piątek, 13 stycznia 2012

Powrót do piwnic

Tak. Wracamy do piwnic, gdzie sprawa słupników wciąż jeszcze nie jest do końca rozwiązana. W zasadzie jestem w trudnym położeniu; na zegarku 2.00 w nocy, a kot Lila, która to Lila obejrzała ze mną w skupieniu horror, daje mi znaki, że czeka przy poduszce i że już pora.
No, pora całkiem późna, to i prawda.
Co więcej, na stoliczku nocnym zalega mi pasmo kordylierskie lektury: UFO i CZAS oraz UFO i KOSMOS Roberta Leśniakiewicza, Anhedonia Ewy Łokuciejewskiej, Mój Auschwitz Bartoszewskiego Władysława, Kariery w półmroku - hitlerowskie elity po 1945 Norberta Frei, Z Poznania na Zachód - przeżyć na tyłach wroga Wilhelma Berlemanna, PRL w klimacie absurdu, Mały Książę Antoine de Saint-Exupery, no i 25 ksiąg Tytusa, Romka i A'tomka...
Spory to zwał i brwi marszczę nad swoją niefrasobliwością - bo daję się kotu namówić na horror, a tu czytać trzeba, czytać.
No cóż, trochę to potrwa. W zasadzie już powinienem dać susa do łóżka i sięgnąć po jedną z książek, lecz trzeba jeszcze zejść do tych piwnic. I zjeść kilka lodowych snickersów.
Snickersami się nie podzielę, ale do piwnic serdecznie zaproszę.
Zejdźmy w nie zatem...

Słupnicy - odłamek dwunasty

- No cóż - chrząknął matematyk. - Dobre aktorstwo zawsze zasieje ziarno, a w tym przypadku z ziaren pszenicy wyrosły nam wierzby rosochate... A propos... Przyzna pan, kolego Turbulent, że pomysł z bobem był niezgorszy!
Przyznałem. I bezradnie spojrzałem na dyrektora, który wciąż nie mógł uwierzyć, jaki to naiwny byłem.
- Wędrujące huby, opadające sklepienie, wycieczka do Malborka - wyliczał ożywiony - no i ta mumifikacja Skorupca... Pan w to wszystko uwierzył! - cieszył się jak dziecko.
- Uwierzyłem - przytaknąłem skruszony. - Ale to było genialnie obmyślone. I bardzo przekonujące.
- To prawda - Opieszalski klepnął mnie w ramię serdecznie. - Następnym razem to pan będzie Arakornem; nadaje się pan z tą skłonnością do górnolotnych słów i czynów... I skąd panu, kolego nasz, wpadł do głowy ten Swen Widłobrody?
Mimo woli roześmiałem się. Z wolna wracał mi rezon, a krępujące poczucie sromoty i upokorzenia odchodziło.
- Chciałem zagiąć rebelię. Hm, jak opowiem o tym żonie...
Dyrektor wyszczerzył zęby.
- Z pewnością tylko pogratuluje panu tak własnej postawy, jak pozyskania pracy w gronie tak twórczych umysłów jak nasze. Zrobi pyszny obiad i jeszcze na chińskie kulki zaprosi.
Wokół rozległ się śmiech, a ja oblekłem się pąsem, który podobno wyginął pod butami sufrażystek.
- Na co? - wykrztusiłem.
- Chińskie kulki - mrugnął okiem mój szef.
- Te... do... no...
- Chińskie kulki. Kolorowe, plastikowe, w basenie dla dzieci. 5 złotych za godzinę.
- Ach, te kulki - odetchnąłem.
- Jest nowa moda w mieście, być może kolega słyszał - uśmiechnął się Wyssak, który nieprzerwanie trzymał się blisko i mimo zagadywania innych, strzygł ku nam uszami. - Dorośli w ramach wicu i odreagowania chodzą nie na kręgle czy go galerii sztuki, a do kulek właśnie. Jest to w dobrym tonie i podczas harców i nurków w kulkach, zawiera się poważne umowy i traktaty.
- Rozumiem...
- W gruncie rzeczy nie czuje się pan chyba rozczarowany? - dyrektor przeszył mnie wzrokiem. - Zanosiło się na trupy! Choć muszę przyznać, że szlachetny z kolegi człowiek. Bo na przykład jeden polonista, chyba Wartburzec mu było, rzeczywiście chciał torturować buntowników! Aż mnie ciarki przeszły, gdy zażądał, aby powiesić Arakorna na haku z miedzi, "na dobry początek pojednania". Gdy poznał prawdę, nie mógł tego przeboleć. Znienawidził nas. Kiedy wybiegał ze szkoły, rozbił łokciem reflektor w jednej z chińskich ciężarówek, tak był wzburzony.
- Ale tam wisi tabliczka informująca, że reflektor rozbił Mao-Tse-Tung serią z pepeszy - zauważyłem zaskoczony.
- Hmm... Jakieś niedopatrzenie - chrząknął Opieszalski. - Tak, ten Wartburzec do dziś dzwoni z pogróżkami, tak jest zawiedziony... A nawet... - sięgnął do kieszeni w marynarce. - Dziś rano przysłał anonim. Może pani przeczyta - zwrócił się z uśmiechem do pani Gwalbertyn - bo gdzieś zawieruszyłem moje binokle... Chyba w kuchni.
Nauczycielka odebrała list z jego rąk i zaczęła czytać głośno:
- "Ciągle jestem jeszcze pod wrażeniem, Pysiu, bo byłeś taki inny, zaskakujący w brytyjskich pończochach i peruce, ale niepotrzebnie ciągnąłeś mnie za włosy, wybieraj: brytyjskie maniery czy mongolska dominacja... A jeśli chodzi o eksperymenty ze wskaźnikiem geograficznym, na tej mapie Erytrei, co ją pode mną rozłożyłeś, to..."
- Zaraz! - krzyknął dyrektor, po czym gwałtownie wydarł list z dłoni oszołomionej pani Gwalbertyn. - To nie ten list, chwileczkę... - Pomrukując niedźwiedzio, sięgnął do drugiej kieszeni i wyjął z niej czarną z kolei kopertę. - No właśnie, proszę... A tamten świstek... Ot, powygłupia się taki uczeń i jeszcze podrzuci - zaśmiał się nerwowo.
- Pewnie Przegubik i Sanosik - pospieszył ze wsparciem Wyssak, choć zdawało mi się, że w kąciku ust jawił mu się kpiący uśmiech.
- Tak, Przegubik i Sanosik...
Pani Gwalbertyn z pewną nieśmiałością rozwinęła zwitek listu i dopiero, gdy upewniła się, że nie jest to kolejna wiadomość dla "Pysia", odczytała wyraźnie:

WY TCHÓRZE I ZDRAJCY, ZGINIECIE WSZYSCY PODCZAS SNU PRZED WIELKANOCĄ.
CZARNY PERNANDEZ.

- Sam pan widzi. - Dyrektor przygładził z namaszczeniem fioletowy krawat. - To straszne, jak ludzie łakną zbrodni i przywilejów egzekutora. Lecz dzięki tym, jak to pan zręcznie ujął, otrzęsinom, wiemy przynajmniej, co za persony ku nam ciągną i czynimy przesiew. Taką selekcję. Ktokolwiek przejdzie - to tylko szlachetny, elastyczny edukator, nigdy zaś faszyzujący rzeźnik. Cieszy nas, że prawy z pana człowiek, drogi kolego, bo u nas nie krzywdzi się nawet kucharki. A byłoby za co! - znów podskoczył ożywiony.
- A głowa kozła na drzwiach? - spytałem przytomnie.
Opieszalski zaklaskał z uznaniem.
- Brawo! Brawo! Ale w rzeczywistości to atrapa.
- Atrapa?
- Owszem. Rekwizyt z naszego teatru. Uczniowie z IIIc wykonali go do sztuki "Lis i kozieł". Do przedstawienia nie doszło, bo ciężko zachorował odtwórca lisa, chyba nawet odcięli mu wszystkie stopy. No, ale łeb się przydał. Co z tym szampanem! - odwrócił się do polonistki.
Podniosłem się z fotela, bo zbliżył się do mnie profesor Ciociosan.
- Otóż i sam Arakorn! - zażartowałem i ja w końcu.
Filozof uśmiechnął się łagodnie i spojrzał na mnie z wyraźną sympatią.
- Wie pan - rzekł z namysłem - niektórzy mogliby orzec, że jest pan człowiekiem bardzo naiwnym... Groteskowo naiwnym, może infantylnym wręcz.
- Hm...
- Dla mnie jednak fakt, że uwierzył pan w te wszystkie rzeczy, świadczy nie o blokadzie pańskiego umysłu, ale o jego chłonnej poznania swobodzie, a nawet: o przestrzennej tegoż umysłu swawoli.
- O swawoli? - chrząknąłem z satysfakcją.
- Zgadza się, o swawoli, której naturalnie nie należy w tym wypadku mylić z rozpasaniem. Zastanawiam się tylko - zawiesił na mnie badawczy wzrok - czy pan aby się trochę nie p o t u r b o w a ł emocjonalnie...
- To znaczy? - przygasłem nieco.
- Widziałem pańskie reakcje. Pan był szarpany okolicznościami, kąsany przez nie jak przez piranie, obrywany z ramion... - Odruchowo spojrzałem po swoich rękach. - Proszę mi szczerze odpowiedzieć... Czy miał pan zamiar ukatrupić mnie bądź innego słupnika?
Zwycięsko przetrzymałem świdrujący wzrok filozofa.
- Skądże. Gdzieś w głębi duszy czułem, że to jest gra... Uderzyłem przecież pana obuchem, panie profesorze.
- Taak - przyznał z ociąganiem. - Uderzył mnie pan obuchem. - Zastanawiał się przez chwilę, podczas gdy wokół formowano długi stół z ław i wnoszono poczęstunek. - Widzi pan, kolego Turbulent, to ja jeden mam pewne wątpliwości co do tej całej mistyfikacji... Czy to nie za duże ryzyko. Dla wszystkich.
- No co też pan, profesorze! - zaprotestował czujnie Wyssak. - Kolega Turbulent bardzo dobrze się bawił, a swoją postawą pobił poprzedników na głowę! Zabawa i hart, ot i wszystko... My się bawimy, a nowy członek kadry podlega hartowaniu. To profity nie do przecenienia... - Obejrzał się za siebie. - Panie Ryżowski, jest jeszcze śliwowica?
Bełkotliwy gulgot był raczej odpowiedzią przeczącą.
- Trochę umiaru, proszę państwa! - zaśmiał się gromko Opieszalski. - Bo zaraz idziemy na prawdziwe lekcje!
Ciociosan westchnął:
- Może to i prawda... To tylko zabawa, a ja jestem za stary na rolę Arakorna...
- Ależ skąd! - zaprzeczyłem żywo. - Jest pan urodzonym Arakornem.
- Myśli pan? Aramis Brzęczydło też tak uważa. Jest moim wielbicielem, uwierzy pan? Przesyła mi regularnie listy, bombonierki i klasery ze znaczkami czechosłowackimi. Tylko czy można wierzyć Brzęczydle po tym, zrobił ze sobą w "Skanalizowanym"? Przecież cały film zagrał pijany, a ostanie pół godziny to nawet nieprzytomny; podnoszono mu powieki i wargi żyłkami wędkarskimi, Andrzej Zydorowicz podkładał mu głos. Albo Zimoch...
Ciociosan westchnął w rozterce i oddalił się. Zaraz też doskoczyła do niego cokolwiek urażona pani Gwalbertyn, zwracając uwagę, że Aramis Brzęczydło nie pił, tylko z pełnym zaangażowaniem grał w ściekach i gazach, że został zaczadzony, zagazowany i że okazał poświęcenie godne wszelkich statuetek. Zresztą wciąż jest w komie.
Wolnym krokiem zbliżył się do mnie staruszek, który nazywał się Bulbus i był specjalistą od kosarzy.
- Joachim Bulbus - nazwisko prawdziwe - przewodniczący Miejskiej Półlegii Weteranów II Wojny. Walczył pod Arnhem - przedstawił go Opieszalski. - Czy może pod Kokenhausen?...
- O - przywitałem się z szacunkiem. - Jestem pod wrażeniem i...
- W zasadzie to walczyłem pod Krotoszynem - sprecyzował uczciwie Bulbus. - Rzuciłem jabłkiem w ciężarówkę esesmanów, zresztą niecelnie. Trafiłem cukiernika. Ale i tak aresztowali mnie za ruch oporu.
- Ach, tak... Gniewa się pan za jedynkę?
- Za jedynkę nie. Ale z tą czeremchą to pan przesadził - rzekł z łagodnym wyrzutem. Po czym tak nastroszył brwi, że zdały mi się zrywającymi się do ucieczki borsukami.
- Możliwe - uśmiechnąłem się odprężony. Powiodłem wokół niemalże uszczęśliwionym wzrokiem. Otaczali mnie niezwykli, serdeczni i życzliwi ludzie. Nie było żadnych powodów, by się dłużej czymkolwiek frapować. - Jesteście, drodzy państwo, wspaniali. Doprawdy, cieszę się, że trafiłem do tej właśnie szkoły!
[cdn]

7 komentarzy:

  1. Skandal!żeby podrzucać karteczki o treści tak ..och, jak można :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, w końcu dyrektor nie mógłby chyba... brytyjskie peruki... i ta mapa...? Niee, niemożliwe.

    OdpowiedzUsuń
  3. Taka osobistość, to niemożliwością jest, a poza tym wiadomo, funkcja zobowiązuje, więc na pewnie by nie mógł :p

    OdpowiedzUsuń
  4. Bo z mapą Erytrei to już szczyt wyuzdania byłby. Rozumiałbym Słowację czy Słowenię... Ale Erytrea? Hm.

    OdpowiedzUsuń