałem jej twarz, na której rozlewała się gorąca łuna schodząca ku szyi i piersiom. Znowu ze świszczącym łkaniem wciągała i wypuszczała powietrze, a jej biodra wirowały w bachicznym tańcu rozkoszy upajającym jak wino. Naraz przycisnęła mocno swe łono do mojego i poczułem, jak gorący sok wypełnia jej muszelkę i miesza się z moim. Jej ciało zwiotczało i rozścieliło się na mnie. Oddechy nam się uspokajały. Patrzyłem jak w jej oczach odbijają się płomienie na kominku.

- Jak na pierwszy raz, było bosko – szepnęła. – Tak dawno nie kochałam się z mężczyzną, najwyższy czas to sobie przypomnieć.

- Nie musisz – odpowiedziałem – byłaś cudowna.
Uśmiechnęliśmy się do siebie, a potem zamknęliśmy oczy i oboje osunęliśmy się w ciepłą, słodką otchłań wspólnego szczęśliwego snu.


* * *

Obudził mnie brzęczyk telefonu. Nie otwierając oczu podniosłem komórkę do ucha.

- Słucham – warknąłem.
- Bob!? – usłyszałem głos Stanley’a – jesteś tam? Obudź się wreszcie!
- Co się stało? – wybełkotałem patrząc na zegarek. Było wpół do siódmej – Znowu jakiś truposz w pociągu?
- Nie, znacznie gorzej – w głosie Stanley’a drgało zdenerwowanie – znaleziono tych dwoje agentów specjalnych FBI.
- Znaleziono? – zdumienie odebrało mi na moment głos – jak to znaleziono? Co się z nimi stało?
- Dwie godziny temu znalazła ich załoga pługa śnieżnego przy drugiej serpentynie na północnym stoku Dry Pine Mountain. Przy zjeździe do Devil’s Dale… dwie mile od Elevens Hut. Siedzieli w samochodzie, a każde z nich dostało po kulce w głowę. Ludzie z FBI szaleją. Policaje też!

Otrzeźwiałem do reszty. Roberta też się obudziła i patrzyła na mnie ze skoncentrowanym zainteresowaniem.
- Co tam się stało? – zapytałem. – I co do diabła starego oni tam w ogóle robili na tym zadupiu?
- Zostali zastrzeleni – Stanley zapalił papierosa i dmuchnął w mikrofon dymem – i to z tej samej broni, z której zginęły tamte dziewczyny…
- A co z tą całą Kovalsky?
- Znikła. Pilnujcie się dobrze, bo może was odwiedzić.

- Dzięki za ostrzeżenie – rzekłem. – A tak już by the way, to przestałem się dziwić, że to pieprzone 9/11 miało u nas miejsce. Jak dwoje agentów specjalnych nie jest w stanie dowieźć do miejsca przeznaczenia jednej kobiety skutej jak baleron, to…
- Ja też, bye – mruknął Stanley i rozłączył się.Pocałowałem Robertę i wstałem. Zerwała się za mną.
- Uciekła? – bardziej stwierdziła, niż zapytała.
Skinąłem głową w odpowiedzi.

- No i jak tu się nie dziwić temu, że KGB hulało tutaj w czasie Zimnej Wojny jak na swoim podwórku?
- Najgorsze jest to, że ta morderczyni jest znów na wolności – mruknąłem. – Ona w jakiś sposób przypomina mi Milady z „Trzech muszkieterów”…
- Na d’Artagnana to ty jakoś nie wyglądasz – zaśmiała się.
- Ale ty możesz w każdej chwili zostać Konstancją Bonacieux – odciąłem się – jesteś ładniejsza od niej.

Zaczerwieniła się.

- Nic z tego, jedziemy na tym samym wózku – rzekłem. – One for all – all for one! – zaśpiewałem.
- Tutaj na razie jestem w miarę bezpieczna – powiedziała – jesteś ty, Krystyna i Daniel. A wiesz co?
- No???

- Zrobię śniadanie, a potem obejrzymy sobie tego „Necronomicona”. Jedziemy do Dry Pine!
- OK. – powiedziałem – idę robić kanapki, a ty parz kawę.
Zanim skończyliśmy jeść, zadzwonił telefon. To był Jason z redakcji JHO.
- Bob! – usłyszałem – co z twoim materiałem, za dwa dni rewizja numeru!

- Dostaniesz go dzisiaj po południu, prześlę ci to emailem – odparłem.

- OK. – odpowiedział – a słyszałeś o tej zabójczyni?
- Uciekła – odpowiedziałem.
- No, w pewnym sensie tak – Jason zrobił dramatyczną przerwę – właśnie znaleziono jej zwłoki w odległości pół mili od Devil’s Saddle. Jacyś narciarze czy turyści. Mary już tam pojechała… I wiesz co? Zwłoki są tak zmasakrowane, jakby ktoś zrzucił je z wielkiej wysokości. Wyobrażasz to sobie?
Zapewniłem go, że sobie tego nie wyobrażam.
- No i na sam koniec, wyobraź sobie, że ludzie z Pine Creek widzieli UFO!
Pine Creek było przysiółkiem leżącym trzy mile na północ od Diabelskiej Przełęczy. Wszystko stało się jasne.

Podziękowałem Jasonowi i włączyłem laptopa.
- Wybaczcie, ale mam robotę – powiedziałem ze skruchą – Bertie, jedź z nimi, OK.?
- OK. – powiedziała i zabrała się z domu.
Zostałem sam i zabrałem się za pisanie sążnistego artykułu.

Wrócili po czterech godzinach. Roberta położyła na stoliku dużą brązową torbę. Otworzyła ją i wyjęła foliał in quarto oprawiony w skórzane okładki, bez śladów żadnych tłoczeń czy złoceń. Daniel otworzył ja na stronie tytułowej i gwizdnął.
- Co to takiego? – zapytałem, bo wyczuwałem sensację.
Przez chwilę wertował księgę i powrócił na stronę tytułową.
- Wiecie, co to jest? – zapytał – powiem wam. To jest „Necronomicon”, ale w przekładzie Olausa Wormiusa, o którym pisze Lovecraft! Jest wcześniejszy o 10 lat od przekładu dr Dee! Tylko spójrzcie! – wykrzyknął wskazując coś u dołu karty.
Spojrzeliśmy – pisało tam:
CASSOVIA – MDXCVI


- Co to znaczy? – zapytały unisono obie kobiety.
- To jest węgierskie wydanie – odrzekł Daniel – wydrukowane w słowackich Koszycach w 1596 roku!

- No, a co jest w nim dziwnego? – zapytałem.

Daniel złapał się za głowę.

- No nie! – jęknął z udawaną zgrozą – nie rozumiesz, że jest ono pełne? I co więcej…

Otworzył księgę na następnej stronie. Teraz zauważyłem, co było w tym osobliwego – była to bilingwa. Lewa strona była pokryta wersami zapisanymi po arabsku, zaś na prawej znajdował się przekład po łacinie. Zrozumiałem wagę tego odkrycia.
- Teraz można będzie zrobić wreszcie pełny przekład „Necronomiconu” i poznać jego prawdziwą treść i możliwości, które się w jego treści kryją. Neonaziści i neokomuniści, którzy wyemigrowali z Rosji do Twierdzy Andyjskiej, też chcą go dostać, ale nie dostaną.
- Kim są ci neokomuniści? – zapytałem zaintrygowany do ostatnich granic.
- To byli pracownicy GRU i KGB wyrzuceni z roboty po puczu Kriuczkowa – Janajewa – Pugo w sierpniu 1991 roku. Zmienili sobie pana – z czerwonego na brunatnego. Nasza nieżyjąca już przyjaciółka pani Kovalsky była właśnie taką agentką. Naprawdę nazywała się Tatiana Izotowa i była porucznikiem KGB, która po 1991 roku wyjechała do Polski, potem – po uzyskaniu polskiego obywatelstwa – już jako Józefina Kowalska vel Jo Kovalsky wyjechała do Wielkiej Brytanii, a potem do USA. Miała zastrzelić Robertę i upozorować, jej samobójstwo. W laptopie znajdował się list pożegnalny, w którym Roberta przyznawała się do tych zbrodni – oczywiście na tle miłosnym… Oczywiście miała zabrać „Necronomicon” i przekazać go do Twierdzy Andyjskiej.
- Skąd to wiesz? – zapytałem zdumiony.
- Powiedzmy że z pewnych źródeł – powiedział robiąc do mnie oko – od naszych przyjaciół spod dziewiętnastki. My też nie spaliśmy w nocy…

Pożegnanie było krótkie, bo Daniel i Krystyna musieli odlecieć na Florydę. Potężny helikopter uniósł się w powietrze i odleciał w kierunku południowo-wschodnim.
W naszej gazecie ukazał się mój artykuł w którym streściłem to, co nas spotkało, specjalnie eksponując wątek przeklętej księgi, którą rzekomo przekazaliśmy władzom. I mieliśmy to na razie z głowy.
Ale do czasu…

*

1 Tak Amerykanie określają wydarzenia związane z atakiem na budynki Word Trade Center i Pentagon.

2 Została ona opisana w ostatnim rozdziale powieści „Zagubieni w Europie”.

3 Wikipedia.

4 Zaginione Miasto, w którym znajdowała się m.in. Biblioteka Aleksandryjska i wiele innych ciekawych artefaktów. Miasto to liczyło sobie 50.000 lat. Historia ta została opisana w „Zagubieni w Europie”.

***

17 komentarzy:

  1. Kapelusza spiczastego uchylam, bo stworzyłeś, AiR, klimat niezwyczajny, trochę z kryminału lat 60., który bardzo lubię, trochę technotrillerowy, i trochę... kominkowo-domowy. Unikat, co się zowie! Do takiej lektury pysznie idą w sukurs pierniki lukrowane i herbata po PRL-owsku (czarna, a szklance z koszyczkiem lub spodkiem plus plaster cytryny - u mnie codzienność!).
    A tak piszesz tych bohaterów, że nie da się ich nie lubić!
    Gości Lwów ujętych unikalnym stylem autora, a także tych, którzy czują się niedostatecznie ufortyfikowani przeciw pneumokokom, zachęcam do wypraw na blog AiR: Bractwo Zielonego Smoka.
    Odkąd tam się wyprawiam, ni koklusz, ni bronchit nie podszedł pod mój gród.

    A jeśli mowa o sztuce erotyzowania (nieoczywistej, niełatwej), to GODNY rekomendacji jest blog - magiczny, niepowtarzalny - Black Swan, który lada moment otworzy swoje podwoje w dziale Blogi Zaprzyjaźnione - podobnie jak baśniowo złocąco-krzepiący blog Wyobraźni Świat (Skalnego Kwiatu, który nas uraczył ostatnio wybornymi piernikami).
    Póki co, tajne furtki do obydwu blogów można sobie uchylić w artykule "W poszukiwaniu herezji".
    A warto! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojej, wielkie dzięki za dobre słowo... Mam nadzieję, że innym naszym Czytelnikom moje bełkociny też się podobały... ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dalszy ciąg historii wkrótce będzie dostępny w Bractwie Zielonego Smoka. Autor na pewno da nam znać, kiedy to nastąpi. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. No no no.... i jeszcze w o w...klimacik faktycznie niesamowity :-)
    AiR chylę czoła przed Mistrzem >:/ i czekam na ciąg dalszy!

    A Autor niech nie czaruje tutaj innych czytelników, bo jeszcze gotowi uwierzyć w te słowa :D ... ale dziękuje za zaproszenie i czekam na tę Przyjaźń Bloggerową :**
    Hi hi i zapraszam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  6. Zawsze zaczynam lekturę od oceny długości opowiadania. :) Tu pomyślałam, że odpadnę od ściany przy trzecim rozdziale. Nic z tego, przeczytałam wszystko jednym tchem. Bomba!!!.
    Tak trochę Alisterowato i te polskie akcenty. Jestem pod ogromnym wrażeniem jakbym przed chwilą wyszła z kina, obrazowość, napięcie, tajemniczość, groza. AUTORZE. Wielkie dzięki!!!
    Re-Eunice

    OdpowiedzUsuń
  7. I już nie boisz się pneumokoków? ;)
    Re-Eunice, od dawna znam Cię z przenikliwości oceny. Widzisz więcej niż niejeden, i niewiele przegapiasz. Czytelnik co się zowie. Lwy mają fart, że Cię tu mają.
    100 punktów za "alisterowatość", tak za określeniem, jak za skojarzenie. Też je miałem przy lekturze.
    A ci co mnie znają bliżej (no, tacy, co to mnie mogą widzieć w szlafroku i w papilotach), to wiedzą, że Alistair MacLean jest moim Królem.
    Kiedy trafiam u kogoś na te klimaty, to mam święto. :)
    Tak, polskie akcenty świetne, ale klimat robią też zwroty "amerykańskie". To przypomina mi lekturę Holmesa lub "Winnetou". Saluty i basta.

    OdpowiedzUsuń
  8. Dzięki za dobre słowo wszystkim moim Czytelnikom. Aż mnie zarumieniło... Moja następna powieść (a właściwie kontynuacja poprzedniej i też erotyczny techno-thriller) już leci na Zielonym Smoku i jest zatytułowana "Wysoka północ".

    OdpowiedzUsuń
  9. A niech to...intryga godna Alistaira MacLeana:)
    Chyle czola na dad pomyslowoscia. Co prawda wolalbym, zeby zswloki byly porabane na kawalki, no ale to tylko takie zawodowe narzekania:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Dr Seth - dzięki za dobre słowo. Przepraszam, ale jestem estetą i nie przepadam za krwawymi widokami, chociaż... Czasami też kogoś masakruję (w moich powieściach oczywiście). :)))

    OdpowiedzUsuń
  11. A mnie się właśnie erotyzowanie podobało...

    OdpowiedzUsuń
  12. Jakkolwiek nie jestem specem od erotyzowania - nawet w filmach działa mi na nerwy okołoczaszkowe, w prozie tym bardziej - to z ręką na sercu powiem, że w utworach AiR erotyzowanie jest najlepsze, jakie kiedykolwiek u kogoś czytałem. Czysta radość życia!!

    OdpowiedzUsuń
  13. Ewo, tym bardziej zachęcam do zapoznania się z Bractwem Zielonego Smoka. :)
    Bohaterowie są mi już bliscy, jakbym dzielił z nimi wszystkie wyzwania. Całe mnóstwo wyzwań...

    OdpowiedzUsuń
  14. Dziękuję za wszystkie opinie, aż się zarumieniłem, jak gęś w piekarniku... :)

    OdpowiedzUsuń
  15. No, no, ostrożnie, jeszcze Cię na stół wigilijny wniosą. ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. No, to byłaby baaaaaaaaardzo tłusta gęś! :)))

    OdpowiedzUsuń
  17. Eee, nie kokietuj, nie kokietuj! ;)

    OdpowiedzUsuń