wtorek, 21 lutego 2012

Epicka opowieść o wojnie z grypą III

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz spędziłem urodzinowy dzień bez słodyczy, ale, zdaje się, było to dobre 600 lat temu, gdzieś w okolicach Kamieńca Podolskiego. W każdym razie ostatnia niedziela, 19 lutego, też minęła mi bez sacharydy, a nawet ksylitolu. Co więcej, jako, że okazała się dniem urodzinowym dość samotnym (najbardziej samotnym od 600 lat, mniej więcej), to obyło się też bez tortu z bukietem świeczek i kolorowych czapeczek z gumkami, które podrzynają gardła.
Tych czapeczek to nawet szkoda, bo trochę uroku jednak wnoszą, przynajmniej dopóki gardło je jeszcze znosi.
Przyznam jednak, że z tej i owej flanki trochę słodkich darów trochę mi jednak wpadło. Niesłychanie zaskoczył mnie doktor Seth, od którego otrzymałem 14 snickersów lodowych. Tak jest.Nie 4, nie 7. 14.
Czy dr Seth czyha na moją trzustkę? Czy chce ją opylić? Wymienić na części do dacii?
Prezent ten jest niejako granatem przeciwpancernym wrzuconym w zamrażarkę, tak radosnym, jak kłopotliwym, jako, że od 6 tygodni w mojej diecie nie ma nie tylko mięsa, ale kawy i cukru.
Do kawy wrócę, jak sobie obiecałem, ze specjalnej tylko okazji. To jest: pierwszą kawę wypiję z kimś specjalnym, kto będzie skłonny ją ze mną wypić.
Na przykład da Vinci, Marek Aureliusz albo Juliette Binoche.
A jeśli ten ktoś specjalny nie będzie pił kawy, tylko zieloną herbatę z japońskich filiżanek?
Tym zdrowiej. Bruce Lee kawy nie pił, bo sprawności organizmu nie wspomaga ona aż tak bardzo, jak to się wydaje.
Co do cukru... Tu biała flaga jest nie tylko pewna. Ona jest uroczyście ogłoszona na dni świąteczne, które krok po kroku się zbliżają. Jest całkiem prawdopodobne, że 14 snickersów od dr Setha wystarczy tylko na pół godziny. Potem głód sacharydowy rzuci Lwami do Lidla, gdzie mrożą się pokaźne zapasy federalne tych rarytasów.
Z cukrem dobrze walczyć - bo to organiczny wróg nr 1 i surowy niszczyciel. Ale dobrze też przegrać od czasu do czasu, bo to przyjemność nr 1 i organiczna endorfina.
Więc w Wielkanoc poddam wszystkie forty.
Póki co jednak cukru, kofeiny i mięsa w moim organizmie nie ma... zatem grypy się nie boję.
Podobnie jak mężny bohater poniższej historii. Zapraszam na ostatnią część. Oto jest chwila prawdy...

Na rysunku: wirus grypy. Niebezpieczny, śliski, podstępny wróg, stosujący masowe egzekucje na pochwyconych komórkach.

Wojna (część III)
Przemoczenie i dreszcze z zimna oczywiście zignorowałem, bo były one częstym moim doświadczeniem. Choć te akurat dreszcze, ze względu na grypę, były na prawdę wstrząsające.
Gorzej z bólem mięśni i stawów. Nos rozpychało mi z kolei osobliwe ciśnienie, Bóg wie, czym wywołane.
No i martwiła mnie sprawa płuc.
Gdy jestem przeziębiony, mogę swobodnie podnosić ciężary, ale ćwiczenia kondycyjne; bieganie, kopanie, powodujące szybkie i głębokie oddychanie, to istna męczarnia. Tego się trochę bałem.
Zwłaszcza, że wchodząc do lasu czułem się już naprawdę kiepsko. Myśl, by upaść twarzą w szarą wodę i odpocząć chwilę, uświadomiła mi, że sprawa jest poważna. Nie upadłem, choć odczułem to nieomal jako pożądanie, nie mniej przeszły mnie kolejne dreszcze.
Ociekający wodą stanąłem na leśnej ścieżce.
- Albo jesteś Spartanin, albo Prażanin - wymruczałem.
I zacząłem biec.
Bieg po zwycięstwo.
Po zdrowie.
Skończył się po 30 sekundach.
Upadek był całkowity. Przechylony niczym storpedowany kuter, oparty czołem o mokre drzewo, rzęziłem żałośnie jak rozpruta ropucha. Oczy gotowały się jak parówki w rondlu, gardło bolało, jakby przy pomocy tarki usiłowano uczynić z niego surówkę, piszczele bolały osobliwie - miałem wrażenie, że zaraz, pod wpływem ciężaru, zgruchoczą się niczym naprężone biszkopty.
Serce mnie kłuło i dawało się dziwnie odczuwać - miałem frapująco silne wrażenie, że zamieniło się w rozdygotanego, stłamszonego wróbla, z tendencją do eksplozji.
I czułem absolutną niemoc.
Najgorsze zaś było to, że nawet nie czułem złości, która jest wszakże siłą napędową. Sprawiła to niemoc i odurzenie, ów mglisty trans chorobowy. Byłem po prostu tępy. Gdyby ścięte drzewo zatrzymało się na moim czole, nawet nie zmarszczyłbym brwi.
Zachwiałem się, prawie zatańczyłem, kiedy pokusa, aby upaść twarzą w kałużę i odciąć się od trosk życia, wróciła ze zdwojoną siłą.
Moja mimika zniknęła. Twarz stała się gumową maską o nieco zapadniętych powiekach. Tak odzwierciedla się otępienie.
Bełkotałem sobie bez przejęcia, ciągle oparty czołem o pień drzewa.
Potem, może po kwadransie, powlokłem się do domu.
Co ciekawe, nie byłem ani wściekły, ani nawet upokorzony czy przygnębiony Klęską w Lesie. Byłem tak otępiały, że wszelkie sprawy honoru, męstwa, ambicji i tym podobnych osobliwości wisiały mi luźno pod nosem.
Zresztą ja w ogóle nie myślałem, człapiąc pochylony i popiskujący w stronę bloków, podobny do sasquatcha wygrzebanego spod lawiny błota.
W głowie, czy może raczej w pulsująco-parującej bańce, migotał mi tylko słabo slajd przedstawiający gorący prysznic i łóżko z dużą ilością pościeli.
Szedłem i piszczałem sobie jak ta mysz, którą ktoś natrętnie przewraca palcem na grzbiet. Widać niosło to jakąś ulgę.
Nikt mnie nie mijał, ale gdyby nawet - nie przestałbym piszczeć, nie wyprostowałbym się, nie czuł wstydu.
Tępota grypowa.
Już wiem, kiedy jest najlepszy moment, by porzucić zakochanego partnera, nie narażając go na szok i rozpacz.
Poczekać, aż wpadnie do wiadra z grypą. Na pewno nie okaże przejęcia.
Nie pamiętam wiele z następnej godziny. Byłem postacią z mgły, która pokonała schody, zdjęła ubranie - z niewysłowionym mozołem - i wzięła gorący natrysk.
Po czym spadła w czeluść łóżka z głośnym bełkotem-charkotem-rzężotem.
W tej chwili nie liczyło się nic.
Gdyby do mieszkania wpadł goniec z kuponem totolotka wartym sześć milionów, byłby dla mnie równie poruszający, co wapienny Budda.
Gdyby wpadł pluton egzekucyjny, patrzyłbym nań jak na obłok gazu z pobliskich bagien, obojętny i kamienny. Zresztą rozstrzelanie mogłoby jedynie nieść ukojenie, czułem się bowiem tak, jakbym jedną nogą astralną opuścił już ciało.
Stan takiego zahibernowania emocjonalnego jest... fascynujący. Człowiek uwolniony z doznań i sił jest człowiekiem uwolnionym z zobowiązań. Z wszelkich problemów świata.
W rzeczy samej tylko grypa sprowadza ten błogi luksus...
Obudziłem się trzy godziny później.
Zły.
Owszem, odurzenie, mgławice, parowanie, skraplanie, dreszcze (a raczej rzucanie się ustrzelonego rekina) - wszystko to minęło. Byłem jednak słaby, nieomal r o z g n i e c i o n y ku k ł o w o, bezradny i jeszcze bardziej obolały. Gardło rozpychała mi kula ugnieciona ze srebrnej folii śniadaniowej.
Mięśnie, trapione zmęczeniem upadkowym, co kilka sekund w różnych punktach atakowała jakaś niewidzialna igła, wywołując szarpiący ból.
Ciało było równie zgrabne i skoczne, co wór kartofli ciśnięty pod piwniczne schody.
Ale nie tkwiłem już w owym transie. Otępienie gorączkowe przeszło.
Dlatego ogarnęła mnie złość. Grypa i kolaborujący z nią cielec poszatkowali mój napięty, ambitny plan treningowy. Wiosenne ciepło miało zawitać lada dzień, a ja koniecznie chciałem rozbiegać się przed ogłoszeniem letniego sezonu futbolowego.
Poza tym dałem sobie dwa miesiące na wyciśnięcie na ławce 120 kilogramów.
- O, nie - wycedziłem. - Będziemy trenować.
Ciałem wstrząsnął dreszcz, więc szczelniej okryłem się kołdrą mokrą od potu.
Leżałem w bezwładzie - nawet dość przyjemnym - i patrząc w sufit myślałem nad dalszymi krokami w tej ciężkiej wojnie.
Walkę face to face przegrałem. Nie miałem czym atakować, bo organizm rozpłaszczył się pod kopytami grypowej kawalerii i miał tyle szyku i godności, co camembert na patelni.
Ale pozostała walka obronna. Sabotaż. Ciało rzuciło mi kolaboracyjne wyzwanie, a ja je podjąłem.
Interesuje mnie tylko zwycięstwo - pomyślałem spokojnie i stanowczo.
Ja-duch nie poddałem się.
Pomyślałem, że otworzę okna szeroko i zrobię trening kick-bokserski, w tym walkę z cieniem. I bieg w miejscu rekomendowany przez Bruce'a Lee.
Plan był tak ambitny i złośliwie uderzeniowy wobec nędznego, upadłego organizmu - i wobec wirusowego najeźdźcy - że ożywiony odrzuciłem kołdrę, by sprężynowo powstać do czynu.
I powstałem, owszem. Acz raczej jak stary, blaszany puppet, którego podmuch wiatru wyrwał z okowów korozji - anemicznie, chwiejnie, zgrzytliwie, konwulsyjnie.
Omal nie runąłem z powrotem w pościel.
Grypa jest chyba takim samym, beznadziejnie powalającym dusicielem świetlistości komórek i energii zrywu, jak starość. Moje komórki były równie świetliste, młode i żywe, co komórki Gota, którego szkielet wykopano pod kocimi łbami na rynku.
A energia zrywu? Uważam się za człowieka wyjątkowo dynamicznego, ale z łóżka dźwignąłem się i stanąłem na nogi niczym przepalona miotaczem małpa-zombi.
Co i tak okupione zostało uderzeniem tysiąca młotów bólu.
W tym momencie poddałbym każdy fort, którym bym dowodził. Z głupawym uśmiechem zrezygnowania.
Ale już chwilę później byłem znów zły i zdeterminowany do wyparcia grypy. A przynajmniej do zemsty na pokrowcu.
- Chorobie mówimy nie - wymamrotałem.
Na dworze znów padał śnieg i było tak jakoś blado-szaro, że od razu było wiadomo, iż panuje nieprzyjemne, przenikliwe zimno. Po niby-wiosennym przedpołudniu nie było już śladu. Wraz z nadchodzącym zmierzchem miała nadejść zimowa kontrofensywa. Jedna z wielu tego marca.
Przenikliwe zimno.
Dlatego nie wziąłem czapki i rękawiczek, tylko jedną bluzę i najcieńsze w Europie spodnie do kick-boxingu, przez które przebijało się owłosienie nóg.
Jak dzidy przez sieć rybacką, mniej więcej.
Piszczele, łokcie, przedramiona, uda, dłonie - od lat dziesięciu tłukłem tym wszystkim w korę, by zdeprymować w boju co bardziej nachalnego oponenta.
Zimą, gdy chłód przenika i korę, i kości, utwardzanie (nawet z zaciągniętymi rękawami) jest znacznie bardziej nieprzyjemne.
Ale co tam. Sporty bojowe nigdy nie będą kojarzyć się z łapaniem pączków rzucanych przez klaunów.
Gdy stanąłem przed drzewem, zbierałem się długą chwilę. Mój stan był już bardzo kiepski.
Ale - pomyślałem - jeśli nie utwardzanie, to co?
Zacząłem ostrożnie, zewnętrzną kością przedramienia. Naprawdę delikatnie, nawet wypławka białego bym nie zgniótł, gdyby się napatoczył... lecz ból był tak cholernie, cholernie przejmujący.
Moja kość posłała do mózgu przekaz takiej skargi, jakby nigdy w życiu nie obtłukiwano nią nawet gąbki, a najwyżej masowano fiołkami.
Ręce mi opadły i powlokłem się do domu.
Kiedyś boksowałem w lesie z przyjacielem przy muzyce z Braveheart, teraz zmiażdżyło mnie moje własne, leśne Falkirk.
Moje wszelkie komórki toczył jakiś potwór-bólorak.
Znowu spróbowałem ofensywy i znowu katastrofalnie się ona załamała.
Do wieczora czas upłynął mi bardzo niechlubnie. Mój duch... No, JA po prostu, zrolowałem się, zrolmopsowałem do reszty, tak stłamszony, upokorzony i zgilotynowany, że... nawet mnie wzburzony.
Wygasłem.
Byłem przekłutym balonem. W końcu przestałem bzyczeć i fukać. Ległem całkowicie.
I poczułem błogi spokój.
Nawet nie zależało mi, żeby wróciła złość. Ambicja. Wyzwanie.
To było tak męczące... Sama myśl o tym zachęcała do zapadnięcia w letarg.
Kaloryfery i dwa czerwone swetry (czerwień promieniuje ciepłem i niweluje depresję) zapewniły mi wspaniałe, odprężające ciepło. Gdy brałem polopirynę, rzucało mną o meble jak boją na redzie, ale pół godziny później tkwiłem nieruchomo pod kołdrą niczym w kokonie ukojenia.
Mimo totalnego rozpadu ciała (no i ducha!) było mi tak błogo, że nie myślałem o niczym, tkwiąc w odrętwieniu i patrząc w sufit. Miałem wrażenie, że moje kciuki puchną i puchną, rosnąc do wielkości bali dębowych, lecz nie poddawałem tego kłopotu analizie myślowej.
Otępienie jest cudownością.
Długo się w niej pławiłem.
O zmierzchu wrócił gniew.
INTERESUJE MNIE TYLKO ZWYCIĘSTWO.
Na wpół przytomny i rozedrgany rozebrałem się do bokserek, potem otworzyłem drzwi od balkonu i położyłem się na podłodze, wciągając mały, sztywny dywanik na tors.
- Dobranoc, grypo - wymruczałem.
Nie powiem, żeby spało mi się szczególnie dobrze, ale udało mi się zasnąć i to było satysfakcjonujące. A może nie tyle zapadłem w sen, co w osobliwe odurzenie, bliskie hibernacji...

O siódmej rano do mieszkania wtargnęli trzej sanitariusze psychiatryczni. Akurat tacy, bo bloki stały nieopodal szpitala. Zapewne zadzwonił po nich któryś z sąsiadów, po tym, jak uznał, że gołe nogi, zwisające sztywno spomiędzy prętów balkonowej barierki mogą świadczyć o jakimś kryzysie.
Sanitariusze weszli do mego mieszkania wraz z drzwiami, nie miałem o to jednak żalu. Twierdzę, że zdecydowane działania należy pochwalać.
Zwłaszcza, że pomoc się przydała. Sam nie mógłbym się już podnieść.
Nie przed czerwcem w każdym razie.
Wrażenie, że odrąbano mi nogi, a w ich miejsce przytroczono tępo ciosane bale dębowe, było nieodparte.
- Dobrze, że panowie jesteście - wybełkotałem, gdy unieśli mnie pod ręce.
Próbowali postawić mnie na nogi, lecz te kręciły się tylko niczym korkociąg, sztywne i bezwładne zarazem.
- Ale co pan właściwie robi? -spytał jeden z nich podejrzliwie.
- Walczę z chorobą - odparłem bez wahania i natychmiast pojąłem, że sanitariuszom psychiatrycznym nie należy odpowiadać pochopnie i zbyt szczerze.
Ich miny nie wyrażały zrozumienia.
- W ten sposób?
- Klin klinem - znów pospieszyłem z junacką odpowiedzią, a co gorsza, wstrząsnął mną niepowstrzymany, właściwie trochę za długi chichot.
I to wstrząsnął tylko moją głową, która podskakiwała na szyi jak pompon wełniany, gdyż reszta ciała była czymś w rodzaju głazu narzutowego, sztywna i obumarła.
- Wszystko będzie dobrze - powiedział spokojnie drugi z sanitariuszy.
- Weźmiemy pana na obserwację - dodał ten pierwszy.
Trzeci wyciągnął komórkę, by rzec nie do końca dyskretnie:
- Grzesiu, chodź tu ze "śpiworem".
- Nie trzeba - wtrąciłem stanowczo. - Chętnie pójdę z panami, zwłaszcza na oddział 13. Znam tam doktora Spręża.
Spojrzeli po sobie z namysłem, po czym zaczęli ciągnąć mnie w stronę drzwi, co było trochę nietaktowne, bo usiłowałem przebierać skamieniałymi nogami. Za sobą usłyszałem głos trzeciego:
- Jak na moje, to zespół paranoidalny, schizofrenia i zaburzenia schizo-afektywne... No i do tego wszystkiego jeszcze pewnie grypa!
Stężałem gwałtownie. Zaskoczeni sanitariusze poluźnili chwyt i pozwolili mi się obrócić.
- O, nie - zaznaczyłem grzecznie, ale stanowczo. - Nie mam grypy. Nigdy na nią nie choruję. Nie uznaję grypy jako takiej i nie dopuszczam. Nie mam grypy. Pokonałem ją!

K O N I E C

16 komentarzy:

  1. No ładnie, a tak niewinnie się zaczęło...:p

    OdpowiedzUsuń
  2. Ambicja jest napędem, ale... i trzeba umiaru.
    Ale w sumie zwyciężył i humor mu dopisywał. ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Czy warto było? Zamiast trzech dni leżenia w łóżku, obserwacja psychiatryczna. Teraz zrozum tu człowieku Wojownika. ;)
    Re-Eunice

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale kobiety kochają Wojowników, prawda? :)
    Wszak nawet, jeśli w tych czasach ta wojowniczość wydaje się czasem archaiczna, groteskowa, dziecinna... to jednak może wciąż fascynuje i jest trochę... sexy? ;)
    A bohater nasz... Cóż, jego psychiatryczny pech polegał na tym, że nie miał w domu swojej Aaricii. Aaricii, która w połowie wojny (najpóźniej), położyłaby mu ręce na ramionach, spojrzała w oczy czule, szepnęła "Kocham Cię, mój Cymeryjczyku", zdjęła zeń bluzę i pchnęła na łóżko, by zaraz wtoczyć z brzękiem wózek z syropami, czosnkami, gencjanami, bańkami...
    I nie byłoby Klęski w Lesie.
    Tylko Miłość.

    :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak, tak Wojownicy fascynują nieodmiennie. :)))
    Zastanawiam się ile razy trzeba podać im pilota, żeby stracili na swym męskim uroku. ;)))
    Re-Eunice

    OdpowiedzUsuń
  6. Wow, jakie piękne marzenia. Też się rozmarzyłam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Re-Eunice - wytłumacz się!!!

    Ja to ja - wszystko jest w zasięgu. :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Od marzeń się zaczyna!
    Ja na przykład marzę o tym, bo pokonać grypę. Ale ona pęka i nie podchodzi nawet na strzał z łuku.

    OdpowiedzUsuń
  9. Fakt, każdy ma swoje marzenia :)Grypowe też są fajne :p

    OdpowiedzUsuń
  10. Wojownik pojony przez zacną Aaricię, herbatą z cytryną, tudzież różnymi leczącymi miksturami, domaga się jedynej wyłączności do dzierżenia domowego berła czyli pilota od telewizora. ;)
    Po prostu pełne żeńskie poświęcenie w walce o zdrowie delikwenta.
    Re-Eunice

    OdpowiedzUsuń
  11. Coz za niebywala determinacja! Jestem pelen podziwu! Wprawdzie nasz bohater z grypa nie wygral ale dokonal tego, co nazywamy w y p a r c i e m. Zatem znalazl sie w bardzo odpowiednim miejscu...:)

    OdpowiedzUsuń
  12. Cokolwiek by powiedzieć... - świetne! 6+ za pomysł! Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  13. Urodziny bez tortu :( ?
    Dobrze, że chociaż te snickersy lodowe ;)

    OdpowiedzUsuń