wtorek, 13 grudnia 2011

Sztorm przed ukojeniem

Nie wiem, dlaczego święta poprzedzają sztormy. W każdym razie u mnie tak jest. Jest kilka dni do świąt i nagle okazuje się, że wciąż nawał spraw do załatwienia wisi nade mną i rodziną jak taki opadający obłok z kadmu i ołowiu... Jeszcze 100 komnat do uprzątnięcia, 100 zakupów do wykonania, zakup choinki, dekoracje, przystrajanie, życzenia, telefony, prezenty...
Nikomu nie trzeba chyba mówić, jak czasochłonne jest samo pakowanie prezentów.
Jakieś dwa lata temu zwołałem sztab i zarządziłem, że w na te święta sztormu nie będzie, uprzedzimy uderzenie wroga, wykonamy czynności przedświąteczne wcześniej.
Oczywiście nie udało się. Przecież nikt nie ma aż tyle wolnego czasu, jest praca i inne sprawy. Niewielu może też wydać w dwa-trzy dni grubą kwotę franków gwinejskich czy kwanz angolskich. Trzeba czynić zakupy na miarę nadchodzących wypłat.
No i nie wypada ubierać świerku w połowie września, mimo wszystko.
Tak, plan się nie powiódł. Planowałem już w Wigilię oglądać z synem Kubusia Puchatka i inne świąteczne filmy, a tymczasem przyszło mi ubierać choinkę i rozwieszać lampki na drzwiach tarasowych.
Mimo tego krachu strategicznego - a może tym bardziej właśnie - w zeszłym roku ogłosiłem ten sam plan. Oczywiście spalił na panewce jak taka sylwestrowa rakieta z syczuańskiego bazaru.
Co prawda mały progres był, owszem. Ale nie taki, co zapobiegłby sztormom i chaosowi; wielbłądziej bieganinie w celu załatwienia spraw.
No i chorych było trochę w domostwie na święta.
Więc w tym roku plan jest ten sam. Aby uniknąć chaosu i chorób.
I jest chyba szansa na sukces. Większość prezentów elfy już wyprodukowały.
A i po drzewo igielne pójdę dziś czy jutro. A nie dwa dni przed Wigilią, jak rok temu.
Tak, póki co, sztab domowy jest całkiem kontent. Kontrolujemy kurs tego okrętu, a sztormu nie widać.
Póki co.

Zapraszam do kolejnej świątecznej historii Gości. Tym razem nasza mistrzyni ironii obyczajowej, Ewa Anhedonia Łokuciejewska.

Nadesłała: Ewa Łokuciejewska
Jadąc na święta, czyli świąteczna rozmowa

Jedziemy sobie przez zmrożony kraj, klimatyzacja cicho szemrze i szemrze radio. Jedziemy długo i szybko, by zdążyć na Wigilię.
- Przełącz, do jasnej cholery, bo się porzygam.
- Co zrobisz?
- Się zwymiotuję… Lepiej?
- Dziecko śpi z tyłu… Opanuj się. Są Święta.

- No właśnie! Czy zawsze muszą puszczać ten shit?

- On bardzo dobrze śpiewa, przecież…

- No, dajże spokój!

- Nie lubisz go, bo jest gejem. Homofob!

Wskazówka prędkościomierza wzrosła do 160. Czy wszyscy faceci tak reagują?

- To nie ma nic do rzeczy - wycedził przez zęby. - Ileż razy można słuchać „Last, k… Christmas”?

Dla podkreślenia uderzył otwartymi dłońmi o kierownicę. Samochodem lekko zabujało - już jechaliśmy 170/h.

- Przestań kląć, do cholery. Zwolnij! Chcesz nas pozabijać w Wigilię?

- Nie przesadzaj, jest pusto i mróz tylko…

-Zwolnij natychmiast, bo inaczej wysiadam… - wysyczałam całkiem spokojnie.

Na to zawsze reagował. Zwolnił i zmienił pas.

- On nie jest homo tylko bi! – uśmiechnęłam się szelmowsko.

- Bi bi bi bi , bi bi!- zaśpiewał sobie na znaną wszystkim kibicom nutę i dla podkreślenia efektu, dwa razy nacisnął na klakson.

- Zdurniałeś? Ktoś się przestraszy… Dziecko obudzisz!

- No co? Święta są…

- Właśnie…

- Przełączysz, czy nie?

Drapał się podczas jazdy po różnych częściach ciała, gwizdał, podśpiewywał, pił gorącą kawę z papierowego kubka, jadł batony, ustawiał nawigację, odbierał esemesy. I wysyłał, a jakże! Ale radio przełączałam ja! Jednym palcem, najmniejszym.
Tradycja taka, rodzinna. Wcisnęłam czwórkę, a tam? …

“Last Christmas
I gave you my heart
But the very next day
you gave it away
This year
To save me from tears
I'll give it to someone special”

- Przełączysz, czy nie? Bo ja wysiadam! W biegu…
- Przecież przełączam! Moja wina, że to jest wszędzie?
- Jasna cholera, by to wzięła!
- Miałeś nie kląć. Dziecko śpi…
Walczyłam z radiem przeskakując czeskie stacje. Czy Czesi zawsze muszą się lepiej ustawić? Z wiatrem historii?
- A wiesz, że słyszałam TO po niemiecku? „Ist Weihnacht…!”- zaśpiewałam niepewnie.

Niepewność nie dotyczyła moich umiejętności wokalnych, a raczej była to obawa o życie. W końcu facet potrafi prowadzić jedną ręką, a ja siedzę obok… Zazielenił się tylko świątecznie, ale wyczuł prowokację i wypuścił parę uszami. Jechaliśmy teraz bez podkładu muzycznego, bo znudziły mnie czeskie podróbki.

- To już nie ma polskich kolęd? – odezwał się wreszcie. - Jak to tam leciało? „Jezus maluteńki”.

- Malusieńki…

- No… „Jezus maluuusieńki”! - zawył niemiłosiernie.

- To już wolę „Przybieżeli”… W twoim wykonaniu…

- No! Albo „Przybieżeli do Betlejem pasteeerzee!

- Błagam… Dziecko…

- No, ale sama powiedz? - ściszył ton. - Nie ma polskich kolęd? A ta, no… „Cicha noc”.

- Jest niemiecka… - napomniałam, wciskając kolejne guziki.

- No co ty?

- Jak polską Bozię kocham…

Na siódemce nie było Wham. Był Chris Rea. Moje „ulubione”.

“I'm driving home for Christmas
Oh, I can't wait to see those faces
I'm driving home for Christmas, yea
Well I'm moving down that line
And it's been so long
But I will be there
I sing this song
To pass the time away
Driving in my car
Driving home for Christmas”

- No i czemu zmieniłaś?
- Bo tego nie cierpię… - powiedziałam powoli i bardzo spokojnie.
- Ale czemu? To takie o nas? Nie?
- No… Szczególnie to „Yeah…”
-
No co? Facet jedzie do rodziny… Ten z tyłu za nim na światłach też…
-
No masz… Wzruszyłam się. Utożsamił się z podmiotem lirycznym…
-
A z kim mam się utożsamiać? Z Józefem, co szukał gospody? Czy „W żłobie leży”?
-
Lepiej w żłobie, niż w Mc Donalds…
-
Daj spokój… „Kawałeczek smycka, jako rękawicka?”
-
No to ma być po polsku, czy nie?
-
Po polsku, po polsku , ale niekoniecznie ”pobieży”, ”Ach, ubogi żłobie, cóż ja widzę w tobie”, „żłóbeczek”, „Baraneczek”, „W Betlejem, nie bardzo podłym mieście”- co to w ogóle jest?
-
Staropolszczyzna, misiu, staropolszczyzna… I po staropolsku ci powiem – Zwolnijże! Bo ci… „Moc struchleję” i „niebo zgoreję”, albo po śląsku, po prostu „piznę…”
-
Dobra. Już dobra… - zdjął nieco nogę z gazu. - „Otwórz źródło swej pociechy…”
-
Cicho… Dziecko śpi…
-
Nie śpię! - odezwało się zaspane z tyłu. - Co mama ma zrobić?
-
Nic takiego. Śpij sobie jeszcze, bo znowu będzie ci niedobrze.
-
Nie bądź taka skromna… - popatrzył na mnie lubieżnie z ukosa. - A ty śpij.- zerknął do tyłu przez lusterko. - Najdłuższy wieczór przed nami.
-
No… Zaraz będzie widać gwiazdki.
-
Tak! Tak! Gwiazdki!
-
To ja puszczę CD, dobra?
I popłynął sobie miękko, w rytm silnika i mijanych wiosek
...
- Stary dobry Preisner…

15 komentarzy:

  1. Uśmiałem się serdecznie, tym bardziej, że w połowie lektury usłyszałem z radia... co?
    No oczywiście, że "Last Christmas". :)
    Na szczęście całkiem lubię tę piosenkę. No i dopiero pierwszy raz usłyszałem w tym roku. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja natomiast bardzo często słucham radia i już od listopada męczą ludzi tą piosenką:-)
    Pani Ewo, uwielbiam to, co Pani pisze. Wspaniały, lekki styl, czyta się znakomicie.
    Uśmiałam się.
    A tak na marginesie, ciągle wracam do Pani "Warana" i za każdym razem uśmieję się jak cholera!

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję bardzo! Z życia wzięte-osobistego.Te same klimaty lubimy-ONO...

    OdpowiedzUsuń
  4. Też nie znoszę "TEJ PIOSENKI". Ukłony. :-)
    Re-Eunice

    OdpowiedzUsuń
  5. Piosenka jest symbolem świąt, podobnie jak Kevin.:) A tekst zabawny :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Plan wydaje się idealny: spokojna Wigilia, wszystko dopięte na ostatni guzik dużo wcześniej... Ale raczej faktycznie trudne do wykonania :D Jak wcześnie człowiek by się nie zabrał za swiateczne przygotowania, to chyba ciężko uniknąć świątecznej krzątaniny w Wigilię, w której swoją drogą tkwi niesamowity urok... :))

    OdpowiedzUsuń
  7. Tak, coś w tym jest - potem tym bardziej oczarowuje ten spokój i wyzwolenie z prac, kiedy się już zaczyna świętować. :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Pani Ewo! Usmialem sie ironicznie i niecnie. Az dziw, ze do tego wypadku jednak nie doszlo, bo gdybym to ja siedzial na miejscu kierowcy, juz jednorazowe wysluchanie tej piosenki doprowadzilo do gwaltownego skretu kierownica w lewo i pasazerom ucielo by glowy...

    OdpowiedzUsuń
  9. Dr Seth - Pan ma zakaz słuchania radia.
    Do 31 grudnia... 2012.

    OdpowiedzUsuń
  10. Drogi Panie Panie Autorze i Pani Ewo. W domu prewencyjnie slucham wylacznie radiostacji japonskich i rosyjskich, gdzie owegoz paskudzkdztwa nie nadaja, natomiast w samochodzie ku pokzrzepieniu leci Enya. Dzieki temu i kierowca i pasazerowie sa bezpieczni...

    OdpowiedzUsuń
  11. Enyę popieramy wszelkimi środkami, w tym artylerią i kawalerią.
    Dorzuciłbym jeszcze Cohena.
    I Zembatego. :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Zembaty odpada bo nie znosze chrypliwych plagiatow w obcym jezykiu i ze znieksztalconym tekstem. Samochod z pewnoscia wyladowalby na drzewie. Natomiast Cohena kocham:)

    OdpowiedzUsuń
  13. Podobno jakiś Bubl'e jest fajny na święta.

    OdpowiedzUsuń