poniedziałek, 5 marca 2012

Krasnoludy, gobliny i chiński smok

Dziś kończymy historię niezwykłego Petersena, co o kartaczownicy Puckle'a marzył. Jak z każdej bajki opartej o fakty, i z tej płyną jakieś mądrości. Jakie? Sam Petersen powiedziałby pewnie, że pożyteczne wnioski w rodzaju zrabuj broń z muzeum, póki jeszcze masz czas, i załóż rodzinę, żeby było kogo wypychać przed siebie w razie ataku potwora.
Osobiście nie wynosiłbym z muzeum armaty morskiej kaliber 137 mm Mark 12, a i rodzinę byłem i wciąż jestem skłonny zakładać w celu raczej przeciwnym: aby to ją własnym organicznym szańcem od goblinów i trolli odgradzać.
Każdy wyciąga jednak wnioski na miarę własnych doświadczeń.
Albo na miarę funkcjonowania swojej szyszynki i brokuł mózgowych. Z czym bywa różnie.
Nim przejdziemy do lektury, która ujawni los Petersena i wszelkich orbitujących wokół niego stworzeń, łącznie z dyrektorem Marshallem, należy przypomnieć, że już w czasach bardzo dawnych - kiedy to nie stosowano jeszcze U-bootów i panzerfaustów, zaś spór rozstrzygał topór, łuk bądź zaklęcie - kwestia dyplomatycznych stosunków między krasnoludami, goblinami i innymi jakby-ludźmi, była wysoce chwiejna.
Ciekawe, że do czasów Petersena niewiele się zmieniło. Zapraszam do lektury.
Uwaga! Już w tym tygodniu publikujemy pierwsze opowiadanie konkursochorobowe!

Petersen i krasnoludy (część III. Ostatnia!)

- Obudził mnie tupot, pannie dyrenktorze - zaznaczył chiński smok nazwiskiem Abrahams. - I zobaczyłem Jacksona i McGregora. Oni grali w karty! - wykrzyknął z oburzeniem. - Należy ich ukarać.
- My, krasnoludy z podziemi - rzekł szybko dyrektor Marshall, widząc zmianę na twarzy Petersena.
Ale było już za późno. Za późno dla Abrahamsa, który powtórzył z uporem:
- Trzeba powiesić żabki.
Trzonek miotły wyrżnął w wytrzeszczone z fanatyzmem oko kuracjusza. Spora część miotły zniknęła w oczodole niczym wymiotany z dystansu oszczep tebański. Abrahams parsknął źrebięco, jakby koniem był, a nie smokiem, po czym osunął się na podłogę z charkotem z kolei płazim.
Petersen nieufnie przyglądał się zwłokom.
- Widział pan to, dyrektorze? - wyszeptał.
- Ale co? - wykrztusił z wysiłkiem Marshall.
- Poruszył skrzydłem...
- Aha...
- To chiński smok. Ma 87 żyć... Co prawda broń z drewna odbiera mu cztery za jednym razem, ale to plastikowa szczotka, w dodatku chińska... Mogą kooperować. Albo powstać jako hybryda.
Przez chwilę panowała pełna napięcia cisza. W umyśle dyrektora rozbrzmiewały wesołym tonem wypowiadane słowa brata: "U mnie leży w łańcuchach jego brat, Trevor. Straszny świr i ludożerca. Seryjny gwałciciel drobiu... Zapowiada w liście, że szykuje zamianę ze swoim bratem... Chce zamienić się miejscami..."
Straszny świr i ludożerca.
SERYJNY GWAŁCICIEL DROBIU.
Który bez wątpienia był tu, na wprost niego.
Zamienił się.
Zastosował militarną sztuczkę komandosów Dżibuti.
560.
561...
Cisza sprzyjała eskalacji grozy, a co gorsze, sprzyjała liczbie 562, i dyrektor zdecydował ją w końcu przerwać.
- Należy pozbyć się tych goblinów - odezwał się głosem, który drżał tak, jak kieliszek skłonny do rozpryśnięcia. - Ciągłe z nimi utrapienie... - Co mnie podkusiło, żeby spędzić noc z tymi zwierzętami?! - pomyślał z rozpaczą. - Rebecca ostrzegała, że mają mentalność jeńców wojennych, którzy przeszli eksperymenty ciążowe... Rebecca? Kto to jest Rebecca? Ten zamęt w głowie, którą rozsadzał strach...
- Ale musiałem zabić psa. Był po ich stronie.
- Ehmmmnn.
- Kto wyjadł strawę z mojej lodówki? - spytał groźnie Petersen. - Miałem strawę w miseczce zaznaczonej plamą z oleju.
- Strawę?
- Tak. Biszkopty.
- Z lodówki?... No tak. Gobliny. To do nich podobne.
Petersen nieoczekiwanie uśmiechnął się. Podobał mu się ten krasnolud. Wcale nie był agresywny.
- Spałem sobie jak zwykle - zwierzył się odprężonym tonem sojusznika - gdy nagle coś mnie obudziło. W pierwszej chwili pomyślałem, że to Północnokoreańczycy z Plutonianami idą po nas wszystkich. I przestraszyłem się. Potem zrozumiałem jednak, że to gobliny. I przestraszyłem się. - Zawiesił wyczekujący wzrok na Marshallu.
- To zrozumiałe - dyrektor otrząsnął się. - W takim razie ja pójdę może do jadalni i zwiążę wszystkie gobliny.
Petersen zgubił swój uśmiech błyskawicznie. A może krasnolud kłamie? Może chce go wciągnąć w zasadzkę. Na przykład na minę morską. Czy można ufać krasnoludom z podziemi?
- No nie. Jednak nie - rzekł posępnie, kręcąc głową. - Myślę, że krasnoludom z podziemi nie można ufać.
- Oczywiście - zgodził się szybko dyrektor Marshall. - Na szczęście ja jestem leśnym krasnoludem.
- Leśnym? - zdziwił się Petersen.
- Wiadomo przecież, że te z lasu są bardzo przyjaźnie nastawione - rozkręcił się dyrektor, wyczuwszy konfuzję Petersena. - Są oddane ludziom.
Petersen zaczął kiwać głową z aprobatą, co było o tyle groteskowe - w rzeczy samej przerażające - że kiedy kiwał głową, to kiwał się całym sobą i upodabniał do wielkiego tukana, ale już po czterech kiwnięciach zamarł.
- Przecież krasnoludy z lasu mają zielone czapeczki - wymruczał podejrzliwie. - No i są malutkie. Mundury robią ze skarpet ludzkich. Łżesz, podły fałszerzu! Rzezimieszku!
- Dość tego! - wybuchnął dyrektor, nie zdzierżywszy napięcia. - Co pan za szopkę robi, Petersen?! Wstyd! Wszyscy wiedzą, co pan zrobił kurom! I ilu ludzi pan zabił za komiks albo koszulkę z drużyną A! Do cholery z panem, pacjencie! Przeszedł pan tu sztuczkami Dżibuti i tym gorzej dla pana! Za drzwiami czeka pluton goblinów wyborowych, już po panu, psiakrew, do diabła!!...
Ten nieco histeryczny wybuch odniósł skutek zaskakujący dla Marshalla, który już żegnał się z życiem. Otóż Petersen z chyżością pawiana-olimpijczyka wskoczył do łóżka.
- Precz, szpiegu - wybełkotał spod kołdry.
- A niech mnie - chwycił się za serce dyrektor. - A ja się go bałem, Jezu... - Przesunął spojrzeniem na zwłoki i skrzywił się. - Kuracjusze... Tępe, przeterminowane umysły. I do tego jeszcze ten degenerat. Ale skoro mój brat nie dał mu rady, to ja mu pokażę... Zaraz dostanie młotkiem po łękotkach, a potem do wanny i wykąpiemy z wtyczką... Zaraz... Jak mój brat ma na imię? Brat mój?... Kim do cholery jest Rebecca?
- Zostaw mnie, krasnoludzie - mamrotał zduszonym głosem Trevor Petersen, wcale nie tak straszny seryjny gwałciciel drobiu. Odwaga, którą objawił w ataku na chińskiego smoka, opuściła go całkowicie. Najwidoczniej narkotyk peruwiański, który znalazł w fartuchu zarżniętego sanitariusza, przestał działać. Panika zdławiła mu gardło. Nie miał miał wątpliwości, że dla goblinów jest celem numer jeden.
Zwłaszcza północnokoreańskich goblinów.
- Petersen, wyłaź.
Co takiego?!... Petersen zastygł. Ależ to był głos dyrektora!
Powolnym, nieomal nie mającym końca ruchem wystawił głowę spod kołdry. I odetchnął, dostrzegłszy znajomą postać nachyloną nad jakimś ludzkim ciałem.
- Czy to nie Abrahams? - wybełkotał. - Panie dyrektorze, załatwili go! Dzieją się straszne rzeczy! Podobno krasnoludy opanowały budynek!
- Skończ pan te brednie!!
Petersen rozejrzał się wylęknionym wzrokiem.
- Niech pan uważa, panie dyrektorze - wyszeptał z oczami fosforyzującymi bardziej niż zwykle. - Że też zgasiłem światło wieczorem! Wiadomo: gobliny boją się światła. I kartaczownic.
Lada moment czaszka dyrektora Marshalla mogła eksplodować pod wpływem wypełniającego ją specyficznego gazu, utworzonego ze strachu, napięcia i rosnącej w siłę furii.
Petersen, który nie miał tego gazu w świadomości, ostrożnie zajrzał pod łóżko.
Był to bardzo ostrożny ruch, który trwał cztery minuty.
- Tu go nie ma - wymruczał zdziwiony. - Ale przecież był tu przed chwilą, chiński i uskrzydlony. Przysięgam.
Dyrektor ryknął. Nie jak bawół czy lew. Był to ryk zdecydowanie człowieczy. Prawdopodobnie tak właśnie ryczą wszyscy dyrektorzy sanatoriów, niosący się z zamiarem zatłuczenia kuracjusza na śmierć.
Tudzież gwałciciela drobiu.
Okrzyki "skurwiel Petersen" też dało się słyszeć. Co więcej w dłoni dyrektora błysnął paralizator, a dłoń ta poczęła wędrować w kierunku "skurwiela Petersena", by uwolnić ludzi i kury od horroru.
Skończyło się na planach. W następnej sekundzie do pokoju wtargnęli kuracjusze. Na strwożone oko ze trzydziestu.
- GOBLINY! - wrzasnął panicznie Peterson.
Bardzo panicznie, jak na kogoś, kto zabił 561 ludzi i skrzywdził 1300 kur.
Na gardle dyrektora zacisnęło się kilkanaście rozcapierzonych dłoni. Zmieściły się wszystkie, bo też i gardło poszerzono.
- Za co?! -wycharczał Marshall.
- Jesteś krasnoludem - padła surowa odpowiedź. - Krasnoludem z l a s u.
Strasznie zabrzmiało to "z lasu". Serce dyrektora stanęło, szybciej nawet niż odpadło od głowy jego gardło - ale zanim to się stało, zdążył sobie przypomnieć całkiem istotną rzecz. Ot, taki przebłysk.
Otóż on, uzależniony od opium i benzoesanu sodu głupi Marshall, alkoholik i 70%-owy demencjusz, miał poza nałogami i Alzheimerem żonę. Rebeccę.
Nie miał za to brata. Często widział go w lustrze i nawet wymierzał mu policzki, gdy brat pytał, czy wciąż jeszcze torturuje pacjentów według podręcznika psychiatrii wykopanego pod piramidą w Tenochtitlan.
Pacjentów, tak jest. Wszak był nie tylko demencjuszem, ale i dyrektorem kliniki psychiatrycznej.
Szkoda, że został na noc. Głupi błąd, typowy dla demencjuszy.
Trevor Petersen, ludożerca, morderca i drobiowy kat, też nie miał brata. To tylko jego marshallowy brat z lustra kpił, kłamał i mamił.
Cholerny lustrzany sukinsyn.
Cholerne opium.
Amnezja i ufność w raporty z lustra kosztowały dyrektora życie. Osioł, który imaginuje sanatorium sponsorowane przez Ku-Klux-Up w miejscu szpitala dla najcięższych przypadków umysłowej zapaści, nie może przetrwać zbyt długo. Gardło dyrektora upadło, a zaraz za nim cała jego, dość wymiętoszona reszta.
Pacjenci przez chwilę skoncentrowali wysiłki na miętoszeniu tego, co upadło. Potem, jakieś pół godziny później, uspokoili się, zamyślili, aż w końcu odwrócili się, odkryli istnienie Petersena i zmierzyli go podejrzliwym spojrzeniem.
- A ty kto co?
- To pewnie krasnolud z lasu - rzucił ktoś nie bez zbrodniczej nadziei.
Dla Petersena określenie "z lasu" miało wartość piły do metalu przystawionej do podbrzusza. Musiał przytrzymać się rękami żelaznej poręczy łóżka, by nie upaść. Bo wtedy - dobrze to wiedział - rzuciliby się na niego i rozszarpali na strzępy.
Inaczej mówiąc: pomiętosiliby pół godziny.
- Skądże znowu - wykrztusił. - Jestem krasnoludem spoziem... z podziemi.
Przywódca goblinów zerknął na niego przychylniej.
- A, to w porządku - oświadczył uśmiechnięty. - Dostaniesz stanowisko bosmana w czołgu.
- Dziękuję...
- Nie zabić go? - spytał któryś z goblinów z rozczulającym rozczarowaniem.
- Nie zabić.
Petersen zastanawiał się przez chwilę intensywnie - co nie znaczy racjonalnie - do czego sprowadza się funkcja bosmana w czołgu. W czasie, gdy nad tym myślał, pacjenci z namaszczeniem łupili pomiętoszone ciało dyrektora Marshalla. Swym zachowaniem nie różnili się zbytnio od kolegów z Papui-Nowej Gwinei, których przywieziono na wymienny turnus pacjencyjny z tegoż kraju i których bunt tłumiono dwa tygodnie za cenę siedmiu zjedzonych pracowników. Petersen nie mógł się nadziwić, że gobliny nie zjadły papierośnicy i telefonu.
Tylko tego nie zjadły.
Nagle przestał marszczyć brwi, czoło i policzki, i cały rozpromieniał.
- Ależ tak! - zawołał z euforią. - Ja naprawdę jestem podziemnym krasnoludem! Teraz to widzę!... Pamiętam całą rodzinę... Sześciopiętrowe mieszkanie z windą... w szybie starej kopalni... Ich zasypało, ale ja wyszedłem! Zresztą odpaliłem trotyl dopiero na górze... JESTEM KRASNOLUDEM!
Świętowali wszyscy. Gobliny podrzucały sojusznika z całym szacunkiem pod sufit.
A nawet rzucali nim o sufit.
- Już nigdy nie zapalę lampki przed zaśnięciem! - wołał Petersen w uniesieniu.
I, na Boga, on naprawdę wyglądał jak krasnolud.
- Brawo! Brawo! -skomentował wódz z uznaniem.
No i oczywiście upuścili go.
Nie wyglądał najlepiej.
Rozłupał się niczym orzech włoski.
Długo się śmiali i bili brawo.
A potem, godzinę potem, nagle przestali. Bowiem przy wejściu rozległ się rumor, trzaski i krzyki.
Do środka wtargnęli nowi kuracjusze psychiatryczni. Przybyła grupa liczyła ponad pięćdziesiąt osób, z czego większość wyzywająco, a przy tym buńczucznie, podrzucała w górę zielone czapeczki.
- Krasnoludy z lasu! - wrzasnął dowódca goblinów.
Chwilę później jego potłuczona głowa turlała się zgrabnie między nogami walczących.
Starcie nie trwało zbyt długo. Gobliny, które - cóż za głupota - nie poddały się zawczasu - okrutnie wymordowano.
Potem oczywiście wycięto w pień jeńców.
No i zapanowała cisza. Bo w sanatorium, jak się wydaje, cisza nocna obowiązuje, a krzyki to ptactwo płoszą.
Te zaś, z krasnoludów, które przetrwały bitwę, poszły sobie.
Wieszać żabki.
Ponoć takie polecenie wydał sam brat dyrektora.

KONIEC! [ufff]

12 komentarzy:

  1. Ufff, cóż za niesamowite zwroty akcji! W celu odreagowania tak pasjonującej i zakręconej historii, idę wypożyczyć "Marysię i siedmiu krasnoludków" oraz ostrzec znanych i nieznanych producentów drobiu. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ło matko - ómarłem ze śmiechu... :)))

    OdpowiedzUsuń
  3. Hi hi, nie ma jak śmiech z rana :)

    OdpowiedzUsuń
  4. A zatem jestem mordercą! ;-))

    OdpowiedzUsuń
  5. Śmiech z rana jak śmietana...

    OdpowiedzUsuń
  6. Ból brzucha i czkawka murowana. ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Rymujemy? :)
    Jaki fajny awatar. :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Jeżeli tylko ze śmiechu, to jestem za!

    OdpowiedzUsuń
  9. Śmiech to słuszna religia, w przeciwieństwie do wielu innych!

    OdpowiedzUsuń
  10. No, to jest oczywiste. :D

    OdpowiedzUsuń
  11. O śmiechu radosny bądź z Nami i nie opuszczaj Nas. :)

    OdpowiedzUsuń