środa, 28 marca 2012

Śledztwo niezmożone

Sprawcy nieznani, brak dowodu, brak ciała, śledztwo umorzone. Zdarza się? Ano zdarza. Jeśli nawet nie tak często, to i tak zbyt często. Trochę frapujące. Bo chyba większość z nas jest zdania, że ten, który podstawił nogę bliźniemu swemu, powinien jakoś tam za to beknąć.
Hammurabi pewnie proponowałby reedukacyjną amputację nogi.
W gruncie rzeczy tak zwana sprawiedliwość jest regułą we wszechświecie (co nie znaczy w USA i w Europie) i nikt tak naprawdę nie rzuci w nikogo szyszką bezkarnie.
Nawet kradzież motorynki Romet Pony będzie miała swoje reperkusje.
Albowiem prawo wszechświata grzmi wyraźnie: wszystko, co wyrządzisz innym, każdy uczynek - dobry i zły - wróci do ciebie z trzykrotną siłą.
To tylko kwestia czasu.
Lepiej więc czynić dobro, chyba, że chce się sińców i skalpowania na sobie zaznawać... cóż, droga wolna.
Ja byłbym jednak skłonny rozdawać te motorynki.
Bezkarność jest iluzoryczna. Jeśli nawet ktoś wywinie się chytrze a fartownie od kary (albo chytrze a fartownie od nagrody) za swe uczynki w tym konkretnym życiu, to wszechświat z uśmiechem pobłażliwym reinkarnuje go w okolicznościach wielce pokutnych.
Co się odwlecze...
Ale a propos tych śledztw. Co się dzieje takiego, że są zamrażane, wpychane w worki lniane i wrzucane pod hałdę węgla w piwnicy? Bo nie znaleziono sprawcy? Ciała? Topora?
A niech szukają dalej, wszak pościg za złoczyńcą nie powinien być ograniczony czasem, prawda?
Niech żyje taki zbrodniarz z sapaniem gończych chartów za plecami do końca swych dni.
A że to sapanie chartów może wrócić po przerwie dającej iluzję triumfu chichoczącego zła, potwierdza unikalny w klimacie serial Dowody zbrodni. Jak dla mnie unikalny nie tylko w klimacie; kiedy pierwszy raz zobaczyłem Kathryn Morris, to byłem gotów nazrywać dziesięć kilogramów irysów i pobiec do niej czym prędzej, albowiem...
Ale ostatecznie zrezygnowałem z pomysłu. Ściganie złoczyńców rzecz ważna, nie wolno przeszkadzać jakimiś tam amorami. Phi.
No tak, ale poza tym przedawnieniem, co jeszcze sprawia, że policja porzuca pościg? Jakie bywają przyczyny? Bo ja twierdzę, że w celu pojmania odszczepieńca należałoby sięgnąć po wszelkie środki, na przykład szwadron ułanów-jasnowidzów. Nie dość, że namierzą, zobaczą w wizji, to jeszcze uderzą z szarży na taki namierzony obiekt i posiekają szablami jak brokuły.
Owszem, jasnowidzów należałoby trzymać na stanie komendy kilku. Bo jeden stanowi całkiem ryzykowne źródło informacji. Dwóch też. Pierwszy powie, że zabójcą jest syryjski koczkodan-wagabunda, drugi, że morderca schronił się w szufladzie biurka gubernatora UNICEF w Kenii, i że potrafi stosować kamuflaż w rodzaju upodabniania się do dziurkacza.
Albo tegoż gubernatora.
Pięciu, dziesięciu, ba - piętnastu jasnowidzów przydzielonych do sprawy, to już zwiastuje zwycięstwo, charcie szczęki zaciśnięte na bladej, owłosionej łydce rzezimieszka.
Spośród piętnastu wizji z pewnością wybierze się jakieś sensowne, nie pachnące nałogami alkoholowo-ziołowymi.
Dlaczego jasnowidze nie mieliby się mylić? Wszyscy się mylą. Nawet lekarze.
Ha! Zwłaszcza lekarze! Idź, drogi Czytelniku do lekarza z obolałą miną ofiary tortur gestapowskich i pokaż mu bąbel na przedramieniu. Co powie?
Z kamienną twarzą obwieści:
- To gorączka Zachodniego Nilu, która przyszła do nas z obwodu wołgogradzkiego. Niezbędna tracheotomia.
Wtedy albo podstawimy krtań zmrożeni, zahibernowani strachem i posłuszeństwem, albo czym prędzej pobiegniemy do innego lekarza.
- Konieczna wazektomia! - krzyknie ów drugi ze zgrozą, która i nam się udzieli.
Co będzie tym straszniejsze, że zaleci ją tak mężczyznom, jak kobietom...
- Gangrena - zawyrokuje sucho, acz z domieszką satysfakcji kolejny doktor, po analizie bąbla pod lupą, mikroskopem i dnem pokala żywieckiego. - Obie nogi do usunięcia.
Tak... To właśnie jest najgorsze. Że każdy lekarz powie co innego, przy czym mało który pokrzepi albo ograniczy zalecenia do picia syropu brzozowego i naciągania kręgosłupa wzorem kotów.
Mało który...
Im noże i tasaki wystają z kieszeni!
Acz po prawdzie, gdyby odwiedzić piętnastu, jest szansa na trafioną diagnozę.
Wracając do śledztwa... Co może być przyczyną jego zaniechania, zawrócenia chartów?...
Czy meteor, który spopielił pół powiatu, w tym warszawy i fiaty policyjne?
A może Obcy, którzy gwizdnęli ciało ofiary mordu, by pobrać organy do badań?
Lub na kotlety.
Jak poważne, nie mieszczące się w ludzkich głowach przyczyny sprawiają, że rzetelnie zaangażowani policjanci muszą umorzyć śledztwo?...
Doktor Seth rzuca światło na tę sprawę. Zapraszam do lektury przy filiżaneczce espresso.

Nadesłał: dr Seth
Śledztwo

Kapitan Amy McDowning wydmuchnęła dym z papierosa, spojrzała na ośnieżone lasy stanu Maine i powróciła wzrokiem na ziemię.
Na śniegu, tuż przed schodami prowadzącymi do wejścia do domu, leżały równo ułożone dwie obcięte ręce. Nie było ani śladu krwi.
- No więc, gdzie jest ciało? - spytała cierpko sierżanta przydzielonego do ekipy śledczej.
- Pani kapitan... przeszukaliśmy cały dom od strychu po piwnice, zerwaliśmy podłogi, rozwaliliśmy ściany, rozbiliśmy szafy, potłukliśmy nawet lustra, bo może tam się schowało, ale nic nie znaleźliśmy, co muszę z ogromnym wstydem przyznać. Muszę też powiedzieć, że wbrew ogromnym protestom sąsiadów, przeszukaliśmy, dokonując tej samej strategii, kilkadziesiąt okolicznych domów i wynik jest podobny.
- Czyli żaden - prychnęła McDowning.
- No tak - przyznał mocno zaczerwieniony sierżant Goldstone.
- Okoliczne lasy przeszukane?
- W promieniu pięćdziesięciu kilometrów przy użyciu termoradarów, pani kapitan. Z podobnym wynikiem.
Amy McDowning spojrzała na dziesiątki radiowozów policji hrabstwa i stanowej. Przesuwała wzrokiem po krzątającej się ekipie techników, fotografów, zwykłych policjantów i zatrzymała się na furgonetce koronera.
- Więc równie dobrze te ręce mogły przyfrunąć z kosmosu!!! - wybuchła nagle sierżantowi prosto w twarz.
- O kur... - sierżant cofnął się nagle, wystraszony, potknął się i wylądował na ziemi prosto na tyłku.
- Do komendy na odprawę! - krzyknęła do wszystkich kapitan. – I zabrać mi to! - głową wskazała ręce leżące na śniegu.
Ekipa powoli zaczęła zbierać się do odjazdu. McDowning odjechała pierwsza, za nią radiowozy stanowe, a nieszczęsny sierżant Goldstone chwilę jeszcze bezradnie wpatrywał się w leżące ręce.
- No powiedzcie coś do cholery! – zawołał nieco bezsensownie. Potem odszedł wolnym krokiem do samochodu.
Odprawa odbyła się równo o godzinie 15.00, obecna była McDowning, naczelnik hrabstwa, komisarz policji stanowej oraz cała ekipa biorąca udział w śledztwie.
Wszyscy usiedli na starych, nieco już skrzypiących krzesłach. McDowning i komisarz policji stanowej za biurkiem.
Przez dłuższą chwilę panowała głucha cisza. Nagle dało się słyszeć potajemne chrupanie. Wszystkie głowy naraz obróciły się w stronę Goldstone’a, który, jak się okazało jadł batonika KitKat. Kiedy napotkał spojrzenie zza biurka, batonik wypadł mu z ręki.
- Możemy zacząć? - nieco ciszej niż zazwyczaj (co złowróżbnie świadczyło) zapytała McDowning. Komisarz stanowej miał bardzo marsową minę.
Wszyscy grzecznie się wyprostowali, przybrali miny pełne powagi i wyczekiwania i wytrzeszczyli oczy na biurko.
- Dobrze. No więc jakie mamy hipotezy? Gdzie mogło podziać się ciało?
Przez chwilę wszyscy udawali, że intensywnie myślą, drapiąc się po głowach i nosach.
- Zabójca ukrył je w lesie? – ktoś rzucił nieśmiało.
- Las przeszukany termoradarem, idioto!- syknęła kapitan.
- W jeziorze? - rzucił ktoś inny.
- Jezioro jest w lesie, przygłupie - dobrotliwie rzucił komisarz stanowej.
- Może psy zjadły... - dodał inny policjant.
- Zamarznięte ciało w całości ty debilu? - odpowiedział mu inny.
- Ręce przyszły tam same? - rozległ się głos ukryty gdzieś w tłumie.
Komisarz stanowej zaczął się śmiać otwarcie, a nawet na twarzy McDowning pojawiło się coś na kształt wstrzymywanego uśmiechu.
Kapitan odetchnęła głęboko, wstała, wolnym krokiem przeszła po sali przyglądając się każdemu policjantowi z osobna, wzbudzając niejaki cień niepokoju, po czym wróciła do biurka i stwierdziła autorytatywnie:
- Ponieważ ciała nie ma, żadnych hipotez również nie ma, a nasza wróżka nie potrafi nic konkretnego powiedzieć, uzgodniliśmy z komisarzem, że śledztwa nie będzie.
Podniosła się wrzawa, policjanci zaczęli głośno rozmawiać między sobą, niektórzy złośliwie coś komentować.
- Spokój! - huknęła McDowning. - Albo śledztwo albo pączki na porannych odprawach! Wybierajcie! Proszę, głosujemy. Kto jest za śledztwem? Ręka w gorę!
Nie podniosła się ani jedna.

** ** **

9 komentarzy:

  1. No i dobrze-nie ma ciała, nie ma śledztwa.Kobiety są zawsze rozsądniejsze a faceci wolą pączki... Taka jest prawda.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobre! Uśmiałem się jak mrówka... :)))

    OdpowiedzUsuń
  3. Dialogi są the best, szczególnie ostatnie wyrazy dialogów, np. idioto, przygłupie...:)tak swojsko ;p

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobre ... dobre ;)) hi hi hi :P

    OdpowiedzUsuń
  5. Hm,Ja to Ja... Ładna mi swojskość!
    ;-)

    OdpowiedzUsuń
  6. No dobra, może trochę przesadziłam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ciii, ja tak tylko dla salonowej ściemy. ;) Komisję mam. ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Fantastyczny detektywistyczny nerw narracyjny Dr Seth. ;)

    OdpowiedzUsuń