sobota, 3 marca 2012

Dobijamy grypę, docinamy bronchit

Od przyszłego tygodnia zaczniemy publikować opowiadania chorobowe Gości. Aby nikt nie podłapał wirusa przy okazji lektury, zaleca się kilka sprawdzonych na ochotnikach* zabezpieczeń: gogle spawalnicze, karacena husarska, tarcza tatarska typu słomianego, na skórze moskitobójczy elektrofumigator, środek przeciw pleśni Savo, a na to wszystko kombinezon astronauty z NASA, jeden z tych, których użyto do preparowania lądowania na Księżycu.
W wypadku takiej ochrony nikt nie doświadczy kokluszu ni gorączki plamicowej brazylijskiej, choć... ryzyko zawsze istnieje.
Jedno, co jest pewne, to że za solidność naszych organicznych bastionów sami odpowiadamy. Jeśli witaminę C zastępuje aspartam, a zielone warzywa żółte chipsy, to brama do wirusowego Blitzkriegu stoi sromotnym otworem i pretensje należy mieć do siebie. Na pewno nie do włodarza Rovaniemi.
Załóżmy jednak zuchwale, że wspólną ofensywą oczyścimy wiosenne przedpole z choróbstwa, które do października przyszłojesiennego nie wychyli swego fermentacyjnego nosa z nor pod leśną ściółką.
I przy tak optymistycznym, zuchwałym akcencie, zapraszam do kolejnej części nocnych perypetii Petersona, co za kartaczownicą Puckle'a tęskni.
*porwanych dla dobra cywilizacji z przystanków PKS i zamęczonych w serii humanitarnych eksperymentów.


Petersen i krasnoludy (część 2)

- Co robić? Co robić?... - mamrotał, kiwając głową jak w transie.
Zerknął na dobermana. Wydawał się być przyczajony do skoku.
Petersen wiedział, że czasu ma niewiele. I choć w myśli obrzucił psa określeniem "niewdzięcznik", to uśmiechnął się doń przyjaźnie i cichutko wymruczał:
- Hi, hi, ty...
Pies nawet nie drgnął. Był to naprawdę rzetelny psiak z porcelany. Jego właściciel wiedział jednak swoje. Przez całe życie liczył się z atakiem z najmniej spodziewanej strony. Dlatego z zasady nie przechodził w pobliżu drzew. Potwory skaczące z gałęzi... Nie, już sama myśl o tym, że mógłby zanadto zbliżyć się do drzewa, tak beznadziejnie wystawić, mroziła osierdzie...
A osierdzie rzecz ważna.
Wszelki gąszcz zawsze omijał z daleka. Podobnie jak kominy cegielni.
Spodziewał się tam japońskich snajperów, do których nie dotarły informacje o kapitulacji cesarstwa.
Z kolei do pomieszczeń nie wchodził zbyt ochoczo, a kiedy już się zdecydował, to z pełnym wycia dynamizmem, licząc na paraliż przyczajonych wewnątrz istot.
Wycie to długo niosłoby się po nocnej prerii, ale czy była inna broń na istoty pozaziemskie?
Skoro już nie miało się kartaczownicy?
Rzadko też sypiał bez świateł, choć zdarzało się. Każdego dnia rozkładał go dwugodzinny dylemat, co jest straszniejsze: szelesty podkradających się gnomów w ciemności czy wykrzywione twarze demonów w świetle lamp...
No cóż, niełatwe jest życie bez kartaczownic i bez krewnych, których można wypychać przed siebie...
Mimo tych małych fobii nie uważał się za człowieka chorego. Osobę, która nieśmiało podsunęła mu tę sugestię, zatłukł bez litości parawanem.
Padał deszcz ze śniegiem i na plaży nie było zbyt wielu świadków, dlatego uszło mu to płazem.
Był ostrożny i tyle. Ostrożny, a zatem bezpieczny.
Zadziwiająco zgrabnie zsunął się z łóżka i zaszedł dobermana od tyłu. Pies pozwolił wykiwać się jak amator.
Nic dziwnego - że mam gości - pomyślał rozgoryczony. Złość do psiego zdrajcy jeszcze bardziej wzrosła.
Nie odrywając czujnego, fosforyzującego wzroku od bielejącej w mroku figurki, namacał dłonią miotłę wspartą o ścianę. Zrobił w przód dwa kroki, ostrożne i niespieszne, nawet strażnice żuków przeoczyłyby ten manewr.
- Ach, ty!! - krzyknął z furią i zadał silny cios kantem wielkiej szczotki.
Acz celny był dopiero szósty. Doberman rozprysnął się na drobne kawałki. Jeden z odłamków uderzył Petersena w czoło, co uznał za kontruderzenie.
- Ach, ty zdrajco! Szumowino z bazaru! Tak płacisz za moją opiekę? Za karmienie?!
Odszukał największy fragment psa i dobił go trafnym ciosem.
- Co pan wyprawia?!
Światło zalało pokój. Mrużąc oczy, Petersen odwrócił się na pięcie.
W drzwiach stał dyrektor sanatorium. Petersen wyraźnie jednak widział krasnoluda.
Który to krasnolud nie był wcale życzliwy.
- Petersen! - odezwał się surowym głosem. - Ostatniej nocy obudził pan wszystkich kuracjuszy swoimi krzykami. Widział pan jakoby tankietkę koreańską na korytarzu. Co się z panem dzieje? Będę musiał odesłać pana do domu. Już sam fakt, że nie pozwala pan innym słuchać radia i oglądać telewizji, bo przyciąga to krążowniki Obcych i...
- Nie dostaniecie mnie! - przerwał mu Petersen gwałtownie Jego oczy płonęły jak pochodnie. - Wy krasnoludy z podziemi...
Dyrektor sanatorium poczuł dreszcz przerażenia. Jego brat kierował szpitalem psychiatrycznym po drugiej stronie ulicy i nie dalej jak dwa dni wcześniej ostrzegł go:
- Masz tam niejakiego Petersena? Arnolda Petersena? U mnie leży w łańcuchach jego brat, Trevor. Straszny świr i ludożerca. Seryjny gwałciciel drobiu. Otóż przypadkiem znaleźliśmy jego list w szesnastu kopiach, w którym pisze do generała Żukowa...
- Do kogo?
- Do generała Żukowa. I zapowiada w liście, w każdej kopii tak samo, że szykuje zamianę ze swoim bratem Arnoldem. Że ma sposoby zaczerpnięte z armii Dżibuti, które pozwalają zamieniać się...
- ...w coś?
- ...z kimś. Chce zamienić się z bratem miejscami.
- Tak?...
- Tak. Ale związaliśmy go dziewięcioma metrami łańcucha, więc prawdopodobieństwo jest małe. Obserwuj jednak mimo wszystko tego Arnolda Petersena. Bo może kiedyś okaże się, że to faktycznie Trevor...
I teraz dyrektor sanatorium patrzył ze wstrząsem na Petersena, który mógł być Trevorem.
Trevorem, który zabił sześćdziesiąt osób na pewno i 500 być może.
Petersen ruszył z wolna ku niemu. Triumf w starciu z dobermanem rozwiał jego lęk i uczynił mglistą przeszłością. Teraz był pewny siebie i nie żałował, że wieczorem zgasił lampkę.
I że nie ukradł dziesięć lat wcześniej z muzeum armaty morskiej 127 mm Mark 12.
Był przekonany, że poradzi sobie z tym niezdecydowanym krasnoludem.
- Ilu was tam jest? - wychrypiał niemal bezgłośnie.
- Co proszę? - nie zrozumiał dyrektor. Cofnął się o krok, czego Petersen nie przegapił.
- Dziś po południu widziałem w jadalni goblina - oświadczył gniewnym tonem. - Od kiedy gobliny i krasnoludy są w zmowie?
Dyrektor przełknął ślinę możliwie dyskretnie. Sytuacja była dramatyczna. Do tej pory miał do czynienia z marudnymi, rozpadającymi się w pół kroku emerytami, rencistami, kombatantami bądź niedożywioną młodzieżą, której regenerację sponsorowały rozmaite organizacje charytatywne, na przykład Ku-Klux-Up. Nigdy jednak nie konfrontował się z szaleńcami, za którymi migotała niepokojąca liczba 560.
Wiedział jednak, że tych ostatnich nie należało drażnić.
- Są w zmowie... od dzisiaj - odparł z wahaniem.
- Czego wy, ohydne stwory, chcecie ode mnie?! - krzyknął Petersen, odczuwając nowy napływ lęku.
- Chcemy jadła - brzmiała szybka, może trochę zbyt szybka odpowiedź.
Petersen wytrzeszczył oczy z przerażenia. Zaraz też podskoczył groteskowo, gdy z korytarza padł cień nieznanej postaci.
- Co tu się wyrabia, dyrektorze Marshall? - dobiegł rozdrażniony głos. - W naszym pokoju nikt nie może spać! Pół dnia straszy się nas rozstrzeliwaniem ze strony Marsjan i gwałtami głowowymi ze strony Plutonian, a w nocy te cholerne wrzaski! Będziemy zmuszeni pana zas...
- Ty goblinie przeklęty! - Petersen zmierzył natręta strasznym wzrokiem.
Wzrokiem diabła.
Natychmiastowa ucieczka kuracjusza wprawiła dyrektora w chwilowe osłupienie, bo dużo sobie obiecywał po tej kawalerii.
- Czy jest za późno na zmianę frontu? - zagaił Petersen z nadzieją.
- Hmm?
- Wy, krasnoludy, niewiele jesteście warte - zawyrokował Petersen z najwyższą pogardą. - Lecz gobliny jeszcze mniej... Proponuję pójść po rozum do głowy, no i...
- I?
- I wyrżnąć gobliny. Co do jednego!
Dyrektor znowu poczynił dyskretny krok w tył. Poza strachem odczuł też gwałtowne zmęczenie. Ktoś za to odpowie! No dobrze, jeszcze pół kroki i wtedy jednym susem...
- Pannie dyrenktorze!
Tym razem obaj podskoczyli nerwowo, rozkładając ręce jak pajace. Natychmiast rzucili wybałuszonym okiem ku drzwiom, ale w tej samej sekundzie z niepokojąco nieznanych przyczyn zgasły światła na korytarzu i zdołali tylko dostrzec niską, zgarbioną postać o rękach przypominających gałęzie umęczone wichrem.
- Pannie dyrenktorze! To ja, Abrahams. Ja w sprawie tych żabek.
- Co za żabek! - krzyknął dyrektor.
- Należy powiesić żabki.
Petersen wiedział jedno. Chińskie smoki uchodziły za istoty niezwykle przebiegłe i nieomal niepokonane. Ten, który stanął w drzwiach, był zapewne sojusznikiem krasnoludów i goblinów.
[cdn]

Tędy do trzeciej i ostatniej części opowiadania Petersen i krasnoludy

5 komentarzy:

  1. Z czym łatwiej walczyć? Z przerażającymi wizjami własnego umysłu czy z grypą? Ja walczę z przeziębieniem, ale coś licho mi idzie. ;(
    Re-Eunice

    OdpowiedzUsuń
  2. Ooo, nawet gobliny się pojawiły. Czyżbyś tworzył drugą część Inwazji? :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Jednak z grypą, mimo wszystko. Trzymam kciuki, polecam dziesięciokrotne dawki witaminy C, nie polecam dawać się wkładać do pieca "na poty".

    OdpowiedzUsuń
  4. Kiedyś, pamiętam, jeden z moich kolegów przywiózł antygrypinę z Anglii o nazwie Dispril. Może to pomoże??? Pozdrawiam i zdrowia życzę. :)))

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziękuję AiR i Autorze za wspaniałe rady, postawiłam wszakże na czosnek i wytrwałość domowników. ;)Będzie dobrze.
    Re-Eunice

    OdpowiedzUsuń