wtorek, 13 marca 2012

Konkurs chorobotwórczy - opowiadanie trzecie

Choroby dopadają ludzi wszędzie, tak w parku im. Adama Mickiewicza w Sanoku, jak pod powierzchnią Morza Martwego. A nawet we wszelkich katedrach i minaretach, bowiem taktu i świętości żadnych nie uznają.
Co więcej, konfrontacja z chorobą grozi nam nie tylko w bliskiej odległości od skorupy ziemskiej (nawet najlepsza trampolina nie oddali nas od niej aż tak bardzo), ale i znacznie dalej.
Takie 384 000 kilometrów dalej. Na Księżycu.
Gdzie człowiek, tam wirus, można rzec.
Dziś zapraszam do opowiadania AiR, które poza konkursową klauzulą chorobową zawiera - przede wszystkim właśnie to zawiera i magnetyzuje - fantastyczny (w każdym tego słowa rozumieniu) klimat księżycowy. Podobny klimat zauroczył mnie w brytyjskim filmie SF "The Moon", co jest znamienne, bo mnie poza herbatą i Sherlockiem Holmesem nic brytyjskiego nie oczarowuje. Filmów wręcz nie lubię, poza Monty Pythonem,oczywiście. Tym szaleńcom pomniki z obsydianu bym postawił na każdym rondzie.
Mam słabość do historii, w których bohater nie dość, że zmaga się w pojedynkę (lub z wsparciem tak nikłym, że trudno to nazwać kawalerią) z wielkim wyzwaniem przestępczym tudzież innym, to jeszcze z własnym organicznym niedomaganiem. Wspaniale oddawał to Alistair Maclean, świetne, nieśmiertelnie klimatyczne pozostają dla mnie obie pierwsze "Szklane pułapki" z Bruce'm Willisem.
A poniżej? Trochę zmagania z niedomaganiem, ale przede wszystkim niezwyczajne połączenie wiedzy z atmosferą... Zapraszam do pozaziemskiej lektury.

Nadesłał: AiR
W kryształowej dżungli Księżyca

Sinus Medii – Luna Główna

Selenołaz kołysał się lekko jadąc po szarobrązowej powierzchni Oceanu Burz. Wściekle świecące słońce powoli zniżało się ku gładkiej linii horyzontu. To nie była Ziemia, tutaj świeciło ono jednakowo jasno bez względu na miejsce zajmowane na niebie. Nie było żadnych zórz czy innych zjawisk optycznych, brak atmosfery dawał się we znaki, zresztą była – ślady wodoru, argonu, neonu, helu no i oczywiście dwutlenek węgla. W dzień upiorny, stutrzydziestostopniowy upał, w nocy studziesięciostopniowy mróz, który był łatwiejszy do zniesienia tylko w szczelinach, gdzie ciepło wolniej wypromieniowywało w przestrzeń kosmiczną. Na szczęście selenołazy były dobrze klimatyzowane, ale i tak trzeba było jechać w skafandrze – Leonidy znowu się zaktywizowały i układ podwójny planet Ziemia – Księżyc znajdował się pod ostrzałem meteorytów z tego roju. Prawdopodobieństwo trafienia meteorem było niezmiernie małe, ale istniało. W ciągu doby mojego pobytu na Księżycu sejsmometry Luny Głównej odnotowały trzy uderzenia w okolicy Oceanu Burz. Tej, w której teraz się znajdowałem. I tylko dziwne było to, że takim przypadkiem zajmowali się funkcjonariusze Agencji Obrony, jak ja.
Właściwie wszystko zaczęło się dość banalnie. Rankiem cztery dni temu dostałem wezwanie w trybie alarmowym do bazy AO w moim rodzinnym mieście. Stamtąd ciupasem przerzucono mnie do kosmodromu Agencji i po przesiadce na starej i opuszczonej jeszcze na początku dwa tysiące trzydziestego drugiego roku stacji ISS znalazłem się w Lunie Głównej na Sinus Medii, gdzie skierowano mnie do tamtejszego wydziału AO.
- Witaj na Księżycu – powiedział kordialnie szef placówki Sam Holden. – Mamy dla ciebie tutaj małą partaninkę do wykonania – zaczął bez jakichkolwiek wstępów. – Siadaj.
Podał mi rękę. Była twarda i mocna, jak dłoń chłopa od pługa. Wyglądał także jak chłop. Ubrany w szare ubranie nie przypominał w żadnym wypadku weterana księżycowych pustyń, a raczej wieśniaka z środkowej Europy. Czerwona gęba jak kufa. Wzrost dwa metry dwa centymetry, potężna tusza, jasne włosy przypominająca strzechę po uderzeniu huraganu, i oczy. One zaprzeczały całemu wieśniaczemu wizerunkowi. Ciemne, bystre, zdradzające inteligencję i spostrzegawczość. I upór. Miło mieć takiego szefa, który wie, czego chce i wie, co ma zrobić ze swym podwładnym… Usiadłem.
- Co to za zadanie? – zapytałem ostrożnie.
- Coś w sam raz dla ciebie – potężna ręka poklepała mnie po plecach. – Ale najpierw pytanie – byłeś kiedyś na Księżycu?
- Raz, turystycznie – odparłem.
- Gdzie? – zdradził zainteresowanie.
- Na Sinus Medii i w Tycho oraz na Biegunie Południowym.
- Podobało się?
- Owszem, fascynujące doświadczenie – uśmiechnąłem się.
- No to będziesz miał coś równie fascynującego – uśmiechnął się szeroko. – Pojedziesz na Oceanus Procellarum – Ocean Burz. Wiesz, gdzie lądowała Łuna 9?
- No właśnie tam – wzruszyłem ramionami.
- A dokładnie na siódmym stopniu i dziesiątej minucie szerokości północnej i sześćdziesiąt cztery stopnie pięćdziesiąt pięć minut długości zachodniej. Tydzień temu miało tam miejsce ciekawe wydarzenie. Spadł tam meteoryt.
Uniosłem brwi – Też mi nowina! – pomyślałem.
- W tym chyba nie ma niczego niezwykłego? – zapytałem naiwnie. – To robota dla meteorytologów, a nie specjalistę od materiałów wybuchowych i historyka?
- Nie, ale rzecz w tym, że to nie mógł być zwyczajny meteoryt – powiedział – obejrzyj sobie te zdjęcia – podał mi kilkanaście dużych płacht folii.
- Tu i teraz? – zapytałem ponownie.
- Tak synu – powiedział serdecznie Holden – tu i teraz. Nie muszę chyba dodawać, że cała sprawa od tej chwili jest absolutnie i ściśle tajna specjalnego znaczenia.
- A co będzie, jak rozpuszczę język – zapytałem przekornie.
- Nic – Holden uśmiechnął się serdecznie – a wiesz czemu? Po prostu nikt ci nie uwierzy, a ja się wszystkiego wyprę… Zresztą jesteś pracownikiem AO i podobnie jak mnie obowiązują cię pewne przepisy, które nie obowiązują zdecydowanej większości ludzi tu i na dole…
Mówiąc „na dole” miał na myśli Ziemię. Trochę trudno się z tym było oswoić… Rzuciłem okiem na zdjęcia. Pierwsze dwa były fatalnej jakości, wykonano je chyba zaraz po impakcie meteorytu, bo cały obraz był przysłonięty pyłem. To samo w sobie było dziwne, bo na Księżycu pył odskakiwał radialnie i opadał, a nie kłębił się, jak tutaj.
- Dziwne – powiedziałem.
- Prawda? – podchwycił od razu. – Co o tym sądzisz?
- Musiała się wytworzyć chwilowa atmosfera na tyle gęsta, że pył się skłębił… - rzekłem. – Ale skąd ta atmosfera? Z meteorytu?
- No to patrz dalej – zaproponował łagodnie.
Spojrzałem na następne zdjęcie. Pył już opadał i widać było dość wyraźnie sylwetkę Łuny 9. I jeszcze czegoś po prawej stronie kadru.
- A gdzie jest krater po impakcie? – zapytałem głupio, bo na zdjęciu nie było niczego, co przypominałoby nowopowstały astroblem. Przynajmniej czegoś, co przypominałoby krater Giordana Bruno…
Spojrzałem pytająco na Holdena.
- No właśnie, gdzie? – odpowiedział pytaniem na pytanie. – Jak zapewne pamiętasz, krater powstaje zawsze po impakcie meteorytu w gruncie księżycowym. Obojętnie, czy trafi w regolit, skałę czy pył. Tutaj tego nie ma, ale jest to coś, po prawej stronie. Widzisz?
Sięgnął po następne zdjęcie, które było powiększonym wycinkiem poprzedniego. I zobaczyłem.
Cokolwiek to było, to przypominało dość dokładnie grecką amforę leżącą na boku, dnem uniesionym lekko ku górze – tak przynajmniej sugerował to cień padający na powierzchnię księżycowego „morza”.
- Czy coś ci to przypomina – Holden patrzył z napięciem w moją twarz.
Teraz dopiero zrozumiałem, że jego kordialność i nonszalancja to była poza. Rola, którą musiał odegrać w stosunku do mnie, a jeszcze bardziej dla samego siebie. Tak naprawdę, to czekał na to, co usłyszy ode mnie tu i teraz…
- Amforę… - bąknąłem niepewnie.
- Co??? – na twarzy Holdena rozlało się niebotyczne zdumienie. – To jakiś żart?
- Nie. To nie jest żart – powiedziałem twardo. – To coś przypomina mi kształtem amforę. Grecką czy rzymską – nieważne. Ale nią nie jest. I w ogóle nie było i nie ma takiej amfory, której długość lekko licząc wynosi trzydzieści do pięćdziesięciu metrów i która jest w stanie wytrzymać uderzenie w powierzchnię Księżyca, i to z pierwszą kosmiczną. Nawet tutaj.1
Holden westchnął i widać było, że mu bardzo ulżyło. Poweselał i już nie musiał niczego udawać.
- Pojadę tam – powiedziałem stanowczo.
- Ja też tak myślę – oznajmił serdecznie – właśnie chciałem cię o to poprosić.
- „Poprosić”? – o, jak to miło! – pomyślałem.
- A kiedy? – zapytałem.
- Już – odpowiedział. – Ale jest jedna rzecz. Te fotki pochodzą z orbitera wokółksiężycowego Agencji, który ma ten rejon pod swoją czułą „opieką”. Nie stwierdzono żadnej aktywności wokół tych dwóch obiektów – Łuny i tego… czegoś. Wychodzi na to, że to jest martwe, albo przynajmniej nie wykazuje aktywności.
- Zobaczymy – powiedziałem – a zatem gdzie jest moja ekipa?
- Już tu jest – odpowiedział twardo. – Jedziesz tam sam.
Uniosłem brwi. Tego się nie spodziewałem.
- Można wiedzieć dlaczego? – zapytałem.
- Tajemnica – odparł – Agencja nie może się wygłupić przed całym światem i dlatego potrzebne jest przeprowadzanie zwiadu. Jego celem jest ustalenia stopnia zagrożenia ze strony tego… czegoś. Dostaniesz selenołaz z całym zestawem SP. Twoja kwatera będzie w stacji Shoemakera-Twardowskiego. To jest zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od tego
Mówił o niewielkiej stacji naukowej na Oceanie Burz wybudowanej jeszcze w dwa tysiące sześćdziesiątym przez Amerykanów w kraterze-fantomie Reiner Gamma, którzy nazwali ja imieniem dwudziestowiecznego astronoma. Potem mieli ją Kanadyjczycy, a wreszcie Polacy, stąd jej druga nazwa – podobno od nazwiska pierwszego Polaka na Księżycu, czy pierwszego ich astronauty... Prowadzono tam jakieś pomiary czy poszukiwania, ale pod koniec dwudziestego pierwszego wieku stacja stała się nieopłacalna i teraz stanowiła zapasową bazę dla księżycowej delegatury AO.
- Jedno pytanie – odezwałem się – jadę tam właściwie jako kto?
- Oczywiście jako petrograf. Masz sprzęt geologiczny, jakby cię ktoś o to pytał – oznajmił mi już spokojnie.
- A jak z zaopatrzeniem?
- Na stacji masz wszystko, co potrzeba. Zapas żywności, wody i powietrza na pół roku dla pełnej obsługi stacji. Na stacji nikogo nie ma poza automatami, a i te są dezaktywowane. To dwa androidy, uaktywnisz je w miarę potrzeby. Aha, w sąsiedztwie będziesz miał ekipę prawdziwych petrografów pracujących w Heweliuszu. Robią jakieś wiercenia w okolicy skrzyżowania się Rimae Hevelius, nieopodal wyniesienia Alfa. Ekipa dwudziestu dwóch osób. Hindusi, Japończycy i Europejczycy. No i jeszcze jedno – przy okazji zbadasz stan Łuny 9 i Łuny 8 – ta ostatnia jest bardziej na północ – w stronę krateru Galilaei. Masz na to tydzień, potem bez względu na to, co tam wywąchasz musimy sprawę przekazać Radzie Bezpieczeństwa Istnienia no i mediom. Tu masz wszystkie papiery. Mam nadzieję, że dojedziesz tam w ciągu trzydziestu godzin?
- A bo ja wiem? – wzruszyłem ramionami.
- Nie zabłądzisz, bo selenołaz zawiezie ciebie sam do celu, prowadzi go autopilot w oparciu o nasz LPS, więc ty musisz tylko wsiąść w Lunie Głównej i wysiąść w Twardowskim. To twoja dokumentacja. W czasie podróży zapoznaj się z tym, a potem do roboty.
Skinąłem głową.
- I jeszcze jedno. Łączność tylko poprzez stary kabel telefoniczny. Żadnego radia, żadnej sygnalizacji. Tu masz tablice kodową i gamy. To stary system – jeszcze z dwudziestego wieku, ale bardzo skuteczny. Pytania?
- Nie mam – wzruszyłem znowu ramionami. Tak czy owak byłem zdany tylko na siebie, więc nie było sensu pytać o cokolwiek.
Holden wyciągnął rękę.
- No to życzę powodzenia – rzekł i dodał – wracaj cały i zdrowy…
- Postaram się – uścisnąłem mu rękę, a potem wziąwszy wszystkie papiery przestąpiłem próg jego gabinetu.

Luna Główna – Twardowski

Wyszedłem z gabinetu i spojrzałem na lustrzaną ścianę. Po drugiej stronie lustra stał facet koło czterdziestki, w miarę barczysty i w miarę wysoki. Banalna twarz, nie rzucająca się nikomu w oczy i maskująca idealnie w tłumie. Krótkie ciemnoblond włosy z matowym połyskiem. Ciemnoniebieskie lekko przymrużone jak u kota oczy, prosty nos i usta skrzywione w ni to sardonicznym, ni to gorzkim grymasie. Wyszedłem na korytarz i odnalazłem windę, która zawiozła mnie pod powierzchnię gruntu.
Luna Główna, podobnie zresztą jak pozostałe Luny – Luna II i Luna III Farside na niewidocznej stronie Księżyca – zbudowano w głąb Srebrnego Globu. Brak atmosfery i związany z nią ogromny diapazon temperatur zmusił konstruktorów do zwrócenia się właśnie w głąb skorupy księżycowej, przy czym szczególny nacisk położono na budownictwo asejsmiczne, bowiem nie wiedzieć z jakich powodów, Księżyc potrafił się trząść – dosłownie i w przenośni – jeszcze w parę godzin po uderzeniu dużego meteorytu czy eksplozji silnego ładunku wybuchowego na jego powierzchni, czy pod nią… Wchodząc pod księżycowy grunt wykorzystano nade wszystko fakt bardzo niskiego przewodnictwa termicznego księżycowych skał – był on o tysiąc razy mniejszy, niż na Ziemi! Tak więc tylko stacje astronomiczne czy badawcze budowano tradycyjnie jako duże pancerne kopuły, w których znajdowały się pomieszczenia mieszkalne, laboratoria, pracownie i reszta ultra- i infrastruktury tych baz. Takim był miedzy innymi Twardowski, ku któremu właśnie ruszałem.

Selenołaz Agencji był bez żadnych oznaczeń, poza standartowymi numerami rejestracyjnymi wymalowanymi na burtach samoświecącą farbą. Normalny, cywilny pojazd przystosowany do jazdy na powierzchni Księżyca. Jego masa wynosiła trzydzieści sześć ton – sześć ton wagi w warunkach księżycowej grawitacji. Umożliwiało mu to poruszanie się nawet po stromych wzgórzach i jazdę po płaskim terenie z prędkością stu kilometrów na godzinę. Inna rzecz, że dróg jako takich na Księżycu nie było, bo nie opłacało się ich budować. Wytyczono tylko kilkanaście szlaków pomiędzy Lunami i bazami. Nazywało się to jazdą od tyczki do tyczki, bowiem wytyczono je poprzez wbicie w grunt wysokich na dziesięć metrów tyczek aluminiowych z odbijaczami kątowymi – dzięki nim komputer nawigacyjny pojazdu sprzężony z radarem mógł prowadzić pojazd bez udziału człowieka. W przypadku utraty tyczek, a takie przypadki zdarzały się od czasu do czasu, komputer mógł śledzić swoją trasę i prawidłowość poruszania się po nim dzięki systemowi księżycowej nawigacji satelitarnej – LPS.
Zająłem miejsce w kokpicie maszyny. Znajdowały się tam także trzy czy cztery skafandry. Jak było ustalone, zapasy były na swoim miejscu. W przypadku awarii miałem żarcie, wodę i powietrze na dwa tygodnie – wystarczająco długo, by dotarła do mnie ekipa poszukiwawczo-ratownicza Służby Ratownictwa Księżycowego czy wyprawa poszukiwawczo-interwencyjna Agencji i uwolniła mnie z tarapatów. Wjechałem do śluzy, i po dwóch minutach byłem na powierzchni Księżyca. Selenołaz ruszył i po chwili kołysałem się monotonnie jadąc po powierzchni Sinus Medii w kierunku zachodnim, biorąc kurs zrazu na majaczący w oddali krater Mösting, a następnie w labirynt skałek w przesmyku pomiędzy kraterami Sommering i Schröter, by wreszcie wyjechać na stosunkowo gładki przestwór Mare Insularum – Morza Wyspowego. Wlokąc się pomału, bo selenołaz musiał pokonywać łagodne garby świetlistych smug od krateru Kopernika przecinające niemal południkowo to „morze”, po kilku godzinach dojechałem w pobliże krateru Gambart C, gdzie skręciłem na południowy zachód w kierunku pagórkowatej krainy położonej na południe od Kopernika. Po przebyciu jakichś pięciuset czterdziestu kilometrów nieco na północ od krateru Landsberg wyjechałem na niemal gładką powierzchnię Oceanu Burz. Skręciliśmy dokładnie na zachód i po przebyciu kolejnych czterystu pięćdziesięciu bez mała kilometrów znalazłem się przed ciemną pancerną kopułą stacji Twardowskiego stojącej na jasnym, krystalicznym podłożu.
Słońce zachodziło kładąc długie cienie na powierzchnię księżycowego „morza”. Brzeg jego tarczy dotknął linii horyzontu. Na tablicy rozdzielczej selenołazu coś zaćwierkało i strużka zielonego światła przeleciała z góry na dół. Zapłonęło czerwone światło STOP i selenołaz się zatrzymał. Znów coś zaćwierkało i zapaliło się pomarańczowe światełko, a selenołaz drgnął i płynnie wjechał w komorę śluzową stacji. Znowu zapłonęło czerwone światło stopu i pojazd zamarł. Poczułem, jak maszyna zadrżała i usłyszałem ostry świst, z jakim powietrze wdarło się do śluzy. Ściana rozsunęła się znowu i znalazłem się na zerowym poziomie stacji. Światełka kontrolne na paneli sterowniczej zgasły jak zdmuchnięte, poza jednym płonącym zielono napisem – MOŻNA OPUŚCIĆ POJAZD. Coś syknęło znowu i właz stanął otworem. Mogłem wyjść z selenołazu.
Wyszedłem na zewnątrz. Zapłonął zielono prostokąt drzwi, które znajdywały się naprzeciwko mnie. Ruszyłem w tamtą stronę i po chwili wszedłem na korytarz prowadzący na schodki wiodące na górę. „Do poziomu 1” – przeczytałem i poszedłem za strzałką. Po chwili znalazłem się w obszernym pomieszczeniu w ścianach którego znajdowało się kilkoro drzwi. Najbliższe z nich miały napis CENTRALA. Otworzyłem je i znalazłem się w niedużym pomieszczeniu, na ścianach którego znajdowały się ekrany ukazujące pobliże stacji i jej pomieszczenia. Niewielki pulpit ze światełkami i przyciskami. Obok niego znajdował się fotel, na którymś ktoś siedział. Chrząknąłem. Fotel obrócił się i powstała z niego niewysoka kobieta o długich czarnych włosach i skośnych oczach Azjatki. Ale jej cera była jasna, niemal jak u Europejki. Nosiła zielonkawy kombinezon z logo AO, miała plakietkę z nazwiskiem nad lewą piersią, ale jej barwa była pomarańczowa w odróżnieniu od mojej zielonej…
- Witamy w Twardowskim – powiedziała melodyjnym, przyjemnym głosem. – Czekaliśmy na twój przyjazd.
- Kim jesteś – zapytałem pokonując suchość w gardle.
- Robot astronautyczny Teri Awarigawa numer seryjny JRF-54 EX – przedstawiła się.
Odetchnąłem z ulgą. Więc jednak robot. Przez moment odniosłem wrażenie, że znalazłem się w jakiejś niemożliwej pętli czasu i stanęła przede mną Yukiko…
- Czy mam zmienić swoje imię i wygląd, by dostosować je do twoich upodobań? – zapytała Teri.
- N… nie, dziękuję – odpowiedziałem – twój wygląd mi odpowiada. Masz może tradycyjne japońskie obi? – zapytałem.
Przez ładniutką twarzyczkę przeleciała chmurka rozbawienia.
- Nie, nie mam, ale mogę się postarać – powiedziała miłym głosem. – A zatem, czy jest to twoje życzenie?
- Nie, dzięki, wolę ciebie w tym mundurku – uśmiechnąłem się także, a potem dotarło do mnie, że rozmawiam z robotem, a nie z żywym człowiekiem, choć prawdę powiedziawszy po tym, co spotkało Yukiko bardziej wolałem towarzystwo robotów, niż ludzi…
- Czy masz jakieś życzenia? Co wolisz najpierw – jeść czy spać? – zapytała tym swoim grzecznym głosem.
- Spać – odrzekłem. – Proszę, zaprowadź mnie do mojego pokoju.
- Oczywiście – uśmiechnęła się – proszę za mną…
Odwróciła się i ruszyła przed siebie, a ja za nią. Zeszliśmy na parking, a potem na podpoziom.
- Poziom mieszkalny – odezwała się Teri. – Twoja sypialnia jest tutaj.
Otworzyła drzwi do niedużego, jasnego pokoju, którego trzy ściany pomalowano na przyjemny brzoskwiniowy kolor, a czwarta – przeźroczysta wychodziła na oświetloną jaskrawym słońcem łąkę górską, którą zamykała kolumnada świerkowego czy jodłowego lasu, a dalej wznosiły się ośnieżone szczyty gór.
- Podoba ci się tutaj? – zapytała.
- Owszem – skinąłem głową. – Tutaj jest zawsze taka słoneczna pogoda?
- Oh, nie – pokręciła główką – taka pogoda jest teraz w jakimś miejscu na Ziemi. Jak tam będzie słońce, to tutaj też, jak tam będzie padał deszcz, to tutaj też…
- Aha, rozumiem – odrzekłem. – A mogę mieć podgląd na to, co się dzieje wokół bazy?
- Tak, oczywiście – odpowiedziała skwapliwie – wystarczy tylko wyrazić życzenie.
- No to OK. – powiedziałem.
- Czy jeszcze masz jakieś życzenia? – zapytała.
- Nie, dziękuję.
Rozebrałem się i skierowałem do łazienki. Miałem trochę problemów z niską grawitacją, ale udało mi się wykąpać. Rainier Gamma znajdowała się na siedemdziesięciokilometrowej plamie podsiąkającej przez warstwę regolitu wody i aż się dziwiłem, że jak dotąd nikt jej nie wykorzystał. Na Ziemi takim odpowiednikiem była syberyjska i kanadyjska wieczna marzłoć. Z drugiej strony ciągnięcie wodociągu do Luny Głównej, czy Luny II na Biegunie Północnym stanowiłoby ogromny problem techniczny nawet teraz. Odkryto tam kopalne pokłady wody z zanieczyszczeniami metanu, amoniaku i cyjanków. A tutaj wody było pełno nawet w skałach i w dzień sublimowała osadzając na powierzchni gruntu kryształy soli mineralnych, a nocą zamarzała tworząc warstwę szronu, co tak konfudowało dwudziesto- i dwudziestojednowiecznych astronomów. To jednak nie wyjaśniało zadowalająco silnej anomalii magnetycznej, która tu jest jedną z najsilniejszych na Księżycu.
Wyszedłem spod prysznica i spojrzałem za „okno”. Piękny górski krajobraz pławił się w pełnym słońcu, ale ja wolałem coś miejscowego.
- Proszę o widok z bazy w kierunku południowym – wydałem polecenie.
Ściana pociemniała, i po chwili zauważyłem grunt odbijający niebieskawo-sine światło zawieszonej niezbyt wysoko nad południowo zachodnim horyzontem Ziemi w fazie tuż przed pełnią wśród gwiazd. Gwiezdna sfera urywała się tam, gdzie znajdował się horyzont. Ziała tam smolista czerń. Pożegnałem wzrokiem gwiazdy i już po chwili wpadłem w głęboki sen. W nocy obudził mnie na moment niski pomruk i idące ziemią ponure dudnienie. Gdzieś w Księżyc znowu uderzały meteoryty… Zasnąłem.

Twardowski – Ocean Burz (Łuna 8) 09°06’N - 062°W

Obudziłem się od razu trzeźwy i wypoczęty. Podniosłem się z łóżka i omal wzleciałem pod sufit, zapominając, że ważę tutaj jedną szóstą tego, co na Ziemi. Spojrzałem przez „okno”. Ziemia wisiała w pełni oświetlając teren wokół stacji. Spojrzałem na zegar – była szósta rano czasu Luny. Z kolei Luna miała czas GMT. Cały Księżyc go miał, bo inaczej trzeba by było co chwilę przestawiać zegarki przemieszczając się po Księżycu, na którym ziemskie miary czasu traciły sens, a co wynikało z jego obiegu dookoła Ziemi i tego, że wciąż zwracał ku niej swą jedną półkulę.
Umyłem się i ubrałem. Kiedy skończyłem, to otworzyły się drzwi i stanęła w nich Teri.
- Wstałeś, więc jestem – oznajmiła swym ciepłym głosem.
- Skąd wiedziałaś? – zapytałem.
- Obserwowałam ciebie przez cały czas – uśmiechnęła się mile – poza tym cały czas monitoruję twój oddech i pracę serca. Mam to w programie, zresztą jak każda Opiekunka.
- Jak kto? – zapytałem zdumiony.
Uśmiechnęła się znowu.
- Opiekunka. Jestem robotem opiekuńczym i niech cię to nie peszy. Ludzi nie wolno pozostawiać samemu w obliczu Kosmosu.
- Ale… - usiłowałem zaprotestować, ale nie pozwoliła mi dokończyć.
- Oczywiście rozumiem, że jesteś po to, by bronić innych ludzi, ale to ja mam dbać o to, by ci się tu nie stała jakaś krzywda – powiedziała to z nutką dumy.
To było jakieś absurdalne, ale po chwili to zrozumiałem. Androidy były po to, by człowiek nie czuł się pozostawiony na pastwę losu wobec pustki Wszechświata. W tym kontekście obecność Opiekunki miała głęboki sens. Była tutaj choćby po to, bym miał do kogo otworzyć usta i nie robić sobie obciach gadając do ścian.
- A gdzie jest drugi android? – zapytałem, bo widziałem wciąż tylko Teri.
- JRF-55 EX jest w Centrali. A ja jestem do twojej dyspozycji – głos Teri był wciąż przyjemny i spokojny.
- A zatem proszę o śniadanie – zadysponowałem. Uśmiechnęła się ciepło.
- To proszę za mną – rzekła i ruszyła przed siebie cicho stąpając po miękkiej wykładzinie. Poszedłem za nią.
Po śniadaniu złożonym z koncentratów i kawy ruszyłem do Centrali, gdzie kazałem sobie odtworzyć mapę Księżyca w rejonie lądowań obu Łun. Łuna 8 – a właściwie to, co z niej zostało – leżała niedaleko bazy na dziewiątym stopniu i szóstej minucie szerokości północnej i sześćdziesiątym drugim stopniu długości zachodniej. Miałem do niej sześćdziesiąt kilometrów. Stamtąd do Łuny 9 było drugie sześćdziesiąt, a od Łuny 9 do Twardowskiego kolejne sześćdziesiąt pięć. W sumie wychodziło około dwustu kilometrów do przebycia i dwie-trzy godziny na zwiad. Wyprawa na cały dzień…
- … ale przynajmniej Łunę 8 będę miał z głowy – pocieszyłem się.
Wyruszyliśmy o dziewiątej. Teri towarzyszyła mi siedząc za pulpitem sterowniczym selenołazu.
- O której ruszamy – zapytała, kiedy skończyłem śniadanie i oznajmiłem jej zamiar wyjazdu do Łuny 8.
- O dziewiątej – odpowiedziałem – a czemu pytasz?
- Musze jechać z tobą. A w ogóle – dodała widząc moje zdumione spojrzenie – jestem twoją Opiekunką, a zatem muszę ci towarzyszyć także w drodze.
- Ale zaraz, przecież jak tu przyjechałem, to nie miałem żadnej Opiekunki – odpowiedziałem zdumiony.
- Owszem, tak, to prawda – odparła niewzruszenie – ale teraz masz działać w nieznanym ci terenie, zadanie, które ci powierzono, ma znaczny stopień niebezpieczeństwa. Nie trudności, ale właśnie niebezpieczeństwa – rzekła stawiając nacisk na słowo „niebezpieczeństwo”. – W czasie jazdy stopień zagrożenia jest minimalny, nawet pod ostrzałem meteorytowym. Badanie nieznanego obiektu w przestrzeni kosmicznej jest związane z daleko idącym ryzykiem, które ocenia się dziesięć na dziesięć – maksymalne…
- Potrafisz pocieszyć – odrzekłem.
- Dasz sobie radę – powiedziała pocieszająco – właśnie dlatego wytypowano ciebie do tej roboty.
- A co ty możesz wiedzieć o mnie? – zapytałem.
- Tyle, ile jest w centralnym banku pamięci o personelu Agencji – odpowiedziała. – Nie denerwuj się, bo te dane nie zawierają twoich wspomnień osobistych i te, które uważasz za zastrzeżone.
- Wiesz o tym, co zdarzyło się rok temu w Zatoce? – zapytałem.
- Tak, wiem. I wiem, że straciłeś tam ukochaną kobietę, starszą specjalistkę Yukiko Nakasone… - odpowiedziała spokojnym głosem. – Wiem, że cię to boli, przepraszam, ale chciałeś wiedzieć, to ci odpowiedziałam.
Fakt, zapomniałem, że mam do czynienia z AI – sztuczną inteligencją. Roboty nie kłamały, nie mogły kłamać, tego pojęcia nie było w ich elektronicznej pseudo-psychice.
- Czy wiesz dokładnie, co tam się stało? – zadałem kolejne pytanie.
- Nie – odparła.
- Dlaczego? – zdumiałem się na moment.
- Informacja zastrzeżona i nie mam do niej dostępu – odparła po krótkiej chwili. To był króciutki moment niedostrzegalny dla zwykłego człowieka, ale widoczny dla kogoś, kto był obyty z androidami. Najwidoczniej konsultowała moje polecenia z kimś czy czymś. Na pewno nie z Ziemią, bo trwałoby to prawie trzy sekundy…
- No dobrze – rzekłem – gotowa do drogi?
- Tak jest – odpowiedziała. Ruszyłem w kierunku parkingu.
Po dwóch godzinach jazdy po stosunkowo równym terenie „oceanu” na podłożu pojawiły się ślady gąsienic i kół różnych pojazdów, które odwiedzały to miejsce, gdzie twardo lądowała Łuna 8. Rozglądaliśmy się dookoła, ale poza jej szczątkami w promieniu dwóch kilometrów niczego nie było. Podjechaliśmy do formacji sześciu małych kraterów znanych jako Galileusz D, ale tez niczego ciekawego tam nie było. Na wszelki wypadek sfotografowaliśmy i sfilmowaliśmy wszystko, co się dało – a poza beznadziejną równiną oświetloną tylko pełnią Ziemi niczego tam nie było. Teri ubrana w jasny samoświecący seledynem skafander bez systemów podtrzymywania życia wyglądała nader osobliwie na tle ciemnego pejzażu. Natomiast ja odczuwałem nieprzyjemny chłód – temperatura gruntu wynosiła już minus dziewięćdziesiąt pięć stopni Celsjusza i miała opaść jeszcze do stu dwudziestu…
Po piętnastu minutach spaceru miałem dosyć zimna. Załadowaliśmy się do selenołazu i ruszyliśmy na południe, gdzie jeszcze w dwudziestym wieku wylądowała druga Łuna zaś niedawno jeszcze jakaś pozaziemska tajemnica.
Siedziałem obok Teri i patrzyłem przed siebie. Monotonny krajobraz usypiał mnie i po kilku minutach usunąłem się w objęcia fotela. Wróciłem myślami do tego, co stało się rok temu w Zatoce Perskiej, kiedy wraz z ekipą nurków i inżynierów z AO demontowaliśmy przestarzałe instalacje naftowe na wyspie Kharg. Kiedy skończyła się ropa naftowa, trzeba było rozmontować wszystkie instalacje zagrażające środowisku i zadanie to zlecono właśnie AO, choć przecież istniała specjalna Agencja Ochrony Środowiska. Dlaczego? Różnie to uzasadniano, boż była to robota głównie dla AOŚ. Potraktowano to w końcu jak ćwiczenia w likwidowaniu zagrożeń dla istnienia gatunku Homo sapiens i zlecono to nam. Przez miesiąc trwało cięcie, demontowanie, rozkręcanie, wysadzanie i neutralizowanie starych, skorodowanych i wypełnionych ropą, woskiem ziemnym i asfaltem rurociągów na lądzie i pod wodą. Cholerna robota w upale i smrodzie. Skończyliśmy właśnie demontaż i chemiczną dezaktywację byłego terminalu – pozostał jeszcze demontaż i likwidacja rurociągów prowadzących do lądu, kiedy zjawiła się ona…
Gdybym znalazł się w jakimś tokijskim tłumie, to z całą pewnością nie zwróciłbym na nią uwagi. Niewysoka, ciemnowłosa, czarnooka - słowem typowa Japoneczka. Ale kiedy stanęła odziana w ten zielonkawy mundurek Agencji w drzwiach kasyna i powiedziała swym dźwięcznym głosikiem konichi-wa!, to miałem pewność, że to jest właśnie ona – ta jedyna, na którą czekałem całe życie… Kilka głosów odpowiedziało jej na powitanie, a ona rozejrzała się po sali i jej wzrok spoczął właśnie na mnie. Nie wiem dlaczego, może tylko dlatego, że byłem tutaj jedynym Europejczykiem i odcinałem się od otaczających nas Arabów, Afrykańczyków i Hindusów. Oboje byliśmy wyobcowani z tego towarzystwa i to nas zbliżyło do siebie. Po tygodniu byliśmy parą i wszyscy tylko czekali, kiedy nasza przyjaźń przerodzi się w coś głębszego…
- Obudź się! – usłyszałem krzyk Teri.
Otworzyłem oczy i rozejrzałem się nieprzytomnie po kokpicie.
- Patrz tam – jej szczupłe ramię wskazywało w prawo od kursu, w kierunku zachodnim.
Spojrzałem. Nad równiną podnosił się nieduży, ale jasno świecący punkt, który znajdował się jakieś trzydzieści stopni nad bliskim horyzontem i wciąż się wznosił.
- Namiar – powiedziałem niemal bezgłośnie.
- Azymut dwieście pięćdziesiąt dwa stopnie – odpowiedziała niemal natychmiast. Punkt nad równiną wznosił się coraz wyżej. Naraz rozbłysnął biało-niebieskim światłem i błyskawicznie nabierając prędkości znikł w kierunku zachodnim…
- Co to było? – zapytałem zdumiony.
- Nie wiem, na pewno nie żaden nasz czy ziemski statek kosmiczny – odpowiedziała głosem, w którym wyczułem wyraźne zdumienie.
- No to czyj??? – zadałem kolejne pytanie, głupie zważywszy to, co usłyszałem od niej.
- Czy mam zawiadomić Centralę? – usłyszałem znów grzeczny głos Teri.
- Nie, nasza misja jest tajna i … - zawiesiłem na chwile głos – …nas tutaj w ogóle nie ma.
Skinęła głową.
- Odnotuj proszę to, co widzieliśmy i przygotuj raport do Centrali. Wyślemy go z Twardowskiego – zadecydowałem po chwili. – A teraz pojedziemy tam, skąd to wystartowało.
- Co zamierzasz? – zapytała.
- Przyjrzeć się dokładniej miejscu startu tego czegoś – odparłem – może znajdziemy odpowiedź na pytanie, po co w ogóle nas tutaj wysłano…

Ocean Burz – Galileusz F

Teri zmieniła kierunek jazdy i skręciliśmy niemal dokładnie na zachód, gdzie znajdował się wedle mapy niewielki krater oznaczony jako Galiaei F. Jechaliśmy poprzek niewielkiego garbu w kierunku krateru, którego nie widzieliśmy jeszcze na bliskim horyzoncie. Po przejechaniu trzydziestu kilometrów ujrzeliśmy wreszcie wał pierściennej góry, której średnica wynosiła około ośmiu kilometrów.
- To coś wyleciało z tego kierunku – Teri ustawiła selenołaz dokładnie na namiarze z którego startował nieznany pojazd.
- Tam raczej nie wjedziemy – powiedziałem – jest za stromo, a poza tym…
Urwałem, bo naraz ujrzeliśmy białawy pas, jakby jaśniejszego podłoża.
- Droga? – Teri spojrzała na mnie z autentycznym zdumieniem. – Przecież to być nie może!
- A jednak jest, quod erat demonstrandum – uśmiechnąłem się krzywo. – Jedziemy zatem za ta drogą…
Teri bez słowa wprowadziła selenołaz na białawy pas i ruszyliśmy powoli. Nie chciałem ryzykować jakiegoś głupiego wypadku i dlatego wlekliśmy się trzydzieści na godzinę. Po kilkunastu minutach podjechaliśmy do wału kraterowego. Droga ostro skręciła i zaczęła się łagodnie wspinać po zewnętrznej ścianie wału. Teri spojrzała na mnie pytająco. Skinąłem głową na znak aprobaty. Skręciliśmy i zaczęliśmy się wspinać jadąc po gładkiej białawej wstędze szosy coraz wyżej i wyżej.
- Co o tym sądzisz? – zapytałem.
- Księżyczanie – odparła.
Tak nazywano hipotetycznych mieszkańców Srebrnego Globu, których ślady pobytu na Księżycu odkryto na Morzu Kryzysów, gdzie znajdowały się ruiny gigantycznego mostu i dwie drogi donikąd, na Sinus Medii w kraterze Ukerta, który wcale nie był kraterem, tylko sztucznie wzniesioną konstrukcją na księżycowej pustyni i w kilku innych miejscach… Jedna z ich konstrukcji, niemal półtorakilometrowa kryształowa iglica sterczała z Morza Spokoju, zaś druga o wysokości dwóch tysięcy sześciuset metrów leżała w gruzach na Mare Serenitatis… Ich przeznaczenie było nieznane. Jak wszystko, co pozostawili po sobie Księżyczanie.
Po paru minutach droga wspięła się wreszcie na koronę kolistego wału i zaczęła spuszczać w dół, w kierunku kolistego dna krateru, gdzie znikła pod warstwami kosmicznego pyłu. Zatrzymaliśmy się bezradni zastanawiając się, co robić dalej. Pomógł nam przypadek. W pewnym momencie spojrzałem na niewyraźny w świetle Ziemi kontur górki centralnej krateru, gdzie coś błysnęło mi sinawym światłem, jakby Ziemia odbiła się w wielkim lustrze.
- Jedziemy tam – wskazałem kierunek. Selenołaz ruszył i po przejechaniu dwóch kilometrów stanęliśmy u podnóża wzniesienia znajdującego się w centrum krateru. Im bliżej podjeżdżaliśmy, tym większe ogarniało nas zdumienie. Nie było to bowiem chaotyczne nagromadzenie skał, jak w innych kraterach, ale coś, co było rozmieszczone w przestrzeni podlegającej prawom matematyki i geometrii obcych ziemskim kanonom. Ogromne krystaliczne bryły przenikające się nawzajem w myśl jakiejś zasady obcej Euklidesowi i jego nauce. Patrzyliśmy jak urzeczeni na gigantyczne zrosty czarnych i fioletowych kryształów zawieszonych w przestrzeni na rogach i płaszczyznach jeszcze większych konglomeratów soczystego fioletu i smolistej czerni, sięgających zda się pod niebo rozjarzone miriadami gwiazd. Reflektory naszego pojazdu dawały światło, które wchłaniane przez szczoty i druzy krystaliczne znikało jakby wchłaniane w ich przepastną głębie, co powiększało jeszcze bardziej wrażenie kosmicznego horroru, który zaklęty w kryształ stał przed nami w postaci jakichś niemożliwych piramid egipskich, ustawionych w dynamicznych układach, zastygłych na wieki w próżni i mrozie…
- Niesamowite miejsce – wzdrygnąłem się.
- Nikogo tutaj nie ma, detektory podczerwieni nie wskazują żadnych różnic temperatury. To ma taką samą temperaturę jak grunt – raportowała Teri.
Jej spokojny głos jakby przełamał czar tego miejsca. Poczułem wdzięczność za jej obecność tutaj. Była robotem, ale teraz jedyna przyjazną istotą w tym gnieździe czarno-fioletowego horroru. Uśmiechnąłem się do tego porównania, bo w porównaniu z tym … tworem wszystkie te Drakule, Nosferatu - wampiry, strzygi, duchy i demony wymyślone przez ziemskich scenarzystów były jedynie śmiesznymi namiastkami tego, co czaiło się w pozałamywanych pod jakimiś niemożliwymi kątami czarnymi i fioletowymi płaszczyznami ostrosłupów i ich wierzchołkami wśród których oko błądziło nadaremnie poszukując czegoś znajomego…
- Miasto duchów – powiedziałem – demonów, Tych Dawnych…
- Raczej jakiś koncentrator energii – Teri mówiła to łagodnym, uspokajającym głosem. – I to energii promienistej – dodała patrząc na przyrządy.
- To jest radioaktywne? – zapytałem, bo ta informacja mnie zaintrygowała.
- Niewiele, jakieś trzy – cztery najwyżej procenty ponad normę – oznajmiła.
- No jasne – pomyślałem – gdyby promieniowały, to musiałyby być cieplejsze od otaczającej ich próżni i skał i to od razu wykryłaby Teri. To było oczywiste.
- Obejrzymy to sobie? – zapytałem. – Masz może ochotę rozprostować kości?
- Z przyjemnością – odpowiedziała lekkim tonem, jakbyśmy mieli pojechać na piknik gdzieś nad Lago di Como czy Morskie Oko.
Włożyliśmy skafandry. Teri otworzyła właz i wyszliśmy na powierzchnię. Nasze buty zapadły się na jakieś cztery centymetry w niemal nieważki pył. Musiał bardzo długo opadać na powierzchnię Księżyca, by utworzyć taką warstwę.
- Milion lat, dwa? – pomyślałem.
- Co najmniej dwa miliardy lat – powiedziała Teri jakby odpowiadając na moją myśl.
- To oznaczałoby, że to stoi już od dwóch miliardów lat? – zapytałem. – Kiedy na Ziemi nie było jeszcze życia?
- Na to wygląda – odpowiedziała.
Podeszliśmy do najbliższej ściany. Wyciągnąłem rękę w centymetrowej grubości rękawicy, by nią dotknąć czarnej, krystalicznej ściany.
- Nie!!! – Teri podbiła mi rękę. – Zwariowałeś? Najpierw ja.
- E, tam babskie gadanie – mruknąłem, ale cofnąłem rękę.
Teri powoli podeszła do krystalicznej ściany. Wyciągnęła obie ręce i położyła dłonie płasko na ścianie. Nic się nie stało. Odczekałem tak pół minuty.
- No, możesz tego dotknąć. Nie ugryzie cię – powiedziała niemal wesoło i dodała – to jest martwe, przynajmniej nieaktywne…
Ostrożnie dotknąłem czarnej przeźroczystej powierzchni. Była zadziwiająco gładka, jakby polerowana.
- Co to jest? – zapytałem.
- Krzem. Krzem z dodatkami metali i niemetali. Jest przeźroczysty i tak zabarwiony, bo podlegał długotrwałemu wpływowi promieniowania jonizującego. To jest po prostu ogromna druza ametystowa.
- No nie! To jest ogromny ametyst???
- Nie inaczej!
- A do czego mógł służyć? Jakiś przetwornik czy generator energii?
- Tak – powiedziała z niezmąconym spokojem – energii elektrycznej.
- Zjawisko piezoelektryczne! – olśniło mnie – wykorzystywali zmiany pola grawitacyjnego Księżyca do wytwarzania energii elektrycznej! Sprytnie…
- Hmmm… obawiam się, że było raczej na odwrót – rzekła Teri – ten kryształ był kiedyś monolitem, ale się rozpadł na mniejsze. Może walnął w niego meteoryt, w końcu w czasie dwóch miliardów lat może zdarzyć się niejedno, ale zmierzam do tego, że pod wpływem prądu wibrował on w określony sposób i zmieniało to właściwości materii Księżyca.
W jednej chwili zrozumiałem wszystko.
- Teri! To przecież… - zatkało mnie na moment – to jest pędnik! A właściwie degrawitator! On zmieniał przy pomocy wibracji prędkość elektronów na orbitach wokół jąder atomowych. Zasada antyprzyspieszenia wykorzystana w stosunku do całej planety! Mamy dowód na to, że Księżyc był kiedyś ogromnym statkiem kosmicznym poruszającym się z prędkościami ponadświetlnymi!
Błysk prawdy znokautował mnie. Usiadłem na chwilę gwałtownie oddychając, jak po ciężkiej walce. Prace nad antyprzyspieszeniem trwały od drugiej połowy dwudziestego wieku, kiedy to po raz pierwszy rzucono myśl o tym, by ominąć efekty Ogólnej i Szczególnej Teorii Względności i rozpędzać statki kosmiczne do prędkości hiperświetlnych.
- Nie tak głęboko, bo dostaniesz hiperwentylacji – powiedziała Teri. – Uspokój się, bo ci to zaszkodzi.
Skinąłem głową i podniosłem się z ziemi.
- Wracamy do zadania – powiedziała – musimy jeszcze pojechać do Łuny 9 i obejrzeć sobie ten Obiekt X na Planitia Descensus – Równinie Zstąpienia.
- Wiesz, gdzie to jest? – upewniłem się.
Tym razem ona skinęła głową. Zajęliśmy miejsca w kokpicie selenołazu i ruszyliśmy w kierunku zachodniego „brzegu” Oceanu Burz.

Ocean Burz – Planitia Descensus

Radość z niezwykłego odkrycia była przyćmiona tym, że na razie wszystko było „tajne” łamane przez „poufne” i łamane przez „przed odczytaniem spalić”… Jego wartość w tej chwili równała się zeru. Najbardziej niepokoiła mnie obserwacja jakiegoś latającego obiektu, który nie mógł być w żadnym wypadku żadnym ziemskim pojazdem latającym. Najbardziej niepokoiło mnie to, że to coś nie dawało echa radarowego i było widzialne tylko dla naszych oczu. Moich i Teri, która mogła widzieć także podczerwień, dzięki czemu mogła widzieć w ciemnościach i bliski ultrafiolet. Dla radiolokatorów to coś po prostu nie istniało. Po wyjeździe z wnętrza krateru natychmiast nadałem meldunek – złamałem ciszę radiową, ale uznałem, że działałem w stanie wyższej konieczności…
W tym wszystkim najgorsze było to, że nie znaleźliśmy żadnych śladów ludzkich czy nie-ludzkich odciśniętych w pyle pokrywającym powierzchnię dna krateru. A przecież każde stąpnięcie zostawiało ślad i to bardzo wyraźny w drobnym pyle mikrometeoroidowym o konsystencji zmielonego kakao czy mąki…
Tymczasem kontynuowaliśmy jazdę w kierunku miejsca lądowania Łuny 9. Monotonny krajobraz usypiał i po chwili ponownie wtuliłem się w fotel. Znów powróciłem myślami na Kharg, gdzie po dwóch tygodniach pracowałem z Yukiko przy porządkowaniu tego chłamu. Potem przerzucono nas do prac przy rozmontowywaniu ropociągów. Cholerna robota, cały czas zagrożenie ze strony skorodowanych rur, w których znajdowały się resztki czarnej toksycznej cieczy. Mogły to za nas zrobić roboty, ale nasze szefostwo uznało, że nie ma to jak działania w terenie ludzi z Agencji. Yukiko dawała sobie radę doskonale – potomkini japońskich kobiet-nurków czuła się w wodzie, jak u siebie.
Po kilku dniach oboje doszliśmy do wniosku, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Pewnego dnia wszedłem do jej kabiny z pudełeczkiem w dłoni.
- Yukiko-san – powiedziałem z przydechem – znamy się już trochę i chciałbym ci powiedzieć, że…
Podeszła do mnie i położyła mi paluszek na ustach.
- Wiem, kochany – powiedziała – ja ciebie też kocham. Od pierwszej chwili.
Odetchnąłem z kolosalną ulgą. Podałem jej pudełko.
- To dla ciebie – powiedziałem pokonując wzruszenie. – Otwórz, proszę.
Otworzyła i wyjęła niewielki pierścioneczek z pulsującym zielenią szmaragdem.
- Jaki piękny – szepnęła, włożyła na palec i zarzuciła mi ramiona na szyję. – Piękny! Dziękuję kochany.
I ucałowaliśmy się gorąco.
Od tego dnia zamieszkaliśmy razem. Ale tylko mieszkaliśmy – praca pod wodą wymagała należytego odpoczynku i przez cały czas tylko jedliśmy i spaliśmy razem. Pod wodą szarpaliśmy się z różnymi urządzeniami, które wydobywaliśmy na powierzchnię z zachowaniem ścisłych reżimów ochrony środowiska… I na nic nie mieliśmy czasu. Obiecywaliśmy to sobie odbić po ukończeniu przez nas naszej tury na morzu. Zostało zaledwie parę dni…
Nieszczęście przyszło niespodziewanie. Kończyliśmy rozmontowywanie podstacji ropociągu łączącego wyspę z lądem stałym, kiedy jeden z hinduskich nurków zameldował, że wśród zwojów lin i kabli znajduje się „coś dziwnego”.
- Wygląda jak podłużny, srebrzysty cylinder trzymetrowej długości i ma jakieś sześćdziesiąt centymetrów średnicy – powiedział.
- Trzeba będzie to obejrzeć – Yukiko założyła akwalung i maskę. – Zaraz wrócę.
I zanurzyła się pod wodę. Odprowadziłem ją wzrokiem, kiedy znikała w lazurowej głębi.
Odwróciłem się i zająłem własną pracą, kiedy poczułem kolnięcie niepokoju.
- Lokesh! - zawołałem – Jak to wyglądało?
- Taki cylinder, zaokrąglony na obu końcach, mniej więcej pośrodku coś w rodzaju chwytaka, jakieś klapki. Nie wiem dokładnie – nie przyjrzałem się temu dokładnie…
Niepokój zamienił się w pewność.
- Lokesh, gdzie to było?
- Jakieś dwieście metrów stąd – wśród tej cholernej plątaniny, którą mamy rozcinać…
Nie słuchałem go dalej.
- Słuchajcie! – krzyknąłem stentorowym głosem. – Tam na dole jest bomba wodorowa. Jakiś niewybuch! Nadajcie informację o tym na ląd i na Kharg. Niech zejdą do schronów.
- A my? – zapytał jakiś młodzik.
- Odpalać silniki i za wyspę. W razie czego zagrozi wam tylko promieniowanie… - odpowiedziałem, ale byłem pewien, że cios fali uderzeniowej dosięgnie ich i tam. Targnął mną strach o ludzi i nade wszystko o Yukiko…
- Idę tam, uciekajcie stąd – krzyknąłem nakładając akwalung i maskę. – Szybko!
I skoczyłem w wodę.
Zanurzałem się mocno pracując płetwami. Byłem pewien, że dogonią Yukiko i zdołam zawrócić ją na ląd czy na Kharg. W niebieskiej toni pokazały się pierwsze rury, kable i urządzenia podstacji. Jeszcze pięćdziesiąt metrów, dwadzieścia pięć… W oplatającej konstrukcję gęstwinie coś się poruszyło. Yukiko? Nie, to była jakaś duża ryba. Lokesh powiedział, że to było z drugiej strony, skręciłem i zacząłem opływać podstację, kiedy naraz poczułem na całym ciele potężne uderzenie i straszliwy huk wwiercił mi się w czaszkę. Świat zakryła biała kurzawa koralowego piachu podniesionego z dna i w chwile później zapadłem w czarną bezdeń…

Przytomność odzyskałem w trzy dni później. Potem dowiedziałem się, że Yukiko nie żyje. Najprawdopodobniej chciała wydobyć ten „cylinder”. To była amerykańska bomba wodorowa, którą zgubiono w czasie którejś z wojen w Zatoce… Yukiko najprawdopodobniej niechcący uruchomiła detonator, który odpalił ładunek inicjujący plutonowego zapalnika bomby. Wybuch rozerwał bombę, która na szczęście nie eksplodowała. Niestety – wybuch zmasakrował i naszpikował plutonem ciało Yukiko tak, że zebrano ją do plastykowego worka, a że było radioaktywne, to zapakowano do ołowianej trumny i wysłano do Japonii, gdzie spoczęła na „atomowym cmentarzysku”, a nie w rodzinnym grobowcu… Jeżeli idzie o mnie, to poza obrażeniami mechanicznymi – fala walnęła mną o dno – miałem chorobę popromienną. Po wybuchu ładunku inicjującego do wody przedostał się radioaktywny pluton i wodorek litu z ładunku zasadniczego bomby. Przez następne pół roku walczyłem o życie, a kiedy wreszcie się pozbierałem – wróciłem do pracy w Agencji. A teraz byłem na Księżycu, jechałem w stronę diabli wiedzą czego, z androidem podobnym do mojej nieżyjącej ukochanej, wypełniając tajną misję…

- Za dziesięć minut dojeżdżamy do Łuny 9 – usłyszałem słodki głos Teri. Westchnąłem i otworzyłem oczy. Krajobraz zmienił się – pojawiły się niskie wzgórza, które w świetle Ziemi ukazywały swe połogie grzbiety. Przypominały trochę Góry Świętokrzyskie, bo pokrywały je gołoborza głazów – może to było jakieś złudzenie, bo w niepewnym świetle Ziemi siateczka drobnych szczelin też mogła wyglądać jak głazowisko…
- Jesteśmy na miejscu – oznajmiła Teri – siedem stopni trzynaście minut szerokości północnej, sześćdziesiąt cztery stopnie, trzydzieści siedem minut długości zachodniej. Spójrz w lewo.
Spojrzałem. Była tam Łuna 9 podobna do kulistego kwiatu z rozłożonymi czterema płatkami i czterema pręcikami anten. Ten obrazek już znałem z lekcji historii kosmonautyki. Mój wzrok powędrował w prawo. Jakieś pięćdziesiąt metrów od selenołazu znajdował się Obiekt X – właściwy cel mojej podróży.

Ocean Burz – (Łuna 9) 07°13’N - 064°37’W

Z bliska to wyglądało bardziej skomplikowanie, niż z wysokości orbity. Z wysokości orbity Obiekt X przypominał grecką amforę. Z odległości kilkudziesięciu metrów obiekt ten wyglądał zupełnie inaczej. Wyglądało to jak wielkie jajo zakończone czymś w kształcie dyszy zagłębionej w gruncie. Jajo wyglądało jakby opasywały je obręcze, które stanowiły jakiś egzoszkielet. A do tego jakieś skomplikowane pręty niby-anten czy niby-chwytaków sterczące z szerszej części jaja. Całość kojarzyła mi się z rozdeptanym żukiem. Całość musiała być bardzo lekka, bowiem nie wybiła krateru poimpaktowego w księżycowym gruncie.
- Dokumentuje to ktoś – zapytałem.
- Tak jest – odparła Teri.
- Daj światło – poprosiłem.
Teri pstryknęła przełącznikami na paneli i teren zalało białe, ostre, ksenonowe światło. Krzyknęliśmy oboje, bo ciemny dotąd kształt pod wpływem światła zajarzył się tęczowymi błyskami. Odnosiło się wrażenie, że pancerz nieznanego statku kosmicznego, co do tego nie mieliśmy już żadnych wątpliwości, był zbudowany z kryształów mieniących się różnokolorowymi blaskami.
- Niesamowite – mruknąłem – co to jest?
- Zaraz się dowiemy – Teri włączyła analizator i przez chwile wpatrywała się w jego czytnik. Naraz uniosła swe ładnie zarysowane brwi. – Nie, to chyba niemożliwe – powiedziała z najautentyczniejszym zdumieniem w głosie.
- Co jest niemożliwe? – spytałem niemniej zdumiony, ale nie tym, co Teri wyczytała z analizatora, ale jej jakże ludzką reakcją. – Co jest niemożliwe, Teri?
- No spójrz – powiedziała.
Spojrzałem i po raz któryś dzisiejszego dnia ogarnęło mnie zdumienie. Na czytniku analizatora widniało tylko jedno słowo: „węgiel” i żeby nie było wątpliwości także jego symbol chemiczny –«C», i dalej postać alotropowa – «diament»…
- Ebełe-bełe-bełe… - powiedziałem nieskładnie, bo język naraz jakby mi skołowaciał.
- Ten pancerz jest diamentowy – powiedziała Teri taktownie pomijając milczeniem mój kretyński komentarz.
- To muszą być miliony karatów diamentów – powiedziałem odzyskując głos.
- No, sam pancerz musi mieć masę kilkudziesięciu ton – Teri wyłączyła analizator. – To, co? Wychodzimy na zewnątrz?
Oględziny dziwnego statku kosmicznego – bo nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że jest to statek kosmiczny – trwały dwie godziny. Byłem absolutnie pewien jednej rzeczy, a mianowicie tego, że jest on niesłychanie stary i może pochodzić tylko i wyłącznie spoza Układu Słonecznego. To, co braliśmy początkowo za diamentowy pancerz było w rzeczywistości niczym innym, jak kolektorem promieniowania świetlnego i jednocześnie jego kwantowym wzmacniaczem. Był to po prostu potężny laser, który napędzał to całe urządzenie. Tyle zrozumieliśmy – teoria napędu w oparciu o którą działało to urządzenie była nam całkowicie nieznana. Takiego rozwiązania nigdy nie zastosowano na Ziemi. Ani nawet na Atlantydzie i poprzedzającej ją cywilizacji Atlantyki.
- Laser jako napęd! – wykrzyknąłem – przecież czegoś takiego nigdy u nas nie było!
- Zgadza się, oczywiście – odpowiedziała Teri – nie było, ale taki laser może służyć także jako broń.
Spojrzałem na nią spod oka. Tego się po niej nie spodziewałem. To było coś, co łamało wszystkie trzy Prawa Robotyki2 sformułowane jeszcze w czasach Susan Calvin.3 W ogóle Teri zachowywała się dziwnie, jak na robota oczywiście. Nie wyobrażałem sobie, by robot mógł analizować wydarzenia i artefakty pod takim kątem, który stał w jawnej sprzeczności z Prawem Pierwszym. Ten jednak, jak widać – mógł… Może Prawa Robotyki obowiązywały z grubsza tylko roboty Agencji?
Obeszliśmy dziwaczny artefakt dookoła. Jak już powiedziałem, był o wiele większy i o wiele bardziej skomplikowany, niż to widać było z orbity. Rozstawiliśmy wokół niego analizatory i przygotowaliśmy się do próby prześwietlenia nieznanej konstrukcji. Miałem nadzieję, że miękkie promieniowanie rentgenowskie przeniknie przez nią i da możliwość zajrzenia do wnętrza bez jej uszkadzania. Po pół godzinie wszystko było gotowe i rozpoczęliśmy eksperyment. Zajęliśmy miejsca w selenołazie. Teri dała prąd do urządzeń prześwietlających. Na ekranie pojawił się kontur obcej konstrukcji. Spojrzeliśmy nań i…
- No nie, to jest niemożliwe – powiedziałem zdumiony – tam niczego nie ma!
- To jest puste – zawtórowała mi Teri.
- Ale przecież…
- To jest puste – powtórzyła – tam niczego nie ma w środku. Pusta skorupa…
- Skoro tak, to spróbujemy wejść do środka – zdecydowałem. – Weź sprzęt do prucia puszek…
Wyszliśmy z selenołazu i podeszliśmy do skorupy leżącej nieruchomo na księżycowym regolicie. Znaleźliśmy miejsce, w którym można by było zrobić otwór na tyle duży, by wpuścić tam mikro-sondę na światłowodach. Teri podniosła dłoń uzbrojoną w palnik laserowy. Spojrzała na mnie pytająco. Skinąłem głową na znak zgody. Zauważyłem nikły błysk i…
To było jak bezgłośny wybuch. Diamentowa ściana naraz zaczęła się rozsypywać w oczach na pył i proch, a w chwilę później miejscu, gdzie znajdował się palnik laserowy trzymany przez Teri zaczęło się coś mienić i migotać. Migotanie szybko rozprzestrzeniło się na całość chmury pyłu, w którą zamienił się Obiekt X. Dalej już nic nie zobaczyłem, bo ramiona Teri objęły mnie błyskawicznie i uniosły do góry. Nie zdążyłem powiedzieć niczego, bo Teri obróciła się ze mną w ramionach i ruszyła biegiem w kierunku selenołazu. W ułamek sekundy później potknęła się i oboje zaryliśmy się w pyle. Okolicę rozjaśnił niesamowity błysk fioletowego światła. Po kilku sekundach zgasł i tylko reflektory selenołazu oświetlały teren i nas oboje leżących na gruncie.
- Co to było? – zapytałem.
- Anihilacja – Teri odpowiedziała niemal natychmiast.
- To było z antymaterii? – zapytałem. – Ale w takim przypadku powinniśmy dostać końską dawkę promieniowania jonizującego… Gamma…
- Antymateria była w środku – Teri podniosła się i pomogła wstać mnie. – Trochę było promieniowania gamma, za parę godzin odczujesz jego skutki, ale gros poszło w świetle widzialnym i ultrafiolecie.
- Aha, i dlatego to światło było takie fioletowe – domyśliłem się. – Czyli wygląda na to, że misję mamy z głowy i możemy wracać do domu.
Teri uśmiechnęła się i skinęła głową.
- Szefostwo składa ci podziękowania i w ogóle są tobą zachwyceni. Tylko nie zachwyca ich to, co się stało z Obiektem X. Nie mówiąc już o tym, że raczej nie ucieszyła ich wieść, że ktoś opanował technologię produkcji i składowania antymaterii na skalę przemysłową.
- No to jest jasne, czym to było – odpowiedziałem – to był zbiornik paliwa jakiegoś statku kosmicznego!
- Ta hipoteza ma siedemdziesiąt pięć procent prawdopodobieństwa – przytaknęła - dalsze piętnaście procent to hipoteza o bombie D4, pozostałe dziesięć to hipoteza o broni laserowej wykorzystującej antymaterię jako źródło energii.
- Takie działo laserowe? – zapytałem
Przytaknęła skinieniem głowy.
Przez chwilę zrobiło mi się zimno. Oto mieliśmy do czynienia z kawałkiem wraku jakiegoś kosmicznego krążownika na antymaterię, którego urządzenia laserowe mogły spopielić naszą planetę w ciągu kilku sekund… Wrak znikł, ale świadczyło to tylko o tym, że albo nasza akcja uruchomiła jakiś mechanizm autodestrukcyjny, a to z kolei znaczyło, że te urządzenia są nadal bardzo groźne.
Jechaliśmy z powrotem na wschód do Twardowskiego. Monotonny krajobraz księżycowej równiny Oceanu Burz znów działał na mnie usypiająco. Czułem się bardzo źle. Terapia zastosowana przez Teri pomogła mi wprawdzie przezwyciężyć pierwsze objawy choroby popromiennej, ale swoje musiałem odcierpieć. Rozłożyłem fotel i drzemałem, kiedy Teri naraz zatrzymała selenołaz.
- Przyjęłam sygnał wezwania pomocy – oznajmiła.
- Skąd? – zapytałem, kiedy pokonałem senność.
- Z bazy petrografów w Heweliuszu – odpowiedziała.
- Co tam się stało?
- Nie wiem, to tylko sygnał wezwania pomocy wysyłany przez roboty. Muszę teraz zapytać ciebie decyzję, bo ty jesteś chory i jako twoja Opiekunka muszę dostarczyć cię do najbliższego szpitala. Ale jednocześnie muszę udzielić pomocy na wezwanie. Musisz zadecydować: czy mam cię zawieść do szpitala, czy jechać do petrografów?
Nie zastanawiając się wydałem polecenie jazdy do bazy petrografów. Teri uruchomiła silnik selenołazu i skręciliśmy na południowy zachód. Pokonując słabość usiadłem obok niej.
- Ile mamy do nich?
- Ponad dwieście kilometrów – odparła.
- Trzy godziny jazdy – mruknąłem. – I to w nieznanym terenie.
- Ale tam jest droga dojazdowa od wschodu, więc wystarczy, że dojedziemy do niej – Teri poklepała mnie pocieszająco po ramieniu, a ten tak ludzki gest trochę mnie wzruszył.
- No to gaz do dechy, ja jakoś to wytrzymam – poleciłem jej.
- Jest gaz do dechy – rzekła i selenołaz ruszył ostro do przodu.

Krater Hevelius - 02°N - 067°30’W

Jechaliśmy w nocnej pomroce nakłuwanej reflektorami selenołazu i sinym światłem Ziemi. Po drodze Teri powiedziała mi, że nie był to sygnał wzywający pomocy wysłany przez człowieka, tylko przez robota. A to oznaczało, że nikt z ludzi nie był obecny w obozowisku i robot nie wie, co się z nimi stało.
- Porwali ich?... – powiedziałem mając na myśli obecność zaobserwowanego przez nas nieznanego obiektu latającego.
- Być może – odparła Teri – w każdym razie tego nie da się wykluczyć.
Pokonując paskudne samopoczucie obserwowałem otoczenie. Jechaliśmy na południe z lekkim odchyleniem na zachód, wzdłuż formacji terenowej przypominającej płytki i szeroki wąwóz. Wkrótce jednak na jego dnie pojawiać się zaczęły kamienie, więc Teri wyprowadziła selenołaz na powierzchnię księżycowego oceanu i skierowała się bardziej na zachód. Po kwadransie przecięliśmy podobny wąwóz i po niemal płaskim terenie pojechaliśmy na południe – południowy zachód. W drugiej godzinie jazdy na ekraniku radaru coś ostro zabłysło – to były metalowe tyczki trasujące trakt z Luny Głównej i Sinus Medii do bazy petrografów kraterze Heweliusza. Odetchnąłem z ulgą, bo odpadło mi jedno zmartwienie – obawiałem się, że będziemy krążyć po tej cholernej pustyni szukając właściwej drogi.
- Nie ufasz robotom? – zapytała Teri jakby czytając w moich myślach.
- Ummm… jakby ci to powiedzieć… - zacząłem.
- Wiem, wiem… - uśmiechnęła się.
Wybuchnęliśmy śmiechem. To była reakcja na wydarzenia ostatnich godzin.
Tymczasem teren stawał dęba. Przed nosem naszej maszyny wyrosły naraz skaliste zerwy pierścienia zewnętrznego Heweliusza. Droga skręciła ostro na południe pnąc się na wał kraterowy. Znowu miałem przyjemne uczucie lotu nad niemal gładką pustynią. Po lewej miałem równinną powierzchnię Oceanu Burz, a po prawej skalną ścianę. Wszystko utrzymane w szaro-sinych i czarnych kolorach, a tylko tam, gdzie sięgały jodowe światła naszego pojazdu skały lśniły przeraźliwą bielą.
Naraz znaleźliśmy się w najwyższym punkcie naszej trasy i po prawej otworzył się wspaniały widok na wnętrze Heweliusza. Zatrzymaliśmy się na chwilkę.
- Gdzie jest ta baza? – zapytałem.
- Tam – Teri wskazała kierunek. Powiodłem wzrokiem za jej ramieniem i ujrzałem małe ale jaskrawe, czerwone światełka palące się nieopodal czegoś, co wyglądało jak stercząca w niebo skałka o fantazyjnym kształcie, a co zastępowało górkę centralną krateru.
- Jedziemy dalej? – zapytała.
- No, przecież oni tam czekają… - powiedziałem bez przekonania.
Droga skręciła o sto osiemdziesiąt stopni i zaczęła spadać w dół. Po kilku minutach osiągnęła równe dno krateru i skręciła znów na południowy-zachód, w kierunku formacji Alfa. Przejechaliśmy przez wąski mostek nad niezbyt szeroką szczeliną, potem drugi nad znacznie szerszą i po minucie stanęliśmy przed wjazdem na parking obozowiska petrografów.
- Jesteśmy na miejscu – zameldowała Teri i zaczęła wkładać skafander. Pokonując słabość i zawroty głowy zrobiłem to samo.
Wyszliśmy z selenołazu. Nie witał nas nikt. Nie było tu nikogo.
- Gdzie jest dyżurny android? – zapytałem Teri.
- Nie ma go tutaj – w jej głosie usłyszałem najautentyczniejsze zdumienie.
- Jak to: nie ma? Przecież to niemożliwe?
- A jednak nie ma tu nikogo… - w jej głosie usłyszałem znów coś bardzo ludzkiego. Strach.
Robot wyposażony w AI się bał.
Tego jeszcze nie było.
Nie wiedziałem, że coś takiego jest w ogóle możliwe. Roboty miały oczywiście sprzężenia samozachowawcze, ale żeby aż do tego stopnia… Poczułem, jak mi opada szczęka. Musiałem coś szybko zrobić, żeby uratować tamtych, ale co? Zrozumiałem, że muszę liczyć tylko na siebie.
- Idziemy do centrali, przejrzeć ostatnie zapisy – powiedziałem twardo. Usłyszałem swój głos i to mnie uspokoiło. Ruszyliśmy w kierunku najwyższego budynku. Śluza wpuściła nas bez problemów i weszliśmy do jego wnętrza. Były tutaj laboratoria i magazyny. I ani żywego czy elektrycznego ducha. Wyglądało na to, że wszyscy mieszkańcy znikli co do jednego.
W drugim budynku to samo. W modułach mieszkalnych panował porządek i znowu nikogo nie było. Dopiero w trzecim budyneczku odkryliśmy dyżurkę a w niej zapisy Dziennika Ekspedycji.
- Straciliśmy godzinę na poszukiwaniach w obozowisku – powiedziałem. – Czy odbierasz sygnał od tego androida?
- Nie – odpowiedziała – i to jest dziwne.
Westchnąłem.
- Jak to nie odbierasz? Przecież wiesz, że taki sygnał raz włączony nie można wyłączyć, bo chodzi o to, by można było go namierzyć i zlokalizować robota, który go nadaje…
- Oczywiście. Ale nie zapominaj, że może wyłączyć go człowiek lub … sygnał przestaje być nadawany w przypadku zniszczenia androida – odpowiedziała po chwili.
- Załóżmy, że mamy do czynienia z tą drugą możliwością.
- Żeby zniszczyć androida trzeba posłużyć się naprawdę silnymi środkami, a użycia takowych ja tutaj nie widzę – powiedziała Teri niemal wesoło.
- E, czyżby? – zapytałem powątpiewająco.
- Dokładnie tak, tego jestem pewna – odrzekła z niezmąconym spokojem. – Gdyby doszło do zniszczenia androida, to z tej bazy nie zostałby kamień na kamieniu. Zostaliśmy tak zaprojektowani, żeby wytrzymać nawet wybuch ładunku jądrowego średniej mocy trzysta metrów od punktu zero – stwierdziła z nutką wyższości.
- Obyś miała rację – mruknąłem – a co do projektowania, to nie zapominaj, że to my was zaprojektowaliśmy. I wykonaliśmy, jakbyś o tym zapomniała…
- Ojej, wiem, wiem – powiedziała skwapliwie, ale z uśmiechem – może mam śpiewać hymny pochwalne na cześć Ludzkości?
- Zaskakuje mnie twoje poczucie humoru, Teri – powiedziałem powoli. – Jest zbyt duże i złośliwe, jak na Robota Opiekuńczego. I w ogóle zachowujesz się jak typowy człowiek.
- No bo i ludzie nas zaprojektowali na swój obraz i podobieństwo… - odgryzła się momentalnie i z wdzięcznym uśmiechem.
-Tak, tylko że to nie wyjaśnia, co się stało z ludźmi i androidami. Nie wiesz, ile tu było Opiekunek?
- Tyle samo, co ludzi: pięć RO i reszta JRF.
- Ciekawe, pięciu chłopaków a reszta to dziewczyny… A przecież załoga jest fifty-fifty…
Rozglądaliśmy się bezradnie po okolicy. Naraz wpadł mi do głowy pomysł.
- Gdzie oni prowadzili te ich wiercenia? – zapytałem.
- Tuż przy skrzyżowaniu szczelin Rimae Hevelius – odparła Teri. – Tam jest taka głęboka zapadlina.
- Skąd wiesz?
- Widziałam z góry, poza tym tam jest droga, więc być może wszyscy wpadli tam do… - zastanowiła się na moment – do księżycowego piekła…
- No to trzeba będzie ich z tego piekła wyciągnąć. Jedziemy!
Ruszyliśmy ku szczelinom przecinającym się niemal pod kątem prostym. Po paru minutach jazdy zatrzymaliśmy się przy skrzyżowaniu dwóch szerokich szczelin. Wyskoczyłem z selenołazu, Teri za mną.
- Czekaj! – krzyknęła – uważaj, bo możesz spaść!
Dopadłem do krawędzi szczeliny i spojrzałem w czarną głębię. Poczułem, jak Teri obejmuje mnie w pasie i odciąga od niej.
- Patrz – wskazała mi miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stałem.
W świetle reflektora ujrzałem szybko poszerzającą się szczelinę odłamująca spory kęs gruntu. Gdybym tam stał, to już bym leciał w dół, mimo sześciokrotnie mniejszej grawitacji… Wziąłem głęboki wdech.
- Dziękuję… - wychrypiałem.
- Tam jest zejście, a właściwie winda – powiedziała.
Rzeczywiście, po pokonaniu kilkunastu metrów ujrzeliśmy platformę windy, która mogła zwieźć nas bezpiecznie w dół.
- Jedziemy? – zapytała.
- Jedziemy – potwierdziłem – może oni tam są…
Weszliśmy na platformę. Oświetliłem lampą ściany szczeliny, a następnie puściłem snop światła w dół. Utonął w czarnej głębi.
- Teri, możesz zmierzyć głębokość?
- Oczywiście – pochyliła się i przez chwilę patrzała w głąb szczeliny. Potem jeszcze raz.
- No i? – zapytałem niecierpliwie.
- Niewiarygodne, ta szczelina jest głęboka na pięć tysięcy osiemset osiemdziesiąt cztery metry…
- ???... – z czystego zdumienia opadła mi szczęka. Żadna ze znanych mi szczelin nie miała takiej głębokości… - Jedziemy – zadecydowałem.
Teri nacisnęła przycisk i platforma ruszyła w dół. Opadała szybko i coraz szybciej a potem nagle zahamowała. Rozejrzeliśmy się, i zobaczyliśmy identyczną platformę drugiej windy. Przeszliśmy na nią i znów Teri nacisnęła guzik. Runęliśmy w dół.
- Przejechaliśmy już trzy kilometry – oznajmiła po chwili.
Po pięciu minutach platforma zaczęła wytracać prędkość i zatrzymała się. W świetle reflektora zaszła jakaś nieuchwytna zmiana. Ukazała się świetlna smuga.
- Tu jest atmosfera – powiedziałem.
- A tutaj ten robot – odparła Teri świecąc na coś, co było kiedyś człekokształtnym androidem. Obok niego leżała kupka gruzu.
- Zdaje się, że powtórzyłbym jego błąd. Poleciał wraz z fragmentem brzegu szczeliny. To jak upadek z wysokości co najmniej dziewięciuset metrów na Ziemi…
- Teraz rozumiem, czemu zgasł sygnał – powiedziała cicho. W jej głosie znów usłyszałem cień emocji.
- Tu jest atmosfera – powtórzyłem.
- Jasne – odpowiedziała po chwili – temperatura minus sto piętnaście stopni Celsjusza, ciśnienie piętnaście hektopaskali, skład chemiczny: wodór, argon, azot i tlen oraz…
- Co oraz?
- … nie, to niewiarygodne – para wodna!
- Dlaczego niewiarygodne? – odrzekłem. – Pod Rainer Gamma jest złoże kopalnego lodu, które sublimuje, więc coś takiego może być i tutaj.
- Jasne, tylko że jesteśmy niemal sześć kilometrów w skorupie Księżyca, a tam jest tuż pod powierzchnią.
Świecąc rozglądaliśmy się dookoła, aż Teri wskazała jakieś ciemne miejsce na skalnej caliźnie skały.
- Spójrz, to jakaś jaskinia – rzekła.
- Raczej sztolnia – odpowiedziałem oświetlając ścianę – widzisz? Tutaj widać wyraźnie ślady robót górniczych.
- Masz rację. Idziemy tam?
- Trzeba – odrzekłem – jeżeli oni gdzieś są, to tylko tam…

Rimae Hevelius

Zagłębiliśmy się w gęstą ciemność sztolni, która biegła nieco pochyło w kierunku wschodnim. Powietrza miałem na trzy godziny, potem trzeba było zmienić zestaw podtrzymywania życia, który targała na swym grzbiecie Teri i wracać do selenołazu lub bazy w Heweliuszu. Zastanawiająca była „śmierć” robota, który wpadł do szczeliny i rozbił się po niemal sześciokilometrowym locie. Ale na to pytanie można było łatwo odpowiedzieć – po prostu zawierzył on pewnemu, na oko, gruntowi i zsunął się do szczeliny po nadaniu sygnału, który odebrała Teri. Petrografowie musieli tutaj gdzieś być, bowiem widać było ich ślady odciśnięte w podłożu przypominającym… ławicę piasku naniesionego przez wodę lub inną ciecz tego rodzaju. Poświeciłem reflektorem na ściany sztolni i znów zdało mi się, że widzę ślady wyżłobień, jakie zostawia wartki strumień wody.
Po przejściu kilkuset metrów ściany sztolni naraz znikły, a my znaleźliśmy się w gigantycznej jaskini, której podłoże wyłożone było miękkim piaskiem.
- Ciśnienie wynosi już prawie dwieście hektopaskali – oznajmiła Teri spoglądając na przyrządy.
- To prawie jedna piąta tego, co na powierzchni Ziemi – odpowiedziałem. – Czy da się tym oddychać?
- Owszem, ale tu jest więcej wodoru i pary wodnej. Jak w łaźni… - odrzekła. – No i ciśnienie jest ciut za niskie.
Ruszyliśmy dalej za śladami doskonale teraz widocznymi na piasku. Nie mieliśmy wątpliwości, że ów piasek ten powstał wskutek działania wody… Oświetliłem pobocza naszego traktu i wydałem okrzyk zdumienia i zachwytu. Po obu stronach drogi znajdowała się krystaliczna dżungla. Ogromne druzy i szczotki kryształów rozmaitych soli utworzyły niezwykły las, w którym światło odbijało się i załamywało grając wszystkimi barwami tęczy. Ogromne kryształy pałały blaskiem i przekazywały go dalej. Po chwili cała grota rozjaśniła się kaskadą czystych, soczystych barw rzucanych na kolumnadę stalagmitowych i stalagnatowych pni, które strzelały w górę na ogromną wysokość.
- Ile mamy do stropu? – zapytałem, gdy nieco ochłonąłem.
- Tysiąc sześćset metrów – odparła Teri.
- A ile w kierunku marszu?
- Około kilometra – powiedziała wyłączając kolidar.
- Możemy zgasić te reflektory, bo ta dżungla świeci teraz sama – powiedziałem gasząc światło. – To jest jakiś efekt laserowy… Przynajmniej kwantowego wzmacniania światła.
- Masz rację – rzekła Teri – emisja wymuszona, ale za kwadrans to zgaśnie, więc idźmy, póki jeszcze świeci się samo…
- To samo jest na Merkurym… - powiedziałem.
- Ale na Merkurym wszystko świeci cały czas wskutek wysokoenergetycznego promieniowania Słońca, a tutaj jest zupełnie inaczej… - Teri ruszyła ostro do przodu, a ja za nią.
Spojrzałem na spąg jaskini – ślady były wyraźne. Krystaliczna dżungla przygasała, bajkowe kolory blakły i szliśmy w zapadającej ciemności. Włączyłem szukacz fal radiowych, by znaleźć zakres fal używanych przez skafandry i roboty petrografów. W słuchawkach miałem martwą ciszę…
- Cholera – mruknąłem – wygląda na to, że albo wyłączyli skafandry, albo ich przysypało, albo padły im baterie.
- Mogli je także zdjąć – Teri podjęła wyliczankę – albo znaleźli się w wodzie, baterie nie mogły im paść – to baterie plutonowe na dwa lata używania, a nie wierzę w to, że wyładowały się wszystkie jak na komendę. Takich cudów nie ma.
- Pocieszające… – pomyślałem z ironią.
Doszliśmy do ściany, w której zauważyliśmy kilka otworów. Ślady prowadziły do najbliższego. Skierowaliśmy się więc za nimi. W drugiej sztolni było ciemno, ale ciemność ta była rozjaśniona na końcu korytarza. Ruszyliśmy ku tej jasności i po przebyciu około stu pięćdziesięciu metrów zatrzymaliśmy się porażeni niezwykłym widowiskiem.
Przed nami było morze. Masa fosforyzujących niebieskawo wód, nad którą unosiła się jasnozielona mgiełka. Na jej tle stało kilkanaście postaci ludzkich. To mogli być tylko poszukiwani. Podeszliśmy do nich i oświetliliśmy reflektorami. Jedenastu mężczyzn i jedenaście kobiet stało wpatrując się w nas z nadzieją. Obok nich leżało pokotem kilkanaście ludzkich postaci. Jeden z mężczyzn wskazał na hełm mojego skafandra. Zrozumiałem ten gest i rozhermetyzowałem skafander a po chwili zdjąłem hełm z głowy. Ostrożnie wciągnąłem do nosa powietrze. Pachniało morską solą i czymś jeszcze, jakby cynamonem czy czymś podobnym. Było ciepło, jakieś dwadzieścia pięć stopni Celsjusza.
- Niech twój robot nie zdejmuje skafandra! – usłyszałem krzyk kilku osób.
- Teri, nie zdejmuj skafandra – przekazałem jej polecenie. – Co się tu stało?
- Witaj, przepraszam za powitanie, ale roboty tutaj padają po dwudziestu minutach – wskazał na leżące pokotem androidy.
- Jestem Daniel Laskowski z Agencji Obrony, to Teri mój android – wskazałem na Teri. – Usłyszeliśmy wołanie o pomoc waszego robota, więc jesteśmy.
- A co z nim? – mężczyzna zapytał ze zdumieniem w głosie.
- Zabił się spadając z krawędzi szczeliny – odparłem.
Otaczający mnie ludzie wydali pomruk zdumienia. Ubrani byli tylko w kusą bieliznę podskafandrową. Jak się okazało, to nie groziła im śmierć z wychłodzenia, ale nie mogli wyjść z jaskini bo skończyło się im powietrze. Żywności mieli jeszcze na tydzień. Wody, wprawdzie silnie mineralizowanej było pod dostatkiem.
- Rajiv Vari Khan – mężczyzna przedstawił się – a to moja żona Michiko. Skośnooka kobieta uśmiechnęła się i dygnęła z gracją właściwą Japonkom. – Liczyliśmy na nasze androidy, ale padły po dwudziestu minutach i to nie wiadomo, dlaczego. Tu można się kąpać, to są jakieś gorące źródła, ale androidy mają jakąś wadę konstrukcyjną, która uniemożliwia im działanie w tym miejscu. Chyba wysoka wilgotność powietrza i skład wody morskiej.
- Trochę szkoda – zauważyła Teri jakimś dziwnie rozmarzonym tonem – z przyjemnością bym się wypluskała. Wszyscy się roześmiali.
- Jak stoicie z energią? – zapytałem, bo miałem cień pomysłu, jak wydobyć ich z tej matni.
- Mamy plutonowy generator – odpowiedział któryś z mężczyzn.
- Jeżeli macie w bazie kompresor, to nie ma problemu – rzekłem – Teri go przyniesie, sprężymy powietrze w butlach skafandrów i wrócicie do domu.
Jak powiedziałem, tak zrobiliśmy. Teri wróciła do bazy po sprężarkę i po czterech godzinach zaczęliśmy przygotowywać się do powrotu. Tymczasem czułem się coraz gorzej. Skończyło się działanie leków, którymi nakarmiła mnie Teri i powróciła gorączka, mdłości i zawroty głowy. Nie mówiłem jednak nic, by nie przeszkadzać swym stanem operacji ewakuacji ludzi i androidów z księżycowych podziemi.
Poszedłem na brzeg morza. Prawdziwego księżycowego morza. Drobne fale uderzały o buty mojego skafandra. Mimo złego samopoczucia miałem straszliwą ochotę zrzucić skafander i skoczyć do wody. Naraz coś zwróciło moją uwagę – w mżącej niebieskawo wodzie coś się poruszyło. Na piasku zobaczyłem coś w kształcie owalnego liścia, który przycupnął do dna. Powoli wyciągnąłem do niego rękę i dotknąłem palcem jego górnej powierzchni. „Liść” drgnął i błyskawicznie rzucił się do ucieczki na głębinę. Poczułem silne uderzenia serca.
- Żywa istota! – pomyślałem – pierwsza żywa, pozaziemska istota! Ależ to wygląda jak… jak trylobit! A więc to prawda!
Usiadłem ciężko na piach plaży, bo z silnego wzruszenia zrobiło mi się słabo.
- A jednak to prawda! To prawda! – kołowało mi w rozgorączkowanym mózgu – Dwudziestowieczni badacze mieli rację! Na Księżycu jest życie!
Usłyszałem nagły szum w uszach, jęk sprężarki nagle odpłynął w dal, przed oczami pokazały mi się czarne wirujące płaty i po chwili osunąłem się w ciemność…

* * *

Otworzyłem oczy.
Biały sufit. Odgłosy pracującej aparatury medycznej. Pisk kardiomonitora. Opuściłem niżej wzrok i ujrzałem okno, a za oknem zielone czuby palm i wiecznie zielonych drzew, skąpane w słońcu białe mury domów i błękitne niebo. Byłem na Ziemi?
- Pacjent się obudził – usłyszałem spokojny ciepły głos kobiecy. Ten ktoś mówił po angielsku. Skierowałem wzrok w jej stronę, a ciemnoskóra pielęgniarka uśmiechnęła się do kogoś, kto stał obok łóżka.
Obróciłem tam głowę i moje spojrzenie skrzyżowało się ze spojrzeniem Krystyny. Czułym i uważnym.
- Witaj mi – powiedziała.
- Witaj – odpowiedziałem i zdumiał mnie ton mojego głosu. To było jakieś skrzypienie. – Gdzie jesteśmy?
- W szpitalu, a w ogóle to w Bombaju, w Indiach.
- Co się stało? – zapytałem.
- Zachorowaliście. Położyło was wszystkich poza mną. Złapaliście histoplasmosis w Krypcie Dakkara na Lord Howe Island. Ty i Naïs złapaliście dodatkowo chorobę popromienną. Zbliżyliście się za bardzo do wraka Nautiliusa – pamiętasz? Miał rozbity pociskiem reaktor jądrowy…
- Jak długo?...
- Prawie dwa tygodnie – odpowiedziała.
Zamilkliśmy na chwilę.
- Co z nimi? – zapytałem.
- Gemma zaraz tu przyjdzie, a Naïs? Hmmm… - musi jeszcze sobie poleżeć, jak ty – uśmiechnęła się do mnie.
Naraz przypomniało mi się coś ważnego.
- Krysiu! Ty wiesz, co mi się śniło? – omal wykrzyknąłem.
O milimetr pochyliła głowę w niemym potwierdzeniu.
- Byłem na Księżycu! W Przyszłości! I ratowałem jakichś Hindusów i Japończyków! – zapalałem się coraz bardziej – Tam jest woda, powietrze i życie! Widziałem!
Położyła mi palec na ustach.
- Lepiej już zaśnij – powiedziała – sen jest ci bardzo potrzebny. Pogadamy sobie o tym jutro…

Bombaj, Indie

Nazajutrz z rana wpadły do mnie obie Krystyna i Gemma. Krystyna jak zawsze tryskająca humorem i optymizmem, Gemma wymizerowana i blada, z podkrążonymi oczami, ale już wesoła i szczebiocząca jak zawsze.
- I jak się dzisiaj czujesz? – zapytała od progu.
- Nawet całkiem dobrze, nawet włosy mi nie wypadły, a i zęby też są na miejscu.
- Najgorszy był ten cholerny grzybek, to przez niego te kłopoty – oznajmiła Krystyna.
Faktycznie – histoplasmosis to mikroskopijny grzybek, który znajduje się między innymi w pokładach glinki z dna jaskiń i guano nietoperzy. Atakuje głównie płuca ludzi i nie leczony może doprowadzić do rychłego zgonu. Mieliśmy szczęście, że Krystyna oparła się infekcji i doprowadziła Atlantis MMII do Bombaju, gdzie znajdowała się specjalistyczna klinika lecząca choroby tropikalne. Przez trzy dni i trzy noce czuwała nad nami nieprzytomnymi leżącymi w gorączce i malignie. W tym czasie Atis pilotowała jacht i doprowadziła go do portu w Bombaju. Krystynie udało się przetransportować nas do kliniki przy pomocy naszego konsula z New Delhi. Byliśmy nieprzytomni dwa tygodnie, ale jakoś udało się nas wyleczyć. Teraz jeszcze słabych, ale już na tyle zdrowych, że mogliśmy bez problemów żeglować dalej, wypisano nas ze szpitala na dalszą rekonwalescencję. Postanowiliśmy odpocząć w Hiszpanii.
- Opowiedz nam swój sen – poprosiła Gemma. – Kris opowiadała, że śniły ci się niestworzone rzeczy!
- Ba! – odpowiedziałem – żeby tylko!
I opowiedziałem im o tym, co widziałem w sennych majakach. O zadaniu, o wspomnieniach związanych ze śmiercią mojej narzeczonej, o podróżach po powierzchni Księżyca i o dziwnych znaleziskach, a na koniec o znalezieniu podziemnego oceanu i żywej istocie przypominającej trylobita. Słuchały w milczeniu, nie przerywając ani słowem.
- … no i wreszcie ocknąłem się tutaj – zakończyłem moją opowieść.
Zapadło niezręczne milczenie, które przerwała Gemma.
- I mówisz, że to wszystko było takie realistyczne? – zapytała z powątpiewaniem w głosie.
- Dokładnie tak – potwierdziłem.
- A ta twoja … robocica … robotnica… - Gemma usiłowała dobrać właściwe słowo.
- Opiekunka – wtrąciła się Krystyna.
- O, właśnie! Opiekunka! – Gemma rozjaśniła się na wymizerowanej twarzy – czy ona zachowywała się tak dziwnie?
- Mało powiedziane – bardzo dziwnie! Jaka szkoda, że was tam nie było!
Krystyna uśmiechnęła się dziwnie.
- Ja tam byłam cały czas – powiedziała cicho – cały czas przy tobie…
- ??? - spojrzeliśmy na nią zdumieni.
- A tak. To ja byłam tym androidem – powiedziała spokojnie z absolutną pewnością w głosie.
- No jasne! – nareszcie zrozumiałem – przecież ty jako Kosmitka mogłaś przenieść się tam w innych wymiarach…
- … i przenieść ciebie też – dodała – a właściwie twoją psychikę, jak wolisz – duszę…
- No nie! Zrobiłaś to??? – krzyknęła Gemma.
- Jak widzisz z opowiadania Danka, zrobiłam – powiedziała z uśmiechem. – Powiem więcej, Danek był tam bardzo potrzebny. To dzięki niemu mogłam wytropić resztki kosmicznego statku Podwodnych, który mógłby wpaść w ręce Ziemian.
- Że co proszę? – Gemma i ja wykrzyknęliśmy to unisono.
- A tak. Zastanawialiśmy się, dlaczego została zniszczona Atlanterra i HST, czyż nie?
- No tak – przyznała Gemma.
- No właśnie, otóż moi kochani celem nie był
HST, Echelon czy nawet system DSP5, ale właśnie statek kosmiczny Podwodnych, który mógł wpaść w ręce ludzi. Oni sobie nie życzą, byśmy zbyt dużo o Nich wiedzieli, ale wysyłają swoje statki kosmiczne na inne planety – stąd te wszystkie obserwacje Nieznanych Obiektów Orbitalnych i Nieznanych Obiektów Kosmicznych! Oni zazwyczaj starają się nie wchodzić nam w paradę, bo uznają ludzi za zbyt prymitywne istoty, by z nimi rozmawiać o czymkolwiek. No i boją się, by Ich technologie nie wpadły nam w ręce. Dlatego zrobili wszystko, co w Ich mocy, by zlikwidować ludzi, którzy wypatrzyli ich statek kosmiczny przez HST, ściągnęli ich w jedno miejsce i zlikwidowali. Potem wykorzystując inną jednostkę ostrzelali pociskami termojądrowymi statek kosmiczny i zarazem HST.
- Ale co Im to dało? – zapytałem.
- A to, że Ich statek kosmiczny rozpadł się na fragmenty, które spaliły się w atmosferze Ziemi.
- No ale… - zaoponowałem.
- Tak. Ten jeden spadł na Księżyc. Seria wybuchów termojądrowych rozerwała statek kosmiczny na strzępy, ale ten jeden właśnie – jakaś sekcja napędowa i zbiornik antymaterii został wyrzucony na jakąś skomplikowaną orbitę – podobnie jak trzeci człon rakiety Saturn V oznaczony jako obiekt J002E3, tylko że tamten jest teraz w jednym z punktów Lagrange’a, bodaj czy nie w L1 albo spadł na Księżyc6, a ten Podwodnych pałętał się w kosmosie po orbicie wokółsłonecznej i wreszcie spadł na Księżyc… Resztę znacie z relacji Danka.
- Uległ samozniszczeniu? – zapytała Gemma.
Krystyna skinęła głową.
- A jak skończyło się to dla petrografów? – zapytałem.
- Uratowaliśmy ich – Krystyna uśmiechnęła się ciepło.
- To raczej ty – powiedziałem. – Gdyby nie było ciebie, to byśmy tam wszyscy zginęli.
- Tak, ale pomysł ich uratowania był twój – Krystyna uśmiechnęła się do mnie – przyznam, że nie wiedziałam, co robić, a ty od razu znalazłeś optymalne rozwiązanie…
- Szkoda mi człowieka, w którego psychikę i ciało wcielił się Danek – powiedziała Gemma. – Stracił ukochaną i na dodatek teraz zachorował. Danek ma nas, a on?
Krystyna roześmiała się wesoło.
- This is well, which ends well – zacytowała swój ulubiony tytuł z Szekspira. – Nie martwcie się, on też znalazł miłość swego życia, właśnie tam w jaskini zaopiekowała się nim jedna z dziewczyn i potem już poszło jak po maśle! – zakończyła ze śmiechem.
- Aha, lekarz powiedział, że możesz wreszcie wstać, przyniosłam ci ciuchy – Gemma podała mi ubranie. Wskoczyłem w koszulkę i szorty.
- To co, idziemy do Naïs – zaproponowałem.
Po paru minutach staliśmy u jej łóżka. Też była wymizerowana, ale już czuła się na tyle dobrze, że mogliśmy z nią porozmawiać.
- Ciesz się! – powiedziała Krystyna – pojutrze cię wypisują.
- Cieszę się szalenie! – odpowiedziała.
- Nie będzie czasu na zwiedzanie – Krystyna posmutniała – nasze wizy kończą się za trzy dni, musimy odpłynąć w sobotę.
- Co się odwlecze, to nie uciecze, a do Indii możemy zawsze popłynąć, kiedy będziemy mieli na to ochotę – pocieszyłem ją.
- A ja na razie chcę do domu! – wykrzyknęła Gemma.
- Ja też – poparła ją Naïs.
- Tym razem ja też się zgadzam – odezwałem się.
- Ustępuję przed większością – Krystyna pogroziła nam palcem.

Po południu opuściłem klinikę i przeniosłem się na pokład Atlantis MMII. Obie kobiety pozostały z Naïs, a ja rzuciłem się w wir zajęć na jachcie. Uporządkowałem materiały i zacząłem robić porządek na pokładzie. Odkurzanie, zamiatanie, wyrzucanie śmieci i niepotrzebnych rzeczy, wszystkie niezbyt lubiane przeze mnie czynności nabrały zgoła nowego smaku i miałem wrażenie, jakbym dostał od losu drugą szansę po to, bym je wreszcie polubił. W pewnym momencie coś upadło na pokład ze stukiem, jaki wydaje masywna bryła metalu. Schyliłem się i mój wzrok padł na masywny i ozdobny pendrive, który wyłowiłem na redzie seszelskiej Victorii. Zupełnie o nim zapomniałem. Patrząc nań wpadłem na nowy pomysł.
Podszedłem do terminali Atis.
- Atis, kochanie, spróbuj to otworzyć i zobacz wreszcie, co tam jest takiego – OK.?
- OK., ale to może potrwać – odpowiedziała Atis swym pogodnym głosem.
- Nie ma sprawy – mamy czas do soboty.
- No to OK., zabieram się za to. Podłącz do USB.
Podłączyłem.
Atis zabrała się za otwieranie tajemniczej zawartości pendrive’a.

A ja tymczasem zrobiłem kolację dla siebie i kobiet, zjadłem ją i poszedłem spać. Krystyna i Gemma nie wróciły jeszcze z miasta, a ja nie miałem jeszcze siły na nie czekać. O drugiej w nocy obudził mnie sygnał interkomu. Zaspany wcisnąłem przycisk i zapytałem, o co chodzi.
- Otworzyłam te pliki – usłyszałem głos Atis.
- O, już pędzę – wygrzebałem się z koi i pognałem na mostek.
Wbiegłem i od razu dopadłem do monitora, na którym Atis wyświetliła zawartość zagadkowego pendrive’a. Najechałem kursorem na pierwszy z nich i otworzyłem folder. Przez moment patrzyłem w monitor zbaraniałym wzrokiem, bo to, co widziałem było koszmarem gorszym od złego snu.
- Boże wielki! Co to takiego? – usłyszałem za sobą głos Krystyny, która zmaterializowała się za moimi plecami.
Na ekranie znajdował się dokument. Pisany pięknym, niemieckim gotykiem. W nagłówku pyszniła się hitlerowska „wrona” trzymająca w łapach wieniec ze swastyką. Spojrzałem na podpis – podpisał się na nim niejaki SS-Oberguppenführer Dr. Hans-Jacob Kleinst-Villas. To SS napisane było runami. Jak w czasach Trzeciej Rzeszy…
- To jakieś archiwum? – Krystyna tchnęła mi w ucho.
- Módl się o to, ale próżne będą twe modły – wskazałem na nagłówek. – Czytaj…
- Valdivia, 4 April 2008… - przeczytała i umilkła.
- Trzeba będzie powiadomić profesora – powiedziałem – bo to nie wróży nic dobrego…

I zawiadomiliśmy. Ale to już inna historia…

(Fragment powieści „Wysoka Północ” publikowanej na blogu WWW.hyboriana-air.blogspot.com)

1 Prędkość ta dla Księżyca wynosi ok. 2,2 km/s.

2 Sformułowane przez amerykańskiego pisarza science-fiction Issaca Asimova w roku 1947 w jednej z jego powieści, brzmią one następująco: 1. Robot nie może skrzywdzić człowieka, ani przez zaniechanie działania dopuścić, aby człowiek doznał krzywdy.
2. Robot musi być posłuszny rozkazom człowieka, chyba że stoją one w sprzeczności z Pierwszym Prawem.
3. Robot musi chronić sam siebie, jeśli tylko nie stoi to w sprzeczności z Pierwszym lub Drugim Prawem.

3 Bohaterka powieści Isaaca Asimova – „I, Robot” („Ja, robot”).

4 Broń D od słowa „dezintegracja”.

5 Deep Space Platform – system kilkunastu satelitów astronomicznych przeznaczonych do badań pozaukładowej przestrzeni kosmicznej.

6 Prawdopodobnie doszło do tego w roku 2003.

*******

11 komentarzy:

  1. Bardzo mi sie podobalo:) Gratuluje pomyslowosci i doskonalego zakonczenia!
    Mam tylko jedna informacje- otoz ametyst ma kolor fioletowy lub zielony i nie jest krzemem, lecz odmiana kwarcu. Krysztaly o opisanej przez Ciebie ciemnej barwie nazywane sa kwarcem dymnym (morionem) lub czesto topazem dymnym, co jest jubilerskim oszustwem, jako, ze morion nie ma nic wspolnego z prawdziwym topazem.
    Jeszcze raz chyle czola!:)))

    OdpowiedzUsuń
  2. ...i chcialem dodac jeszcze jedna rzecz- otoz druzy ametystowe (czy jakiekolwiek inne) znajduja sie zawsze w srodku skal, bardzo nieatrakcyjnych z zewnatrz;)
    To, co opisales, nazywane jest szczotka ametystowa. Oczywiscie nigdy nie wystepuja w takiej wielkosci. A diamenty sa jednak ciezkie;)
    Pozdrawiam serdecznie:)
    Seth

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję doktorze Seth - chciałem tylko powiedzieć, że to jest opowiadanie S-F i wszystko były wytwory obcej cywilizacji, i to na Księżycu, a zatem wszystko było możliwe - sic! ;))) Jeszcze raz dzięki za miłe słowo i pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ta dyskusja jest z mojego punktu widzenia fascynująca- autorzy kłócą się o szczegóły opowiadania SF- szacun!

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja też powiadam: szacun! :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Po prostu słów mi brakuje i mam wypieki na policzkach.:)
    Lubię fantastykę w takim wydaniu, a tu jeszcze Autor na koniec Nas zaskakuje totalnie. Piękne. Wyborna literatura.:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i już się rumienię... ;)))

      Usuń
  7. Dziękuję Wam za tak ciepłe przyjęcie. :* I za wszystkie miłe słowa. :*

    OdpowiedzUsuń
  8. Czy ja też dostałem buziaka? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszyscy, którzy przeczytali i się wypowiedzieli... :)))

      Usuń