piątek, 9 marca 2012

Konkurs chorobotwórczy - opowiadanie pierwsze

Mam całkiem sporą stajnię koników, przy czym do elitarnych należy PRL.
Konik, podkreślam. Nie mylić z jakimś anglosaskim pony, co z dziećmi do zdjęć pozuje, a pod ciężarem 40 kilogramów górnośląskiego węgla rozpłaszczy się jak plezjozaur na fali.
Tak, mam sentyment dziecięcy - nie mylić z politycznym pod karą powieszenia na dębie Bartku - do PRL. Ten sentyment nie objawił się tylko z oczywistych tęsknot do czasów, gdy nawet bez konia galopowało się pół dnia poza domem bez wycieńczenia. PRL stworzył klawe rzeczy i ja je bardzo lubię.
Na przykład filmy. Filmy prawdziwe i z klimatem, a nie jakieś dzisiejsze z cyjanopanu wycinane twory, zwłaszcza, jeśli oceniać mam komedie... Naturalnie króluje król Bareja (masło maślane nieprzypadkowe), szczególnie Brunet wieczorową porą i... Alternatywy 4.
No ba. Przecież to fenomenalny fenomen. Takiego nawet w Dżibuti nie nakręcili. O takim Gregory Peck i Humphrey Bogart mogli tylko pomarzyć.
Na pewno marzyli.
Serial Alternatywy 4 oglądam każdej wiosny (z ewentualnym przesunięciem na lato) od lat chyba 8, może i 9-ciu. Jest to już po prostu w kalendarz wpisany obowiązek formalny i rzeczywiście obowiązkowy.
A nade wszystko przyjemny.
Przy czym przyznaję się od razu do dwóch wiosennych obowiązków - ten drugi to obowiązkowe oglądanie serialu Daleko od szosy, produkcji z 1976.
To już byłem na świecie. Więc czuję klimat i kumam cza-czę.
Nie muszę dodawać, że kolekcjonuję i czytam kryminały PRL-owskie, bo też swój kapitalny klimat mają. To klimat tak daleki od dzisiejszych czasów zbrodni zbiorowo-medialnej, że ostatki tego przetrwały już tylko w czeskich filmach.
Ale to trzeba przyznać Czechom: zawsze szybko poddawali twierdze (jakby mało było, że własne, to raz nawet Malbork sobie poddali z upodobaniem), ale nigdy nie pozwolili sobie odebrać klimatu.
Za co ich pierońsko cenię.
Bardzo pierońsko. Przecież do dziś oglądam Arabelę, Latającego Czestmira, Žene za pultem i Nemocnice na kraji města.
A Osudy dobrého vojáka Švejka za světové války można czytać bez końca.
Co jest o tyle proste, że Szwejk nigdy nie został ukończony (przez arcymistrza ironii i arcyojca czeskiego sarkazmu, Jaroslava Haszka).
Wróćmy jednak z CSRS do PRL na sekundę. Mój konik sprowadza się jeszcze do kilku spraw, ale ujawnię już tylko jedną: kolekcjonuję samochody PRL. Z braku (przedłużającego się prawie od XVIII wieku) gabloty, trzymam je wciąż pośród woreczków z rodzynkami i żurawiną.
Nie muszę dodawać, że zamierzam sobie kupić - w skali 1:1 - najładniejsze auto europejskie - fiata 125p.
A czemu o tym wszystkim piszę? Bo dziś publikujemy pierwsze z chorobowych opowiadań Gości, a opowiadanie to wybornie trafiło w mój klimat, atmosferę, a nawet jonosferę.
Zapraszam do lektury... przy której wskazana kawa lub herbata w szklance.
Na spodeczku.

Nadesłała: Ewa Łokuciejewska
PEERELizm

Ten dzień musiał nadejść. Poszła do ginekologa.
- Czasami człowiek musi. To znaczy, człowiek nie musi, kobieta owszem…
Generalnie - podziały w obrębie ludzkiego gatunku bardzo ją mierziły, ale niewątpliwie były sfery, w których gotowa była przyznać istnienie minimalnych różnic.
- Rozkładanie nóg bez gry wstępnej nie należy do przyjemności, ale cóż, jak mus, to mus... Albo karma..
Zacisnęła zęby, bo nic innego nie mogła, zarejestrowała się i pozostało jej jedno - nadzieja.
- Może nie będzie tak źle, może lekarz będzie przystojny… Chociaż nie… Nie chcę przystojnego. Lepiej niech będzie szpetny, ohydny, gruby i owrzodzony. Albo nie, nie ohydny i bez wrzodów. Przecież będzie mnie dotykał… No właśnie… Dobra… Niech przynajmniej nie śmierdzi. Niech będzie normalny. Ani taki ani taki. Ani stary ani młody. Nie. Zaraz… Ja teraz przecież lubię w średnim wieku… To mój aktualny target. Dobra… Niech będzie za młody albo za stary. Przeciętniak. Człowiek bez właściwości. Pan Nikt. To tak, jakby dotykało cię powietrze. Albo kobieta. Nie! Tylko nie kobieta! Ksiądz. Jakby dotykał cię ksiądz… Zaraz… ja chyba tracę rozum… Moja macica jest żywym zwierzęciem. Przemieszcza się w górę moich wnętrzności, przepycha między jelitami, wątrobą, nerkami i uciska płuca. Już nie mogę złapać tchu. Hysteria. Inaczej zwana dusznością maciczną… Na skutek braku aktywności seksualnej macica wysusza się, kurczy i przemieszcza w górę uciskając narządy inne. W Starożytnym Egipcie zaaplikowano by mi gówno pod nos i lotos pod tyłek. Żeby zwierzę wywabić w dół i zniechęcić do wyłażenia górą. Jezu… Starożytni to mieli wyobraźnię! A skąd pewność, że moje zwierzątko woli zapach lotosu od gówna? Mój pies woli… Wyskoczy przez gardło i się wytarza. Fuj!
Próbowała zabawić siebie samą, bo niepokój, jaki ją ogarnął już wczesnym rankiem, zamiast słabnąć, najwyraźniej wzrastał. I już nie chodziło tylko o sam smutny fakt wizyty u ginekologa, która niewątpliwie nie należy do najprzyjemniejszych przeżyć na świecie.
- Chyba, że istnieje taki rodzaj zboczenia… Róża w… To dla pana panie doktorze!
Do tej pory była na tyle ostrożna, że chodziła na wizyty prywatnie.
- Jakby to miało zabezpieczyć mnie przed niechlujstwem, chamstwem, czy może zwykłą i częstą nieuprzejmością… Naiwnych nie sieją…
Podczas ostatniej płatnej wizyty przekonała się, że to nie chroni przed niczym, zatem teraz postanowiła, że przynajmniej nie będzie za to płacić. Odczekała swoje i zapisała się w przychodni na ZUS.
- To tylko zwykła kontrola, co może się stać? Pytała siebie samą uspokajająco, choć wyobraźnia już kilka wariantów jej podsunęła, z których najlżejszym była tajemnicza choroba zakaźna objawiająca się krwawymi upławami. Postanowiła nie poddawać się chorej wyobraźni i zająć mózg w bardziej wyrafinowany sposób. Przez ostatni tydzień oglądnęła „Alternatywy 4”, cztery odcinki „Czterdziestolatka”, „Misia” i „Rozmowy kontrolowane”.
Liczyła na to, że po takiej dawce absurdu zacznie pogodniej podchodzić do teraźniejszości. I rzeczywiście - jakoś tak radośniej patrzyła na dziury w jezdni, kolejkę do bankomatu, polityków w sejmie, młodzież popijająca piwo i palącą szlugi pod kościołem, psy walące monstrualne kupy na wytartych miniaturowych trawniczkach, stada żuli żebrzących o wózki pod hipermarketem…
- I na wszystkie te dodające otuchy obrazki codzienności.
Ale tak naprawdę zaczęło się od rana.
- Może dlatego, że już dawno, dawno temu nic nie zmusiło mnie do wstania o tak niepojętej porze. Blady świt, kurde, blady świt.
Wraz ze zmianą ustroju, czas przesunął się z godzin rannych na później.
- Już niewielu wstaje o piątej nad ranem. A ja… Ja… z rzadka przed ósmą. Teraz brakuje tylko, żeby z ust dobywała się mgiełka pary, w torbie brzęczała butelka z mlekiem obok kanapki z margaryną i serem żółtym Gouda... Ewentualnie Ementaler…
Nie miała kanapek i było za ciepło tego ranka, ale gdy tak szła przez miasto z oddali doszedł ją chrzęst, skrzeczenie i rozżalony jazgot tramwaju przeskakującego zwrotnicę.
- Tuż przed rozpadem w pył, proch i nicość. Wieczna skarga na byt… Na byt określający świadomość…
Nic jej tak nie przygnębiało przed laty jak właśnie ten tramwajowy jazgot.
- Szarzy ludzie w szarym świecie jadący do niechcianej pracy. Przyszłość zarysowana mgliście, ale bezwzględnie - szczyt marzeń - M4 i Mały Fiat. Ewentualnie wczasy w Bułgarii, jeśli zaprzedasz duszę - to i może na Krymie…
Przyspieszyła osiągając, jak na nią i jak na siódmą rano- zawrotną prędkość.
- Co mnie naszło? Akurat teraz?
Minęła kolejną przecznicę, dziwnie spokojną i pustą. Nie mogła uwierzyć, ale na poboczu stała Syrena 105 w przemodnym niegdyś kolorze Bahama Yellow.
- Syreny dzieliły się na 104 i 105, jedne otwierane z prawej, drugie z lewej. Miały skrzynię biegów przy kierownicy… Jeszcze były Trabanty i Wartburgi… Kto to pamięta? Małym Fiatem czteroosobową rodziną na wczasy do Bułgarii. Na dwa miesiące… Z całym oporządzeniem - namiot, dwie butle z gazem, materace, konserwy…
Ten egzemplarz wyglądał jak nowy.
- Zdumiewające…
Okrążyła samochód zaglądając do wnętrza szukając jednego- pieska z kiwającą główką.
- Jest, kurcze! Jest! Ktoś dba o szczegóły, nie ma co…
Nie miała czasu przyglądać się dłużej, ale jeszcze długo oglądała się za siebie przekonana, że to wczesnoporanny miraż.
- Ale niewątpliwie stała tam, a piesek kiwał główką z dezaprobatą.
Weszła do czterokondygnacyjnego budynku- typowego dla epoki Gierka, przekroczyła betonowy podjazd, korytarz pokryty luksferami i już w drzwiach natknęła na kolejkę do rejestracji.
- Co jest? Przecież się rejestrowałam przez telefon…
Postanowiła zignorować ten koszmar i przecisnęła się na pierwsze piętro, pod gabinet ginekologa. A tam znów kolejka- na siedząco.
- Trochę lepiej.- westchnęła ciężko i usiadła na składanym drewnianym krzesełku.
Krzesełko było niewygodne, ale dawało przestrzeń.
- Minimalny obszar poza zasięgiem ocierania o wełniane, grube i szorstkie garsonki.
Wszystkie obecne tu kobiety, w różnym wieku i kondycji, miały na sobie prawie jednakowe ubiory.
- Za ciepłe, za sztywne, zbyt bure.
Zamknęła się jak najszczelniej w swoim krzesełkowym terytorium, z grzecznie podkulonymi nogami i czekała. Długi i wąski korytarz kończył się dużym oknem i gigantycznym eukaliptusem w glinianej donicy. Obok stała wysoka popielniczko- spluwaczka, a nad nią pochylało się nerwowo paląc „Klubowe” stadko pań, identycznych jak wszystkie.
- Już mnie dzisiaj nic nie zdziwi - obiecała sobie z wahaniem, bo przecież...
Przestała palić jakieś trzydzieści lat temu, ale dawno już nie miała takiej ochoty się zaciągnąć. Nikogo nie bulwersował siwy, gryzący dym wędzący wszystkich w poczekalni. Od czasu do czasu otwierały się drzwi do trzech sąsiednich pomieszczeń, ktoś wchodził i wychodził, niektórzy dołączali do palących. Raz wyszły dwie pielęgniarki i zapaliły zgodnie „Radomskiego”. Ale nie to było, aż tak dziwne, jak to, co zobaczyła przez ułamek sekundy, gdy wychodziły z pomieszczenia.
- Jezu… Czy ja widziałam telewizor „Rubin” i charakterystyczne przydymione okulary nad mundurem? Jezu… Dobrze, że nic nie słyszałam… - przeszły ją ciarki
- Jak to było? ”Obywatelki i obywatele…”.
Zrobiło jej się zimno, choć nadchodził upalny letni dzień. Ale teraz dopiero dotarło do niej, że tylko ona jest tak lekko ubrana. Ciężkie palta i futra, nawet z lisów, wisiały na drugim końcu korytarza. Tylko ona była bez grubych pończoch i w letnich butach. Nie miała czasu na przetwarzanie tak wielkiej ilości absurdów, więc zapomniała o kreacjach, które już powinny ją zdziwić, kiedy przedzierała się spod rejestracji. Teraz myślała tylko o generale.
- Powtarzają coś? Tak rano? Oglądają takie rzeczy w pracy? A ten telewizor… Przecież nie mógłby jeszcze działać…
Do gabinetu nikt nie wołał po nazwisku, wyglądało na to, że panie wchodziły w kolejności przyjścia.
- No to jestem ostatnia… Kurde… Pójdę sobie zapalić?
Z trudem, ale zmogła w sobie tę chęć. Prawdopodobnie dlatego, że musiałaby żebrać.
- I to o co? O „Klubowego”? Jezu… Skąd one to mają.
W młodości paliła „Caro”, „Carmeny” i czasem „Zefiry”.
- Ale od nich mnie mdliło. Krążyły wieści, że powodują bezpłodność…
Bała się też, że jak zejdzie z krzesełka, ktoś zajmie jej miejsce, a nie czuła się swojsko w tej przerażającej przestrzeni. Nikt się nie odzywał, nikt nie odbierał komórki i nie słuchał mp3, nawet nie czytał durnych czasopism. Starała się za dużo nie myśleć, a nawet rozpoczęła cichą mantrę. Obejrzała sobie sąsiadki z naprzeciwka, ale i to było mało pocieszające. Przed nią siedziała kobiecina.
- Na miłość boską… Czy ona ma na głowie chustkę?
Kobieta obok była dużo młodsza, ale na głowie miała fryzurę z lat sześćdziesiątych.
- Ondulacje na tapira… Boże mój…
Spuściła wzrok pod własne nogi i podjęła przerwaną mantrę. Postanowiła jakoś to wszystko przeczekać. No i przeczekała, po dwóch godzinach zorientowała się, że teraz na nią kolej. Gdy kolejna kobieta, akurat ta z ondulacja wyszła dziwnie zaczerwieniona z gabinetu, podniosła się z błogosławionego krzesełka i zapukała do drzwi.
- Tak robili wszyscy…
Rozległo się gromkie :
- Proszę!
Za biurkiem pod ścianą siedziała młoda pielęgniarka odstrzelona na Cristal z „Dynastii” i popijała fusiastą herbatę ”Ulung” ze szklanki z metalową podstawką. Zza przepierzenia odezwał się męski głos.
- Niech podejdzie. No proszę, proszę. Rozbierzemy się i położymy…
Zbaraniała. Stała jak wryta obok biurka i nie mogła wydusić słowa. Pielęgniarka niechętnie oderwała się od obrotowego fotelika na kółkach i bez słowa przepchnęła ją łokciem za parawan.
Stał tam ginekologiczny fotel z metalowymi obręczami na uda, okręcany taboret i wieszak na ubrania.
- Siostro… Pani przetrze, tak?
Lekarz około czterdziestki, lekko szpakowaty, w dżinsach z Pewexu i szetlandzie w serek kręcił się nerwowo między umywalką i szafką z narzędziami. Pielęgniarka, wyraźnie obrażona, oderwała kawałek gazy z wielkiej rolki i dwoma ruchami przetarła fotel.
- Prędziutko, prędziutko, rozbierzemy się i położymy… - powtórzył.
Zrzuciła majtki, sandały i stanęła bezradnie przed łożem madejowym. Ponieważ odjęło jej mowę, a i tak nie była pewna, czy lekarz nie mówi o sobie i tej młodej pielęgniarce, nie powiedziała nic.
- No! Proszę, proszę!- wyraźnie był zirytowany, gdy zobaczył, że wciąż stoi.
Wspięła się na palce i poczuła, jak lepki skaj przykleja jej się do pośladków.
- Chryste… Nawet nie dali podkładki - pomyślała przerażona.
Lekarz skierował jakaś przedpotopową stojąca metalową lampę, jak z przesłuchań w KGB, w jej wnętrze. Poczuła ciepło na udach, metalowy rozszerzalnik, a potem palce w gumowej rękawiczce. Trwało to sekundę i nie zdążyła się przestraszyć na dobre i zastanowić, czy zmienił rękawiczki.
- Dobrze. Zejdziemy i ubierzemy się.
Złapała tylko haust powietrza, bo groziło, że zemdleje zanim wstanie. Wyzwoliła nogi z uchwytów i obciągnęła sukienkę.
- Miesiączkujemy?
Jakoś opuścił ją cały rezon, jednak najwyraźniej nie na tyle.
- Nie wiem, jak pan doktor, ale ja jeszcze tak…
Udał, że nie słyszy albo myśli miał zaprzątnięte czymś, albo kimś innym, bo spytał:
- Kiedy ostatnio?
Podała jakąś datę, zupełnie bez sensu.
- Pani Krysiu, pani zapisze. Tak? I jeszcze proszę zapisać. Ginekologicznie bez zmian. Peerelizm absurdoczny postępujący. Wizyta kontrolna za rok.

***

23 komentarze:

  1. Sorry, po zanurzeniu w odmęty PRL-u, mam dziwne wrażenie, że po taka diagnozę należy udać się do psychiatry. Po drugim łyku porannej, zielonej herbaty już niczemu się nie dziwię. Chociaż herbata była bez wkładki i czytałam z wypiekami na twarzy.Ukłony dla pani Ewy. :)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak to bez wkładki? A w szklance chociaż? Z koszyczkiem? Czy w imperialistycznym, maklerskim kubku? Poruszymy sprawę na plenum.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeju, a ten peerelizm to jest zaraźliwy? :p

    OdpowiedzUsuń
  4. Herbata w szklance bez koszyczka, ale za to najmniejszy palec elegancko wyprostowany.:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Re-Eunice, to tak zwana "późna arystokracja"! ;)
    Dr Seth - humor, ironia i klimat, cała Ewa Anhedonia!

    OdpowiedzUsuń
  6. Strzeżcie się ludzie! Kobiety, żony, córki... Zaraźliwe jak jasna cholera-wystarczy pójść do lekarza na NFZ...

    OdpowiedzUsuń
  7. To JEST odlotowe... Brak słów.

    OdpowiedzUsuń
  8. Filmy z PRL są kultowe, ale nie Bareja, choć lubie "Bruneta..." z jego zagęszczającą się atmosferą jak w klasycznego horroru - wolę Hassa i jego "Rękopis znaleziony w Saragossie". "Pancerni" i "Kloss" to klasyka. I mimo wszystkich paszkwili z IPN na ich temat, nakręcono kolejna część "Klossa" z Kotem w roli głównej. Zobaczymy, czy dorównają Mikulskiemu i Karewiczowi???

    OdpowiedzUsuń
  9. Tak mi miło,że się spodobało. Może ciężkie doświadczenia nie idą na marne?

    OdpowiedzUsuń
  10. Bardzo bardzo dobre;)chińskie gumki i zeszyty wystane w kolejkach,kozaki na Książeczkę Zdrowia...PEERELizm...
    pozdrawiam ewa
    p.s. a swoją drogą ..posiadam żółtego Fiata126P...czyli nie tylko NFZ poraża;)

    OdpowiedzUsuń
  11. No proszę, ilu tu chorych na PEERELizm, brak łóżek nawet na korytarzu! Ale co tam, z tej choroby leczyć się nie będziemy. ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Pewnie źrodeł porażenia moze być wiecej, fiaty-kultowe!O tak...Chińskie pachnące gumki...Flamastry w 30 kolorach i zapachach też. A ktos pamięta "juniorki"?

    OdpowiedzUsuń
  13. Chodzi o buty? Mi jednak utkwił "kapitalistyczny polot", jakim były Relaxy...

    OdpowiedzUsuń
  14. Relaxy grały główną rolę w "Seksmisji", a nie wolno było nosic trampek, bo komus się kojarzyły ze zgniłym zachodem, więc nosilismy "obuwie tekstylne na podbiciu gumowym"-juniorki.No i stylonowe fartuszki z dopinanymi kołnierzykami. No i ...wieczna walka o tarcze... Ech... Wspomnienia...

    OdpowiedzUsuń
  15. Wojnę o tarcze to ja pamiętam doskonale.

    OdpowiedzUsuń
  16. Anhedonio - dzisiaj oddałbym całe 1100 zł mojej emerytury za parę Relaxów z Nowego Targu. Te buty były nie do zdarcia! Nie to, co chiński - excuse la mot - bullshit made in China!

    OdpowiedzUsuń
  17. PRL wspominamy. To ja chcę jechać na kolonie latem, a tarczę mogę sobie przyszyć, a nie przypiąć agrafką. ;)

    OdpowiedzUsuń
  18. Śledź w sosie chrzanowym albo zielone jajko na twardo na stołówce... Szklanka mleka z kożuchem...Guma Donald... składak "Wigry 3", dżinsy rurki, farbowane koszulki z tetry...

    OdpowiedzUsuń
  19. Późny PRL - dżinsy "marmurki", konia z rzędem za marmurki!
    A Relaxy też bym chciał. Miałem piękne, złoto-czarne. :)
    Ale najbardziej to mi brak... "Świata Młodych" w kiosku!

    OdpowiedzUsuń
  20. A mnie Pink Floyd i King Crimson, no i SKSu. No i pewnie młodości...

    OdpowiedzUsuń