czwartek, 26 stycznia 2012

Acta est fabula

Acta est fabula - rzekł Oktawian August, co znaczy Sztuka jest skończona. Co miał na myśli Oktawian, przyznam, nie wiem. Może właśnie kończyło się przedstawienie teatralne, a on szturchał śpiących sąsiadów z loży.
A może sztuka tak go zawiodła, że mówiąc surowo a złowróżbnie Acta est fabula zapowiadał zdjęcie tej sztuki z afisza, a może i ukrzyżowanie aktorów.
Ja w każdym razie powiem: sztuka kłamstw i manipulacji jest skończona. Gdybym był Oktawianem czy Pompejuszem, powiedziałbym to po rzymsku, bo wszak słowo acta ma u swoją specyficzną wymowę, zważywszy obecne okoliczności.
Orwellowski cień wydłuża się od dawna, zabiegi grup wysoce władczych usiłują coraz bardziej i bardziej ogłupić i kontrolować masę ludową. To właśnie w tym celu stworzono między innymi mikrochipy, których możemy doczekać w każdej chwili. Sęk uwierający biodro tudzież inny punkt grupy wysoce władczej stanowi Internet. Albowiem w Internecie ma masa ludowa dostęp do wiedzy nie preparowanej (w każdym razie na pewno w jakiejś istotnej części nie) na potrzeby ciągnących za sznurki, dzwonki i wszelkie dzyndzoły (mój syn jest specjalistą od słowa dzyndzoł i udziela telefonicznych wyjaśnień). Tych od sznurków i dzyndzołów marszczy to i fałduje, i roluje, bo nie leży w ich interesie, by prawda o matactwach wszelkich korporacji, instytucji i głów koronowanych była objawiana masom. Z pewnością nikt operujący dzyndzołami nie przymknie oczu na to, że źródło internetowe będzie uświadamiać ludzi, że wysokodochodowy lek o nazwie chimerohydroharpioleviatanol powoduje raka, podczas gdy pestki moreli go zwalczają.
Zbyt wiele dzyndzołów znajduje się w rękach korporantów farmaceutycznych.
I tak zrodziła się idea ACTA. Nie muszę rozpisywać się, czym jest i co oznacza owa machina kontroli i manipulacji, jeśli nic jej nie zatrzyma na drodze do ustanowienia. Dość powiedzieć, że jest to kolejny, a nie ostatni pomysł ludzi z dzyndzołami do stłamszenia czegoś, co daje się zauważyć od dawna, a w ostatnich kilku latach wyraźnie przyspieszyło.
Przebudzenia.
Otóż ludzkie umysły i serca budzą się z letargu zimowego (zdarzają się zimy, co 3000 lat trwają i słabo wtedy z truskawkami na wiosnę), poszukując odpowiedzi, a przede wszystkim - prawdy.
Prawdy o rzeczywistości.
Zastanawia ten pośpiech polskiego rządu do wlepiania przypisanej mu masie ludowej tych wszystkich dobrodziejstw... Najpierw GMO (odrzucone na przykład we Francji i Niemczech), teraz ACTA. Hmmm.
W każdym razie mamy to przebudzenie.
I to już jest zjawisko niepowstrzymane, choć należy czuwać i działać, bo dzyndzoły nie spoczną. Jeśli jeszcze nie głosowaliście przeciw dzyndzołom... to jest: przeciw ACTA, szybko wzuwajcie internetowe butki i biegnijcie ku linkom, podstronom, podpisać swoim nazwiskiem bardzo prawe NIE.
Ja już to zrobiłem. A ponieważ patrzę, obserwuję i widzę, jak w Polsce popularna jest wolność i jak niepopularne zaufanie do rządów, to jeszcze raz z ufnością powtórzę:
Acta est fabula!

A żeby nie zostawić Was, drodzy Goście w silnym napięciu psychicznym lubo psychotronicznym - co mogłoby objawiać się nerwowym rzucaniem oczami wokoło w celu zlokalizowania dzyndzołów - zapraszam do prawdziwie sielankowej lektury.
I nie myślcie, że ja sam ciągnę za dzyndzoły.

Słupnicy odłamek piętnasty

Wszystko, co zostało z centurii Młotów, mężnie poszło w jego ślady. Czyli pozbawiony prawego ramienia starzec, na przemian to pochlipujący, to pobekujący koźlęco dla odwagi.
Euforyk z radosną pieśnią na ustach ruszył centurii naprzeciw. Dzielny Rumgart otrzymał tak potężny cios, że jego kręgosłup wychynął przez krwawą wyrwę w ciele niczym jaszczur wypłoszony z jaskini.
Mimo tej strasznej sceny ostatni z Młotów wzniósł swą jedyną pięść do pozbawionego raczej szans na polot ataku. Kaskada krwi spłynęła z ostrza topora, które odrąbało nie tylko ramię, ale i zaskoczoną szybkością manewru głowę Młota. Korpus pozbawiony głowy usiłował niezdarnie oddalić się na bezpieczny dystans (wobec rozsierdzenia moich synów nie gwarantowałaby takiego nawet Mauretania), lecz Euforyk rozsiekał go bez politowania i cierpliwości.
- To skandal! - wykrzyknął oburzony Ryżowski, który doszedł już do siebie po uderzeniu latającą stopą w twarz. - Gdzie jest dyrekcja!
Opieszalski znów podniósł na mnie oczy. Nie emanowały zrozumieniem sytuacji. Ani opanowaniem edukatora podziemnego.
- Proszę ich odciągnąć - wybełkotał.
Westchnąłem ciężko i rozłożyłem dłonie w papieskim geście dobroduszności.
- Rozumiem pańskie rozterki, panie dyrektorze - wyrzekłem szczerze. - Jeśli jednak moich synów nie zatrzymała krotoszyńska drużyna rugby, to ja nie będę próbował. Są w transie. No cóż, przyznaję, poniosło ich trochę. Teraz zatrzymać może ich tylko... - zastanowiłem się - jakaś trzymetrowa istota, ważąca dwie albo i trzy tony, obudowana płytami ołowianymi, rażąca prądem i gazem, miotająca sieci i żel, no i odpowiednio szybka. Co najmniej jak pantera,
- Ależ... - Dyrektor zatrząsł się niczym kropidło i nawet zrosił potem moje sfatygowane ubranie. - Tu jest rzeź... i masarnia... A kolega... pokpiwa?!
- Jestem śmiertelnie poważny - zapewniłem. - Mogę tylko zaproponować ewakuację, może jest tu jakiś tajny szyb dla wyższych oficerów? Wie pan, szefie, tych, co to w kotle porzucają swoich żołnierzy i czmychają zajęczo.
Z ust Opieszalskiego wytoczyła się piana.
Wyraźnie potrzebował rutinoscorbinu i herbaty z dziewięćsiłu.
- Szaleństwo... Szaleństwo... - Dyrektor ze zgrozą przyjrzał się wprawnie wyciętej z ciała miednicy, która właśnie wylądowała u jego stóp. - Proszę oddać mi telefon! - zażądał. - Muszę wezwać policję! I karabinierów. Z Sycylii - dodał już chyba trochę w zamroczeniu.
A ponieważ był zamroczony, przyskoczyłem do stołu i porwałem zeń wafel Princessa. Dyrektor odebrał Princessę z mojej dłoni, wystukał na niej numer i zaczął domagać się w i d z e n i a .z .k o m a n d o r e m.
Nie najlepiej już było z szefem placówki. Chyba i na dziewięćsił za późno.
Nie podałem mu komórki z tej oczywistej przyczyny, że tak, jak byłem skłonny wezwać policję - a nawet karabinierów z Sycylii - na pomoc słupnikom Arakorna, tak zupełnie nie miałem zamiaru ściągać jej przeciw moim synom.
Szkoda by zresztą było tych policjantów. Gdy w mieście znika policja, rodzi się anarchia. Szyby sklepowe są tłuczone, alkohol i telewizory rabowane, a górnicy poszukują masażystów.
Pokręciłem głową z dezaprobata, po czym niezwykle błyskawicznym duszkiem - całkiem olimpijskim duszkiem - wypiłem całą zawartość butelki, którą świsnąłem ze stołu zaraz po Princessie.
Pomogło. Zacząłem wierzyć, że dyrektor Opieszalski sam sobie i innym zgotował masarski los.
Stołowa nie pierwszy raz wsparła mnie na linii działań.
Zwróciłem się do szefa wyraźnie weselszym tonem:
- No, panie dyrektorze! - Pokręciłem z dezaprobatą głową. - Pan traci fason w obliczu bitwy! Ja pana nie poznaję. Jest pan inny niż tam, w gabinecie, gdy rozmawialiśmy o słoniach pancernych. W ogóle jest pan innym niż pan z obrazu w gabinecie tam, u pana...
- Ja na obrazie? - spytał półprzytomnie Opieszalski, cudem unikając trafienia przelatującą dwunastnicą twarz. - To nie ja... To kapitan "Sołdka". Proszę nie mówić do mnie, rozmawiam z komandorem policji.
Tymczasem zwarte szeregi Rozszarpywaczy pod wodzą centuriona Trefnisia runęły z impetem na Gwyndelfa, który wywijał toporem w zawziętym milczeniu. Zdesperowana elita słupników liczyła zapewne, że tego rodzaju gromadny atak pozwoli przebić się do wyjścia przynajmniej niektórym. Nie docenili jednak siły i szybkości wrogiego ramienia. Topór ze świstem przeciął powietrze - z którego to świstu nie są topory aż tak bardzo znane - po czym odjęte jednym cięciem głowy odskoczyły od centurii niczym porzeczki z potrząsanego krzewu.
- Litości! - wrzasnął cudem ocalały Trefniś, cofając się chwiejnie o pół kroku.
W praktycznym słowniku Gwyndelfa brakowało tego rodzaju słów. Dało mu to jednak do myślenia. Szczerze zdumiony uniósł brwi i uderzył obuchem broni lekko, jakby od niechcenia, w pierś nieszczęśnika. Dało się słyszeć nieprzyjemny dla ucha trzask. Centurion osunął się z kogucim gdakaniem na ustach. Jego ciało sprawiało wrażenie, jakby z ogromnym impetem uderzyło w słup sieci trakcyjnej. Staruszek skonał w mękach, zanim jeszcze Gwyndelf powrócił, by go dobić, co uczynił przypomniawszy sobie instrukcję Jeńcy to tylko kłopoty.
- Proszę coś zrobić! - Dyrektor Opieszalski uczepił się kurczowo mego ramienia. - Proszę coś ZZROBIDŹ!!
Podrapałem się za uchem, zafrasowany nieoczekiwanym rozdwojeniem szefa szkoły. Tak, widziałem go podwójnie, przy czym jeden się na mnie uwieszał, a drugi kucał kaczęco nieopodal. Uznałem, że dialog z tym drugim nie ma już celu.
- Czy jest sens? - spytałem, siląc się na wolne i wyraźne wymawianie słów, co było o tyle trudne, że właśnie w tym momencie w moim wnętrzu zdetonowała się bomba jądrowa, którą ktoś chytrze nazwał wódką Stołową. - Większość pańskiego personsollu, to jest... personelu, panie dyrektorze, została, cóż, rozczłonkowana. W każdym razie Spiżowa Serpentyna będzie musiała poczekać z premierą Lisa i Kozła... - odetchnąłem odprężony.
Wybuch jądrowy najwyraźniej ma w sobie coś odprężającego. W każdym razie ten inicjowany natychmiastowym opróżnieniem półlitrowej butelki Stołowej. Odprężyłem się, uznawszy, że w zaistniałej sytuacji nie warto już było popadać w lament i trwogę. Edukatorzy Opieszalskiego zagrali w ryzykowną grę. Dziś kładli głowy na pieńkach.
Wolałem skupić myśli na epickim poświęceniu dwóch chłopców, które udowadniało wzruszającą miłość synowską.
- Proszę wypić dziewięćsił - wymamrotałem do dyrektora.
- Pan nas oszukał - zabulgotał. - Pan jest cyniczny i zły. Pan jest Belzebubem!
Skrzywiłem się z niesmakiem.
- Doprawdy, szefie... Powinien pan przegrupować oddziały i zrzucić konnicę ze wzgórza... Chyba nie chce pan skończyć jak Napoleon? I ten... Hannibal w Andach?... Po utracie doborowych centurii słupników reszta pańskich formacji znalazła się, cóż, w kiepskim położeniu... A może boczniaki nie odmówią wsparcia? I czy się pan aby nie czepia?
Sam się uczepiłem - teraz ja dyrektora - który roztroił się nagle, ale chwyciłem właściwego.
Ledwo złapawszy równowagę, Opieszalski stężał na chwilę, jakby jego twarz i ciało oblekła żelatyna. A potem nieoczekiwanie wybuchnął perlistym śmiechem.
- No i - ciągnąłem, cokolwiek zdezorientowany tak radością, jak ilością dyrektorów Opieszalskich - czy kolega Wyssak nie jest przypadkiem czarnoksiężnikiem czechosłowackim?
Dyrektor zagryzł abonidowo spuchnięte wargi i spojrzał na mnie przytomnymi, choć dziwnie błyszczącymi oczami. Ja również spoważniałem i wbiłem weń surowy, sędziowski wzrok.
- Kolego dyrektorze, ja to muszę wiedzieć... Czy to pan jest Pysiem?
Przez moment milczał, nie zdejmując ze mnie spojrzenia. Wreszcie nabrał powietrza i rzekł z determinacją:
- Tak. Jestem Pysiem. I Czubatkiem. Ale to dla innej...
Pokiwałem głową i nieco życzliwszym tonem upewniłem się:
- I sprofanował pan terytorium Erytrei?
- Owszem. Szczególnie region Danakil.
- Zatem wskaźnik, mapa i...?
- Maska rysia.
- Rysia?
- I bobra. Do wanny.
- Hmm. A zatem list napisała...
- Pani Ścierpło.
- Rozumiem - skwitowałem sucho. Wszystko było jasne.
Rzeczywiście wybicie centurii stanowiło właściwie ostateczne (gdyby ktokolwiek wierzył w nie przedtem) pogrzebanie szans na militarny sukces uczestników otrzęsin. Opór sprowadzał się do odosobnionych incydentów, choć te nie były pozbawione heroizmu i obserwowałem je życzliwie.
Zawsze obserwowałem świat życzliwie po Stołowej.
Wyjąca wniebogłosy pani Ścierpło, widząc zagładę Rozszarpywaczy, chwyciła naprędce wskaźnik do map i rzuciła się z desperacją na Gwyndelfa. Wyraźnie zamierzała użyć owego przyrządu jako włóczni. Zrobiło to na mnie wrażenie, a spotęgował je fakt, że tuż przed atakiem zgrabnonoga nauczycielka wydobyła z torebki maskę cietrzewia, co nadało jej wojowniczy wygląd.
Włócznikiem była jednak marnym. Choć wskaźnik był masywny i obiecywał dębową solidność, Gwyndelf niedbale sparował go trzonkiem topora jak jakąś żyłkę wędkarską. Srogo ukarał też odważną nauczycielkę geografii. Pozbawiona dłoni, stóp i wskaźnika, odesłana została w tył stanowczym pchnięciem. To rzuciło ją na mapę, wprost na Małopolskę, która uległa zdewastowaniu.
W każdym razie urocza nauczycielka skończyła żywot jako wskaźnik.
Dyrektor zaś, którego było już pięciu, znów przechodził kryzys:
- Proszę ich zatrzymać! - zapłakał, co było nieco wzruszające. - Arkanem pochwycić lub siecią rybacką z Wejherowa...
- Skąd? - zdumiałem się odruchowo.
- Z Wieliczki.
[...]



19 komentarzy:

  1. Nic dodać ni ująć ... sztuka jest skończona

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam nadzieję, że to wszystko obróci się przeciwko imbecylom, którzy to wszystko spowodowali. Jestem zawiedziony tymi złodziejskimi rządami.

    OdpowiedzUsuń
  3. Z Wejherowa..hi hi, to koło mnie...
    Ciekawe, czy ktoś podjąłby się sfilmowania słupników :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak łatwo Internetu nie oddamy :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja to ja: w fajnych rewirach mieszkasz, znam je. :)
    AiR, HappyHolic: dzięki Internetowi wiedza o machlojach tego świata szeroko się rozeszła. Myślę, że już nic nie zatrzyma tej fali...

    OdpowiedzUsuń
  6. Fajne osoby mieszkają w fajnych rewirach :p

    OdpowiedzUsuń
  7. Fajne osoby mieszkają w fajnych rewirach :p

    OdpowiedzUsuń
  8. No tak myślałem. :) A konkretnie? Bo ja tam krążyłem kiedyś... ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Najpiękniejsze miasteczko w Polsce, Lębork :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Dobrze, zaliczamy tę rekomendację. Byłem w Lęborku i chyba gdzieś tam zjadłem obiad. Gdzie można zjeść obiad w Lęborku?

    OdpowiedzUsuń
  11. Ty uważaj, co mówisz!

    I kogo zapraszasz. ;-p

    OdpowiedzUsuń
  12. No dobrze, że choć Twoja kuchnia coś oferuje turystom. :)

    OdpowiedzUsuń
  13. A ile lat temu byłeś? Bo może niektórych jadłodajni już nie być:)

    OdpowiedzUsuń
  14. Hm, to był... 2004 lub 2005. Ale najlepsze obiadki były jednak w Wejherowie na rynku. Dewolaje w sosie kurkowym, mmm...

    OdpowiedzUsuń
  15. Łeee, to dawno, to nie wiem. Na pewno nie u mnie...
    Ja jednak zrobiłabym lepsze dewolaje, no i ma się rozumieć, pyszniejszy sosik hi hi :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń