piątek, 30 marca 2012

Dlaczego smoki wymarły

Oto jest pytanie.
Ja już wiem.
I nawet nie zdziwiłem się tak bardzo. Serio.
Rozumiem, dlaczego smoki, draki, dragony*, chińskoogony wymarły - i żal mi ich nawet trochę.
Bo COŚ jakby je kantem wystawiło.
Czy zastanawialiście się, dlaczego nie ma już smoków? Wszak meteory tunguskie ni lubuskie ich nie spopieliły. Ani era lodowcowa, która szła szeroką ławą husarską i miażdżyła wszystko na swej drodze.
Era na pewno nie. Ostatniego smoka to przecież najstarsi Wiślanie pamiętają. Tacy bardzo starsi.
W sumie łatwo ich, tych Wiślan, pomylić z dębami Bartkami.
A co nam wmawiają srebrnobrodzi akademicy? Że smoka załatwiono baranem wypchanym siarką czy glutenem... a może po prostu solą przemysłową? Jak w Świętokrzyskiem ostatnio, gdzie tysiące rogali i drożdżówek tak zaprawiono na pohybel własnych rodaków.
Czy na dębach Bartkach nie powinno się czasem powiesić kogoś dla przykładu?...
Tak. Baran z siarką. Lub skóry bydlęce z oczami z guzików od żupana. Też wypchane siarką.
I to miałoby załatwić dragona?!
I to jeszcze szewczyk jakoby. Ha. Że też kronikarzom nie przyszło do głów uczynić herosem drakobójcą jakiegoś rozgulgotanego pacholęcia, co celnie rzuciło grzechotką z kołyski.
Szewczyk...
Kto w to uwierzy??
Chyba tylko patyczaki, co po gałęziach dębowych błądzą.
Dobrze, niech będzie, święty Jerzy zaciukał jedną z bestii. Okej. Może akurat Jerzy, wtedy jeszcze niezbyt święty, miał wyż biologiczny, a dragon przeciwnie: spadek ciśnienia w żyłach, w tętnicach nadciśnienie, kaca, wiatry, problemy z zastawkami, skurcz przedsionków sercowych i rozedmę komór płucnych, a przy tym potknął się na wieży w Kruszwicy i spadł u stóp pławiącego się w wyżu własnym Jeżyna.
Jerzego, znaczy.
No dobrze, niech i tak będzie.
Ale co miałoby załatwić inne smoki? Na przykład skandynawskie? Jakiś berserk, co w szał wpadł, rogiem zadął, smoki wygłuszył, młotem machnął, smoki odurzył, toporem huknął - smoki rozpłatał?...
Hm. I że też nie zionęły?
A chińskie?
Pewnie rakietami sylwestrowymi i prochem strzelniczym smoki te wytłuczono?
A przecież mówimy tu o smokach, istotach złożonych z pancerza, ognia i furii.
To coś więcej niż polski transporter SKOT, mimo wszystko.
Równie dobrze można by z kamiennym obliczem utrzymywać, że draki wybił wirus brodawczaka ludzkiego HPV albo zatrucie atrapami szynszyli,a może i kukłami książąt Kraków, które wypchano kwasem azotowym, pruskim, ruskim i 2,4-dichlorofenoksyoctowym, salmonellą, gazem musztardowym i chlorem, chipsami, odłamkami szkła i porcelany chodzieskiej, wapnem suchogaszonym, żabkami z karnisza, otwieraczami do puszek, wieczkami z otwartych puszek, racami, petardami, ścinkami flaneli, gwiazdkami Ninja, rybami najeżkami, rybami-mieczami, ostrokrzewami, jeżowcami...
Tak. A tymczasem, brew tym humbagom, którymi nas akademie karmią, smoki zabiło coś innego.
Coś bardzo, ale to bardzo dramatycznego.
Raport Ja to Ja rzuci światło na tę smutną sprawę.
*Nawet kawaleria zwana dragonią już całkiem niespotykana jest...

Nadesłała: Ja to Ja
Przygoda Dziewisącza!
Dziewisącz był smokiem, dlatego jak każdy niedźwiedź zapadał w sen zimowy.
Tego roku postanowił uczynić podobnie.
Dlaczego?
Coroczny odpoczynek, na jaki udawał się pod koniec listopada wynikał przede wszystkim, ale nie tylko, z przemęczenia ogona, który zamiast kierować swój czubek ku niebu, opadał ku ziemi.
Dlaczego?
Zapewne był tak słaby, że bez walki poddawał się sile przyciągania, która promieniowała z piekła.
Dlaczego?
Być może coś ciągnęło Dziewisącza do królestwa szatana.
Zainteresowanie eschatologią?
Nie sądzę!
Pomijając wszystkie te brednie o Hadesie, komnacie Tartarskiej i przyciąganiu, wydobywającym się spod spodu, można by pokusić się o stwierdzenie, że opadanie ogona, spowodowane było ogólnym wyczerpaniem i osłabieniem smoczego organizmu.
Ponadto, ruch w dół był wyraźnym znakiem przypominającym o drzemce, na którą należało się udać, w celu zregenerowania sił na wiosnę.
Dziewisącz nie miał zegarka, ani nawet kalendarza.
Telefonu komórkowego, z funkcją odmierzania czasu również nie posiadał, dlatego jedynym sygnałem zwiastującym koniec listopada był/a kukułka, która uciekła z antycznego zegara, i która kukała zawsze, trzydziestego dnia jedenastego miesiąca.
Głupi żart, bo tu wcale nie chodziło o uciekiniera, zdobionego w pióra.
Mam was, ha!
Jedynym sygnałem zwiastującym koniec listopada był opadający ogon.
Kiedy ogon intensywniej niż zwykle odczuwał siłę grawitacji, smok zaczynał szykować się do snu.
Ostrzegam, że już więcej nie będę zagłębiała się w tajemnice przyciągania spodziemnego.
Zanim jednak, z wielką gracją i typową dla siebie, smoczą gwałtownością wpadał w objęcia Morfeusza, najadał się do syta, czyli połykał taką ilość jedzenia, która zapewniałaby mu spokojny sen, bez żadnych wierceń, bulgotań i skręceni kiszek, do momentu zaplanowanego ze snu powstania, czyli aż do wiosny.
Dziewisącz był nietypowym smokiem, dlatego jedzenie jakim się raczył również należało do kategorii pożywienia nietypowego, a więc wyszukanego, wydobytego z najwyższej półki – z półki z napisem:
NIETYPOWE ŻARŁO.
Bydła nie lubił. Tym różnił się od swojego, niegdyś sławnego krewnego.
W myśl zasady, wpojonej mu w młodości, a przekazywanej ustnie z pokolenia na pokolenie, począwszy od Pytona, Lewiatana poprzez Wawela i wielu innych ( nikła jest wiedza autora w kwestii smoków), a skończywszy na Pysiu – celebrycie, w myśl zasady mówiącej, że dbanie o żołądek, wątrobę, jelita, zarówno te grube, jak i te cienkie, poskręcane, to podstawa każdej diety, Dziewisącz żywił się tym, co zdrowe, dobre dla smoczego organizmu, a także tym, co dobrze wpływało na łuski, skórę i paznokcie.
Wartościowe posiłki, jak mawiał swego czasu smok z Wawelu to gwarant nieskazitelnego wyglądu . Dlatego też, idąc tropem myśli swego
pra -
pra -
pra -
pra-
pra …................
pradziadka, Dziewisącz konsumował tylko i wyłącznie wyszukane, delikatne, nietłuste, a wysokobiałkowe, nie zapychające pustymi kaloriami, a dostarczające ogromu wartościowej energii, potrawy.
Nie pożerał wszystkiego, co wpadało mu w łapska. Stosował swoistej selekcji. Można by było rzec, że oddzielał ziarna od plew.
Tak więc nie połykał mężczyzn otyłych i łysych, bo ci źle wpływali na cerę.
Brzydził się złodziejami, oszustami i łapówkarzami, ponieważ ta patologiczna strawa powodowała u niego długotrwałą czkawkę.
Nie posilał się również fałszerzami, kobietami obłudnymi i lubiącymi plotkować, bowiem po zjedzeniu takiej kolacji piekły go uszy.
O niestrawność przyprawiały go kobiety z pomalowanymi paznokciami i pofarbowanymi włosami. Nie zjadał również kobiet lekkich obyczajów, ponieważ doprowadzały go do wymiotów.
Dziewisącz miał bardzo wrażliwy żołądek.
Nie przepadał, ponadto za lekarzami rodzinnymi. Po połknięciu familiarnego medyka wraz z całym jego uposażeniem, a więc ze stetoskopem, termometrem, drewnianym patyczkiem i długopisem miewał wzdęcia.
Poza tym stronił od polityków, prezesów, dyrektorów i urzędasów, ponieważ ci zawsze stawali mu piszczelem w gardle.
Co więcej, nie wkładał do paszczy matek, babć i małych dzieci. Wprawdzie nigdy nie próbował posiłków przyrządzonych z mieszanki pokoleniowej, ale wyczytał w historycznej księdze Gallusa Anonimusa, że matki miewają cierpki smak, babcie są suche, natomiast dzieci bywają zbyt słodkie. Zatem, taki smakowy misz masz byłby nie do przetrawienia dla wrażliwego smoka.
Ponadto Dziewisącz nie pożerał ludzi nadmiernie nasłonecznionych, zarówno przez naturalne słońce jak i przez to sztuczne. Nie lubił posmaku spalenizny, poza tym czuł ogromny wstręt do skwarek.
Stronił także od ludzi nad wyraz chudych. Kości nie były tym, co smoki lubiły najbardziej.
Zresztą kto rzucał się na kości?
Właśnie, że nie.
Psy też tego nie robiły.
Tak więc, niełatwo było dogodzić smokowi.
Był strasznie wybredny i wymagający.
Lubował się w wyszukanych smakach, a nie pierwszych lepszych, napotkanych przypadkiem w parku, do tego nieco cierpkich, stęchłych i przyprawiających o ból głowy.
Potrawą, którą Dziewisącz cenił ponad wszystko, potrawą, dla zdobycia której, byłby w stanie wiele poświęcić, były dziewice między 13, a 18 rokiem życia, konsumowane zazwyczaj z sałatką skrzypowo – pokrzywową.
Smok uwielbiał dziewice. Uwielbiał wysysać z nich wszystkie soki. Wysysał je do ostatniej kropelki płynu ustrojowego i ostatniej kropli krwi. Czynił to w sposób bardzo delikatny, aż nieprawdopodobnie delikatny, jak na smoka.
Potem niestety nie było już tak różowo, bo Dziewisącz bardzo brutalnie traktował nieskalane złem tego świata niewinne istotki, po prostu pożerał je jak kot pożera mysz, albo jak rekin pożera człowieka. Rozszarpywał je.
Mniam...
Dziewice mógłby wcinać codziennie.
Na śniadanie, obiad i kolację.
Były idealne w smaku – ani za ostre, ani zbyt słone.
Ani za suche, ani za mokre. Z łatwością przechodziły przez gardło.
Nie były zbyt słodkie, ale półsłodkie, niczym dobre, markowe wino marki wino.
Dziewisącz lubił potrawy umiarkowane w smaku.
Ponadto dziewice nie były żylaste. Ich mięso należało do kategorii mięs bardzo delikatnych. Rozpływało się w paszczy niczym czekolada.
W skrócie, dziewice były tym, co Dziewisącz lubił najbardziej.
Zjadał ich wiele.
Najwięcej jednak przed zapadnięciem w sen zimowy, wówczas to najadał się nimi do syta.
Czyżby?
Duża ilość wysokoenergetycznego posiłku była gwarantem głębokiego i spokojnego snu.
Fakt!
Tak więc, zanim smok wpadał w otwarte ramiona Morfeusza, połykał kilka czystych dziewcząt.
Po czym właził do swojej groty. Uwalał się na ziemi i zasypiał.
Tego roku uczynił podobnie.
Fakt, rzeczywiście podobnie.
Podobieństwo, prócz tego, że wynikało z pójścia spać, to sprowadzało się jeszcze, tylko i wyłącznie do konsumpcji, jako konsumpcji.
Jeżeli chodziło o ilość, to niewiele miała ona wspólnego z ilością pożywienia zjadanego w poprzednich latach. .
Zjadł zaledwie dwie dziewice i zasnął
Kolacja, jaką spożył przed snem nie była za bogata.
Dwie niewinne gąski, to za mało jak na posiłek, który miał zapewnić sytość na kilka miesięcy.
Ale cóż, trudne czasy nastały.
Dziewic z roku na rok było coraz miej to i posiłki stawały się coraz biedniejsze.
Smok zdawał sobie sprawę z trudności gospodarczych, ekonomicznych i demograficznych kraju w jakim przyszło mu żyć.
Nawet powoli godził się z kryzysem. Gorzej jednak było z jego żołądkiem, on jakby niczego nie rozumiał.
Fakt, dla zapewnienia spokoju sobie i swoim wnętrznościom, mógł zdecydować się na spożycie posiłku złożonego z innych produktów.
Nie chciał jednak kusić losu. Bał się skutków ubocznych, które pojawiłby się niedługo po tym, jak zjadłby niedziewicę.
W tym roku Dziewisącz miał niespokojny sen.
Już w styczniu nieludzko zaczęło burczeć mu w brzuchu.
Głód był tak wielki, burczenie tak donośne, że nie dawało mu normalnie spać
Zaczęła się więc seria wierceń i seria przekładań.
Przekładał się z boku na bok. Z pleców na brzuch i znowu z boku na bok, i znów z pleców na brzuch, w celu znalezienia wygodnej pozycji.
Tyle że żadna z obieranych przez niego pozycji nie dawała wystarczającej wygody.
Wciąż czuł, że coś uwiera go, jak nie w brzuch, to w plecy.
Poza tym, po pewnym czasie burczenie stało się tak hałaśliwe, że wprowadzało chaos do smoczej przestrzeni, która powinna była być idealnym azylem i odpowiednim miejscem do praktykowania onirycznych zachowań.
Dla niego było zbyt głośno.
Jak zwykle w tym roku, nie tak.
Dziewisącz sypiał dobrze tylko wówczas, gdy ze wszech stron otaczała go absolutna cisza.
Niestety, tego roku nawet na to nie mógł liczyć
W lutym nastąpiła seria obudzeń.
Pierwsze trwały zaledwie kilka sekund. Ale wraz z zwiększającą się liczba obudzeń, czas ich trwania wydłużał się.
Zatem pod koniec lutego, smok już nie spał, tylko drzemał.
Na początku marca nastąpiło prawdziwe obudzenie.
Dziewisącz miał dosyć przerywanego snu, dlatego postanowił wstać przed czasem.
Był zły, do tego tak głodny, że nie czekając dłużej na cud wybrał się na poszukiwanie obiadu. Swoje kroki od razu skierował w stronę szkoły, a dokładniej w stronę parku, mieszczącego się w okolicach gimnazjum.
Tam zawsze można było natrafić na jakąś apetyczną dziewicę. Chociaż ostatnimi czasy jakby coraz rzadziej, bo dziewic jakby z roku na rok było coraz mniej.
Wszedł między drzewa i zaczął wypatrywać swojej ofiary.
Jako pierwsze na horyzoncie pojawiły się dwie blond piękności. Ładnie ubrane, zgrabne, z plecakami na plecach, w których zamiast książek, zeszytów i piórnika, były prostownice, kosmetyki i inne upiększacze.
Dziewczyny spacerowały i gawędziły sobie. Dziewisącz zaczął podążać ich śladem, by odgadnąć o czym tak zaciekle rozmawiają..
- Zrobiłam to – powiedziała niższa do wyższej. Wyższa zrobienie tego miała już dawno za sobą i Dziewisącz od razu się tego domyślił. Wyczuł to w swoich nozdrzach.
- Co? - udając głupią zapytała, wyższa.
Niższa spojrzała na wyższą spod byka i wówczas wyższa zrozumiała, o co chodziło niższej.
Smok również pojął sens słów, dlatego posmutniał.
Już w wyobraźni czuł delikatny, półsłodki smak obu dziewczyn, a tu dwa głupie słowa zepsuły wszystko.
Ponownie, tym razem po stokroć mocniej zaczął odczuwać skutki głodu
Załamał się, ale nie mógł zrezygnować z łapanki.
Postanowił poczekać na następne ofiary.
Czekał!
Następne jednak nie nadchodziły. To znaczy nadchodziły, ale nie były dziewicami.
Czekał kilka godzin. Na darmo.
Zaczął słabnąć.
Opadał z sił. Nie miał ich nawet tyle, aby utrzymać swój wielki i ciężki tyłek ponad ziemią.
Nie miał ich również tyle, by utrzymać ogon w pozycji pionowej.
Tracił witalność.
Czuł, jak przeszywający na wskroś głód odbiera mu resztki energii.
Był wyczerpany.
W końcu runął na ziemię.
Zemdlał.
Stracił kontakt ze światem.
Na szczęście po kilku minutach doszedł do siebie, ot tak, sam. Nikt nie chlusnął w niego wodą. Nikt nawet nie uraczył go kroplą cieczy.
Sam otrzeźwiał.
Otworzył oczy i wówczas spostrzegł przed sobą dwie piękne dziewczyny.
Siedziały na ławce i o czymś zaciekle dyskutowały.
Nie wiadomo czy były dziewicami. W końcu dziewictwo nie bije niewinnością po oczach. Czasem tylko tak intensywnie pachnie, że można je wywąchać, ale nieczęsto dochodzi do takich sytuacji
Dziewisącz postanowił poczekać i wsłuchać się w rozmowę małolat.
- Nie mogłam tego zrobić! – powiedziała pierwsza.
To zdanie uwolniło uśmiech ze smutnej twarzy Dziewisącza. W końcu udało mu się wyrwać z niewoli smutku.
Zyskał nadzieję.
- Dlaczego? - zapytała druga. - Przecież mu obiecałaś!
Rozmowa wchodziła na odpowiednie tory. Satysfakcjonowała smoka.
Mógł zaatakować właśnie teraz, ale dla pewności wolał poczekać,.
Bał się skutków ubocznych, które pojawiłyby się po zjedzeniu nieodpowiedniej strawy.
Czekał cierpliwie na finał rozmowy, starając się poskramiać ból brzucha, i wyciszać siłą woli, na tyle na ile było to możliwe, burczenie.
- Sama wiesz jak to boli. Spanikowałam – kontynuowała pierwsza.
- Ty spanikowałaś? - zdziwiła się druga. - Nie wierzę! - krzyknęła i zaczęła głośno się śmiać.
- Tak, ja! - wymamrotała. - Boję się bólu – powiedziała nieśmiało.
Po czym wyciągnęła papierosa z kieszeni, wsadziła sobie do ust i podpaliła. Próbowała uspokoić skołatane nerwy.
Dziewisącz nieco wzdrygnął się na widok papierosa. Ale w obecnej sytuacji musiał obniżyć poprzeczkę.
- Przecież to boli nie więcej niż ukucie komara – druga starała się uspokoić pierwszą. - Wiem, bo robiłam to już nieraz. Zresztą, za trzecim, czwartym razem odczuwalna jest już tylko czysta ekstaza.
- Łatwo Ci mówić, bo …
Nie zdążyła dokończyć zdania.
Zza drzew, całkowicie niespodziewanie dla obu dziewcząt wynurzył się Dziewisącz i rzucił się na jedną z nich, tę pierwszą.
Złapał ją swoimi wielkimi łapskami. Podniósł do góry, wrzucił do otwartej paszczy i połknął. Nawet jej nie pogryzł. Nawet nie próbował wyssać z niej wszystkich, pożywnych soków.
Zjadł ją w całości.
Razem z butami.
Po skonsumowaniu dziewicy odszedł.
Druga dziewczyna oniemiała na widok smoka, który pojawił się z nienacka i tak brutalnie rozprawił się z jej koleżanką
Zaskoczył ją przebieg tego niecodziennego zdarzenia.
Wszystko działo się tak szybko.
Nawet nie zdążyła uciekać. Ba! Nawet nie miała czasu, by pomyśleć o ucieczce.
Tępym, nieco nieobecnym wzrokiem patrzyła jak koleżanka znikała w paszczy potwora.
Nieprawdopodobne!
Dziewczyna skamieniała z wrażenia. Nie mogła ruszyć, ani ręką ani nogą. Przez kilka minut stała nieruchomo.
Nie ruszyła się nawet wówczas, gdy Dziewisącz zniknął już z pola widzenia.
Znak życia zatem dawały tylko poruszające się gałki jej oczu.
Milczała.
Milczała...
Po chwili zaczęła płakać.
Łzy strumieniem spływały po jej bladym policzku.
Była zła.
Chciała krzyczeć.
Nie mogla.
Łzy nie pozwalały uwolnić się słowom.
Padła na ziemię.
Była przytomna.
Wsadziła rękę do kieszeni. Chyba czegoś szukała.
Szukała prezentu, który chciała ofiarować koleżance.
Nie zdążyła.
Ale kolczyk był naprawdę piękny.
Wpasowałby się w wargę tej pierwszej tej, która zginęła w paszczy smoka.
Po zjedzeniu kolacji Dziewisącz odszedł i skierował swoje kroki w kierunku groty.
Chciał się położyć.
Bolał go brzuch.
Jeszcze nigdy nie odczuwał takiego dyskomfortu w jamie brzusznej po zjedzeniu dziewicy.
Jeszcze nigdy, w swoim stu pięćdziesięcioletnim życiu nie zaszkodził mu posiłek złożony z cnotliwej panny.
Czyżby?
Szedł coraz wolniej.
Słaniał się.
W końcu upadł.
Umarł tuż przed własną grotą.
********

3 komentarze:

  1. No nie! Biedny Smokuś! Przecież to jest rzadki okaz fauny, więc powinien podlegać ochronie!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nieocenione są ziółka na trawienie, ale czy smoki mogą znać tajemnice naszych babć? ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja wciąż wierzę, że Dziewisącz po prostu niedokładnie się rozejrzał...

    OdpowiedzUsuń