wtorek, 10 kwietnia 2012

Kolekcjoner czekoladokości

Ludzie różne rzeczy kolekcjonują. Tu nie ma szablonu. Że tylko motyle albo znaczki czechosłowackie.
Które zresztą też zbierałem, a dziś żałuję, że sprzedałem.
Ale w istocie w tym instynkcie abonida-zbieracza panuje fascynująca różnorodność. Jedni zbierają kapsle od mirindy z roku 1977, inni kudły wyrwane pawianom babuinom, kolejni bagnety z wojny amerykańsko-meksykańskiej, albo karnety MPK Gniezno na 53 Wełnica i 57 Czerniejewo... Albo rozruszniki serc skradzione przy pomocy technik niezwykle zręcznych.
Czy jakiekolwiek istoty przejawiają podobne dziwactwo, oto jest pytanie.
Choć Szaracy z Zeta Reticuli ponoć wycinają macice omamionym hipnozą nieszczęśnikom.
Może w celu kolekcji macicznej.
Zbiera się wszystko. Nie zawsze przedmioty kieszonkowe czy klaserowe. Kolekcjoner zafascynowany długością okazu będzie chwalił się zbiorem w rodzaju kopii husarskiej, sarissy macedońskiej, włóczni chińskiej (z przedłużającą kokardką), piki szwedzkiej i laski pana Tau.
Tudzież Charliego Chaplina.
Ja sam zbieram auta PRL, bo są po prostu piękne. Chciałbym sobie sprawić w proporcji 1:1 takiego zaporożca, fiata lub warszawę.
Może kiedyś.
Auta z lat 80 są przecudne. Mają kształt i duszę.
Choć nie upierałbym się tylko przy limuzynach polskich. W rzeczy samej czuję miętę wzmocnioną kolendrą do mercedesa SL. Tego z lat 80., naturalnie.
Gdyby Wenusjanie osiedli na Ziemi i rozejrzeli się z pobłażaniem, zadając to oczywiste pytanie:
- No tak... Ale co wy właściwie osiągnęliście?
...pokazałbym im mercedesa SL.
To - myślę spokojnie i bez wątpliwości - zatkałoby im te wąskie, bezwargie usta.
Czy zrobiłby to zaporożec? Tu już pewności nie ma.
Choć zaporożec widoczny dziś na drodze zatyka usta - całkiem uwargowione - wielu Ziemianom.
Ja zbieram samochody PRL.
A Mały Lew? I oto jest - tak przypuszczam - przykład kolejny zbioru nietuzinkowego.
Mój syn kolekcjonuje świąteczne figury czekoladowe. Mikołaje, Renifery, Zające i takie tam.
Na zdjęciu widzicie zbiór komponowany od lat trzech. Jest prawie nienaruszony.
Mocno prawie. Ustalmy, że czynniki różne uszczupliły kolekcję o jakieś 20%. I zresztą głównie o mniejszego kalibru jajka. Może jakiś tam Zając, Królik czy inny Kur.
Ale czyż nie jest to świadectwem woli spartańskiej, by przez 3 lata nie złamać szyku, nie wywiesić białej flagi, nie dokonać napadu wilczo-wilkołaczego na członków kolekcji?!
Owszem, Bałwan ma zmiażdżoną miednicę, Pomarańczowy Zając pogruchotane nogi, Niebieski Zając podarte nogi i omszałe ciało, Mały Zając coś na kształt leju po szrapnelu w brzuchu, Mikołaj Lindta wygląda jakby kombajn dwa razy przeciął mu drogę, Fioletowy Zając ma oderwaną głowę, Mikołaj Lindta trzyma się w jednej bryle tylko dzięki szlachetnej swej szacie (acz z widocznym już trudem), zaś Pomarańczowy Zając (on pewnie ma trzy lata) jest w formie najbardziej dramatycznej: cały tył głowy świadczy o ciężkim pobiciu z nienawiści.
Trzeba jednak zrozumieć, że kolekcja tego rodzaju żywot ma wyjątkowo trudny. Po pierwsze: różni osobnicy w dom przychodzą. A to ludzie, a to chupacabry. Czekolada ładnie opakowana zawsze kusi.
O ile nie jest jeszcze mchem celtyckim pokryta.
Po drugie: służebne kurze ścierają, a ze zgrabnością bywa różnie.
Po trzecie koty w domu są dwa, a zdarza im się mimo wszystko źle wymierzyć wysokość, szerokość, kąt i w ogóle skiksować niezdarnie.
Jakby to mors skakał po grani, a nie najdoskonalszy gimnastyk tego świata.
Czy te kiksy nie są czasem odrobinę intencjonalne, to już druga sprawa.
Koty też przekazują nam jakieś komunikaty.
Na swój koci sposób.
A zrzucenie z półki Świętego Mikołaja zwraca uwagę.
W każdym razie kolekcja żyje.
I rośnie.
Strat przybywa - ale eksponatów bardziej.
I z dumą stwierdzam, że Mały Lew kolekcję ma unikalną. Nie dość, że świąteczną, czekoladową, to jeszcze prężnie trenującą samodyscyplinę.
Ja bym tak nie umiał.
Marny byłby los wszelkiej czekoladowej kolekcji pod moją jurysdykcją.
Padłyby nie tylko zaporożce.
Padłby i sam mercedes SL.
Pierwszego dnia.

Zapraszam do drugiej części tytaniczno-kandyzowanej historii.

Nadesłał: AiR
Tajemnica Horheberis. Część druga

VIII

- Nienawidzę poniedziałku – powiedziałam przeciągając się pod kołderką – znowu zaczynamy wszystko od nowa…

Uwielbiałam pieszczotę jaka pościel dawała mojemu nagiemu ciału, ale jako że było wpół do jedenastej trzeba było wstawać. Spojrzałam obok mnie, leżała tam Oliwia pogrążona w słodkim śnie.
- Ollie! – krzyknęłam szturchając ją w bok – wstawaj! Koniec tego dolce far niente!
Przeciągnęła się ziewając słodko.
- Zabij mnie, ale nie każ wstawać! – powiedziała uśmiechając się.
- A nie jesteś czasem głodna?
- Jestem – powiedziała i podniosła się – i to bardzo. Jesteś bardzo, hmmm… męcząca.
I rzuciła mi rozbrajające spojrzenie.
- No to co robimy?
- Najpierw lunch, potem rozejrzymy się za jakimiś facetami?
Zastanowiłam się na moment.
- Nie powiedziałam ci wczoraj, ale spotkałam kogoś bardzo dziwnego. Niejaki Smith a może Smythe – zastanowiłam się na moment – no to zresztą nieważne, to i tak na pewno pseudonim. Najpierw opowiedział mi historię księżniczki Horheberis, a potem poszliśmy do niej i…
- … i co?
- No właśnie. Zbadał jej mumię przy pomocy jakiegoś urządzenia i powiedział, że jest ona skażona jakimiś grzybami… Czekaj, nawet powiedział ich nazwę As… Asper… wiem! – Aspergillus flavus! I że to on właśnie zabija tych, którzy mają jakąkolwiek styczność z tą mumią.
Jej twarz spoważniała nagle.
- Tak mówisz? Teraz rozumiem, czym mogły być te czarne kropki na ścianach jej krypty. To były kolonie tego grzyba! I co dalej.
- No nic takiego. Kazał mi się wykąpać i spalić wszystkie ciuchy i buty, które miałam na sobie… Aha, no i dał mi do picia jakieś rzadkie świństwo, które smakowało jak benzyna z lizolem.
- O matko! – twarz Oliwii wykrzywił grymas obrzydzenia – rzeczywiście rzadkie świństwo!
- Żebyś wiedziała!
- I co dalej?
- Ano nic, wróciłam do kabiny i zrobiłam co kazał, a potem się położyłam. Resztę znasz.
Położyła się na wznak kładąc ręce pod głowę, a jej jędrne piersi wycelowały suteczkami w sufit kabiny. Przełknęłam odruchowo ślinę.
- Wstaję – oznajmiłam – muszę wreszcie dokończyć opisywanie tej mumii. Trzeba będzie ostrzec pracowników muzeum i instytutu… No i powiadomić profesora Henry Jonesa.
- To ten, którego ma takiego słodziaczka, którego nazywają Indy?
Skinęłam głową i podniosłam się z koi.


* * *


- No nie, ty chyba żartujesz – Bob obrócił twarz do przytulonej doń Syreny – przecież Henry Jones to osoba całkowicie literacka!
Ta roześmiała się.
- Wszyscy tak myślą, a tymczasem taki tandem istniał naprawdę!
- Naprawdę?
- Ależ oczywiście, tylko rzecz jasna nie przeżywali takich przygód jak na filmach Spielberga. Byli spokojnymi, rzeczowymi i bardzo sumiennymi pracownikami Muzeum, dla którego była przeznaczona mumia księżniczki Horheberis.
Bob przez moment zamilkł a po chwili oboje oddali się krótkotrwałemu atakowi śmiechu.
- Opowiadaj dalej – rzekł Bob, kiedy oboje naśmiali się do syta – co było dalej tego dnia?
- A teraz przejdę do początku końca. Jak już powiedziałam, by poniedziałek, 14 kwietnia 1912 roku…

* * *


Dochodziła jedenasta wieczorem, i zamierzałyśmy się położyć. I wtedy zauważyłam coś osobliwego. Miałam wrażenie, że na coś czekam, że zaraz coś się stanie. I najgorsze było to, że ów nastrój oczekiwania udzielił się także i Ollie.

- Coś mnie nosi – powiedziałam – mam przeczucie czegoś, co się stanie i to niebawem.
- Zadziwiające, ale mnie też – odparła Oliwia. – Wiesz co? chodźmy na górny pokład, może widok oceanu nas uspokoi?...
- Może – odrzekłam biorąc płaszcz i kapelusz.
Szłyśmy na górny pokład gnane jakimś szczególnym niepokojem. Mimo dość późnej pory trwały dancingi i ludowe zabawy, słychać było muzykę, ludzkie śmiechy i rozmowy. W kątach widziałyśmy całujące się pary. A jednak coś się już działo, co kazało nam wyjść na pokład spacerowy, na którym stały cztery ogromne kominy… Trzy z nich buchały dymem, a czwarty od czasu do czasu wypuszczał obłoczek pary.
Podeszłyśmy do relingu, który znajdował się nieomal nad mostkiem. Omiotłam wzrokiem horyzont. Było dziwnie ciemno, mimo pałających nad głowami brylantowych światłe gwiazdozbiorów. Ocean był gładki i tylko stały podmuch rozcinanego przez nasz statek powietrza był odczuwalny na twarzach.
- Robimy chyba jakieś dwadzieścia węzłów – powiedziała Oliwia.
- Nawet dwadzieścia jeden – mruknęłam patrząc na odkosy dziobowe i fosforyzujący kilwater za rufą. W świetle padającym z bulajów i pokładów „Titanica” od czasu do czasu pojawiały się kry lodowe. Od wody ciągnął mroźny chłód, a nad zachodnim horyzontem widać było na niebie jaśniejszy ice-blink.
Naraz poczułam lodowaty uścisk w sercu.
- O matko, czy widzisz to, co ja? – usłyszałam głos Ollie.
- Na tle nieco tylko jaśniejszego nieba ujrzałam ciemny, czarny i dwuczuby kształt.
- To jest góra lodowa… – wyrwało mi się.
Niemal w tej samej chwili obok nas stanął Smith. Patrzył na zegarek.
- Już! – powiedział nie odrywając oczu od cyferblatu.
Usłyszałyśmy dźwięk dzwonu z bocianiego gniazda i okrzyk któregoś z wachtowych.
- Góra lodowa przed nami!
Poczułam jak drętwieję z przerażenia.
Po kilku sekundach pokład zadrżał, a za rufą woda zapieniła się gwałtownie od pracy maszyn na rewersie…
Naraz ocean pojaśniał. Niebo pozostało ciemne, a czarny kształt przed nami się wyostrzył. Obok niego pływały mniejsze czarne plamy. Spojrzałam na pokład – obok nas stała jakaś czarna postać. Ciało Ollie widziałam przez gruby płaszcz i suknię, w którą była odziana, ale Smith był ciemny. To było dziwne, ale mogłam widzieć w ciemnościach.
Dlaczego? – pomyślałam w popłochu.
Spojrzałam na dół i zobaczyłam, jak jaśniejące sylwetki ludzkie wysypały się na pokład. Zrozumiałam, że to byli marynarze.
- Trzymajcie się – usłyszałam głos Smitha – zaraz uderzymy w nią…
Ziejący zimnem i czernią kształt przybliżał się powoli i odsuwał jednocześnie w prawo. Zrozumiałam, że sternik dał całą w lewo, ale niewiele to pomogło. Po kilku sekundach obok prawej burty wyrosła ściana czerni, a pokład znowu przeszył wstrząs i lekka wibracja przechodząca w wyraźny dygot.
- Stało się – rzekł Smith zamykając swój chronometr – niech panie idą do łodzi i się ratują. „Titanic” pójdzie na dno za dwie godziny. A na mnie pora…
Z flegmą włożył zegarek do kieszeni i… znikł. Literalnie rozpłynął się w powietrzu.
Ollie krzyknęła cicho.
Ostro zawyła syrena alarmowa.
- Nie drzyj się – warknęłam – czy ty widzisz to, co ja? Widzisz w ciemnościach?
Skinęła głową.
- Kto to był? – zapytała głosem, w którym słyszało się strach.
- Nie wiem – odpowiedziałam – ale słyszałaś, co powiedział?
- Musimy pójść do łodzi…
- No to idziemy! – rzekłam i pociągnęłam ja za rękę.
Statek stał. Czarna masa przestała przesuwać się względem statku, co oznaczało, że „Titanic” został zastopowany. Zeszłyśmy na pokład C. Ludzie nieco podenerwowani rozglądali się dookoła wypatrując członków załogi.
- Mamy tylko pewien problem, to tylko lekka kolizja, tym niemniej proszę włożyć kamizelki ratunkowe i pójść do łodzi i tratw ratunkowych – usłyszałam głos któregoś z oficerów.
Zbiegłyśmy już na pokład E, by pójść do ładowni. W perspektywie korytarza ujrzałyśmy, jak na jego zakończeniu pojawiła się coraz bardziej powiększająca się kałuża wody. Pokład przechylił się ku przodowi. Statek przegłębiał się na dziób.
Zrozumiałam, że woda przeszła ponad grodziami wodoszczelnymi i przelała się na pokład E, którego zalanie będzie już tylko kwestią czasu. I to krótkiego!
- Ratujemy Horheberis? – zapytała Ollie.
- A niech idzie do dia… - zaczęłam – wolałabym wziąć nasze notatki.
Zawróciłyśmy. Ludzie przeczuwając niebezpieczeństwo gromadzili się przy trapach i windach. Ubrani byli w płaszcze i kurtki, na które wkładali kamizelki ratunkowe.
- Panie do łodzi ratunkowych – usłyszałam głos jakiegoś oficera, chyba Lowe’a.
Ktoś włożył na nas kamizelki ratunkowe i wyprowadził nas na pokład łodziowy. Pokład znowu zakołysał się i rufa poszła wyżej do góry. Z górnego pokładu wzniosła się flara i zabłysła nad spokojną wodą. Przez moment nie widziałam niczego, bo raca oślepiła mnie dokładnie.
- Cholera – usłyszałam głos Oliwii – nie patrz na to.
- Widzę. Oślepia jak diabli. Co robimy? – zapytałam.
- Dajemy stąd dyla, to jasne.
- He, he, tylko dokąd? Ta woda jest niewiele cieplejsza od lodu… - mruknęłam. W obliczu śmierci zaczęłam mieć wisielczy humorek.
Oliwia wychyliła się przez reling. Statek jeszcze bardziej zagłębił się na dziób i reling na dziobie był już na poziomie wody…
Naraz poczułyśmy wstrząs i głuchy huk. Z przedniego komina strzelił w ciemne niebo strumień brudnej pary. Reling ustąpił i wraz z Oliwią leciałyśmy do ciemnej wody. Poczułam potężne uderzenie i straszliwe, lodowate zimno otaczającej mnie wody. Odruchowo wciągnęłam potężny haust gorzkosłonej wody i poczułam dławiący ciężar płynu w płucach.
- To już koniec… - pomyślałam.

IX

Chciałam krzyknąć, ale nie mogłam. Umarłam? Nie. To było dziwne, ale nie czułam teraz chłodu i… oddychałam wodą! Rozejrzałam się. Obok mnie ujrzałam Ollie, która patrzała na mnie z dziwną miną. Poza tym widziałam doskonale w otaczających nas ciemnościach.

- Patrz! – wykrzyknęła – jesteśmy Syrenami!
To było ewidentne. Dlaczego tego wcześniej się nie domyśliłyśmy? Ale nie było teraz czasu na roztrząsanie tego problemu. Działy się o wiele ważniejsze rzeczy.
Znajdowałyśmy się jakieś trzydzieści stóp pod wodą. Spojrzałam w górę – ku powierzchni. Znowu mogłam widzieć w ciemnościach. Nad nami i obok nas zwisał ogromny kształt parowca, który powoli osuwał się w głębinę. Obok niego widać było ruszające się w wodzie sylwetki ludzi. Ich ciała pod wpływem chłodu szybko ciemniały i w końcu przybierały barwę otaczającej je wody… Zrozumiałam, ci ludzie już nie żyli. Umierali z zimna, którego ja w ogóle nie czułam mimo tego, że moje ciało było wolne od odzieży.
Naraz poczułam, jak Ollie łapie mnie za rękę i wskazuje coś w głębinach.
W lodowatym mroku coś się poruszało i to coś było cieplejsze od otoczenia, bo świecące nikłą poświatą. Obły, niemal wrzecionowaty kształt unosił się powoli w górę. Naraz usłyszałyśmy dziwny szum i podwodny statek zatrzymał się o kilkadziesiąt jardów od nas.
- Statek podwodny pana Verne’a – powiedziałam.
- Raczej okręt podwodny admirała Hollanda – odpowiedziała Oliwia – ale…
No właśnie, ale… Był jakiś dziwny. Na wrzecionowatym kadłubie widać było nadbudówkę, która otoczona była czymś w rodzaju kosza z metalowych prętów. Przed nadbudówką znajdowało się coś w rodzaju działka.. Na nadbudówce ujrzałyśmy czarne z białą obwódką litery tworzące napis U-25 i dziwna swastyka połamana w lewo…
Naraz moją uwagę przykuł ruch w górze. Od kadłuba tonącego statku oderwały się cztery sylwetki i zaczęły płynąć w dół – w kierunku dziwnego podwodnego statku. Miały w rękach coś, co przypominało metalowy pojemnik. Potem wypadki potoczyły się szybko. W dziobie okrętu otworzyły się eliptyczne luki i ludzie machając płetwami weszli w nie i znikli w jego wnętrzu wraz z pojemnikiem. Po kilku sekundach usłyszałyśmy coś w rodzaju świstu i szumu, i nieznany statek zapadł się w ciemne otchłanie.
Wymieniłyśmy zdumione spojrzenia, a potem powoli podpłynęłyśmy pod statek. W jego części dziobowej znajdowało się kilka wąskich szczelin, przez które rwała ostro woda. To tutaj „Titanic” nadział się na ostrogę lodową. Pokonując silny prąd wody obejrzałyśmy szczeliny. Blachy nie były rozdarte, jak się tego obawiałyśmy, ale wgięte do środka i puściły na złączeniach. A zatem kadłub nie był otwarty jak puszka konserw…
Odpłynęłyśmy, bo kadłub znowu zaczął się osuwać w dół robiąc coraz bardziej stromą stójkę przy akompaniamencie huku i trzasków pękających grodzi i pokładów, ryku rozprężanego powietrza wypychanego z pomieszczeń przez wodę. „Titanic” coraz szybciej tonął zagłębiając się dziobem. Z dziur w kadłubie wysypywały się jakieś przedmioty, które powoli opadały na dno i traciłyśmy je z pola widzenia. Naraz kadłub drgnął i usłyszałyśmy potworny trzask pękających wręg i dłużnic oraz wrzask rozdzieranej blachy, a w chwilę później huk potężnego uderzenia rufy o wodę. Kolejne szczątki posypały się z ogromnej rany. Część dziobowa wykonała wahnięcie, które postawiło rufę prostopadle do wody i po kilku sekundach zaczął się ostatni akt dramatu. Ogromna konstrukcja przy akompaniamencie huku, świtu i trzasku, bulgocąc resztkami powietrza i pary zanurzyła się wreszcie w wodę i ruszyła w stronę dna. Na głębokości pół mili wrak rozpadł się i znikł nam z oczu…
Teraz dopiero z powierzchni dobiegł do nas odgłos krzyków i jęków umierających ludzi, groteskowo zniekształcony przez warstwy wody…

* * *

- I jak one się stamtąd wydostały? – Bob zadał to pytanie, bo zżerała go ciekawość.

- Wyobraź sobie, że wyłowił je nasz statek patrolowy, który śledził rejs tego olbrzyma. No mniejsza o to. Opowiedziały tą historię, ale nikt im nie uwierzył. Ani w to, że spotkały Smitha, ani w tajemniczy okręt podwodny, na który coś przeładowano z wraku. Lekarze orzekli, że to był stres wywołany katastrofą i przemianą w Syreny w lodowatej wodzie… Wiesz jak to jest.
- Smith mógł być jakimś zamaskowanym Kosmitą, ale ci z U-25… To przecież jacyś naziści. Na pewno Niemcy. Ale przecież U-bootwaffe powstała dopiero w dwadzieścia lat później, po Rapallo. I co dalej?
Janta wyprostowała się.
- I to właściwie wszystko. Babcia wróciła do Nowego Jorku, oczywiście incognito, a Oliwia została w oceanie.
- A nie szukały Alexandra?
- Owszem, pływały wśród martwych ciał na powierzchni morza, ale… Jednym słowem nie było go tam. To było straszne doświadczenie. Mógł być w kadłubie i poszedł na dno razem z wrakiem… Po kilkudziesięciu minutach usłyszały dwa mocne odgłosy uderzeń. To dwie części kadłuba „Titanica” spadły na dno Atlantyku. I to był finał dramatu. Nasz statek podjął je w stanie niemal skrajnego wyczerpania, kiedy się zaczęło rozjaśniać i przybywała „Carpathia” na miejsce tragedii. Byli potężnie zdziwieni widząc dwie Syreny dryfujące wraz ze zwłokami pasażerów.
Dzień powoli dobiegał do końca. Słońce ciągnąc złocisty płaszcz powoli zsuwało się w wody oceanu. Janta i Bob podnieśli się z piasku i ruszyli w stronę hotelu. Niepokoiła ich tajemnica nocy sprzed stulecia i postanowili ja rozwikłać. Za każdą cenę.

* * *

Wszedłem do kawiarenki internetowej i zagłębiłem się w błękitną przestrzeń światowej Sieci. Najpierw sprawdziłem, co za okrętem był U-25. Znalazłem szybko jego dane i ku swemu zdumieniu dowiedziałem się, że był to okręt typu IA, który zwodowano w 1936 roku i początkowo był jednostką szkolno-propagandową, a potem dopiero bojową. Po zaliczeniu czterech patroli bojowych został zatopiony na Morzu Północnym, w dniu 1 sierpnia 1940 roku, na pozycji: 54°14’ N – 005°07” E.

- Może to był jakiś inny numer? – zapytałem Jantę, która patrzyła mi przez ramię na ekran komputera.
- Nie – odparła – babcia widziała tam dokładnie numer 25.
Przez chwilę milczeliśmy.
- Czekaj, czekaj – mruknęła – pokaż mi dane techniczne tego U-boota…
Kilkoma kliknięciami przywołałem dane z Wikipedii.
Spojrzała na nie i zmarszczyła nosek.
- To niemożliwe – mruknęła.
- Co jest niemożliwe?
Pokazała palcem na kilka linijek pisma.
- No to – stwierdziła – nie widzisz? Ten okręt ma tylko 72 metry długości, 6 metrów szerokości i 9 metrów wysokości.
- No i co z tego? – odparłem.
- A to, że babcia jego długość porównywała z „Titanicem”.
Zatkało mnie.
- Że co??? – zapytałem.
- A tak. Nie powiedziałam ci tego? Jego długość była niewiele mniejsza od „Titanica”.
Znowu poszukałem w Internecie.
- No przecież „Titanic” miał 268,99 metra długości! – dźgnąłem palcem w monitor. – Tu wyraźnie stoi napisane!
- No właśnie! – przytaknęła – babcia twierdziła, że był niewiele krótszy od „Titanica”.
- Ale to musiał być olbrzym większy niż „Kursk”, który miał 154 metry długości!
- Okręt podwodny o długości ćwierć kilometra – odparła z flegmą. - Nie inaczej!
- Wyobrażasz sobie coś takiego? – zadałem jej pytanie. – A skoro tak, to powiedz mi, jak to się stało, że nikt poza twoją babcią i jej przyjaciółką nie widział tego fenomenu?
Potarła czoło.
- No to chyba jest oczywiste – stwierdziła – on nie wynurzył się na powierzchnię, a ci, którzy go widzieli pod wodą już nie żyli, bo zabiło ich zimno. Maksymalny czas dla człowieka, to pięć do dziesięciu minut.
- No tak, masz rację – przytaknąłem.
- Potrafisz to wszystko wyjaśnić? – zapytała patrząc mi w oczy.
Pokręciłem głową.
- Widzieliśmy różne rzeczy i słyszeliśmy niejedno. Ale nie te wydarzenia.
- Może znasz kogoś, kto…
Zastanowiłem się. Mehner mówił coś o jakimś profesorze mieszkającym na Bermudach, który parał się jakimiś dziwnymi rzeczami i miał polskie nazwisko.
- Chyba mam kogoś, tylko musimy go znaleźć – odparłem – to profesor, nazywa się Milczarek. I mieszka tutaj.
- W Hamilton?
- W Hamilton. Poszukamy go?
Skinęła głową i pocałowała mnie w policzek.
- No to poszukamy go jutro, a dzisiaj pójdziemy grzecznie spać…
I poszliśmy.

X

Nazajutrz po śniadaniu ruszyliśmy na poszukiwania profesora Milczarka. Poszło nam łatwo, bo wystarczyło otworzyć książkę telefoniczną. Po chwili wystukałem numer i czekałem ze słuchawką przy uchu. Po czwartym sygnale odezwał się lekko ochrypły głos.

- Słucham, Milczarek.
- Witam panie profesorze – powiedziałem to po polsku – nazywam się…
- Proszę bez nazwisk – profesor przerwał mi ostro. – To dla pańskiego bezpieczeństwa.
- Mam dla pana informacje, które mogą pana zainteresować – odparłem.
- Wiem – odrzekł – tu nikt nie dzwoni z nieinteresującymi informacjami. Ma pan czas?
- Oczywiście panie profesorze – odpowiedziałem.
- A zatem spotkajmy się za pół godziny na bulwarze w kawiarence Cocos Paradise.
- Po czym, pana poznam? – zapytałem.
- Będę miał na sobie koszulę w jasnoniebieską kratę i zielonkawe spodnie. Zestawienie nieco wściekłe, ale na tyle nietypowe, by wpadło panu w oko… - roześmiał się.
- A zatem do widzenia.
- Do zobaczenia – powiedział i usłyszałem trzask odkładanej słuchawki.
Spojrzałem na Jantę.
- Zbieramy się – rzekłem podnosząc się z fotela – za pół godziny spotkanie w Cocos Paradise.
Kafejkę znaleźliśmy po kilku minutach. Niewielki lokalik z widokiem na ocean, dokładnie „przeźroczysty”. Nie dało się w nim zamontować podglądu i podsłuchu, bo poza dachem i lekkimi wspornikami nie było tam niczego, gdzie dałoby się wkręcić jakąś „pluskwę”. Zamówiliśmy kawkę i usiedliśmy tak, by widzieć bulwar na którym toczył się leniwie poranny ruch. Właśnie upłynęła trzydziesta minuta, kiedy usłyszeliśmy za sobą męski głos.
- Good morning. I presume you contacted with me a half of an hour ago – didn’t you?
Odwróciliśmy się. Za nami stał mężczyzna o absolutnie nie-profesorskim wyglądzie i uśmiechał się swymi oczyma, które patrzyły na nas badawczo spoza przydymionych okularów. Miał na sobie białą koszulę w jasnoniebieską kratę i zielonkawe spodnie, a opalone stopy tkwiły w sandałach.
- Yes, I did – odparłem wstając. – Witam pana, profesorze – dodałem już po polsku.
- Możemy rozmawiać swobodnie, tu nie ma podsłuchów czy podglądów – rzekł profesor i położył na stoliku swoją saszetkę. – Ale muszę to zastosować. Pan rozumie, względy bezpieczeństwa.
Pstryknął czymś, co znajdowało się w saszetce i zamknął ją na suwak.
- Co to jest? – zainteresowała się Janta.
- Zagłuszacz radiowy pracujący na częstotliwościach używanych przez producentów sprzętu szpiegowskiego – odparł profesor – działa w zasięgu pół mili, głuszy wszystko, co tylko emituje promieniowanie radiowe. Wasze komórki też.
Uśmiechnął się przepraszająco.
- Kto was tu skierował? – skierował to pytanie do mnie.
- Kapitan Hermann Mehner z „Carribean Pearl”, niestety…
- Wiem, wiem – Milczarek machnął ręką – słyszałem o tym, ehem, wypadku. I wiem, że to nie był przypadek.
- No właśnie, ktoś nas chciał się pozbyć jako niewygodnych świadków. Podejrzewam nawet kto. Ale to już nieważne.
Westchnąłem. Zapadł moment milczenia, które znów przerwał profesor.
- A teraz słucham, z czym państwo do mnie przychodzą?
- No właśnie – westchnąłem ponownie – ta sprawa jest strasznie nietypowa, bo dotyczy wydarzenia sprzed wieku.
Profesor uniósł lekko brwi.
- „Titanic” jak zgaduję?
- Skąd pan…? – Janta zrobiła śliczną zdziwioną minkę, a jej oczy zamieniły się w zielone spodeczki.
- To elementarne, szanowna pani – odparł profesor – skoro przychodzi do mnie marynacha z Syrenką i chce mówić o sprawie sprzed wieku, no to może chodzić tylko o noc z czternastego na piętnastego kwietnia tysiąc dziewięćset dwunastego roku. Czyż nie jest to oczywiste?
- N-no tak… - przyznała niepewnie.
- Ano właśnie – rzekł – a zatem słucham panią, bo to chyba pani ma coś do powiedzenia w tej materii?
Janta skinęła głową i opowiedziała to, co opowiedziała mi wczoraj na plaży. Milczarek słuchał nie przerywając jej. Kiedy skończyła skinął głową i zapatrzył się na moment w lazur morza.
- Co pan na to? – zapytałem.
- Pański wniosek, co do Smitha czy Smythe’a jest słuszny – odparł – to był jakiś Kosmita. Natomiast ten okręt podwodny i tych czterech płetwonurków… To jest naprawdę, hmmm… niepokojące.
- Dlaczego?
- No bo popatrzcie: okręt podwodny o rozmiarach niemal dwukrotnie większych od amerykańskich czy rosyjskich atomowców, sam na pewno o napędzie atomowym – Janta skinęła głową – pojawiający się znikąd i znikający… Czy wasz statek patrolowy niczego nie zauważył w pobliżu wraku?
Janta pokręciła głową.
- Nie, niczego. I faktycznie, ten U-Boot pojawił się nagle i nagle znikł. Jakby się rozpłynął. Nie zajmowaliśmy się tym, bo były ważniejsze sprawy. I faktycznie, ten okręt lekko świecił, widocznie wypromieniowywał ciepło.
- No bo musiał, reaktory mają to do siebie, że grzeją… - odparł profesor. – Pani też widzi w podczerwieni?
- Tak, oczywiście – odparła Janta – to jest przystosowanie…
- Jasne – odrzekł Milczarek – ale właśnie: co wiozły te dwie Syreny do Nowego Jorku?
- Mówiłam, mumię księżniczki Horheberis.
- No właśnie, a poza tym na pokładzie „Titanica” było coś, co nazywało się…
- Le mauffé. Czyli ponoć diabeł. I to miało jakiś związek z Templariuszami?
- Miało. Wprawdzie to nie była figurka Baphometa, ale coś podobnego. Z zapisków z tych czasów wiadomo, że Templariusze przywieźli ją z Ziemi Świętej, wraz z innymi artefaktami w rodzaju mandylionu czy chusty św. Weroniki – co jak się okazuje było po prostu tym, co nazywamy dzisiaj Całunem Turyńskim. Natomiast figurka, o której mowa była figurką egipskiego boga Seta. To wynika z opisu zostawionego nam przez Gotfryda de Cairnhac. Teraz pani rozumie, że ten związek istnieje?
Spojrzeliśmy po sobie.
- Czyli „Titanic”…
Mielczarek spojrzał na nas jak na wyjątkowo tępych uczniów.
- Oczywiście! Został skierowany na ten kęs lodu. A raczej to ta góra lodowa została postawiona mu na drodze. Stąd te wszystkie rozbieżności w zeznaniach oficerów nawigacyjnych „Titanica”!
- No dobrze – rzekłam – a co byłoby, gdyby „Titanic” nie pędził z prędkością 22 węzłów i wszystko na mostku było OK. Marynarze na bocianim gnieździe mieli lornety, na oku byłby dodatkowy obserwator…
- Ale ich NIE BYŁO. I trzymajmy się faktów. Tak być MUSIAŁO. Zrozumcie, to była zmiana rzeczywistości!
- Ale w takim razie, kto u licha, wykradł z wraka figurę Seta i mumię przeklętej księżniczki Horheberis!? – zapytała moja Syrena.
Profesor spojrzał na nas.
- To były te same siły, które są odpowiedzialne za ataki na WTC czy zamachy w Europie. Te same siły, które usiłowały zgładzić Jana Pawła II i kilka innych osób ze świecznika.
- Al Kaida? – oczy Janty rozszerzyło zdumienie – ale oni przecież…
Profesor pokręcił głową.
- Al Kaida jest tylko jednym fragmentem większej całości. A tej całości na imię jest… - profesor zrobił dramatyczną pauzę – Czwarta Rzesza Niemiecka z Andyjskiej Twierdzy w Ameryce Południowej!
Ze zdumienia odebrało nam mowę.
rozpłynął. gle i nagle znikł. nie zauważył w pobl;iżu wraku?h czy rosyjskich atomowców

XI

Znowu plaża i znowu koniec dnia. Ciepły wiatr i niebieskie morze. Bob trzyma Jantę w swych objęciach.

- Zostaniesz tutaj? – powiedziała Syrena tuląc się do niego.
- Trzeba będzie – Bob z westchnieniem przyciska ja mocniej do siebie – ktoś musi uprzątnąć ten bałagan.
- Ale dlaczego akurat ty?
- My, Janto. Ty też jesteś w tym unurzana i to po twoje śliczne uszka… - Bob muska wargami ucho Janty.
Zachichotała.
- A poza tym wiesz, że oni zagrażają światu. Naszemu wspólnemu światu.
Syrena kiwa wdzięczną główką.
- Najgorsze jest to, że oni opanowali chronomocję i dzięki temu też mogą przemieszczać się w czasie. Na razie poruszają się w nim tak jak my, nie naruszając włókna Claperiusa, ale stąd tylko krok do tego, by zmiany Rzeczywistości wykorzystać do własnych niecnych celów. Sama rozumiesz, że symbolika swastyki czy runiczne znaki nie wzięły się same z siebie, a stanowią efekt ich działalności w Przeszłości. Przyszłość na razie jest dla nich zablokowana na początku XXII wieku, ale sama wiesz, że te blokady można obejść. Trzeba będzie wrócić do kwietnia 1945 roku i…
Janta podniosła wzrok na Boba.
- Nie powiesz mi, że…
Bob skinął głową.
- Powiem. Trzeba wprowadzić kogoś do bunkra Hitlera w kwietniu 1945 roku, albo w pierwszych dniach maja i wykończyć go, zanim wraz z Hanną Reitsch ucieknie samolotem z płonącego Berlina do bazy U-bootów w Bergen, skąd popłynie do Ameryki Południowej, na Grenlandię czy do Neuschwabenlandu na Antarktydzie.
- Wprowadzić?... – zapytała Janta - … i co dalej?
- Co dalej? – Bob spojrzał na nią – to oczywiste. Wyeliminować. Fizycznie.
- Ja-ak t-to fizycznie?
Bob puścił Jantę i podniósł się ze swego miejsca.
- To oczywiste – rzekł chłodno – fizycznie. Zatłuc, zastrzelić, zasztyletować, otruć. Innymi słowy mówiąc, zabić. Coś takiego nie jest godne tego, by żyć. To jest wojna i to o naszą przyszłość.
Janta skrzywiła się.
- I kto to mówi? A gdzie humanitaryzm i wszystkie wzniosłe hasła, którymi się zasłaniacie? Co?
- Janto, kochanie – Bob ujął ją delikatnie za ramiona i potrząsnął – to JEST wojna, niewypowiedziana, bez frontów i mas wojsk, ale jednak. Tutaj ofiary też liczy się w tysiącach i setkach tysięcy, bo uruchomione są systemy broni, o jakich jeszcze się nikomu nie śniło.
- Fukushima? – Janta uniosła brwi – i Czarnobyl?
- Nie tylko – Bob nadal trzymał ją za ręce – także Seveso czy Bhopal. To były tylko próby. Generalny koniec świata miał być 21 grudnia 2012 roku, kiedy to we wszystkich wielkich centrach finansowych, administracyjnych, naukowych, i tak dalej miały zostać zdetonowane głowice anihilacyjne. Na szczęście zamiar ten udaremniono dosłownie w zarodku…
I długo tak rozmawiali idąc plażą w kierunku hotelu, aż słońce zawisło nad linią horyzontu, a jego złocisty płaszcz zanurzył się w oceanie.

* * *


Weszliśmy do foyer i wzięliśmy z recepcji klucz do naszego numeru. Janta nieco marudziła w hotelowym sklepiku, ale ja na nią nie czekałem. Szybko poszedłem do naszego apartamentu, który apartamentem wprawdzie nie był, ale był wystarczająco wygodny, byśmy my, ludzie wędrowni, czuli się w nim wystarczająco szczęśliwi. Miałem ochotę na prysznic, bo skóra piekła mnie od morskiej soli, a słońce też zrobiło swoje…

Szybko wbiegłem do pokoju, zrzuciłem tylko kąpielówki i nagi wskoczyłem pod tusz. Po kilku minutach Janta wśliznęła się do kabiny i oboje spłukiwaliśmy z siebie sól i kurz dnia.
- Wiesz, że mamy fajnych sąsiadów? – zapytała.
- Nie, nawet nie miałem czasu tego sprawdzić – odrzekłem.
- Oboje gdzieś w naszym wieku, ona ciemna blondynka, on nordycki blondyn. Niezłe ciacho – skomentowała pokazując mi język.
- Dam ci ja ciacho – burknąłem biorąc ją w ramiona.
Wywinęła mi się i uciekła z łazienki. Wyszedłem po paru minutach, owijając się w biodrach ręcznikiem. Otworzyłem drzwi łazienki i ujrzałem Jantę z dwojgiem młodych ludzi. Nie przesadziła – byli dokładnie tacy, jak ich opisała. Wszyscy wyluzowani w strojach plażowych z butelką whisky i czterema szklaneczkami na stoliku. Spojrzałem po nich dokładniej i miałem niejasne wrażenie, że skądś ich znam.
- Cześć wszystkim – powiedziałem.
- Halo! – usłyszałem w odpowiedzi.
- Pozwól, że ci przedstawię – Janta podjęła rolę gospodyni domu – Allison i Emil Harperowie. A to jest Bob, mój mąż.
Uścisnęliśmy sobie dłonie.
- Jesteście z Kalifornii? – zapytałem.
- Nie, z Londynu – odpowiedziała Allison – ale masz rację, jesteśmy z Santa Barbara, ale pracujemy w Londynie i właściwie jesteśmy sąsiadami. Mieszkamy w Shotley Gate.
- No tak, a my w Felixtowe, to o rzut beretem przez ujście Tamizy.
- A wy jesteście pływającymi? – zapytała ze zdumieniem Allison – oboje?
- Oboje – odparłem – co ciebie tak dziwi?
- Nic – zachichotała – my też pracujemy we dwoje…
- Można wiedzieć, gdzie? – zapytałem.
- Wytwórnia 21SSS – odpowiedział Emil śmiejąc się.
- Nie słyszałem o takiej firmie – wzruszyłem ramionami – a co to takiego?
Roześmieli się wszyscy.
- To skrót od 21st Sextury Sex Studio w Soho – wyjaśniła Allison.
- No tak… - roześmiałem się i ja – no to teraz wiem, skąd was znam!

Wieczorynka przedłużyła się do jedenastej w nocy. Alkohol lekko zaszumiał nam w głowach.
- A co powiedzielibyście na to, gdybyśmy wzięli udział wszyscy w filmie z naszej wytwórni? – zapytał znienacka Emil. – Macie warunki i wygląd. Hmmm…?
- A co my z tego mamy, poza przyjemnością? – zapytała Janta.
- Oczywiście kasę – odpowiedziała Allison – gaże zgodnie z taryfikatorem i 10% od zysków.
- Fifty-fifty – odparła Janta – inaczej nic z tego.
- OK., niech będzie – ku naszemu zdumieniu Emil zgodził się bez oporów – 50%. Zaraz spiszemy umowę.
Wstał i wyszedł z apartamentu. Po chwili wrócił z laptopem w ręce.
Musiałem mieć nieźle w czubie, bo podpisałem tą umowę. Janta też. I tak zostaliśmy zatrudnieni przez 21SSS jako aktorzy w filmach dla dorosłych.

XII

Umówiliśmy się na następny dzień na kawałku plaży, gdzie mieliśmy kręcić pierwsze próbne sceny naszego filmu. Okazało się, że Allison i Emil pomyśleli już o wszystkim – najwidoczniej mieli już z góry ułożony scenariusz, który teraz realizowali. Co więcej – wpisana była weń druga para.
- Masz słuszność – oświadczył spokojnie Emil, kiedy zwróciłem mu na to uwagę – scenariusz napisaliśmy jeszcze w Anglii, a teraz po prostu go realizujemy.
- I przewidzieliście w nim nas? – zapytała Janta.
- No niezupełnie – odezwała się Allison – przewidzieliśmy tam sekwencję z udziałem drugiej pary. Po prostu my kochamy się na pierwszym planie, a wy w tle. Zresztą sam tytuł „Niebiańska plaża” mówi sam za siebie. Mamy się kochać i imprezować pod niebem tropików i głównie w plenerach!
Pokiwałem głową ze zdumieniem.
- Musicie to bardzo lubić – powiedziałem.
- Pewnie, że tak – odrzekła Allison wypinając i tak już sterczące kształtne piersi – a wy nie?
Roześmialiśmy się.
- Tak, i to bardzo – powiedziała Janta.
- No to świetnie! – odpowiedziała Allison – czy zrobiliście tak, jak wam mówiłam?
Allison prosiła nas o ubranie się w lekki i luźne ciuchy, by na skórze nie odbiły się gumki czy szwy, które potem nieładnie wychodzą na zdjęciach.
- Zrobiliśmy – odrzekłem.
- No to rozbierajcie się i zaczynamy próbne zdjęcia.
Z pewnym zażenowaniem zdjąłem ubranie. Janta też pozbyła się ciuszków. Harperowie spojrzeli na nas z uznaniem.
- Jesteście ładni. Zrobimy z was gwiazdy – oświadczyła Allison.
Z torby, która miała na pasku wydobyła przybory do makijażu. Przypudrowała nam twarze, pociągnęła szminką po ustach Janty.

- Właściwie nie musisz się malować – orzekła uważnie taksując jej twarz.
- Ty też – odpowiedziała Janta – co powiesz na mały numerek tylko we dwie?
- Hmmm…, zastanowię się – odparła Allison – kręcimy też o les i bi.
- Dobra, potem sobie pogadacie – rzekł Emil – słońce schodzi, za pół godziny będzie ciemno.
- Ale za to kolory będą nasycone ciepłymi promieniami – odparła Allison – no już, na plan.
Przez pół godziny tańczyliśmy przed jej aparatami fotograficznymi. Dosłownie, bo to był taniec. Poruszaliśmy się lekko stąpając po twardym piasku plaży. Słońce powoli zapadało się i wreszcie dotknęło linii horyzontu. Po kilku minutach zapadła niemal zupełna ciemność.
- Wystarczy – powiedziała Allison – wracamy do domu. Obejrzymy to sobie po kolacji.
Szybko ubraliśmy się i poszliśmy do niewielkiej knajpki, w której dostaliśmy jakieś owoce morza robione na tutejszy styl. Nie powiem, dobre to było. Potem poszliśmy do hotelu, gdzie Harperowie zaprosili nas do siebie.
- Chodźcie, zrobimy sobie przegląd tego, co dzisiaj robiliście na plaży – Emil zaciągnął nas do ich apartamentu.
Allison wyjęła karty pamięci z aparatu fotograficznego i włożyła jedną do czytnika swego komputera, a potem włączyła projektor. Emil otworzył butelkę whisky i nalał do szklaneczek, a potem zasunął zasłony.
- Masz już Allie? – zapytał.
- No, jest OK. – rzekła Allison z zadowoleniem w głosie – siadajcie i patrzcie!
Klepnęła w klawiaturę i na ścianie pokazało się pierwsze zdjęcie. Potem drugie. I trzecie. I kolejne…
Allison była doskonałym fotografem. Patrzyłem zachwycony na Jantę, płynne ruchy jej giętkiego ciała zachwycały naturalnością.
- Ona jest cudowna – rzekła Allison – jest taka naturalna. Jest bliżej Natury, niż my wszyscy…
Nawet nie wiedziała, jak była blisko prawdy.
Usiadła blisko mnie, że przez cienki materiał koszulki poczułem ciepło jej ciała, a nasze gołe kolana spotkały się ze sobą.
- Ty mi się też podobasz – szepnęła cicho mi do ucha.
Odwróciła się do komputera i jej pierś musnęła moje ramię. Spojrzałem na Jantę i zauważyłem, że Emil klei się do niej. Wymieniliśmy z Jantą błyskawiczne spojrzenia i skinęliśmy nieznacznie głowami.
Aha, na to macie ochotę? – pomyślałem. Objąłem Allison, a ona pocałowała mnie w usta. Oddałem jej pocałunek, a ona zdjęła ze mnie koszulkę. Szybko rozebraliśmy się z reszty ciuchów.
- Poczekaj chwilkę – szepnęła gryząc mnie w ucho – nie pożałujesz.
Podniosła się i podeszła do Janty, która pieściła się z Emilem.
- Chodź – powiedziała wyciągając do niej rękę – pokażemy chłopakom naszą wyższość nad nimi.
Oho! – pomyślałem – zapowiada się ciekawie.
Tymczasem obie stanęły w półmroku, który panował na środku pokoju i delikatnie się objęły.
Emil usiadł za mną i czekał, co będzie dalej. Delikatnie głaskał mnie po karku, a ja położyłem dłoń na jego udzie. Czekaliśmy w napięciu, co będzie dalej.
Allison sięgnęła po buteleczkę olejku czy pachnącej oliwki i polała nią sobie piersi i brzuch, a potem zaczęła się delikatnie ocierać piersiami i piersi Janty. Obie westchnęły rozkosznie. Potem to samo zrobiły brzuszkami i wreszcie podbrzuszami. Od czasu do czasu całowały się soczyście i namiętnie, różowe języczki wirowały wokół siebie, dotykały warg i innych czułych punktów twarzy i szyi… Ich oddechy przyśpieszyły, sterczące piersi falowały zgodnym rytmem.
Allison pociągnęła Jantę za ręce i obie skierowały się w stronę łoża, na którym siedzieliśmy.
- Poczekajcie jeszcze chłopaki – powiedziała kładąc się i pociągając Jantę za rękę. Położyły się obok siebie i wtedy zaczęły naprawdę się pieścić. Delikatnie całowały i głaskały swe giętkie ciała. Allison usiadła na piętach i szeroko rozłożyła swe uda, a Janta usiadła za nią. Całowała jej karczek, a jej ręce błądziły po ciele Allie, aż wreszcie dłoń Janty wsunęła się pomiędzy gościnnie rozwarte uda. Potem obydwie uklękły i pieściły nawzajem swe muszelki.
Poczułem, jak robi mi się gorąco. Emil usiadł po przeciwległej stronie łóżka i patrzył na obie dziewczyny rozjarzonymi oczami. Tymczasem Janta położyła Allison na łóżku na wznak, a sama wsunęła dwa paluszki w szparkę Allison. Potem wyjęła je i położyła się na Allie. Ich usta połączyły się w obezwładniającym słodyczą pocałunku.
Janta uniosła się na rękach.
- Co powiesz na sixty-nine? – zapytała rozmarzonym głosem.
Allison błysnęły oczy.
- Uwielbiam to – odpowiedziała.
Położyła się wygodniej na plecach, a Janta położyła się na niej i przywarła wargami do jej muszelki. Teraz obie wydawały z siebie stłumione okrzyki rozkoszy. Ale to trwało może minutę, bo Janta zaproponowała nożyce. Obie dziewczyny usiadły twarzami do siebie i rozrzuciły szeroko nogi, poczym szybko zetknęły się wygolonymi podbrzuszami, a następnie zaczęły poruszać biodrami tak, by ich koraliki rozkoszy zderzały i tarły o siebie. Widok był niesamowity, i po chwili poczułem następną falę gorąca.
Nie wytrzymałem. Objąłem Jantę i pociągnąłem ja do siebie. Zapiszczała z uciechy i natychmiast usiadła na mnie wchłaniając mnie w swe wilgotne wnętrze. Kątem oka zauważyłem, jak Emil kładzie się na Allison i oboje ruszają w rozkoszny maraton. A potem nie miałem na obserwację, bo Janta przydusiła swym ciałem moje biodra i odchyliła do tyłu wypinając swe nabrzmiałe piersi, które ująłem intensywnie masując jej suteczki. Po kilku minutach osiągnęliśmy szczyt. Chciałem wyjść z niej, ale Janta mi nie dała. Powoli osunęła się na mnie, zdyszana, spocona, rozdygotana i rozgrzana szczytowaniem.
- Nie wyjmuj, proszę – szepnęła mi do ucha – chcę to przeżyć od a do zet…
I przeżyła.
[CDN]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz