piątek, 17 lutego 2012

Epicka opowieść o wojnie z grypą II

Bardzo mnie ucieszyły serdeczne komentarze pod pierwszą częścią Wojny. Jak się wydaje, grypa jest naszym wspólnym wrogiem i nikt nie jest skłonny podsuwać jej własnych terytoriów pod dzierżawę. Rożne też mamy metody walki z tym przeciwnikiem. AiR podał recepturę starą jak podanie o Popielu i z pewnością jedną z najlepszych. Fakt, że wciąż jest stosowana, wymownie stanowi certyfikat.
Słyszałem o ludziach, którzy obkładają się 5000 pijawek lub nurkują z piraniami, co ma gwarantować odjęcie krwi zarażonej wirusem.
Różne są metody.
Podobno jeśli pocałować delfina butelkonosego, to zyskuje się gwarancję odporności na wszelkie wirusy, w tym komputerowe, na 442 lata. Podobno.
Ale weź tu i ucap tego butelkonosego.
I pytanie, czy butelkowy nos nie utrudnia dostępu...
Ja wiem jedno. Od czasu do czasu robię przerwy z cukrem. Tak, tak, sam siebie okrutnie skazuję na rozłąkę ze snickersami. Te rozłąki są cyklami kilkutygodniowymi lub kilkumiesięcznymi. I powiem Wam jedno: nigdy ani nie kichnąłem, ani nie prychnąłem w czasie, gdy cukier nie wdzierał się w organizm i systemy obrony jego.
Teraz już 6 tygodni trwa mój antysacharydowy cykl. I nie prycham.
Może na Wielkanoc prychnę. Bo wtedy cykl się kończy... wielkim sacharydowym wstrząsem.
Zapraszam do lektury.


Wojna (część II)
Na wpół zmarznięte błoto i rozrzucony brudny śnieg. I zimna woda wytryskująca spod zgniatanych butami tafli lodu. Oto, w czym przyszło mi biegać za piłką i przeciwnikami. Mróz odpuścił, ale niespecjalnie czuło się jakąś ulgę - wiał niezbyt silny, lecz przenikający wszelką materię wiatr.
Zwłaszcza materię przepoconą.
Dwa razy wywróciłem się, co nie pomogło zachować czystości ubioru. Nie mówiąc o suchości. Mogłem zapobiec tym jakoby niepożądanym w trudnych warunkach upadkom, lecz nigdy tego nie robię. Lubię upadki. Są czymś odrobinę fascynującym - zwłaszcza kontrolowane - pozwalają utwardzać ciało i przydać efektu wojnie, jaką jest futbol. Zresztą nie powstrzymywałbym się przed runięciem w błoto nawet, gdyby moja szansa na przejęcie piłki lub... rywala wzrosłaby dzięki temu upadkowi ledwie o 0, 0000001%.
Zawziętość i bój do upadłego, oto czemu hołubię.
Jest coś jeszcze. Rozsądnym - strategicznie i energetycznie - jest podział ról na boisku. Krycie przeciwnika, trzymanie pozycji, rozumiecie. Bo taktyka zagonionej na śmierć antylopy nie przesądza, niestety, o zwycięstwie, a wręcz przeciwnie. Fanatyczno-ślepe bieganie szybko wyczerpie siły zespołu i oprócz heroizmu nie pokaże pomysłu, taktyki, przytomnej kooperacji i ostatecznej wiktorii.
Taak, ja to rozumiałem. I generalnie dbałem o moją pozycję i przydzielonego mi rywala (takiego tam chrząszcza bez muskulatury i serca do rzetelnej, łamignackiej walki).
A jednak - oprócz tego - biegałem jak zagoniona antylopa w tę i we w tę.
- Wszędzie go pełno - biadolił Bułczyn z drużyny przeciwnika.
A ja szczerzyłem zęby do tego biadolenia.
Mój zbuntowany pokrowiec otrzymał potężną chłostę, a wirus grypy pokaz niezwyczajnej mocy, odwagi i nonszalancji. Lodowatą wodę miałem w butach już po kwadransie, a mecz trwał dwie godziny. Po pierwszych dwudziestu minutach mokro miałem do kolan, a potem to już wszędzie, bo się spociłem. Mimo mrożącego szpik i osierdzie wiatru zdjąłem jedną z dwóch bluz, miałem bowiem wrażenie, że na moją głowę nabito rozpalony piecyk.
No, mój zbuntowany organizmie - pomyślałem z satysfakcją w połowie meczu. - Albo się otrząśniesz i przestaniesz prychać i fukać, albo upadniesz totalnie jak stary Rzym.
Biegałem i biegałem, rzężąc głęboko, bo tlen, który znany jest z przynoszenia energii, zdawał się przynosić zlodowacenie.
Czy wzniosłem się na wyżyny, czerpiąc z rezerw biologicznych, przeznaczonych na sytuacje bardzo specjalne (takie jak przepłynięcie Morza Sargassowego po tym, jak się z transatlantyku wypadło)? Być może. W czasie wojny sięga się po odwody.
Szybko poczułem, że organizm przeżywa wstrząs. O dziwo, nieomal nie czułem przy tym zmęczenia mięśni - w szczególności zmęczenia upadkowego, które w ostatniej fazie grypy (nazwijmy ją fazą grypowej parady) łamie ciało niczym uderzenie moreny brzozowego oseska.
Miałem natomiast inne doznania. Doznania, które stanowią całe rozdroże wywołane Klinem Spartańskim: osobliwy trans, przytłumiony słuch, słabnący, nabierający żabich walorów głos... no i ten parownik przykręcony do karku.
Z tego rozdroża odchodzą tylko dwie drogi. Albo ciało idzie w lewo i pada rozsypane w żałosne trociny pod siekierami triumfującej choroby - albo w prawo, co oznacza ozdrowienie i zwycięstwo ducha nad ciałem-zdrajcą i zarazem nad interwencją grypską. Choroba okazuje się wówczas, ot, przeziębieniem (tyle, że silniej nieco zaakcentowanym), które niczego nie zwojowawszy, szybko ucieka. Dywizje grypy ulegają, są rozstrzeliwane, wieszane, anihilowane.
I mimo kontynuacji forsownych treningów, zmęczenie upadkowe nigdy nie nadchodzi.
"To jednak nie była grypa" - można mrugnąć do lustra.
Mecz wygrałem, a nawet zdobyłem gola z karnego, co ostatni raz przytrafiło mi się poprzedniego lata. Niosło to zaskakujący ładunek energii i gdyby odgwizdano kolejny mecz, pierwszy wbiegłbym na boisko.
Gdy wracałem do domu, ciężki od opancerzenia, które wytworzyło na mnie specyficzne zmieszanie wody, śniegu i błota, myślałem o sobie z czarnym humorem jak o steranym czołgu, który co prawda odbił wszystkie pociski, ale stracił moc, sterowność i zrywność. I być może siłę rażenia. Z każdym bowiem krokiem czułem się coraz dziwniej. Owszem, wciąż był to lekki krok, ale wkradało się z wolna i znużenie.
Gorący, nieomal policzkujący siłą strumieni prysznic. Oto, co było moją chemią apteczną po treningach klinowych.
Zawsze pomagał.
Na kolację zjadłem dużo cebuli i chrzanu. Nie ze szczególnej trwogi przed wirusem. To był mój codzienny przysmak. Miałem przekonanie, że regularne jedzenie cebuli i chrzanu wspiera regenerację komórek skatowanych najbardziej brutalnym treningiem.
Może było to tylko pobożne życzenie, a może nie.
Naturalnie, pochłaniając kiełbasę z chrzanem (od którego nos puchł tak, że rozpychał oczy ku skroniom) i kanapki z pomidorem i cebulą (od której zęby błyskały wilczo), miałem satysfakcjonujące przekonanie, że znów strzelam z maxima do cholernej, nieproszonej choroby.
Mogłem postrzelać i do ciała, pokrowca obszytego buntem i słabością. Mogłem wziąć zimny prysznic, nawrzucać sobie mrożonych łososi do łóżka i spać przy otwartym oknie.
Mogłem. Kusiło.
Ale... muszę przyznać, że organizm potraktowany klinem dawał mi raczej złe sygnały, a nie chciałem skończyć nazajutrz niczym powieszony na gałęzi tyran zagłodzonego królestwa.
Zwłaszcza, że w perspektywie był kolejny mecz. Bułczyn domagał się rewanżu.
By nie popaść w większe obawy i zmartwienia, poszedłem prędzej spać. Stres pomaga jedynie grypskiemu najeźdźcy.
16 marca miał być dniem prawdy. Zasypiając, z właściwym sobie zawadiactwem pomyślałem wręcz: dniem światła.

16 marca obudziłem się bez ciała. Tak jest. Odeszło całe. W każdej komórce powiewała biała chorągiew dla grypy. Organizm poddał się, zdradził totalnie. Lojalne spartańskie komórki zostały wybite.
Pewnie rzeczywiście było ich raptem 300.
Analiza sytuacji była o tyle szybka, co przykra: ból popuchniętego nosa, kłujący ból węzłów chłonnych, cholernie nienawidzony przeze mnie ból gardła (coś w ogóle w nim tkwiło i gryzło niczym Critters), katar (gęsty, skumulowany i nie poddający się kontroli), płonące, nieco zamglone oczy i - tak jest - zmęczenie upadkowe wszystkich mięśni.
Połączone z ich bólem.
Byłem beznadziejną plazmą.
Tak usieczony pokrowiec mógł zabić atak chrząszcza.
Podnosząc się z łóżka, zakląłem gniewnie. Czułem się nie jak trzydziestoletni android, lecz jak pobity pałkami starzec.
Powlokłem się do łazienki w stanie irytacji i przygnębienia. Cały treningowy plan na wiosnę, dopiero uruchomiony, legł, zdawało się, w gruzach. Mogłem, oczywiście, zejść do siłowni piwnicy, gdzie miałem siłownię, i zrobić trening. Ale bóle mięśni, ścięgien i stawów, z falami zniechęcającego bezwładu, mówiły o tym, że nie udźwignąłbym nawet 30% normy.
Normy psychopatycznej katowni.
A ja nie lubię namiastek treningu, kojarzących się ze spacerem na działkę. Po morderczych ćwiczeniach muszę koniecznie paść na ziemię ciężko i z hukiem jak płyta granitowa. Wtulić się w tę ziemię niczym w macierz, którą jest.
Tak, wtedy czuję, że pracowałem uczciwie i po męsku.
Sęk w tym, że teraz czułem się gorzej niż po najbardziej dewastującym treningu, na jaki kiedykolwiek skazałem swoje ciało.
Spróbowałem podciągnąć się na drążku w ramach raportu o stanie sił, lecz w połowie ruchu spadłem na nogi. Stawy łokciowe i nadgarstki zabolały mnie tak, jakby wbito w nie noże do ryb.
- No, to nie jest przeziębienie - wymruczałem ponuro.
Organizm był wrogiem, sprzysiężonym z grypą. Czy mieli mnie pokonać?
Oczywiście, że nie wziąłem polopiryny. Zrobiłem sobie jajecznicę z kawałkami sera, a po śniadaniu ułożyłem się na kanapie. Chciałem zrobić medytację i afirmować stan zdrowia, ale czułem się tak kiepsko, że mnie to przerosło.
Leżałem w letargu dwie godziny. Czułem się jak ofiara voodoo i na pewno tak wyglądałem. Leżąc, nie próżnowałem jednak.
Spartanie nie próżnują nawet z nosem przy ziemi.
Zbierałem siły psychiczne na trening. Głosy mówiły, żeby wziąć dwie polopiryny i natrzeć sobie piersi nalewką bursztynową
- Ale kto słucha głosów, ten wpada w ręce psychiatrów - stwierdziłem, wciągając sportowe buty.
Szkoda, że wciąż przemoczone.
Zapomniałem je osuszyć. No cóż, może tylko bardziej zaskoczę grypę determinacją.
Szykowałem się do walnej bitwy o stolicę. Tę stolicę stanowił honor i mój program wiosenny. Stracić to znaczyło zdruzgotanie na dłuższy czas.
Myślałem tylko o zwycięstwie. Z namaszczeniem wkładałem na głowę czapkę zimową i dwie bluzy Diverse'a. Poczułem nawet lekkie, radosne uniesienie. Gdybym pozostał na kanapie jak ten zgnieciony embrion, popadłbym w przygnębienie głębokie jak Hańcza, a tymczasem ten nagły zryw tchnął we mnie ładunek mocy, pewności i humoru. Byłem prawie prawie pewien, że zgniotę pokrowiec w duchowej pięści, wyciskając z niego grypę niczym sok z cytryny.
Jak czytałem, Stalin uciekł z Syberii gubiąc po drodze grypę. To był dobry przykład złej istoty. Skoro człowiek tak duchowo nikczemny mógł przemierzyć tak długi i surowy dystans, ja mogłem tym bardziej przebiec swoją małą organiczną Syberię.
- Interesuje mnie tylko zwycięstwo - powtarzam często moją mantrę, przystępując do meczów i sparingów.
Muszę wygrać, choćby za cenę torsji i stłuczonych kości, aczkolwiek, chciałbym to zaznaczyć, w razie porażki nie popadam w depresję. Rzadko się za nią winię zresztą. Zbyt wielu widzę ćwierćwojowników na boisku, walczących jak zagnani do boku bibliotekarze.
Mówię tu o mojej drużynie. Gdy przegra mecz, to nie przez mój brak zaangażowania.
Oczywiście miewam do siebie żal, gdyż niż fizyczny jest zjawiskiem nieuniknionym, wraca co jakiś czas i sprowadza zmniejszenie potencjału energii, a także "kopniak w nawigatora", jak to określam. Nie klei się wtedy i technika - podania, strzały - wszak spada koncentracja. I ogólna inwencja.
Nie mniej, jak już rzekłem, nawet wtedy walczę tylko o zwycięstwo.
- Interesuje mnie tylko zwycięstwo - mruczałem, maszerując do pobliskiego lasu krokiem buńczucznym, androidalnym, legionowym, niecierpliwym.
Chciałem, jak zwykle, przejść szybko z marszu dobrego dla szpotawych wędkarzy do biegu wojownika. Ignorowałem zasady joggingu. Jogging nie prowadzi na pole walki i wyzwań, tylko do biblioteki lub na pomost rybacki. Ja biegałem raczej jak Conan - szybko, jakby łapczywie. Tylko pół godziny, ale szybko, wysiłkowo, mijając niejednego dreptacza.
Czasem jakiś kompan z boiska wybierał się ze mną na bieganie, ale szybko zostawał w tyle, bo, jak się okazywało, interesował go szpotawy jogging na pomost rybacki, a nie bieganie.
Nie bieg cymeryjski.
Biegać, wierzę, należy niczym Szoszoni po prerii - zachłannie, z endorfiną.
Owszem, bywało, że robiłem pauzy. Nie jednak na złapanie oddechu czy może na "dymka". Rękawicami od kick-boxingu, które często miałem na rękach, obtłukiwałem przez minutę pień drzewa - gniewnie, surowo, z zacięciem - po czym biegłem dalej.
Szoszoni by się nie powstydzili, Cymeryjczycy tym bardziej.
Teraz szedłem do lasu bez rękawic, bo mimo chwilowego napływu wiary i mocy, wiedziałem, że nie dam sobie z tym rady. Po pierwszej serii ciosów w pień ległbym jak taki Spartanin przeszyty tuzinem perskich strzał, a tabliczka na drzewie mówiłaby "Przechodniu, powiedz Sparcie, że tu leży jej syn...".
Szedłem za to w mokrych butach. Nie było to dobre.
Poza tym mróz sobie poszedł, zapewne gdzieś w kierunku lutego. Śnieg nieomal zniknął. Przybyło wody, wody i wody, a także błota o moczarowej urodzie.
No i padał deszcz. Był to deszcz wszędobylski i zimny, jakby złożony z wychłodzonych opiłków żelaza.
Nie było to dobre.
[cdn]

Tędy do trzeciej i ostatniej części z Wojny z gryppą.

15 komentarzy:

  1. Rozsądek przegrywa z uporem, nie jest to dobry przykład. Dostaję już dreszczy od tej lektury, a co będzie później?
    Re-Eunice

    OdpowiedzUsuń
  2. Noooo... - całowanie delfina w Amazonasie ma to do siebie, że po czymś takim nie oprze się żadna kobieta. Krajowcy nawet noszą bransoletki ze skóry delfina, by dawały im wigor i siły witalne - ponoć lepsze to od Viagry... ;))) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Re-Eunice - dalej może być tylko gorzej! Sparta wszak też upadła...

    R.K.L. - warto wiedzieć. ;)

    Ja to ja - ostrożnie! Jeśli coś podgryza, warto iść na mecz. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale że zagrać, czynnie uczestniczyć, czy pooglądać? :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Wiedziałem, że twardy masz charakter! :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  7. No no, sposob walki zaiste interesujacy...coz za determinacja! Jestem cholernie ciekaw jak to sie wszystko zakonczy...Wielka Wygrana czy tez...Kostnica :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Wprawdzie wolę siatkówkę lub kosza, no ale w nożną też dałabym radę Cię ograć :)

    OdpowiedzUsuń
  9. A niech mnie... To jest zuchwalstwo, dziewczyno!

    Ale ujęło mnie. :) Taki cymeryjski akcent u kobiet zawsze mnie ujmuje.

    OdpowiedzUsuń
  10. Doktorze S - usunąłem Ci dubla. Nie chcemy, by Goście słyszeli głosy. ;)

    OdpowiedzUsuń